Showing posts with label Tania. Show all posts
Showing posts with label Tania. Show all posts

Monday, 30 September 2013

Dobry Wieczór, Księżniczko



   















Londyn, prawie Październik, noc

     Dobry Wieczór, Księżniczko
     Wiem, obiecałem, że będę pisał prawdziwe listy, z rozmazanym tuszem, kulfonami, oblizanym znaczkiem, ale jakoś nie mogłem się ogarnąć. Dopiero dzisiaj i to tak zaraz z brzegu, w poniedziałek, wieczorem, po pracy, prysznicu, odgrzanym spaghetti, przepłukaniu skarpetek i niknącym już posmaku przedwczorajszego kaca (wybacz).

     Grzejnik grzeje mi złodziejskie stopy i świeci na złoto, taki mały, prywatny zachód słońca, w tej starej fabryce, która jest ostatnio moim domem. Ale co to za dom bez Ciebie, Księżniczko? Po winoroślach za oknem wspinają się sympatyczne szczury – rzezimieszki, po korytarzu oświetlonym tylko małą świeczką rozchodzą się stłumione głosy smutnych alkoholików, ktoś w kuchni smaży placki ziemniaczane, zza okna dźwięk ulicy. Nie jest źle, uwierz mi, w jakiś sposób lubię już to miejsce, Bóg chyba dba o mnie trochę, tak że nie masz się co martwić. Tylko Ciebie mi brakuje.

    Tyle czasu już minęło. Czasami pytasz przez telefon: „Czy ty istniejesz, czy to tylko twój odcieleśniony głos, moje marzenie, stary, miły sen?” Istnieję, Księżniczko, bez obaw. Dla Ciebie zawsze będę istniał. Czasami wprawdzie tylko jako głos, stare zdjęcie, co wypadnie z książki, dziurawa skarpetka za łóżkiem, no ale miłość podobno nie ma granic. W skarpetce też może się kryć. To tak na pocieszenie. Ale prawdę mówiąc czasami to przykucnąłbym w nocy na parapecie i zawyłbym z rozpaczą do Księżyca, na skargę, że Cię tu nie ma, że świat taki oporny, że czas taki bezlitosny, że ludzie nieprzeniknieni, że jakoś zawsze nam pod wiatr, pod prąd, pod górę, dziurawe kieszenie i w ogóle.

     Słucham sobie Cranberries. Jak kiedyś, wiesz przecież, wieczorami, kiedy siadałem w kącie, pisałem wiersze i czasami zerkałem na Ciebie, jak siedzisz przy biurku i rysujesz coś na marginesie pamiętnika. Lata temu, kiedy jeszcze myślałem, że będziemy żyć wiecznie...
     Eh, przepraszam, nie chciałem Cię zdołować. Jasne, że będziemy żyć wiecznie, Księżniczko. A bo to tylko jedno życie nas czeka? No i w tym jeszcze przecież niejedno nas spotka. Burza już cichnie, powietrze oczyszczone, słychać nawet świerszcze i ziemia ładnie pachnie. Obiecuję.

     Co jeszcze u mnie? Dziś śmigając na rowerze z pracy znalazłem karton starych papryk, wcale nie takich jeszcze złych. Mam puszkę fasoli, trochę koncentratu, oregano, będzie pyszna zupa. Oprócz tego mieszka tu Ricote, Hiszpan, miły chłopak. Pedałuje po Londynie i znajduje darmowe jedzenie. Wieczorem robi małe paczuszki i zostawia pod naszymi drzwiami. Zawsze mamy chleb, owoce, czasami nawet kawałek sera. Czasem, kiedy wpadnie, opowiadam mu o Tobie.

     O rowerze trochę Ci już mówiłem. Nazywa się Iskra, jest niemożliwie zielony, przymocowałem do niego koszyczek z lodówki, ma nawet pompkę i bardzo go lubię. Choć to dopiero trochę ponad tydzień, juz zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi. Kiedy wreszcie się tu zjawisz, też znajdziemy ci rumaka. Wyczaiłem trochę miejsc, w które Cię zabiorę. Pierwsze kilka razy będziesz mogła nawet jechać chodnikiem, jeśli będziesz się bała londyńskiego ruchu, nie masz się co wstydzić. Ja też trochę spięty jeździłem na początku.

     A co u Ciebie? Wyobrażam sobie, jak siedzisz w naszej chatce, przy oknie, zerkasz na MasterChefa, chrupiesz paluszki i rysujesz nas, dwójkę szczęśliwych dzieciaków, jak zawsze w Twoich dziełach. Chodzisz na jesienne spacery? Jak to tam wszystko teraz wygląda? Rzeka przybrała? Ciepło, czy dżdżysto? Jakaś dynia uchowała się w ogródku, czy rozdałaś już wszystkie? Bawisz się z dziećmi? Czytasz coś fajnego? Zdrowo się odżywiasz? Mantrujesz od czasu do czasu? Śnią Ci się lwy w ogródku? Mam nadzieję, że nie, bo do kogo się masz wtedy przytulać ze strachu? Piec nie dymi? Myszy nie ma? A pająki? (dziś jednego wytrzepałem z nogawki, olbrzyma, umarłabyś, gdybyś go zobaczyła) Jesteś częściej smutna, czy wesoła?

     Nie odzwyczaj się za bardzo ode mnie, Księżniczko.
     Posyłam ten list odrzutowym balonem,
     napędzanym księżycowym blaskiem,
     steruje nim mistrz Il de Fons,
     możesz mu w pełni zaufać,
     to stary, rodzinny przyjaciel.
     Z najszczerszymi wyrazami miłości

     Kłapouchy

Thursday, 13 June 2013

En la plaza de mi pueblo



"En la plaza de mi pueblo" to stara hiszpańska pieśń rewolucyjna, popularna wśród anarchistów podczas rewolucji hiszpańskiej z 1936. Był to szczególny okres w historii, nigdy wcześniej ani później ludzkość nie była tak blisko normalności. Nagraliśmy to z Tatianą, żeby ludzie nie zapomnieli o tamtej walce i ludziach, którzy poświęcili życie wolności.

En la plaza de mi pueblo
dijo el jornalero al amo:
"Nuestros hijos nacerán
con el puno levantado."

Esta tierra que no es mía,
esta tierra que es del amo,
la riego con mi sudor,
la trabajo con mis manos.

Pero dime, companero,
si estas tierras son del amo,
?por qué nunca lo hemos visto
trabajando en el arado?

Con mi arado abro los surcos
con mi arado escribo yo
páginas sobre la tierra
de miseria y de sudor.

a w wolnym tłumaczeniu idzie to tak:

Na środku wioski
chłop powiedział panu:
"Nasze dzieci urodzą się
z podniesioną pięścią"

Tą ziemię, która nie jest moja
Tą ziemię, która jest pana
zraszam moim potem
orzę swoimi rękami

Ale powiedz mi przyjacielu,
skoro ta ziemia jest pana
dlaczego nigdy
nie widzieliśmy go z pługiem?

Moim pługiem orzę ziemię
Moim pługiem piszę
Zapisuję strony ziemi
opowieścią o cierpieniu i znoju

Friday, 7 June 2013

Tuesday, 7 May 2013

Galeria Tani

Żebyście mieli jakieś pojęcie, ile ona kolorów i lekkości w moje życie wprowadza:)








Wednesday, 4 January 2012

The New Year's post


Artwork by Tania

So… the New Year’s post.
How was the 2011? Saying ‘crappy’ would be a great simplification. In some way it was the worst year in my life. The outside world wasn’t too friendly but my own mind gave me a proper thrashing too (bastard). On the other hand it was good. I’ve learned a lot about myself, become richer (alas, only spiritually:)… But let’s ‘itemize’.

- It started kind of ok. Still home in Poland, but running out of savings with an amazing speed. After few months of chilling out (after the Bristol era) I begun to realize that nothing had materialized; no miraculous source of income, no one discovered my talents, no splendid heritage falling from the sky. It meant that soon I'd had to look for work again. Long hours of boring or exhausting (most likely both) job, problems with a boss, short, feverish weekends – all of that was about to come back in this or that form.

- My knee got messed up by excessive exercise. I spent a fortune on a treatment (not covered by insurance). Didn’t help. Savings shrunk even faster.

- In March we moved to Copenhagen. It was actually something I was looking forward too. We used to love the place and I was happy to come back after seven years. Pretty soon we crashed on the wall of bureaucracy and indifference. Looooong days spent in the offices, hostility of clerks, housing problems, financial problems (debts, debts, and then more debts).

- And eventually: May – the nervous breakdown. I shattered like a broken bottle of cheap, sour wine. Basically it happened from day to day. On Monday I was kind of ok; just a stressed, tired guy, on Tuesday I woke up trembling, terrified and completely lost. Man in pieces.

- June - finally we found a place to live! Little room in Valby. Not a chateau, but we could move on, and that was such a relief.

- Still no work. Fortunately Tania had a part time job, so we could kind of sustain ourselves (hardly).

- July – the highlight of the year – we went to a spiritual retreat to meet for a first time the person who was inspiring us for years with his lectures, books, letters. It was an amazing experience. Both me and Tania, we got initiated and filled with hopes for better times.

- August – the inspiration worn off quickly. It’s not easy to hold a head in the stars, when there is not much to put on the stove. The anxiety and panic attacks are back.

- September – I’m starting job as a chef. Of course I’m happy to have some income at last. But the hard work in a steamy kitchen and long shifts aren’t exactly what my nerves need. Anyway, it’s not that bad. I can cope.

- Work, work, work, anxiety, ukulele, work, anxiety, work, ukulele...

- November - successful knee surgery.

- Less anxiety. Then even lesser. Ukulele. Little more anxiety. Then little less...

- We finished paying off the debts (yay!!).

- And here I am – January the 1st, 2012.

That was a bloody long year, I’m telling you. But I’m glad. Tania is still here, so am I, so are our hopes, dreams, small Christmas tree with the handmade ornaments, new songs I’ve learned, some faith, couple of old bikes, new recipes, old peccadillos, new Tarot deck*…

Anyway, enough about me. Happy New Year to all of you, guys! Let's hope it will be a good one. I'm pretty sure, it will. But I'm a fool, so don't take it for granted.

*I don’t know if any of you, Tarot lovers, are reading it, but u must check out the Shadowscapes Tarot. The most beautiful deck, I’ve ever used.

Wednesday, 23 November 2011

I’m so hippy tonight


The artwork by Tania/Saragrahi

So, what’s up? Has the world turned into a warm feather quilt already? Good people are not dying anymore and the TV series characters have integrity and speak with grace and wisdom? The steel weapons have turned into the wooden toys and the nuclear ones into fireworks waiting for a New Year’s party? Have Christian husbands taken Muslim wives and do they have Universal children who smoke natural dope and make free (not too dirty) love?

Have people stopped eating animals? (c’mon, they must have by now!) And those big, smelly, ugly banks – have they been burned to the ground? And those pimply, sad bankers – have they got a piece of land, each of them, and a plough and a bag of seeds? Those fuckers would be so much happier, and they would make rest of us so relieved, wouldn’t they? What about that poor junkie girl (what’s her name?) who prostitutes herself by the Øksnehallen? Have she met a shaman lover prince who gave her a handful of shrooms and her soul was cured of her Dark Passenger (as Dexter calls it)?

Have the atheists stopped to be so full of themselves and have the believers thrown away the mouldy books and replaced them with love? Have they? Oh, man - and those noisy, happy, red cheeked children – do they go on a sledge ride or swim in a mountain brook, or play hide-and-seek in the grandma’s orchard and don’t give a shit about that evil vampire playstation-slash-xbox-slash-!Pod-bullshit, designed to make another asshole rich and those pretty young beings brainwashed?

Actually not. None of these things have happened. And yet tonight I’m not too sad. I don’t even know why. I guess I believe that the old pretty things haven’t gone away forever, and those hopeful dreams are nor buried for good.
Salud comrades!

Sunday, 6 November 2011

Pozdrowienia z Kopenhagi



Za pozwoleniem mojej małżonki, wstawiam pierwszą kartkę świąteczną, z serii, nad którą właśnie zaczęła pracować. Na razie jeszcze nie zmobilizowała się do założenia bloga, więc na własną ręką zajmuję się dystrybucją:)