Spotkanie z Gwiazdą
Potrzebuję refleksji! Dlatego pragnąłem Gwiazdy, ale nie chciałem oszukiwać. Dlatego włożyłem ją głęboko w talię, przetasowałem i dopiero wtedy wyciągnąłem ją uczciwie. Z zamkniętymi oczami.
Bardzo lubię Gwiazdę z Victorian Romantic Tarot. Naga, zmysłowa dziewczyna, o pełnych kształtach, wstydliwie zasłaniająca rękoma piersi, stojąca po uda w jeziorze. Jest noc, niebo rozświetlają gwiazdy. Na horyzoncie woda tylko nieznacznie odrysowuje się od nieboskłonu. Piękna karta.
Gwiazda w Tarocie jest kartą artystów, sztuki, nadziei, zaczątków czegoś nowego, jasnej przyszłości, kontaktu z własnym wnętrzem.
Wracając jeszcze do samego obrazu. Uderza mnie w nim jedna rzecz. Jest głęboka noc, jezioro, poza kadrem najprawdopodobniej dzika natura, a dziewczyna? Ma zamknięte oczy, uśmiecha się delikatnie i wydaje się być rozkosznie spokojna. Żadnego niepokoju. Całkowita harmonia, brak strachu. Uświadomiłem sobie, że dlatego, od samego początku, tak bardzo polubiłem Gwiazdę w tej talii. Dlatego, no i oczywiście ponieważ jest naga i ma trochę tłuszczyku, a to przecież cały ja :).
Czy można być tak spokojnym w obliczu wszystkiego co nas spotyka? I oczywiście wszystkiego co może nas spotkać. Trochę tego jest. To chyba wyjątkowo rzadkie. Nie wiem, czy znam kogoś takiego. Wszyscy czują niepokój. A może to moja wina? Ja tak czuję i myślę, że inni też? To jest problem. Wiadomo, że postrzegamy świat przez pryzmat siebie.
Nie chciałem filozofować. Nie po to wziąłem do ręki karty i długopis. Chcę wejść głębiej. Wyłowić zagubionego „ja”. Zwykle tak się właśnie dzieje – biegam, załatwiam, pracuję (nawet biorąc pod uwagę pisanie) i gubie gdzieś siebie, tracę kontakt. Poznaję to po tym, że rzeczywistość staje się dwuwymiarowa i sucha. Wszystko wydaje się płaskie, bezsmakowe, bezzapachowe. Nie lubię tego. Lubię czuć... Nie wiem jak to opisać... Jakieś głębszy sens życia. Kiedy wiem, przeczuwam istnienie innych światów; wyższych, spokojnych, mądrzejszych niż ten, kiedy prawie mogę poczuć na policzkach kosmiczny, mroźny i orzeźwiający wiatr wiejący z tamtej strony. To właśnie wtedy jestem najbliższy szczęściu i prawdziwego spokoju.
Wiem, że niektórzy mogą myśleć, że to jest właśnie klasyczny przypadek eskapizmu i oszukiwania siebie. To nie tak. Dla mnie jest to raczej przypomnienie sobie, że nie jestem stąd. Gdzieś tam, poza tą marną (marną w pewnym sensie – w innym to i tak jest wspaniały świat) rzeczywistością, znajduje się moje miejsce, gdzie czuję się jak ryba w wodzie.
Dlatego ważne jest mieć ten kontakt z sobą. Żeby nie dać się całkowicie wciągnąć przez ten, jak by to nie było, teatr. Jestem tutaj, mam coś do przerobienia, dostałem te... nie wiem, 60-70 lat jeśli będę miał szczęście i najważniejsze w tym wszystkim jest utrzymanie kontaktu z sobą. Wierności sobie. Nie sprzedawać się, nie pozwolić, żeby ten kołowrót wmówił nam, że jesteśmy jego częścią.
Znowu filozofuję. To właśnie tak jest – jak zmaganie się z prądem rzeki. Nawet jeśli próbujemy, nurt spycha nas na boki, popycha do tyłu, próbuje niezauważalnie zmienić szczery wysiłek na intelektualne wygibasy. Zwykłe ego.
No więc Gwieździsta Dziewczyno! Co chcesz mi powiedzieć swoim monalizowskim uśmiechem? Że czekają mnie niespodzianki? Że wkrótce spełnią się moje marzenia o przyjaciołach – artystach, straceńcach, bohemie? Kieliszek absyntu, joint, nocne eskapady po uliczkach Sewilli, w poszukiwaniu ostatnich, prawdziwych poetów Flamenco. Ciemnookie, tajemnicze Dony i moje heroiczne odrzucanie ich miłości, dla mojej jedynej wybranki serca... czy to właśnie mam z ciebie wyczytać Gwiazdo?
A może jeszcze głębiej, poza blichtrem. Może opowiadasz mi o spokoju, bezpieczeństwie, zrozumieniu, nocy pełnej jasnych gwiazd, blasku ogniska... nie, nie, ognisko to już cywilizacja i oszukiwanie natury. Mówisz o czasach, o których napisałem tyle wierszy. O bezinteresownej przyjaźni, cudach, przejściach do innych światów i poczuciu nieograniczonej wolności...
Pamiętam jak kiedyś mieszkałem w ośrodku wczasowym na Mazurach, pracując przy obsłudze pewnego festiwalu. Do jeziora było jakieś pół kilometra, może trochę więcej, przez las. Dużo zmartwień, konfliktów, niedopasowania, stresu, brak kasy – jednym słowem chaos.
Był lipiec. Około drugiej w nocy. Nie mogłem spać z powodu upału. Wyszedłem na zewnątrz popatrzeć na gwiazdy, posłuchać lasu, pozwolić nocnej bryzie przedmuchać umysł. Pomyślałem, że fajnie byłoby przejść się nad jezioro. I nagle poczułem strach. Drzewa zaczęły wydawać mi się złowrogie i groźne, księżyc drwiąco szczerzył trupie zęby, ciemne okna hotelu opowiadały o chorych tajemnicach, jak tych ze „Lśnienia”. Już miałem wrócić w panice do swojego pokoju, ale nagle powiedziałem sobie – nie! Nie pozwolę, żeby kierowały mną lęki wymuszone przez stres, niepokoje. Jest lato, lipiec pachnący lasem, żywicą, grzybami, niedaleko leży piękne jezioro. I pomaszerowałem wbrew sobie, wbrew irracjonalnemu lękowi. Kiedy doszedłem do plaży, po strachu nie zostało już nic. Czułem się wolny i oczyszczony. Ściągnąłem z siebie ubranie i nagi położyłem się na ciągle ciepłym piasku, patrząc w migoczące gwiazdy (tysiące, tysiące gwiazd!), słuchając szumu fal i drzew. Myślę, że wtedy najbliżej byłem tej nagiej, słodkiej dziewczyny z obrazu.
Jaki z tego morał? Czy ja wiem? Było mi wtedy dobrze. Wiedziałem co jest ważne.





