Tuesday, 20 November 2018

Anarquista Bum Bum - Księżycowy Terrorysta



Tylko dla prawdziwych rebeliantów;)


1
Czasem tak jak ty wolałbym w ręce mieć pistolet
bum bum sprawiedliwości przyśpieszona szkoła
rewolucji chylę czoła, zmiany są potrzebne,
bum bum, wolę jednak operować bębnem

Czasem tak jak ty wolałbym w ręce mieć pistolet
bum bum sprawiedliwości przyśpieszona szkoła
rewolucji chylę czoła, zmiany są potrzebne,
bum bum, wolę jednak operować bębnem

2
Jestem zawsze byłem po bezdrożach podróżnikiem
sensu szukając, zawsze będę wojownikiem
jedną rzecz zrozumieć musisz, to jest najważniejsze,
człowiek człowiekowi bratem, ale nigdy wilkiem.

Przeszedłem granice, nie znałem obcych języków,
autostop moim domem, miałem ich bez liku,
czasem głód i zimno dokuczały mi w podróży,
zawsze jednak obcy człowiek pomocą mi służył

3
Kiedy słyszysz, że ciapaty, pedał, arab, murzyn, ,
krew ci uderza do głowy, w sercu rośnie mroczna burza,
miłość którą masz, zaczyna nienawiść zachmurzać,
powstrzymaj swój gniew bo cała miłość legnie w gruzach

Faszystowskie mordy krzyczą, flagami machają
chciwi politycy w mediach strachem zatruwają,
zrozum to nieprawda, propaganda  Babilonu
popatrz w oczy brata swego, wkrótce będziesz w domu


ref 1
Zawsze będziesz wojownikiem,
zawsze światło nad ciemnością
zawsze mądrość nad głupotą

Zawsze będziesz wojownikiem
zawsze serce nad rozumem,
zawsze rozum nad głupotą

ref 2
Ten system jest chory i zły,
chcą cię uwieść kłamstwem, lecz pozostań silny,
Ten system jest chory i zły,
czasem straszy Bogiem, zawsze kusi zyskiem,

Ten system jest chory i zły,
Karmi cię oszustwem, każe nienawidzić,
Ten system jest chory i zły,
nie daj się truciźnie, miłością bądź silny

Jesteś gotowy? Posłuchaj!

3
Jeden – możesz wierzyć w Boga albo i nie wierzyć
Dwa – w czystości żyć albo z kobietą miłość przeżyć
Trzy – po górskich szlakach chodzić, patrzeć za horyzont,
Cztery – anonimowym być pośród tłumu pieszym
Pięć - nie ma znaczenia, jaką ścieżką idziesz bracie,
tylko nie zapomnij o tej prawdzie wojownika:
musisz sercem patrzeć, z dumą szczerość swoją dźwigać,
nie dać się pokusom, ich śliskim kłamstwom oszukać.

Thursday, 15 November 2018

Pilot Pirx i Jesienna Dziewczyna

 
   Pani Aniu
   Przepraszam za tak długą przerwę w korespondencji. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, oprócz okresowego introwertyzmu. Mam nadzieję, że u pani wszystko dobrze. Ciekaw jestem, jak rozwija się pani kariera, jak życie uczuciowe i co nowego pani czyta. No i wszystko, cała reszta, cokolwiek jest ważne.
   Czuję się dzisiaj zmęczony. Poprzedni tydzień w pracy był raczej intensywny, zarówno jeśli chodzi o wysiłek, jak i o nadmiar alkoholu. W tym tygodniu natomiast w podróży zabrnąłem kolejny raz w ślepą uliczkę. Za każdym razem wydaje mi się, że na końcu zobaczę szeroki horyzont, a okazuje się, że trafiam na litą ceglaną ścianę. Ponownie się wycofałem, z silnym postanowieniem, że nie zabłądzę w tamte rejony na nowo. No ale dość o tym. Kontynuujemy zabawę w Trzy Rzeczy? Teraz moja kolej.

   Trzy postacie z książek, którymi chciałem kiedyś być:
   1. Pilot Pirx. Wiadomo – podróże kosmiczne:) Ale nie tylko to. Pamiętam opowiadanie „Test Pilota Pirxa”. Kiedy underdog wygrywa, a śmiały, pewny siebie, silny as idzie w zapomnienie. Postanowiłem wtedy, że zostanę underdogiem. Jak na razie idzie mi wyśmienicie,
   2. Tutejszy. Hmm... Mam takie przeczucie, że pani, jako jedyna z ludzi, których znam, może wiedzieć, o kogo mi chodzi. Była kiedyś taka książka „Kluska, Kefir i Tutejszy”. O trójce dzieciaków, których spotykają niesamowite przygody w różnych wymiarach, miejscach i czasach. O ile pamiętam Kluska i Kefir to było rodzeństwo, a Tutejszy, to tajemniczy chudzielec, który pojawia się znikąd i wydaje się wiedzieć, o co chodzi w tym dziwnym świecie. Kiedy byłem już trochę starszy, dojrzałem tę książkę w bibliotece i ją ukradłem. Zaginęła. Drugi raz znalazłem ją na Allegro. I znów zgubiłem. To chyba jakaś klątwa.
   3. Jean Valjean. Mój tata, polecając mi lektury, nie zwracał uwagi na mój wiek. Czasami nie było to mądre (czytanie Edgara Alana Poe w wieku lat 10 może skończyć się długoletnimi koszmarami i fantazją przyciąganą na zawsze w mroczne rejony), ale w przypadku Nędzników, których przeczytałem, kiedy miałem 14 lat, to był dobry wybór. Jean Valjean, prześladowany bohater, który pomimo niesprawiedliwości, porażek, złych ludzi i nieludzkiego systemu, pozostaje człowiekiem, nie traci dobroci i prawego charakteru.

    Trzy postacie to za mało... Co z Mistrzem? Z bohaterami Strugackich? Z Arjuną? Z Williamem Foggiem? Winnetou? :)

   Teraz pani. Zapraszam.
   Z wyrazami szacunku
   Redaktor Marceli Szpak

***

   Drogi panie Redaktorze
   Bardzo dziękuję za list. Przyznam, że już zaczęłam się martwić. Czytając między wierszami, chyba wiem, do czego się pan odnosi. Proszę się nie zniechęcać. Wiem z całą pewnością (nie powiem skąd), że czeka na pana długa, interesująca i z pewnością nie ślepa uliczka. Kiedy obejrzy się pan któregoś dnia za siebie, zobaczy pan ze zdziwieniem i wielkim zadowoleniem, że dzięki tym peregrynacjom, skrótom, błędom i poszukiwaniom, zaszedł pan dalej, niż jeśli starałby się pan iść tylko prostymi, jasno oświetlonymi ścieżkami. Tak więc głowa do góry!
   (Wiem, kto to Tutejszy!!! Jest pan pierwszą osobą, która go zna. Mam ochotę podskakiwać pod sam sufit z dzikiej radości!:)
   U mnie wszystko w miarę spokojnie. Również mam swoje ślepe uliczki i tak jak pan, czasami na nie zbaczam, ale na szczęście uodporniłam się na ceglane ściany i nawet nie próbuję już przebijać ich głową. Wystarczy, że mignie mi z daleka ich ceglano-ruda czerwień, odwracam się na pięcie i nie poświęcam im zbędnej uwagi. Pyta pan o uczucia. Na tym polu bez fajerwerków. Ale nie narzekam. Fajerwerki są przereklamowane. Cieszę się swoim przytulnym pokoikiem, malutką pracą, którą jestem w stanie zapłacić za dach nad głową, trzy w miarę smaczne posiłki i kilka książek (jeśli nie ma ich jeszcze w bibliotece). Oprócz tego przyznam z lekkim rumieńcem, że nasza korespondencja również wypełnia ciepłem mały kącik w moim sercu.
   A teraz przejdźmy do gry:)

   Trzy postacie z książek, którymi chciałam kiedyś być:
   1. Milady. Proszę się nie bać. Nie jestem mroczną morderczynią (nawet w marzeniach;). Wiem, że to nie była najprzyjemniejsza postać. Ale kiedy Atos obciął jej głowę, to krew mnie zalała! Nadęty hipokryta! Może i nie miała zasad i była okrutna, ale będąc kobietą w świecie mężczyzn, musiała sobie jakoś radzić. Czy będąc skazaną na bycie kobiecą postacią w starej powieści, musiała przyjąć rolę romantycznej, słodkiej i niewinnej niewiasty?;)
   2. Alicja Sielezniewa. Tak jak pan, uwielbiałam fantastykę. Książki o Alicji były moimi pierwszymi. Kiryła Bułyczowa też polecił mi tata. Na szczęście Z Edgarem Alanem Poe czekałam do osiemnastki:) Z Alicją zakochałam się w kosmosie i podróżach w czasie. Forever.
   3. Tytus... Proszę się nie śmiać! Bardzo go lubiłam. Był o wiele sympatyczniejszy od Romka i A’tomka, miał najlepsze pomysły, niczego się nie bał i gdyby nie on, to ci dwaj harcerze mieliby nudne i głupie życie. I wyrośliby pewnie na polityków, albo programistów. Wie pan, czego nie znoszę? Kiedy w radiu puszczają reklamy Mediamarkt  i „Tytus” brzmi tam jak zupełny idiota. Udusiłabym własnymi rękami copywritera, który wpadł na ten świętokradczy pomysł (to mówi Milady:).

   Bardzo dziękuję, że jednak podjął się pan gry. Sprawia mi to ogromną przyjemność.
   Życzę panu spokojnego weekendu. Kiedy będę przechadzać się po Kopcu Kościuszki (wybieram się tam w sobotę z Ambrożym - moim najbliższym przyjacielem i najbrzydszym kundelkiem w Polsce), będę myślała o panu, otoczonym opadłymi z liśćmi, szaro-burymi Beskidami.
   Z ciepłymi uściskami
   Anna Słota
   znana również jako Jesienna Dziewczyna

   PS. Proszę tyle nie pić. Ale naprawdę!
   PPS. Załączam zdjęcie Alicji ze starej radzieckiej adaptacji. Nigdy nie widziałam. Może kiedyś będzie okazja obejrzeć to wspólnie? Jeśli nie w tym życiu, to może w następnym. Co pan na to?


Sunday, 28 October 2018

Gra w Trzy Rzeczy

 












   Dobry, wyciszony dzień. W piątek po południu wróciłem z Bałkanów. W sobotę nie odpocząłem, ponieważ wciągnął mnie proces twórczy. Od dziewiątej rano do drugiej rano dzisiaj pisałem, nagrywałem, edytowałem i dopiero kiedy skończyłem (zadowolony z efektu:), padłem do łóżka.
   Dziś za to zrobiłem sobie dzień relaksu i nicnierobienia. Napaliłem w kominku, ogień tli się od rana, wygonił słotę i chłód ze ścian. Rozpaliłem też w kuchni, żeby nagrzać wodę w bojlerze. Wziąłem długą kąpiel z pianą, prawie zasnąłem w wannie. Później przy szepcie telewizora (leciała powtórka Wielkiej Gry z lat dziewięćdziesiątych) czytałem gotyckie opowiadanie z osiemnastego wieku „Dusze czyśćcowe”, o zepsuciu i nawróceniu Don Juana.
   Czuję się spokojny. Ucichły zawirowania ostatniego roku, pragnienia, rozczarowania, dysonanse. Z ulgą odkrywam, że jestem ciągle sobą, nie popsułem się. Ufff...:)

*** *** ***
 
   Panie Redaktorze
   Zagramy w pewną grę? Proszę, niech się pan nie boi, nic poważnego. Sama ją dzisiaj wymyśliłam i stwierdziłam, że wypróbuję na panu, jeśli oczywiście nie ma pan nic przeciwko. No więc tak. Ta gra się nazywa trzy rzeczy i nigdy się nie kończy. Temat na dzisiaj:
   „Trzy rzeczy, które widzisz, leżąc w wannie.”
   W sumie to nie wiem, czy można nazwać to grą, ale byłam ciekawa, co (i jak) pan napisze. Oczywiście, skoro to wymyśliłam, zacznę od siebie. Mam nadzieję, że nie weźmie pan tego za oznakę mojego egocentryzmu i arogancji (choć trudno zaprzeczyć, że jak większość z nas, w jakimś tam stopniu cierpię na te dolegliwości:).
   Zaczynam.
   Trzy rzeczy, które widzę, leżąc w wannie:
   1.  Moje kolana!:) W mojej mini kawalerce zmieściła się tylko mini wanna, która stoi wciśnięta między wysłużoną pralkę i przyrdzewiały kaloryfer. Nad prawym kolanem mam malutkie, jasnobrązowe znamię. Mama mówiła mi zawsze, że jest kształtu ziemniaka, ale ja uważam, że to dokładna mapa Australii.
   2. Franka. Franek to mój dziki pająk. Próbowałam go oswoić, ale myślę, że pająki to małe narcyzy, które nie są w stanie nawiązać głębszej emocjonalnej relacji. I tak go lubię. Franek od miesięcy rozbudowuje swoją pajęczynę za pralką. Nie mam sumienia, żeby mu ją wymieść. Czasami, kiedy leżę w wannie (albo siedzę na wiadomym miejscu), wychodzi sobie na mnie popatrzeć.
   3. Niemiecką, przedwojenną maszynę do szycia. To bardzo malutka maszyna, mieści się na pralce. Jest czarna, ma złoty napis „Serata”, który otaczają złote frezje. Bardzo ją lubię, choć czasami budzi we mnie niepokój myśl, że może jakaś niemiecka szwaczka naprawiała na niej kiedyś mundur Hitlera. Mam nadzieję, że nie.
   Czy ta gra jest dla pana głupia i dziecinna? Niech pan szczerze powie. Czekam na list.

   Z serdecznymi pozdrowieniami
   Szmuglerka ukraińskich rowerów
   Anna Słota 
   Kraków (jednak trochę tutaj jeszcze pobędę, więc śmiało, niech pan pisze, jeśli tylko będzie pan miał ochotę)



   Pani Anno
   Bardzo dziękuję za  krótki, ale treściwy list. Ta garstka osobistych informacji sprawiła mi ogromną radość. Szczerze mówiąc jestem zaszczycony, że obdarzyła mnie pani takim zaufaniem. A gra wcale nie wydaje mi się głupia ani dziecinna. Obawiam się jednak, że moja łazienka jest trochę trywialna. No ale spróbuję popatrzeć na nią magicznym okiem. No więc...
   Trzy rzeczy, które widzę, leżąc w wannie:
   (o kolanach nie piszę, bo nie chcę dublować:)
   1. Duże zdjęcie Cziburaszki zwanego Kiwaczkiem. Wisi nad pralką. Kiedy jest mi źle i sobie patrzę na tego futrzatego smutnego nie wiadomo co, to robi mi się lepiej. Nie jestem pewny, dlaczego... W jakiś dziwny sposób przypomina mi, kim byłem i jestem. Głupie, co? Czy nie?
   2. Pianę. Lubię się kąpać w pianie. Prawie zawsze wlewam za dużo płynu do bąbelków i kiedy wanna napełnia się wodą to kłęby piany zaczynają spadać na podłogę. Zerkam wtedy zza pienistej zasłony, czy nie zostawiłem w kontakcie kabla od pralki, albo czegoś innego, żeby wymykająca się spod kontroli piana nie skróciła mi niespodziewanie życia.
   3. Półkę z książkami:) Tak, mam w łazience małą, wiszącą półeczkę, na której zawsze leży kilka tomów. Mam coś takiego, że leżąc w wannie lubię czytać klasykę. Obecnie na regaliku znajdują się: „Opowieści Niesamowite” Edgar Alan Poe, „Martin Eden” Jack London, „Dzienniki Gwiazdowe” Stanisław Lem i „Na srebrnym globie” Żuławski. „Opowieści niesamowite” leżą na samym spodzie, żeby nie straszyły mnie okładką, kiedy chcę zrelaksować się w kąpieli, a nie pomaga w tym widok trumny z odsuniętym wiekiem i wysuwającą się dłonią kościotrupa.

   Z jakiegoś powodu kontakt z panią stał się dla mnie bardzo ważny.
   Pozdrawiam panią bardzo serdecznie.
   Marcycho del Urviho

Stara sukienka - Księżycowy Terrorysta



Stara sukienka

Jakie to było przepiękne, kiedy zaczął się bal,
ubrała stara sukienkę, którą ktoś dawno jej dał.
Ona ma w oczach żal, lecz uśmiechem go zakrywa,
pośród ciał, pośród fal, chce się ukryć, w tłumie zginąć.

a jajajajajajaajaj, jaka piękna z niej jest dama,
parę kilo, kilka zmarszczek, ostrożnie zasłoniła,
choć tak głośno i tak pięknie, czuje że czas jej przemija,
ktoś podaje szklankę wina, szybko ze wstydem wypija.

Kiedyś przyjdzie, kiedyś zjawi się,
kiedyś stamtąd ją zabierze,
nie ostatni, który kłamał,
ani tamten który bił.

Ten, co jeszcze jej nie spotkał,
a nie ten, co w oczy kpił,
ten co kochać będzie czysto,
a nie ten co mówił: ssij.

Dajdaradadadaj, to pracowniczy jest bal,
orkiestra gra, no bo dobry szef, zamówił, wielki ma gest.
Ona nie tańczy, choć chciałaby,
przecież chodziła na kurs.
Każdy już wziął to co chciał, a jej żal,
chociaż to dla niego ma.

Ref:
Zatańcz ze mną, mój mężczyzno,
zobacz co dla ciebie mam,
pierwszy taniec, pierwsza miłość,
nie patrz na mój album szram.

Dziś dla ciebie się urodzę,
będę najpiękniejszą z dam,
parę kilo, parę zmarszczek,
tobie dziś w posagu dam.

2.

Kiedyś przyjdzie, kiedyś zjawi się,
kiedyś stamtąd ją zabierze,
nie ostatni, który kłamał,
ani tamten który bił.

Ten, co jeszcze jej nie spotkał,
a nie ten, co w oczy kpił,
ten co kochać będzie czysto,
a nie ten co mówił: ssij.

Friday, 26 October 2018

Słodkie jabłka - Księżycowy Terrorysta

Zapomniałem wkleić ostatnio. Mój najnowszy rzewny;) Z elementami hip hopu, tak dla hecy;)

 

Słodkie jabłka 1. Hej moja mała, otrzyj z twarzy łzę wszystko będzie dobrze, zniknie cały lęk, miłość to jest życie, więc uśmiechnij się, kochaj samą siebie, kochaj też i mnie. Weź do ręki kluczyk, otwórz serce swe, zaproś mnie do środka, tam zamieszkać chcę, na tym głupim świecie każdy zmaga się, dla pieniędzy i pozycji, a ja ciebie, ciebie chcę. Ref: Niech poprowadzę cię za rękę tam gdzie, chciwość ucięła sobie drzemkę i gdzie, nikt się nie chowa, no bo nikt nie musi, gdzie słodkie jabłka, słodka wolność mądrej duszy. 2. Musisz teraz wierzyć, że już będzie dobrze, to co się splątało, z biegiem czasu się rozplącze, miłość to jest droga, miłość to jest dar, im więcej jej dajesz komuś tym więcej jej masz. Pamiętaj że nawet kiedy nie stoję zbyt blisko, nawet wtedy kiedy w kłótni, głupie słowa trysną, miłość to jest droga, miłość to jest dar, im więcej jej dajesz komuś tym więcej jej masz. Ref: Niech poprowadzę cię za rękę tam gdzie, chciwość ucięła sobie drzemkę i gdzie, nikt się nie chowa, no bo nikt nie musi, gdzie słodkie jabłka, słodka wolność mądrej duszy. 3. W materialnym świecie tak to już wygląda, im więcej rozdajesz, tym mniej tego masz, Nic tu nie jest trwałe, każda rzecz się kończy, skończą się pieniądze, kiedyś skończy się twój czas Tylko ona trwa i kwitnie, nigdy nie przestaje, gdy ją masz, to ze mną na jednych falach nadajesz miłość to jest droga, miłość to jest dar, im więcej jej dajesz komuś tym więcej jej masz. Tylko ona trwa i kwitnie, nigdy nie przestaje, gdy ją masz, to ze mną na jednych falach nadajesz słodkie jabłka, słodka wolność, słodki dotyk skóry, w ciele dusza, w duszy miłość, lecimy pod chmury

Wednesday, 24 October 2018

Chrześcijanie niech się smucą (półwysep Istria)

 
 Dwieście euro i tydzień wolnego to mało na bałkańską ekspedycję. Ale i dużo, bo przy takim ograniczeniu człowiek nastawia się na intensywne odczuwanie, patrzenie, doświadczanie... Choć nie wiem, na ile tej intensywności miałem. Myślę, że bardziej nastawiłem się na czas dla siebie, refleksję.
   Rano wczesna pobudka, ale z tym nie mam problemu, sam z siebie budzę się koło szóstej. Cieszyłem się, że szyby zupełnie zaparowały. Mogłem w spokoju i prywatności umyć się chusteczkami nawilżającymi, bez obawy, że ktoś dostrzeże golasa zaplątanego w śpiwory i koce.
   Po drodze, już w Chorwacji, zjadłem śniadanie w zatoczce, a później korzystając z pogody skręciłem w polną dróżkę, zagotowałem wodę i wykąpałem się z garnka, porządnie, z szamponem i całkowitą zmianą ciuchów.















   Do Puli na półwyspie Istria dojechałem popołudniem. Zaparkowałem przy starym rzymskim amfiteatrze, gdzie teraz siedzę i piję białe wino.
   Byłem pochodzić po mieście, posiedziałem nad morzem, zjadłem burka z serem i na tym skończę już zwiedzanie. Położę się wcześnie i poczytam coś. Zabrałem ze sobą dwie książki, które u zarania dziejów miały duży wpływ na ukształtowanie mojej wizji świata: Martin Eden i Buszujący w zbożu. Czuję, że potrzebuję takiego powrotu do korzeni. Próbując się dopasować, trochę zapomniałem ostatnio, kim jestem.
   Dawno nie było listy. No więc...

   Lista na siłę (ale może niekoniecznie)

   1. Zachód słońca pomiędzy filarami ruin amfiteatru. Próbuję wysilić wyobraźnię. Dwa tysiące lat temu bogaci koloniści z Cesarstwa i lokalna śmietanka chorwacka... Nie, wtedy mieszkali tu Ilirowie. No więc siedzieli na tych trybunach i oglądali najnowszą komedię Afraniusza. Wybuchali śmiechem, albo ucinali sobie drzemkę. A później szli pić wino do... vinorium? A ci, którzy mieli wystarczająco szczęścia albo pieniędzy, spędzali resztę nocy na miłosnych igraszkach z żonami albo prostytutkami. A rano skacowani wysyłali niewolnika po więcej wina, żeby jakoś przeżyć poniedziałek.
   2. Sprawia mi dużą satysfakcję układanie całych zdań po chorwacku i obserwowanie, że jestem zrozumiały. Gorzej ze zrozumieniem odpowiedzi :)
   3. Z przyzwyczajenia kupiłem jej mały upominek. Ciężko wykorzenić naturalne odruchy.
   4. Policzyłem dziś gotówkę i wyszło mi, że muszę zacząć kierować się na północ, jeśli nie chcę utknąć z pustym bakiem gdzieś na południu Węgier. Rozłożę sobie powrót na dwa albo trzy dni, żeby jeszcze pocieszyć się podróżą.
   5. Jedna z rzeczy, która zafascynowała mnie w Bałkanach. Napiszę to naokoło. Kiedy miałem jakieś pięć lat, tata zabrał mnie w góry, na granicę ze Słowacją i pokazał odległą wioskę w dolinie. Powiedział, że to jest inny kraj "Za Granicą". Pamiętam, jak wielkie to zrobiło na mnie wrażenie. Gdzieś tam, w niedostępnym miejscu za mistyczną Granicą jest odmienna kraina, gdzie mieszkają odmienni ludzie. To było dla mnie tak, jakby pokazał mi przez lunetę mieszkańców księżyca.
   W tym roku, na wiosnę, postanowiłem, że pojadę właśnie tam, do odmiennych krain, które teoretycznie są bliżej niż te oswojone, które do tej pory poznawałem: Anglia, Irlandia, Dania, Holandia, Hiszpania. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że te miejsca naprawdę tam są. Inne, egzotyczne, barwne, i są niesamowicie blisko. Wystarczy kilka godzin. Moja Xsara stała się moim kosmicznym wehikułem. A mieszkańcy obcych planet nie zdają sobie nawet sprawy, że między nimi przechodza się kosmita, szpieg z krainy deszczowców.
   6. Lubię pisać, bawić się słowami, którymi sam w sobie wykopuję wrażenia. Pisanie najbardziej pomaga mi odzyskiwać siebie po ostatnim roku próbowania być kimś innym w imię uczucia. Kiedy piszę, wszystko się zatrzymuje. Nie czuję się wtedy "nikimś", nie martwi mnie brak wielkiej kariery, bogactwa, wpływów. Nie biegnę, nie boję się, nie martwię. Jestem najbardziej sobą. Jeśli jeszcze kiedyś spotkam osobę, którą pokocham, to tak właśnie powinienem się przy niej czuć. I'm writing it in stone.
   7. Biją dzwony. Rzymianie zapalają pochodnie. Wieczorny spektakl właśnie się zaczyna. Nalejcie wina do czasz i niechaj dzisiejszego wieczoru nikt się nie smuci. (Oprócz Chrześcijan na arenie. Chrześcijanie niech się smucą.)

Tuesday, 23 October 2018

Zapisek znaleziony w ruinach

 
Szłam dziś przez park. Tivoli w październiku jest dla mnie najpiękniejszy. W taki złoty dzień, jak dziś, ale i w szaro-siny, deszczowy, jak wczoraj i jutro.
   Tęsknię za domem. Za naszą chatką pod Radosinem, gdzie mama hodowała róże, a ojciec wracał późno do domu po pracy w browarze. Wiem, że Serbia nie jest daleko. Czasami zdaje mi się jednak, że jest. Kiedy on patrzy na mnie pustym wzrokiem, a oczy które kiedyś spoglądały z miłością, dziś najczęściej prześlizgują się po mnie z gadzią pogardą, wtedy wydaje mi się, że zabrał mnie na księżyc zły duch i zamknął samą w zimnym księżycowym zamku. Słoweński księżyc.
   Myślałam dzisiaj i poczułam coś, co jest prawdą. Czasami tak się zdarzy, że pewna myśl jest tak żywa, potężna i prawdziwa, że nie może być po prostu myślą, musi być prawdą. Pomyślałam, że największym szczęściem jest spotkanie kogoś, kogo Bóg stworzył w tak podobnym natchnieniu, że ten ktoś myśli i czuje zupełnie jak my. I kiedy się spotkamy, to będzie, jakbyśmy spotkali samego Boga. Nie wiem, czy dobrze to tłumaczę. Bratnia dusza.
   Ale później pomyślałam, że czas jest taką nieskończoną otchłanią. Jedna godzina, jeden dzień, rok, stulecie, milion lat. Ile dni ma milion lat?
   Kiedy czasami przechodzam się po muzeum, zdaje mi się, jakbym spadała w bezdenną przepaść. Patrzę np. na taki obraz sprzed 500 lat. Pewnego dnia ktoś go namalował. Może to był taki dzień, jak dzisiaj. Suche kolorowe liście, chłodnawy blask słońca, zapach ziemi. Minął dzień, malarz popatrzył na swoje dzieło i powiedział do żony: kochana, zobacz, chyba już skończyłem, nie będę już nic zmieniał. Jak ci się wydaje? Później minął następny dzień, i następny i następny. Minęło 50 lat i artysta zmarł. Później minęło jeszcze 10000 dni, a później 300000, I tak się zbierało, aż do dzisiaj. Przeraża mnie to.
   No więc czas jest otchłanią. A co jeśli Bóg nie wysyła nas tutaj zgodnie z jakimś planem, tylko wrzuca do świata chaotycznie? "Ty wyląduj sobie dzisiaj, a ty zostań jaskinowcem, a ty na stalowym ptaku polecisz do gwiazd". I wtedy być może nigdy nie spotkamy tej jednej duszy, z którą kochalibyśmy się doskonale, bo mogą dzielić nas tysiące, miliony dni, miliardy godzin!
   Zaczyna się chmurzyć i wiatr mocniej wieje. Nie wiem dlaczego, zrobiło mi się bardzo smutno. Poczułam, że jesteś tak blisko, jak to tylko możliwe. Przez chwilę czułam nawet twój zapach, między gałęziami drzew mignął mi kolor twoich włosów. Rozglądam się i jestem sama...

Adrijana Kovacevic
Ljubljana, 23 październik, 1876 rok

   Zatrzymałem się przy stosie zmurszałych cegieł porośniętych bluszczem. Spodobało mi się to miejsce. Tak blisko centrum Ljubljany, a wydawało się, jakbym znalazł się w angielskiej, zapuszczonej wsi.
   Ogarnął mnie smutek. Ktoś tu kiedyś mieszkał, pracował, kochał, żył.
   Poczułem też zapach perfum, jakich nigdy wcześniej nie czułem. Róża i ogórek. I wśród gałęzi mignął mi kolor twoich włosów.

Marcello de Amontillado
Ljubljana, 23 października, 2018 rok

Ljubljana



 Noc była chłodna, ale dwa śpiwory ogrzewały mnie aż nadto. Obudziłem się o szóstej, po długim, spokojnym śnie. Wstawiłem wodę na kawę na kuchence turystycznej, co wzbudziło zainteresowanie przechodniów zmierzających do pracy. Kawa i papieros odgoniły resztki snu. Odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę Ljubljany.
   Jechałem powoli, leniwie, ciesząc się złocistą pogodą. W radiu nastawiłem jakąś spokojną stację, nadającą słoweńską muzykę. Zatrzymałem się na śniadanie (przywieziony z Polski chleb i pasztet sojowy). Na łące zobaczyłem rzeźbę sympatycznego byka z bujną hipsterską grzywką. Podszedłem bliżej, żeby zrobić zdjęcie i okazałości, że to nie rzeźba, ale żywy, najpiękniejszy na świecie długowłosy byczek. Zastygł po prostu w bezruchu, zaskoczony moim pojawieniem się.
   Ljubljana jest urocza. Brukowane ciasne uliczki otaczają wzgórze z zamkiem. Przeszedłem chyba wszystkie. Wspiąłem się też na wzgórze, skąd roztacza się bajeczny widok na całe miasto.
   Przed powrotem do samochodu zjadłem pysznego falafela. Musiałem wrócić i wykupić dodatkowy bilet, ponieważ maksymalny czas parkowania to cztery godziny. A od dziewiętnastej, tak jak w Mariborze, nie płaci się nic, więc zostaję na noc.
   Błądząc po mieście trafiłem do Parku Tivoli, który po zejściu z głównej drogi zamienił się w ciemny, wilgotny las. Przy starych ruinach miałem krótka wizję artystyczno-emocjonalną;) Może ją rozwinę.
   Teraz siedzę opatulony przed pubem Levstik i piję piwo: ciemne mieszane z jasnym. Pycha. W Polsce nie ma takiego dobrego piwa. Nie wiem dlaczego.

Monday, 22 October 2018

Noc w Mariborze

 
A gdyby śpiewak z Mariboru zaczął nucić cichutko, tuż obok parku, gdzie pijany chłopak zwrócił właśnie skromną kolację wymieszaną z piwem? Zasnąłbym jak kamień i nie obudziłby mnie żaden zły sen, jak wczoraj (za dużo ostatnio było tych złych snów).
   Zaraz będzie dziesiąta. Leżę w samochodzie na parkingu przy cichutkiej uliczce obok centrum.
   Słowenia powitała mnie dobrą muzyką w radiu i dobrymi drogami.   
   Odetchnąłem z ulgą, kiedy wyjechałem z Węgier. Zawsze oddycham z ulgą, kiedy opuszczam ten nudny, obcy kraj z jego suchym porządkiem, płaskością i nieprzyjemnym językiem, i wjeżdżam do słowiańskich krain. Tutaj czuję się od razu jak w domu.
   Słuchając radia upewniłem się, że słoweński jest bardzo podobny do chorwackiego i będę mógł się bez trudu porozumieć. Dwa miesiące intensywnej nauki opłaciły się; bez trudu nawiązałem kilka rozmów z mieszkańcami Mariboru. Spytałem, gdzie kupić papierosy o tej porze, do której mogę parkować za darmo, co ciekawego można tutaj zobaczyć. Rozumiałem też wszystkie szyldy :) Do przyszłego lata będzie już zupełnie dobrze.
   Dwanaście godzin za kółkiem wyciszyło mnie. Byłem zmęczony, bo kolejną noc spałem tylko kilka godzin, ale umysł pozostał skupiony i spokojny.
   Jutro chcę zwiedzić Ljubljanę (oryginalny zapis podoba mi się o wiele bardziej niż polska Lublana. Brzmi słodziej, miękcej). Nie wiem, czy zostanę tam na noc, ale całkiem możliwe. Chciałbym zobaczyć to miasto nocą, napić się piwa w przytulnym pubie, poobserwować ludzi, poczuć ich.
   A później Chorwacja. Jest taki półwysep na północy, który mi się spodobał na mapie, będę chciał się tam zatrzymać na chwilę.
   Inspiracją do tej podróży jest samotność. Moje potrzeby emocjonalne: potrzeba bliskości, głębokiej rozmowy, zrozumienia, dotyku, intymności, są niezaspokojone. Szukając kontaktu z kimś, kto wydawał mi się jeszcze niedawno bliski, natknąłem się na ścianę niezrozumienia na skalę kosmiczną. Jakbyśmy byli z dwóch różnych planet.
   Podróż pozwala mi nabrać dystansu. Odrywając się od miejsca, gdzie mieszkam i pracuję, odrywam się w pewnym sensie od siebie. Stając się obserwatorem mijanych krain, troszkę staję się też obserwatorem siebie i mogę podejść do swoich spraw z pewną neutralnością.
   Eh, coś chyba marudzę i za bardzo filozofuję:) To przez zmęczenie.
   Światła uniwersytetu ekonomicznego zaglądają mi do samochodu, ale nie przeszkadzają. Z rzadka przejeżdżają poniedziałkowe auta i jeszcze rzadziej rozlegają się kroki przechodniów. Troszkę zlepiają się mi już powieki. Na pewno nie narysuję nic do tego zapiska. Zrobię tylko zdjęcie. Dobrze mi tu na swój sposób. Lepiej niż we własnym łóżku.
 

Sunday, 21 October 2018

Niedziela przedbałkańska

 
 Jest ranek. Ogień wesoło strzela w piecu, czajniki szumią parą, zza ścian dobiegają głosy budzących się turystów. To ostatnia niedziela trzytygodniowego maratonu pracy. Choć jestem zmęczony, było warto: spłaciłem wszystkie długi, a to dla mnie bardzo ważna rzecz. Teraz czeka mnie tydzień urlopu. Planuję jutro wyruszyć na krótką wycieczkę na Bałkany. Myślę o Słowenii i kawałku Chorwacji. Może pora roku nie najlepsza, ale nie przejmuję się. Potrzebuję przestrzeni, żeby móc swobodnie pooddychać i pomyśleć. Długa podróż samochodem do krainy, którą ostatnio pokochałem na pewno mi w tym pomoże. I będę mógł poćwiczyć i wypróbować mój chorwacki :)
   Dziś wyspałem się lepiej niż w ciągu ostatnich kilku tygodni. Zaczynam uwalniać się od negatywnych przekazów na swój temat, którymi byłem ostatnio intensywnie karmiony. Cieszę się wewnętrzna wolnością, wracającą energią, perspektywami. Planuję otaczać się pozytywnymi ludźmi, którzy mnie doceniają, szanują to, co robię, prezentują podobne spojrzenie na rzeczywistość, są dojrzali emocjonalnie. A jeśli takich nie spotkam w tym momencie, to i tak jakiś czas chcę pobyć sam, poukładać sobie wszystko w środku, zanim znów otworzę się na związek i wpuszczę kogoś do swojego życia.
   No więc jutro zaczyna się trzecia wyprawa bałkańska! I to trzecia w tym roku:)
   Dziś po zejściu z gór planuję wreszcie posprzątać dom na błysk, oprać się i spakować. Mam tylko 3 kartusze do kuchenki, ale na tydzień powinno wystarczyć. Wezmę też coś do czytania, chce mi się jakiejś klasyki. Od jakiegoś czasu chodzą za mną "Nędznicy", może wygospodaruję czas na lekturę. Oprócz tego dziennik, żeby systematycznie pisać. Dwa śpiwory, bo będę spał w samochodzie, a noce mają być zimne. Nagrać na płyty kilka nowych albumów, bo starocie już mi się przesluchały. Jakieś zakupy w Biedronce, bo budżet wyjątkowo ograniczony. I tyle. Cała naprzód ku nowej przygodzie ;)
 

Saturday, 20 October 2018

Zielony groszek

 
 Dzień dobry, panie Redaktorze. Dziś rano czekała mnie na blogu miła niespodzianka. Jednak pan żyje. I proszę nie mówić "co to za życie" (tak, ja już znam to pana podejście :). Szczerze mówiąc, zazdroszczę. Większość ludzi w życiu się nudzi. Idą utartym torem, unikają wyzwań, boją się zmian, zadawala ich przeciętność. Pan, w swoim poszukiwaniu doskonałości i Domu (zawsze pisze pan "Dom" z dużej litery, zauważyłam) nigdy nie jest usatysfakcjonowany nijakością, kłamstwem, byle czym. Nie jest to łatwa droga, wymaga dużej wytrzymałości, tolerancji i optymizmu. Ktoś, kto nie rozumie, mógłby spytać "jaki optymizm?! Ten facet wpada z jednej kabały w drugą, jak tak można żyć?". Ale ja, choć nie znamy się osobiście, myślę, że pana znam bardzo dobrze. Czasami czytając kogoś albo o kimś, nie znając tej osoby twarzą w twarz, można go zrozumieć lepiej, niż kogoś z kim rozmawia się codziennie. Przecież nigdy nie spotkałam Ijona Tichego, a znam go jak brata. Z Anią z Zielonego Wzgórza mogłabym konie kraść. A Skrzetuskiego mogę wziąć na męża już dziś. Dlatego mogę powiedzieć z przekonaniem: pana optymizm, Redaktorze, jest głęboki, zarażający i uwodzący. Czasami myślę, że tylko pan go nie dostrzega.
   Na tym zakończę mój krótki list. Mam nadzieję, że zastał pana w dobrym zdrowiu. Pozdrawiam serdecznie.
 
   Była kierowniczka sklepu "Lewiatan", obecnie poetka i hodowca zielonego groszku na pół etatu.

   Anna Słota
   Kraków (tylko w tym tygodniu, więc raczej proszę nie odpisywać)

*** ***

   Pani (panno?) Anno
   Bardzo dziękuję za miłe słowa. To nie pierwszy raz, kiedy wyciąga mnie pani z odmętów melancholii. Nie wiem, jak pani to robi. Urzeka mnie pani trzeźwość i rzeczowość, i to mocne stąpanie po ziemi. Myślę, że tych cech mi trochę brakuje. Postaram się wziąć pani słowa do serca. Jeżeli mój list nie zastanie pani w Krakowie (wyobrażam sobie niewielką, czyściutką garsonierkę, zieloną od groszku), mam nadzieję, że jakaś dobra dusza dostarczy go gdzieś tam w pani peregrynacjach.
   Ja za dwa dni będę w drodze, Bałkany znów mnie wzywają. Liczę na to, że moja relacja z podróży pani nie rozczaruje. Pozdrawiam i całuję pani dłoń.
   Redaktor

Świdnica






















   Kilometr za kilometrem. Październik zaskoczył złotą jesienią. Przestronne wnętrze Xsary, z głośników albo przypadkowe stacje radiowe, albo kurs chorwackiego. Wiecie jak jest arbuz po chorwacku? Lubenica (coś od miłości?). A melon? Dinja. A kocham cię? Volim te.
   Jaki cel? Niby nieważny, chodzi przecie o drogę. Ale wybrałem Świdnicę. Obudziłem się o piątej rano i stwierdziłem, że muszę jechać. Daleko, szybko, w nieznane, na zawsze, ale żeby wrócić przed środą, bo muszę do pracy. Napisałem w google „fajne miejsca na południu Polski”. Pojawiła się Świdnica. Prawie 6 godzin jazdy. Nie za dużo, nie za mało. W sam raz, żeby zabić czas, trochę się zmęczyć i czuć, że nie stoi się w miejscu.
    Ja i M. Od czerwca przez całe lato każdy weekend spędziliśmy wspólnie. Rozmowy, czary, wycieczki, trzytygodniowa wyprawa po Bałkanach. A później wszystko stało się coraz gorsze, coraz bledsze, zimniejsze, trywialniejsze, bezduszne. Nie rozumiejąc, co się dzieje, próbowałem ratować, pytać, rozmawiać, ale nie była zainteresowana rozmowami. „Mężczyzna tak się nie zachowuje”, „Po co zawsze chcesz gadać? Zrelaksuj się”... Nie dałem rady, ściana była zbyt wysoka, chłód zbyt lodowaty, słowa zbyt ostre. Uprzedzając ostateczny cios, sam to skończyłem. I teraz znów samotny, na swojej samotnej wyspie, jadę do egzotycznej Świdnicy.

***

   Małe, przyjemne miasteczko. W noclegowni na ulicy Śląskiej miła pani recepcjonistka dała mi mapy, narysowała krzyżyki na atrakcjach, pubie i knajpce z domowymi obiadkami.
   - A pan służbowo?
   - Nie. Dziś rano wpadłem na pomysł, żeby odwiedzić Świdnicę. Zupełnie przypadkowo.
   Popatrzyła z sympatią.
   - O, to zupełnie jak Julia Roberts w takim filmie, gdzie rzuca ją chłopak, więc ona z zamkniętymi oczami trafia palcem w mapę.
   - Jakby pani zgadła. Jestem tydzień po zerwaniu. To moja terapia.
   Sympatia w jej oczach zwielokrotnia się o kilka rzędów.
   Następnego dnia, kiedy żegnałem się z nią przy biurku, powiedziała:
   - Proszę pana, ja też to przeżyłam rok temu. Da pan radę. Czasami nawet trzeba się wypłakać. Wszystko minie.
   Odpowiedziałem wdzięcznym uśmiechem.
   Nie zapytałem nawet jak jej na imię. Miała w twarzy coś ładnego, miłego.

***

   Późnym wieczorem poszedłem na Kler do lokalnego kina. To był zły wybór. W takim stanie powinienem pójść na komedię romantyczną, albo film akcji. Kler był mocny, ostry, smutny, przerażający i wstrząsający. Wyszedłem z kina przed północą. Szedłem samotnie przez park. Lekko przygarbiony paliłem papierosa i czułem się najbardziej samotną osobą we wszechświecie.


Grzeszne myśli



 Długa przerwa. Po intensywnymni dobrym lecie przyszła jesień. Opadły liście i mgły, znów skończyło się z M. I znow jestem w punkcie wyjścia. Bogatszy o kilka mądrości oraz nowych siniaków. Trochę zmęczony, ale gdzieś tam świta promyk nadziei: że zła passa dobiegła końca, a ostatni rok przyniósł kilka konkretnych i ważnych lekcji. 2019, przybywaj,  I'm ready (or not;)

Pięć Grzesznych Myśli:

   1. Chciałbym być kochany bezwarunkowo. 
   2. Chciałbym się zakochać z serca, a nie z ciała. Ale też chciałbym, żeby ona była tak (dla mnie) piękna, żeby zapierało mi dech.
   3. Chciałbym mieć trzykołowego Harleya za 100 000 zł.
   4. Chciałbym być jednym z tych sławnych artystów, którym nie zależy na sławie.
   5. Chciałbym mieć przyjaciela, który byłby starszy, silniejszy, przystojniejszy i mądrzejszy ode mnie. Czasami położyłbym mu głowę na kolanach, on wyłożyłby się wygodnie i zawadiacko rozmarzony opowiadałby mi, co zrobimy i jak świat jest nasz.



   Szanowny Panie Redaktorze
   Piszę zmartwiona, ponieważ zauważyłam, że ostatnio zgubił pan radość życia. Oczywiście rozumiem: jako artysta i poszukiwacz może pan czasami (a nawet powinien) oddać się egzystencjalnym falom. Ale jednak nie popadajmy w przesadę. Wszechświat potrzebuje balansu. Z moich obserwacji wynika:


 - Zakochał się pan w dziewczynie o kamiennym sercu, która podkopała, i to znacznie, pana poczucie wartości i w ogóle tożsamość. No cóż, zdarza się, że tak okrutnie powiem i to z pewnością nie panu pierwszemu, jak zaświadczy na przykład taki Wokulski. No ale kto jak kto, ale pan powinien być zadowolony, że udało się mu doświadczyć, a na dodatek ujść cało, z sytuacji, o jakiej od wieków piszą poeci.
   - Coraz częściej zdaje pan sobie sprawę, że ma już 42 lata. Rozumiem, może przytłoczyć, ale z drugiej strony, Panie Redaktorze, niech pan popatrzy w lustro! Młody, przystojny człowiek, o marzycielskim, głębokim spojrzeniu, pełen ideałów, doświadczeń, pomysłów. Wstyd tak się smucić. Tu się trzeba cieszyć!
   - Często wspomina pan o samotności. Trudno ukryć, że ludzie pana pokroju nie są znani z powierzchownych znajomości, a te głębokie trudno nawiązać. Ale spójrzmy trzeźwo: naprawdę nie ma pan bliskich przyjaciół, bratnich dusz? Choć jednej? Nie wierzę. A kto wie, co czeka za zakrętem. No a nawet jeśli miałby pan pozostać samotny do końca: czy to aż takie straszne? Kilka na pół głębokich znajomości, odrobina zażyłości z w miarę dobrymi osobami i kompania Tołstoja, Bradburego, Kazantzakisa, Kropotkina, Bakunina i wielu innych. This is sublime, Mr. Editor. Piszę to bez złośliwości. Ot tak, do przemyślenia.

   Na koniec chciałabym napisać panu, Panie Redaktorze, że jestem wierną fanką i czekam z niecierpliwością i przyjazną chciwością na kolejne porcje pana życiorysu.

   Z szacunkiem i sympatią
   Kierowniczka Sklepu "Lewiatan"

   Anna Słota, Basznia Dolna



Wednesday, 18 July 2018

Lista zabiegana


 Mało udzielam się ostatnio na blogu. Dużo się dzieje, przyszedł okres intensywnego doświadczania i budowania. Czas refleksji przyjdzie trochę później.

Lista zabiegana:

   1. Dużo czasu spędzam z M. Myślę, że przerwa dobrze nam zrobiła. Jesteśmy bliżej niż kiedykolwiek. Jestem w związku z tym szczęśliwy :)

   2. Muzyka. Sporo gramy z chłopakami. Nabraliśmy wiary w siebie. Za 3 tygodnie kolejny koncert. Przygotowujemy nowe utwory, cieszymy się samym graniem, ale też połączeniem z publicznością. Czuję radość, że wreszcie zacząłem grać swoje utwory dla ludzi. Chciałbym znaleźć kogoś na trąbce, skrzypcach i akordeonie, żeby dodać klimatu marzeń. Do zobaczenia 4 sierpnia na Łapsowej Polanie.

   3. Kupiłem wreszcie samochód. Xsara Picasso. Czerwony. Piękny :) Prowadzi się wspaniale, przestronny, wygodny, nawet silnik 1.6 nie przeszkadza. No bo po co tak pędzić? Muszę zrobić trochę napraw. Z kasą kiepsko, ale znajduje sobie więcej pracy, więc jakoś to ogarnę. No i cieszę się, bo mamy wehikuł na sierpniową wyprawę na Bałkany z M.

   4. Od września planuję intensywne szukanie pracy. Albo copywriting albo coś z językiem angielskim. Bardzo lubię symultaniczne tłumaczenie, może uda mi się znaleźć coś w tym kierunku.

   5. Swami jest w Polsce. Żałuję, że nie spotkam się w tym roku z moim mistrzem duchowym. Co roku czekałem na to spotkanie. Nie pozwoliła gotówka, plany, ale w sumie gdybym się upał, to dałbym radę. Myślę, że chyba jestem w takim miejscu w życiu, że nie jestem przygotowany.

   6. Krawcowy Wierch. Deszcz, mgła, Koniec Świata, warkot agregatu, zapach pomidorowej, Behemot skręca wonne zioła, kończą się papierosy, nie zaplanowałem, niedługo Netflixowy serial, odliczanie godzin do piątku, kiedy zacznie się magiczny, wesoły weekend z M., spokój i inspiracja.

Wednesday, 11 July 2018

Pierwszy koncert

















   W sobotę miałem swój pierwszy koncert. Wraz z Marem, Mateuszem i Marcinem zagraliśmy na przeglądzie piosenki autorskiej na Rycerzowej. Publiczność nas pokochała :) Dzikie tańce, bisy, okrzyki, a na koniec nawet autografy.
   To był magiczny moment. Widziałem na twarzach pozostałych członków zespołu, dla których występy sceniczne też są nowością, prawdziwe szczęście. Byliśmy zdenerwowani i stremowani, ale udało nam się przez to przebić. Pierwszy raz przeżyłem coś takiego.

   Co poza tym?

   Wróciliśmy do siebie z M. :)

   PS. 4 sierpnia gramy następny koncert. Lokalizacja to schronisko Koliba na Łapsowej Polanie. Zapraszam:)

Sunday, 24 June 2018

Wednesday, 20 June 2018

Bieszczady 3

 















Dziś zrobiłem sobie spokojny, leniwy dzień. Po wczorajszym wyzwaniu nie chciało mi się już łazić po górach.
   Pojechałem na chwilę do Ustrzyk Dolnych, kupiłem hałwę od Ukrainek, pochodziłem po skwerku, zjadłem loda jabłkowego i jeszcze przed południem stwierdziłem, że znajdę jakieś pole namiotowe nad Soliną. Wymoczę się w jeziorze, poczytam Kurta Vonneguta i pooglądam na netflixie Star Trek - Discovery. Nawet dobrze im to wyszło, choć nic nie umywa się do The Next Generation:)
   Tak też zrobiłem. Woda w jeziorze była ciepła, słońce oparzyło mi trochę szyję i ramiona. Kurt Vonnegut dzisiaj mnie nie porwał. Nie zawsze podchodzi mi jego ironia. Star Trek za to coraz bardziej wciąga.
   Nie palę już trzeci dzień. Póki co najcięższy. Fizycznie mnie nie ciągnie, ale bardzo spadła mi motywacja. Zaczęły pojawiać się mysli: "a komu zależy, po co się starać, dlaczego nie płynąć z prądem". Udało mi się jednak to zwalczyć. Powiedziałem sobie, że muszę podjąć się tego wyzwania, żeby udowodnić sobie samemu, że jestem silną osobą, kimś kto potrafi zadbać o siebie i o innych. Ta myśl mnie powstrzymała.
 
    Myślałem dziś o moich ostatnich podróżach. W domu prawie nie bywam. Albo praca, albo w drodze. Czy fajnie mi z tym? Prawie:) Kocham podróże. Ale najbardziej to lubię się nimi dzielić z bliską osobą. Wspólnie wymyślać nowe miejsca do odwiedzenia, spacerować po nieznanych miejscowościach i rozmawiać wtedy o różnych sprawach, dzielić się wspomnieniami, planami, głupotkami. W każdej z tych ostatnich podróży brakowało mi tego bardzo. Miałem wrażenie, że jest mnie tylko pół. Czy to namiot w Międzybrodziu, czy plaża w Dubrowniku, czy Połonina Wetlińska... Byłem i jestem rozdarty między przyjemnością włóczęgi, a smutkiem samotności.

   Myślałem też o M. Nie czuję już złości. Myślę, że po prostu nie umieliśmy się porozumieć, co zaowocowało nawarstwianiem się nieporozumień, aż wreszcie wszystko walnęło. To nie jest zła dziewczyna. W gniewie i rozczarowaniu tak ją przedstawiłem, ale niepotrzebnie.  Jest po prostu bardziej zamknięta niż ja, co skutkowało ciągłymi napięciami. Czasami ludzie są po prostu różni i nie da się wymusić na kimś zmiany. Niech się jej dobrze wszystko ułoży.

   Chyba jutro wracam do domu. W piątek muszę oddać samochód zastępczy. Przyszły tydzień praca, a później szukanie nowego auta.

Tuesday, 19 June 2018

Bieszczady 2

















   Obudziłem się o piątej rano i już nie mogłem spać, myśląc o śnie o doskonałej miłości. Minuta za minutą rzeczywistość zaczęła jednak wracać. Przypomniałem sobie o smsach jakie dostałem w nocy i lekko zepsuł mi się humor.
   Wstałem, złożyłem namiot i już miałem ruszyć na szlak, ale przypomniałem sobie, że nie zrobiłem wczoraj zakupów na drogę, a bez prowiant nie mogłem iść w góry. Zaczekałem więc do 7. Kupiłem chleb, ser, czekoladę i wodę. I ruszyłem w trasę.
   Szybko zorientowałem się, że mam za ciężki plecak, ale nie chciało mi się już wracać do samochodu. Wejście na Połoninę Caryńską było dosyć ostre, ale czułem się silny. Krok po kroku zły humor zaczął przechodzić i zamiast myśleć o głupotach, zacząłem skupiać się na podejściu, oddechu, rytmie kroków. Kiedy wszedłem na przełęcz okazało się, że nie czekają mnie żadne widoki. Gęsta mgła ograniczała pole widzenia do jakichś 4-5 metrów. Nie przeszkadzało mi to jednak. Lał się ze mnie pot, z każdym krokiem zostawiałem za sobą toksyczne myśli. W białej mgle, na grzbiecie połoniny, samotnie, nie przeszkadzał mi żaden turysta, było jeszcze za wcześnie. Po 3 godzinach, nieźle już zmęczony zakończyłem pierwszy etap. Wszedłem do osady, w której zaczynał się szlak na Połoninę Wetlinską. I tutaj dostałem naprawdę w kość. Trasa okazała się bardzo stroma, trzeba się było wspinać po stromych schodach. Robiłem przerwy co 100 metrów, a i tak nie wyrabiałem. Zaschło mi w ustach, serce waliło jak młot, zacząłem widzieć mroczki, nogi odmawiały posłuszeństwa. Lata palenia fajek, złego trybu życia i alkoholu dały się we znaki. W pewnej chwili zacząłem się zastanawiać, czy dam rady i może powinienem zawrócić. Ale zagryzłem zęby i popychałem się dalej. I jakoś nie umarłem:)
   Fajnie jest się tak popychać do granicy wytrzymałości, dawno tego nie robiłem.
Pod Chatką Puchatka zdecydowałem, że wrócę do Ustrzyk, zjem coś dobrego i prześpię się pod namiotem koło Bieszczadzkiej Legendy. Czuję, że ładuję tu baterie.

   W Bieszczadzkiej Legendzie znów wziąłem to pyszne lokalne piwo. Jakiś przyjaciel lokalu, Dandee, poprosił mnie, żebym pomógł podłączyć projektor i głośniki. Dziś gra Polska i Senegal. Na szczęście nie dałem plamy, wyszedłem na eksperta od elektroniki. Dandee postawił mi drugie piwo. Chyba obejrzę sobie mecz ze wszystkimi. Brakuje mi poczucia community.





Acapulco - sen

  Jednym z efektów ubocznych desmoksanu są realistyczne sny. Pomyslalem o tym przed zaśnięciem. I nie rozczarowałem się. To był piękny, smutny sen. Obudziłem się płacząc. Jest piąta rano, leżę w namiocie i czuję się dobrze. Większy, pełniejszy i wdzięczniejszy.

***

   Jest rok 1966. Moja ukochana jest w szpitalu psychiatrycznym. Jej schizofrenia nie pozwala jej odróżnić rzeczywistości od jawy. Nie rozpoznaje mnie, cierpi, jest niebezpieczna dla siebie i innych. Lekarze decydują się na lobotomię, żeby ulżyć jej cierpieniu. Żegnam się z nią. Ale coś się we mnie przekręca. Nie pozwolę miłości tak zgasnąć. Wychodząc z pokoju, przecinam rzemyki jej kaftanu bezpieczeństwa. Ona patrzy mi martwo w oczy, nie rozumiejąc, nie rozpoznając. Na zewnątrz mijam obojętnych lekarzy o bladych twarzach odbijających fluorescencyjne światło. Zamiast wyjść ze szpitala, rozbijam szybę alarmu przeciwpożarowego. Rozlega się ostry dzwięk. Wszyscy biegną na zewnątrz. Zawracam. Drzwi do pokoju mojej ukochanej są otwarte. Ona stoi oszołomiona i rozgląda się niepewnie. Nagle mnie dostrzega.
   - Marcin! - woła z uśmiechem. - Co się dzieje? Gdzie jesteśmy?         Chwytam ją za rękę.
   - Chodź szybko! Musimy uciekać!
   Nie rozumie, ale słucha mnie posłusznie. Przeciskamy się przez ludzi. Przy samych drzwiach dostrzega nas strażnik. Próbuje nas zatrzymać, ale wymierzam mu cios w twarz. Wybiegamy z budynku. Jest późny wieczór. Za szpitalem jest plaża. Biegniemy w stronę morza.
   - Czy to już koniec, najdroższy? -  pyta.
   Łzy lecą mi po policzkach. Nie odpowiadam. Biegniemu szybciej w stronę wody. Ona ściska mnie mocniej za rękę.
   - Pójdę z tobą wszędzie - mówi cicho.
   Łzy ściskają mi gardło. Wiem, że ona rozumie, co musimy zrobić.
   Jesteśmy już na plaży, piasek dotyka nam stop, biegniemy tak szybko, jak jeszcze nikt nie biegnął. Pod stopami nie ma już piasku, jest woda...zaraz się wszystko skończy...
   Unosimy się w powietrze. Biorę ja na ręce i lecimy coraz wyżej. Ona uśmiecha się zdziwiona.
   - Myślałam, że umrzemy.
   Patrzę na jej najpiękniejszą twarz, najcenniejszy uśmiech w którym dawno temu się zakochałem. Widzę też księżyc, gwiazdy, i jachty odpoczywające w dole na lśniących nocą falach.
   - Wiesz.... Miałam zły sen. Wszystko zapomniałam. Nawet ciebie. I mieszkały tam straszne potwory. 
   - Wiem, najdroższa. Ale ten sen się już skończyl. 
   Obejmuje mnie mocniej za szyję.
   - Uratowałeś mnie? Tak? 
   - Zawsze będę cię ratował. 
   Suniemy nad wodą jak mewy. Jest mi dobrze i smutno równocześnie. Wiem że mimo wszystko to jest pożegnanie. Ona też to wie. Kładzie mi głowę na piersi. 
   - Szkoda że tak krótko to trwało - mówię. 
   Chodzi mi o naszą miłość. I trochę o życie. Ale to jedno i to samo. 
   - Nie chcę jeszcze się żegnac - dodaję cicho. Czuję coraz większą rozpacz. - Chcę cię kochać do końca świata. 
   Podnosi twarz i uśmiecha się do mnie. 
   - Głuptasie. Nasza miłość jest wieczna. Nigdy się nie skończy. 
   Wiem że to nieprawda. Niezupełnie. Zostało nam bardzo niewiele czasu. Ale nic nie mówię. 
   Lecimy przez noc. 
   - Pamiętasz jak sie poznaliśmy? - pyta. 
   Co za głupie pytanie. Jak można zapomnieć dzień, w którym znalazło się dom? 
   - Chciałabym znów być w Acapulco. 

Monday, 18 June 2018

Bieszczady 1




















Udałem się na nową wyprawę. Bieszczady. Byłem tu na jeden dzień w kwietniu, ale tym razem chcę się trochę powłóczyć po górach. Zatrzymałem się w Ustrzykach Górnych. Kiedy dojechałem, było już za późno, żeby wchodzić na szlak, poza tym pogoda niepewna. Szukałem wegetariańskiego jedzenia. Ucieszyłem się, kiedy trafiłem na mały rastamański bar, Bieszczadzka Legenda. Zjadłem falafela z frytkami i surówką. Klimat baru miły, swojski, alternatywny.
   Po obiedzie spytałem pana w budce z pamiątkami (Baranek) o pomysły na trasy. Pokazał mi na mapie kilka szlaków, wybrałem czerwony przez Połoninę Caryńską i Połoninę Wetlińską. Poczestowal mnie też bimbrem, poradził, żebym poszedł na darmowy prysznic do schroniska PTTK, a w końcu załatwił mi, żebym się rozbił namiotem w ogródku baru. Załatwił to z Pawłem, dredziarzem, który z tego co rozumiem stworzył to miejsce.
   Jest miła atmosfera. Piję lokalne, cholernie drogie piwo, ale warto, bo pyszne. Smakuje jak dobry angielski ale. Muszę tylko być ostrożny z fajkami. Dzis mój pierwszy dzień. Zdecydowałem jednak na zupełne rzucenie. Łykam desmoksan i cały dzień żuję zapałki. Miałem z rana małe kryzysy, ale nie jest źle. Najważniejsze to utrzymać jasność celu. Trochę zaryzykowałem z piwem, to mocny trigger, ale będę trzymał się postanowienia.

   To tyle z faktów. A co w środku?

   Długa droga samochodem. Ponad 6 godzin. Było w porządku. Czarnych myśli coraz mniej. Cieszyłem się jazdą, cicho brzdękającym radiem, widokiem gór, przewijającym się jak na filmie. Znów pączkuje uczucie wolności i nieprzewidywalności życia. W pewnym momencie Grechuta zaśpiewał: ważne są tylko te chwile, których jeszcze nie znamy. Przytrzymałem te słowa w środku, obróciłem w palcach, przyjrzałem się im podejrzliwie i chyba uwierzyłem.

   Z głośników gra cicho reggae. Za oknem pada. Zastanawiam się, jak się sprawi mój mały namiocik - dziś premiera. Muszę zmienić zapałkę w ustach, z tej już prawie nic nie zostało. Wyciągam kindla i szukam lektury.

   Jutro 27 kilometrów szlaku.


Sunday, 17 June 2018

Trochę ciszy

 
Turnau pomaga mi szukać magii i spokoju. Skończył się galimatias schroniska, hałas, picie, ciągłe interakcje, granie, jedzenie, wszystko. W domu wziąłem prysznic z ogrodowego węża, zrobiłem pranie, zapaliłem świeczki na kominku, zaparzyłem sobie Earl Grey i włączyłem muzykę. Gdzieś tam w tle tłuczą się wspomnienia dźwięków i rozmów, ale powoli wszystko się uspakaja. Ten tydzień był wyjątkowo intensywny i trudny. Już w środę miałem ochotę uciec i schować się gdzieś, albo pojechać samochodem daleko. No ale przetrwałem grupy szkolne, całodniową dezynsekcję, trzydniową wizytę szefa, niekończące się gotowanie i niepozbierane myśli.
   Chce mi się podróży. Jutro. Wpadłem na pomysł, żeby pojechać znów w Bieszczady, ale tym razem pochodzić trochę po szlaku. Samotnie, spokojnie, bez alkoholu i fajek. Nie jestem tylko pewien, czy będę miał samochód. Dostałem pismo z PZU, że moje odszkodowanie jest gotowe, a to znaczy, że będę musiał oddać zastępcze auto. Chcę się jednak odwołać, bo zaniżyli mi cenę rynkową. W ten sposób zyskam jeszcze kilka dni i wyprawa może wypalić. Jutro zadzwonię i się dowiem.
   Nie wiem, jak wpłynie na mnie taka wyprawa. Nie chodzę zbyt wiele po górach, poza tym boję się trochę być sam na sam z sobą w tym momencie. Ale coś mi mówi w środku, że tego potrzebuję. Czas przestać uciekać w towarzystwo i imprezy. Będę szedł, patrzył, robił zdjęcia, pisał w dzienniku, wieczorem poczytam książkę w schronisku, bez pośpiechu, a być może nawet wyłączę w ciągu dnia komórkę, ale to byłoby wyzwanie. Jedna rzecz pochodzić samemu po górach, a zupełnie inna nie zerkać od czasu do czasu w okno fejsbuka albo whatsappa, żeby upewnić się, że ktoś gdzieś tam jest. Ale podoba mi się ten pomysł. Kusi.

   1. Wyłączyłem na chwilkę bloga i dostałem maila, że smutno komuś, bo lubi mnie czytać, że znajduje u mnie magię, kiedy tej magii brakuje w jej życiu. Więc włączyłem.

   2. Bardzo chciałbym rzucić papierosy. Mam dość kaszlu, smrodu i myśli, że może mnie to zabić. Jedna opcja to spróbować zupełnie rzucić. Kupić Desmoksan i żuć zapałki, aż nie zrobi się lżej. Druga opcja to powrót do e-papierosa. Obydwie mają swoje plusy i minusy. Pierwsza pomogłaby odzwyczaić się od nawyku wdychania dymu. Ale próbowałem kilka razy i zawsze się łamię. Druga pozwoliłaby mi zachować ten nawyk, ale w o wiele mniej szkodliwej formie. Niestety, ciągle byłbym palaczem i łatwo mógłbym wrócić do fajek, jak pokazało doświadczenie. Może więc zrobię to w dwóch stadiach. Najpierw przerzucę się na e-papierosa, żeby łatwiej było przejść najgorszą część odwyku, a kiedy już nie będę myślał o fajkach, wtedy wezmę się za elektronika. 

Thursday, 14 June 2018

Rewitalizacja



























Deszczowy dzień na Krawcowym Wierchu. Na piecu bulgoczą słoiki z bigosem. Na słowackim Radio FM (moje ulubione) sennie kołysze undergroundowy ambient. Prawa ręka zmęczona od szorowania przypalonego, pięćdziesięciolitrowego gara. Oszroniona szklanka z piwem. Tykane zegara. A oprócz tego to cisza. Miło.

Program rewitalizacji Marcysia

   1. Praca nad poczuciem własnej wartości. Rozwijanie dumy z siebie i swoich osiągnięć i cech. Rysuję, piszę, tworzę piosenki, jestem oczytany, znam kilka języków obcych, mam "integrity" i silnie zakorzenione wartości moralne. Come on. To uczucie bycia niewystarczającym jest głupie. Programowanie z dzieciństwa.

   2. Rozwój zawodowy: wejść głębiej w copywriting. Szukać zleceń, czytać literaturę fachową. Z czasem to zaowocuje lepszą kasą i satysfakcją zawodową.

   3. Ograniczyć używki. Praca nad punktem pierwszym pomoże. Bo dlaczego ktoś pije? Bo źle mu ze sobą.

   4. Starać się patrzyć w przyszłość, zamiast wisieć na przeszłości. M. i to co z nią przeżyłem, to przeszłość. Zarówno te dobre, jak i gorsze rzeczy. Przeminęło.

   5. Zadbać o swoją kreatywność. Nie przestawać pisać, rysować, robić muzykę. Nawet jeśli tylko przez mały moment dnia.


Saturday, 9 June 2018

Zapach po burzy

   Przestało padać. Powietrze przyjemnie pachnie. Słucham cichutko Sarsy, czasami lubię babską muzykę do wyciszenia. Jest mi spokojnie, refleksyjnie. Dawno nie czułem się w domu jak w domu, mój umysł wędrował niespokojnie. Ale dziś jakoś swojsko się tutaj poczułem. Suszarka z praniem, kolorowy i ciepły koc od Agi, książki o anarchizmie, Krysznie, filozofii, poezja, sci-fi, kryminały, ciut za niskie biurko, obrazki Tani na kominku, a na ścianie koty z Bristolu, kącik z instrumentami i kącik turystyczny, z plecakiem, trzema namiotami, śpiworami i karimatami.
   Ostatnie 3 dni zrobiłem mały krok wstecz, niepotrzebnie nawiązując kontakt z M., rozdrapując przy tym rany. Na szczęście nic z tego nie wynikło, oprócz kilku dni pijaństwa. Patrząc na to jak fajnie się dzisiaj czuję i na to, że takich dni jest coraz więcej, czuję ulgę i radość. Mam wrażenie, że krok po kroku odzyskuję starego siebie. To dobrze. Stęskniłem się.
 
 

Thursday, 7 June 2018

Zwracając

   Wczoraj wieczorem wypiłem trochę za dużo whiskey i żeby się dobić zapaliłem jeszcze coś mocniejszego. Niestety nie zasnąłem, co byłoby lepsze od pisania z M. Zamiast ulgi, poczułem się gorzej. Moja tęsknota starła się z jej ścianą.
   Stary, zostaw to wreszcie...
   Później napiłem się jeszcze więcej i w końcu wylądowałem z głową w kiblu, zwracając nie tylko pół przetrawiony alkohol, ale i mój cały głupi dzień.
   Dziś obudziłem się na mocnym kacu, ale jednocześnie spokojny, zmotywowany. Odbicie się od dna tak na mnie działa. Przez kilka godzin sprzątałem dogłębnie cały dom, czyszcząc każdy zakamarek, każdą małą duperelę, aż moja jaskinia zaczęła lśnić i pachnieć. Słuchałem sobie do tego Koniec Świata i Strachy na Lachy. Fajnie, gdyby dało się tak posprzątać siebie. No ale dlaczego nie? Trzeba tylko jakoś zacząć. Zacznę od pisania książki o moich podróżach. Zbyt długo już odkładam ten projekt. Materiału mam w cholerę. Teraz jakoś to ułożyć i zrobić ilustracje. To zajęcie pozwoliłoby mi wyrwać się z tej głupiej koleiny.

   Dziś próba zespołu na Krawcowym. Wychodzę za jakieś 2 godziny.

Wednesday, 6 June 2018

Czekanie i sny

   Ten dzień trochę nie taki, jakbym chciał. Po zejściu z gór, kiedy skończył się gwar, hałas, rozmowy i żarty, zostałem sam z sobą i tak jak się obawiałem, wróciły niedokończone myśli, sprawy i poczucie izolacji.
   Rano pojechałem z Sz. załatwić sprawę zajścia z chłopakiem, który sterroryzował nasze schronisko w sobotę. Sz. ma jeszcze ważną obdukcję z poprzedniego z nim zajścia. Jeśli jej użyje, chłopak wyląduje z powrotem w więzieniu. Nie wiem, co jest dobre w tej sytuacji. Szkoda mi jego ojca i myślę, że to mogłoby zepsuć nasze stosunki.
   Ćwiczę swoje piosenki na pierwszy koncert. Nie pamiętam wszystkich tekstów, więc trochę muszę nad nimi posiedzieć. Mam dużą tremę. Chciałbym być naturalny, przekazać na koncercie te emocje, które czułem, kiedy te piosenki powstawały, ale boję się, że nie uda mi się być autentycznym, że w tej tremie zgubię przekaz. Martwię się też, czy chłopaki dadzą radę, bo żaden z nas nie jest profesjonalnym muzykiem.
   Nieraz to już pisałem, to chyba stało się moją mantrą, widzę to zdanie we wszystkich dziennikach z ostatnich 20 lat, ale znów to napiszę: tęsknię za harmonią, miłością i spokojem. Czasami się boję, że może coś jest ze mną nie tak. Może za bardzo czuję i chcę czuć jeszcze więcej. Może przeczytałem za dużo książek, nauczyłem się czytać za wcześnie i wspałem sobie do niegotowej, młodej głowy worki słów i myśli. Teraz, kiedy okazało się, że rzeczywistość nie chce dorównać lekturze i marzeniom, usycham, łaknę i śnię. Nie jest to wygodna sytuacja, ale jeśli przestanę śnić, to co zostanie? Lodowaty wszechświat i gra o punkty? To już wolę to, co jest teraz: czekanie i sny. Nawet jeśli znowu rzucę serce w nie te dłonie.
 
 
 
 

Tuesday, 5 June 2018

Cieszyńskie wyciszenia

 

























   Mam takie miejsce, do którego bardzo lubię wracać. Cieszyn. Nie wiem, skąd się wzięła ta sympatia do miasteczka, z którym nigdy mnie nic nie wiązało. Malutki ryneczek, stare uliczki, most łączący cześć polską z czeską, wzgórze z zamkiem koło szkoły muzycznej, skąd rozciąga się widok na Olzę i Czechy. Zwykle jadę tam przez Istebną i Wisłę, unikając głównych dróg.
   Zaparkowałem przy rynku, wypiłem kawę i zapaliłem papierosa, obserwując spokojnych, miejscowych ludzi. Później zrobiłem sobie spacer po ulubionych miejscach, o których wspomniałem na początku.
   Nie planowałem żadnych zakupów, ale zaciekawił mnie szyld sklepu hip hopowego. Od dawna szukam krótkich bojówek, ale te w mainstreamowych sklepach są do dupy. Nie rozczarowałem się, znalazłem dokładnie takie, jakie chciałem i jeszcze dokupiłem koszulkę z napisem Passion Respect Friendship Creativity. Nie wiem dlaczego tak rzadko kupuję ciuchy. To przecież taka przyjemność.
   Miałem trochę ciężki poranek. Męczyły mnie wspomnienia. Ale wycieczka pomogła. Lubię to uczucie wolności i niezależności, kiedy siadam za kierownicę i jadę gdzieś dalej albo bliżej, do miejsca, gdzie nikt mnie nie zna i mogę zgubić się w tłumie. Jest w  tym element samotności i czasem przychodzi do głowy, że miło byłoby spacerować z kimś bliskim. Ale jednak to jest przyjemne być samemu z sobą. Odkrywam to wrażenie na nowo.
   Postanowiłem, że skończę z randkowaniem na jakiś czas. Po M. spotkałem się z kilkoma dziewczynami, ale zdałem sobie sprawę, że jest za wcześnie. Nie mogłem się otworzyć, a poza tym zdałem sobie sprawę, że mogę niechcący kogoś zranić. Więc na razie daję sobie spokój. Rebound nie jest dla mnie.
   Został miesiąc do OSPA na Rycerzowej, czyli jeszcze jakieś 4 może 5 prób. Mało, ale musi wystarczyć, żebyśmy z chłopakami przygotowali się do koncertu.


 

Sunday, 3 June 2018

Poranny rozruch



























    Deszczowy, senny poranek. Turyści w naburmuszonej ciszy jedzą jajecznicę. Nie chce im się wychodzić ze schroniska, a muszą. Jutro praca, szkoła, obowiązki. Maro, Krejzi, Karolina i Monika sączą poranne whiskey, żeby wyrwać się z mokrej, zamglonej melancholii. Mi natomiast ta melancholia pasuje. Z głośników cicho gra Bakszysz, jakaś płyta z lat 90.
   Siedzę z boku, tak jak większość czasu. Lubię towarzystwo, ale lubię być na jego skraju i tylko czasami wskoczyć na chwilę, aż się nie zmęczę.

   Poranny rozruch:

   1. Otwieram oczy na kuchennej, nierozłożonej kanapie. Widok brązowych od czasu drewnianych beli i kaflowego, wiekowego pieca uświadamia mi gdzie jestem.
   2. Oddaję się na kilka minut lekturze o toksycznych związkach i narcyzmie. Nie, żebym chciał, ale potrzebuję wzmocnić swoją percepcję i zbudować jasność. Nowe lekcje dopiero się asymilują, muszę je jakoś ułożyć w sensowną całość.
   3. W kuchni pojawiają się pierwsi domownicy. Czas wstawać.
   4. Herbata z cytryną, maślanka i kuskus z wczoraj na śniadanie.
   5. Robię zdjęcie deszczowego świata na nieoficjalną stronę bacówki.
   6. Wymięty papieros znaleziony wśród szpargałów na parapecie.