Showing posts with label rysunki. Show all posts
Showing posts with label rysunki. Show all posts

Saturday, 17 May 2014

Ostateczne rozwiązanie

    Myślałem sobie dzisiaj o Ukrainie, wyborach, Boko Haram, Putinie, Merkel, Tusku, homofobach, homoentuzjastach, patriotach stąd, patriotach stamtąd, dronach, CNN, syjonistach, milionerach, bezdomnych, Fukushimie, Północnej Korei i w ogóle. I tak mnie jakoś naszło...


Saturday, 5 October 2013

Kac i parę starych zdjęć

   


 
















   Dziś cały dzień na kacu. Obejrzałem najnowszego Startreka i pięć odcinków Breaking Bad, do samego krwawego happy endu. Wczoraj posiedzieliśmy z Davidem, moim hiszpańskim sąsiadem zza ściany. Zjedliśmy coś razem, gadaliśmy o egzystencjalnych tematach (i o pierdołach też), później graliśmy, on na gitarze, ja na ukulele, w międzyczasie polało się trochę wina, palenie, i ostatecznie położyłem się koło pierwszej, nieźle już sponiewierany.

     Rano wyskoczyłem do Sainsburego, wziąłem paczkę pure ziemniaczanego, kiełbaski sojowe, kiszone ogórki i sernik i tak przygotowany spędziłem dzień na lenistwie. Wiadomo, nastrój trochę w nizinnych rejestrach, zawsze tak mam na drugi dzień, ale w sumie nie jest źle. Zadzwoniłem do Tani. Bardzo ożywiona, dziś były urodziny Rafała, grali wszyscy w kalambury przez parę godzin. Teraz już jest u nas w domku i zabiera się za jakiś program w telewizji. Miło było usłyszeć, że jakoś tam się kręci życie normalnie.

     Wczoraj wysłała mi kilkanaście zdjęć, gdzie jesteśmy we dwójkę, od początku naszego związku w 1999 do 2007, zeskanowała dla mnie. Wrzucam kilka. Kurde, zasuwa czas.

     Co poza tym? Chyba już nic. Za oknem prawie już ciemno, niedługo będzie widać łunę Londynu, trzasnęły drzwi na dole, słucham płyty ze smutną muzyką irlandzką, którą wyczailiśmy kiedyś w Coo, obok drzwi kilka brudnych talerzy, nie chce mi się już dzisiaj myć, piję tonic, staram się nie martwić za bardzo... Że człowiek starszy, że ciągle jakby wszystko nie do końca doskonałe, w sensie, że we mnie, że tak mi daleko do mojego „ideału osobowościowego”, jak by to nazwał Dąbrowski. Kurde, opornie mi to idzie, ale próbuję zaakceptować moje niedoskonałości, ułomności. Tak, jak teraz. Siedzę na tym kacu, oglądam bzdurne seriale, jestem przejedzony, lekko rozdrażniony, myśli trochę powolne, zwykłe, nie za wzniosłe ani nie za twórcze. Ale próbuję nie brać tego do siebie. Trzeba spróbować nie szarpać się, zaakceptować gdzie się jest, popłynąć z prądem, bez spinki.

* * *

     Myślę, że to 1999/2000. Ja tu mam jakieś 24 lata, Tania 22. Jeszcze zdaje się przed ślubem. W pokoju kominkowym. Pamiętam, że kiedy przywiozłem Tanię do domu pierwszy raz, to spaliśmy w oddzielnych pokojach, jak przystało na prawdziwego dżentelmena i damę;)












     Przystanek Woodstock 2000. Ale byłem gładki:) Lubiłem bardzo tę sukienkę.















     Tutaj datę akurat znam dokładną: 1 kwiecień 2000. Zaraz po ślubie, prosto z urzędu. Trochę niewyspani, bo sami gotowaliśmy ucztę weselną do późna i jeszcze wcześnie rano, no ale skoro chcieliśmy poczęstunek wegetariański dla gości, to musieliśmy sami się za to wziąć. Pamiętam, ze dostaliśmy telewizor i gotówki tyle, żeby spłacić pierwsze długi.












     Hiszpania, Cantabria, 2001, wycieczka w góry i samowyzwalacz z patyka. Później pogonił nas byk, myśleliśmy, że nasze chwile są policzone, taka to była groźna bestia.








     Birmingham 2005/06. Ja jako kucharz, a Tania jako kuchcik:) Gęby nam się śmieją, a za oknem już ciemno - to znaczy, że pewnie zaraz będziemy się zbierać do domu. Pół godziny rowerem przez hałaśliwe, kolorowe Birmingham i miłe, zadyszane rozmowy o niczym.







     Santander, Hiszpania, 2006. Czekamy na autobus do Polski. Choć są uśmiechy, to wyjazd był niewypałem. Najpierw pół roku w UK, później miesiąc w Santander, a w ostatecznym rozrachunku wracaliśmy do Polski ze sto euro w kieszeni. No ale opaliliśmy się, poszwendali po plaży, nawet w góry poszliśmy raz.





     I znów Birmingham, koniec 2006 albo gdzieś w 2007.











***

     No i to tyle na dziś. Dobrej nocy.

Friday, 7 June 2013

Thursday, 15 November 2012

Istota rozumna



     Kim jest istota rozumna? Co dzieje się, kiedy rozumny człowiek, czy jakakolwiek rozumna istota natyka się na brata w rozumie? Pofantazjujmy.

    Myślę, że najpierw taki ktoś musi zdecydować, czy ta druga jednostka świadomości, jest świadoma, czy jest rzeczą. To jest łatwe. A przynajmniej dla rozumnej istoty. Świadomość przebija spod skóry jak światło. Rozumna istota jest wyczulona na objawy świadomości. Czy to będzie człowiek, czy zwierzę, czy mieszkaniec Alfa Centauri – nie ma znaczenia. Istota rozumna nie określa siebie ani innych w oparciu o narodowość, kolor skóry, status społeczny, gatunek, kształt, planetę. To są sprawy nieważne. Zewnętrzne materialne desygnaty, definicje, katalogowanie – te czynniki nie mają znaczenia dla istoty rozumnej. Jedyne, co ma jakiekolwiek znaczenie to iskra antymaterii - świadomość.

     Kiedy już nastąpi kontakt i ustanowi się, iż druga strona dzieli z nami skarb świadomości, dzieje się coś ciekawego i zapierającego dech w piersiach: rozumna istota nie czuje potrzeby zmieniania innej rozumnej istoty. Wręcz przeciwnie. Akt spotkania z inną cząstką rozumu jest czymś tak magicznym, transcendentalnym, że w istocie rozumnej budzi się ogromny szacunek i docenienie sposobu, w jaki rozum i uczucia przejawiają się w kimś innym. I to bez względu na różnice w poziomie przejawiania się świadomości. Bo to fakt – te przejawy mogą się różnić – inaczej przejawia się świadomość delfina, inaczej człowieka, inaczej mrówki, a jeszcze inaczej Enta, Marsjanina, czy mędrca zamieszkującego jaskinię w Himalajach. Istota rozumna nie ma jednak najmniejszej skłonności do świadomościowego apartheidu. Taka skłonność nie jest możliwa w istocie rozumnej. Jest to rzecz po prostu nieprawdopodobna i tyle. No bo, czy widzimy niewielki palec porannego słońca wsuwający się przez szparę w suficie na strychu, czy  też kąpiemy się w tysiącach promieni, leżąc na leśnej polanie, nasze doświadczenie jest to samo – obcujemy ze słońcem. Tak samo jest ze świadomością. Jakim wyrazem głupoty i arogancji byłoby stopniowanie, ocenianie, a nawet wywyższanie się nad przejawami świadomości w jakiś sposób odmiennymi od tego, jak my przejawiamy siebie? Na całe szczęście istota świadoma nie widzi świata w ten sposób.

    Wyobraźcie sobie planetę, gdzie rzeczywistość – społeczna, duchowa, religijna, spożywcza, ekonomiczna, polityczna, rodzinna – opierałaby się na świadomościowej dyskryminacji. Duchowy apartheid. Co to byłoby za straszne miejsce! Pomyślcie – ludzie, bogowie, zwierzęta, a każdy z nich żyjący tylko w swoim odizolowanym, obmurowanym ego, małym światku, idąc przez życie zajęty tylko etykietowaniem, ocenianiem, szufladkowaniem. „Ten jest mądry, ten jest głupi, tego będę słuchał, tamtego uczył, tego zmienię, tamtemu dam się zmienić, a tego małego, brzydkiego, włochatego zjem. To mi się może przysłużyć, a tamto nie. To będę kochał, a tamtym gardził”. Dreszcze przechodzą na samą myśl.

     Można by pójść jeszcze dalej. Wyobraźcie sobie miejsce, w którym całkowicie odmawiałoby się świadomości innym istotom, tylko dlatego, że istoty te różnią się od nas. Jak gdyby kształt naczynia, czy jego kolor, mógłby mieć wpływ na jego zawartość! Co za absurd!
   
Pierwszy mróz

Gdy przyszedł pierwszy mróz
wyskoczyłem przez dziurki w nosie
i zostałem wilkiem

Pod uśmiechniętym okiem Brata Księżyca
biegłem po skrzypiącym śniegu
jak rozbrykane szczenię

Z moich boków buchała para,
chłeptałem krew wiewiórki,
którą później przeprosiłem,
ale że byłem wilkiem,
martwiłem się tylko chwilkę

Na polanie leżałem na plecach,
żując słomkę i patrząc,
jak igrają gwiazdy
(też się urwały spod kołder,
karier, rachunków, terapii,
niedzielnych obiadów,
kinowych seansów,
sensów, bezsensów
i przeplatania się tych dwóch?)

Kiedy wreszcie cichaczem
zaczął mnie z boku zachodzić
ten łobuz Świt,
warknąłem nonszalancko
i w kilku susach
skoczyłem
przez dziurki w nosie,
zostawiając za oknem
mroźną noc i wilcze kły

Wednesday, 1 August 2012

Are you a friend?


















„Are you a friend?”
she wrote on the piece of newspaper
I’ve wrapped my sandwich with.
“Of course I am”
I almost said.
But instead I handed her a slice of bread.
She tore off a piece and started to chew
in this cute, annoying way I like
or don’t like,
depending on the moment.

And then we went downtown.

As usually
we showed each other
the flowery balconies
in the old town.
“It would be so cool to live here”
“Yeah, cool, but it must be so expensive”
“Lucky bastards”
Little rituals,
yes, we have those.

Then we kissed
friendly kiss,
just with the lips,
no tongues.
We’ve created a very closed circle of friends.
Just two of us
in that weird unfriendly town.

If anyone asks,
we didn’t
go to
bed.