Showing posts with label różne. Show all posts
Showing posts with label różne. Show all posts

Saturday, 5 October 2013

Kac i parę starych zdjęć

   


 
















   Dziś cały dzień na kacu. Obejrzałem najnowszego Startreka i pięć odcinków Breaking Bad, do samego krwawego happy endu. Wczoraj posiedzieliśmy z Davidem, moim hiszpańskim sąsiadem zza ściany. Zjedliśmy coś razem, gadaliśmy o egzystencjalnych tematach (i o pierdołach też), później graliśmy, on na gitarze, ja na ukulele, w międzyczasie polało się trochę wina, palenie, i ostatecznie położyłem się koło pierwszej, nieźle już sponiewierany.

     Rano wyskoczyłem do Sainsburego, wziąłem paczkę pure ziemniaczanego, kiełbaski sojowe, kiszone ogórki i sernik i tak przygotowany spędziłem dzień na lenistwie. Wiadomo, nastrój trochę w nizinnych rejestrach, zawsze tak mam na drugi dzień, ale w sumie nie jest źle. Zadzwoniłem do Tani. Bardzo ożywiona, dziś były urodziny Rafała, grali wszyscy w kalambury przez parę godzin. Teraz już jest u nas w domku i zabiera się za jakiś program w telewizji. Miło było usłyszeć, że jakoś tam się kręci życie normalnie.

     Wczoraj wysłała mi kilkanaście zdjęć, gdzie jesteśmy we dwójkę, od początku naszego związku w 1999 do 2007, zeskanowała dla mnie. Wrzucam kilka. Kurde, zasuwa czas.

     Co poza tym? Chyba już nic. Za oknem prawie już ciemno, niedługo będzie widać łunę Londynu, trzasnęły drzwi na dole, słucham płyty ze smutną muzyką irlandzką, którą wyczailiśmy kiedyś w Coo, obok drzwi kilka brudnych talerzy, nie chce mi się już dzisiaj myć, piję tonic, staram się nie martwić za bardzo... Że człowiek starszy, że ciągle jakby wszystko nie do końca doskonałe, w sensie, że we mnie, że tak mi daleko do mojego „ideału osobowościowego”, jak by to nazwał Dąbrowski. Kurde, opornie mi to idzie, ale próbuję zaakceptować moje niedoskonałości, ułomności. Tak, jak teraz. Siedzę na tym kacu, oglądam bzdurne seriale, jestem przejedzony, lekko rozdrażniony, myśli trochę powolne, zwykłe, nie za wzniosłe ani nie za twórcze. Ale próbuję nie brać tego do siebie. Trzeba spróbować nie szarpać się, zaakceptować gdzie się jest, popłynąć z prądem, bez spinki.

* * *

     Myślę, że to 1999/2000. Ja tu mam jakieś 24 lata, Tania 22. Jeszcze zdaje się przed ślubem. W pokoju kominkowym. Pamiętam, że kiedy przywiozłem Tanię do domu pierwszy raz, to spaliśmy w oddzielnych pokojach, jak przystało na prawdziwego dżentelmena i damę;)












     Przystanek Woodstock 2000. Ale byłem gładki:) Lubiłem bardzo tę sukienkę.















     Tutaj datę akurat znam dokładną: 1 kwiecień 2000. Zaraz po ślubie, prosto z urzędu. Trochę niewyspani, bo sami gotowaliśmy ucztę weselną do późna i jeszcze wcześnie rano, no ale skoro chcieliśmy poczęstunek wegetariański dla gości, to musieliśmy sami się za to wziąć. Pamiętam, ze dostaliśmy telewizor i gotówki tyle, żeby spłacić pierwsze długi.












     Hiszpania, Cantabria, 2001, wycieczka w góry i samowyzwalacz z patyka. Później pogonił nas byk, myśleliśmy, że nasze chwile są policzone, taka to była groźna bestia.








     Birmingham 2005/06. Ja jako kucharz, a Tania jako kuchcik:) Gęby nam się śmieją, a za oknem już ciemno - to znaczy, że pewnie zaraz będziemy się zbierać do domu. Pół godziny rowerem przez hałaśliwe, kolorowe Birmingham i miłe, zadyszane rozmowy o niczym.







     Santander, Hiszpania, 2006. Czekamy na autobus do Polski. Choć są uśmiechy, to wyjazd był niewypałem. Najpierw pół roku w UK, później miesiąc w Santander, a w ostatecznym rozrachunku wracaliśmy do Polski ze sto euro w kieszeni. No ale opaliliśmy się, poszwendali po plaży, nawet w góry poszliśmy raz.





     I znów Birmingham, koniec 2006 albo gdzieś w 2007.











***

     No i to tyle na dziś. Dobrej nocy.

Wednesday, 6 February 2013

Odwaga


     Kiepsko u mnie z odwagą. Ostatnio bardziej to widać, przy niedawnych wydarzeniach, depresji, zmaganiu się z lękami. Ale wcześniej też. To, co urodzonym wagabundom, wolnym duchom przychodzi łatwo – zmienianie miejsc, wyzwania, podróże, ryzyko,  u mnie było świadomym wysiłkiem. Jakaś część mnie tęskniła za wolnością, odwagą, wyzwaniami, nieznanym, marzyła o spaniu pod gwiazdami w obcym kraju, graniu na ulicy, zaprzyjaźnianiu się z szemranymi dziećmi ulicy. Ale druga część trzęsła portkami. Zwykle nie dopuszczałem jej do głosu, ale w różnych kryzysach mogłem słyszeć: „a nie mówiłem?”. Na przykład wtedy, w Barcelonie, gdy gang marokańskich dzieciaków pobił mnie w nocy na plaży i zabrał całą kasę. Leżąc na rozgrzanym piasku, czując smak krwi z rozbitej wargi i dotyk zimnego ostrza na gardle, myślałem, że to może być koniec i w tamtej chwili uznałem, że wszystkie moje decyzje były głupie (skoro skończyłem tak idiotycznie). Po prostu głupi, skopany dzieciak na obcej ziemi. Albo wtedy, gdy spałem głodny i brudny w opuszczonych ruinach pod Murcją, w błocie, w deszczu, psy rozpaczliwie wyły, duchy szemrały mi koszmary do ucha, a ja wiedziałem, że czeka mnie jeszcze dwa tysiące kilometrów drogi do czystej pościeli, prysznica i ciepłego posiłku, jeśli w ogóle nadejdzie ten pieprzony ranek. Też wcale się nie cieszyłem. Albo w Kopenhadze, gdy nawtykałem szefowi i straciłem miłą, spokojną, dobrze płatną pracę o świetnych godzinach, żeby zaraz później wylądować w Dublinie, w piekielnej restauracji Krwawej Mary, gdzie przez kilka miesięcy byłem białym niewolnikiem wrednej czarownicy, która jednym słowem potrafiła doprowadzić dorosłych facetów do płaczu (widziałem to na własne oczy). 
     W tych chwilach moje tchórzliwe alter ego bezczelnie kwestionowało mój styl życia. „Niedojrzały”, „głupi”, „nieodpowiedzialny”, „eskapista” – słyszałem za uszami. - „Patrz, do czego doprowadzają twoje decyzje”. Czasami ciężko było nie uwierzyć. Kiedy kilka lat temu straciłem na kilka nieskończenie długich godzin zmysły po eksperymencie z magicznymi grzybami, nie miałem wątpliwości, że jestem największym idiotą, który poszedł o jeden krok za daleko.
     A jednak… Szperałem dziś po starych wpisach na blogu, czytałem fragmenty dzienników sprzed dekady i czułem ogromną satysfakcję. Niczego nie zrobiłbym inaczej. Może dałbym sobie spokój z grzybami, ale to jedyna rzecz, z której bym się wycofał, za dużo mnie to kosztowało. Co z resztą? Co by ze mną było, gdybym od początku słuchał mojego wystraszonego „ja”? Gdybym nie zebrał się na odwagę, nie rzucił wszystkiego, żeby zostać mnichem? Gdybym nie posłuchał cygańskiego wezwania i nigdy nie ruszył z akordeonem na ulice Europy? Jakoś smutnie by to wyglądało. Pewnie nie słuchałbym wtedy Manu Chao (który przejmująco śpiewa mi właśnie w słuchawkach o „infinita tristeza”), nie wiedziałbym jak zrobić halavę, nie przemierzyłbym Camino, nie zagrał na akordeonie Yanna Tiersena u stóp wieży Eiffla, nie poznał Tani, nie nauczył się hiszpańskiego, nie spróbował chocolate con churros, nie przeczytał Bhagavad-gity… 
     Jestem wdzięczny – zarówno mojemu głębszemu „ja”, które mnie prowadzi i którego zawsze nasłuchuję, jak i Wielkiemu Duchowi, który z góry śledzi moje kroki i nie pozwala mi upaść za daleko. 
     Trochę zabrzmiało to jak rozliczenie. A przecież to jeszcze nie koniec przygód. Keep ‘em comming, Friend, keep ’em comming…

Monday, 1 August 2011

A stranger in Copenhagen


Hej wszystkim.
Ostatnio nie mogę się za bardzo zebrać do pisania. Za to swoje żale staram się wylewać w obrazkach:) Zrobiłem tę stronę facebookową, jeśli ktoś chcę pośledzić moje wygłupy, to zapraszam. Mam nadzieję, że link działa.

A Stranger in Copenhagen

No a jeśli nie działa, wystarczy wpisać w wyszukiwarce facebooka "A stranger in Copenhagen" i stronka powinna wyskoczyć. Po wejściu na stronkę można kliknąć przycisk "like" i następne wpisy będą już wyskakiwać na waszej ścianie facebookowej (jeśli ktoś by nie wiedział:).

* * *

Poczułem ostatnio, że muszę znaleźć lżejszą formę wyrażania się. Od kilku miesięcy życie jest dosyć chaotyczne i nie ma oddechu (ach, jakie to było miłe być znudzonym i bezczynnym!;), dlatego próbuję jakoś się z tego pośmiać, stąd ta inicjatywa.

Friday, 15 July 2011

Rewolucje odśrodkowe



Tytuł trochę przekorny, w kontekście mojego ciągłego wahania się i szukania balansu pomiędzy wejściem do środka, a wyjściem na zewnątrz, w sferę działań społecznych.
Ostatnio ciągnie mnie bardziej do wewnątrz. Nie wiem za bardzo, czy mam jakis wybór. Brak satysfakcji był tak silny, że musiałem coś z tym zrobić. Chwyciłem się duchowości, intropsekcji, transracjonalnego mistycyzmu (w odróżnieniu od tego irracjonalnego:) i czekałem na zmianę.
No i trochę się pozmieniało. Wystarczyło rozluźnić granice, żeby ze środka wyszło coś nowego.
Wróciłem właśnie z Polski, z Sudetów, gdzie wydarzyło się wiele ważnych rzeczy. Zapiski stamtąd wrzucam na innego bloga, gdzie trochę bardziej niż tutaj wchodzę w tematy duchowości (czy religijności, choć do tego słowa mam lekki uraz), jeśli ktoś chce zerknąć i nie boi się szoku kulturowego i pojęciowego, niech da znać w komentarzach, podeślę linka.
Tutaj wrzucę jedynie parę zdjęć z wyprawy (wewnetrznej i zewnętrznej, choć tą pierwszę nie jest łatwo uchwycić aparatem).
Pozdrawiam wszystkich śledzących:)




















Tuesday, 17 May 2011

Egzystencjalne myśli i aforyzmy



Egzystencjalne myśli i aforyzmy
Kazimierz Dąbrowski

Egzystencjalne i podstawowe

1
Czasami moce próbujące zgłębić „nieznane” są tak potężne i tak bardzo zajmują osobowość człowieka, że można nazwać je, jako całość, transcendentalnym instynktem. To właśnie ten instynkt wprawia w ruch inną potężną moc, która mu służy – instynkt śmierci.
Jeżeli przestrzeń przed „nieznanym” rozjaśnia się, instynkt śmierci powoduje mniej lub bardziej szybkie zniszczenie niższych dynamizmów. Jeżeli ta przestrzeń się nie rozjaśni, zabija psychologiczną istotę człowieka, a nawet prowadzi do samobójstwa.

2
Wewnętrzny niepokój, wewnętrzne konflikty, niedopasowanie, smutek i zamęt – wszystko, co obniża naszą pozycję na skali pospolitych wartości, działa na rzecz naszego przejścia do świata wyższych wartości.

3
Wewnętrzny konflikt pomniejsza zewnętrzny konflikt, budując w nas spokój i współczucie dla innych.

4
Kim naprawdę są egzystencjaliści, nie tylko z imienia, ale również w głębi? Kim byli Kierkegaard, Beckett, Jaspers, Camus? Byli po prostu skrajnymi psychoneurotykami, którzy pojęli w pełni ból i cierpienia tego świata, i wyrazili to z talentem.

5
Egzystencjalista nie jest mentalnie opóźniony, ani psychicznie chory. Egzystencjalista jest symbolem zdrowia psychicznego, symbolem umiejętności przyśpieszonego postępu. Nie jest nikim innym, jak wysoko rozwiniętym psychoneurotykiem.

6
Brutalna przemoc śmierci, ohydny rozkład, cuchnące szczątki i grób… a gdzie jest duch?

7
Dobrze jest wyobrazić sobie, tak bardzo, jak to możliwe, rozkład własnego ciała, zanim to naprawdę nastąpi.

8
Umiejętność i wszechstronność w utożsamianiu się z ludźmi sprawia, że nasza własna śmierć staje się bardziej osobistą perspektywą, a nawet bezpośrednią rzeczywistością w obecności śmierci kogoś innego. Jeżeli brakuje nam umiejętności utożsamiania się z innymi, ich śmierć jest nam odległa i nie widzimy jej związku z naszą własną śmiercią. Stając twarzą w twarz ze śmiercią innych, po prostu nie wierzymy we własną śmierć.

9
Twórcze przeobrażenie możliwe jest jedynie wtedy, kiedy instynkt przetrwania, czy też instynkt życia, świadomie ściera się z instynktem śmierci. Poza pajęczą siecią, gdzie kryje się zniszczenie całości, wyłania się możliwość uratowania części, w zmaganiu pomiędzy stroną duchową a cielesną, ludzką a prymitywną, świadomą a nieświadomą.

10
Tak zwany normalny człowiek rozwija chorobliwy lęk przed rozkładem i nicością, stąd też, dzięki swojej roztropności i instynktowi przetrwania, rozpędza obrazy śmierci i rozpadu. Spójrz na jego wysiłki ubierania śmierci i pogrzebów w wytworność, konwencjonalny uśmiech i szybkie pozbycie się szczątków, zobacz sprawność ceremonii pogrzebowych – pozbywamy się śmierci tak samo jak resztek jedzenia ze stołu, albo śmieci z kosza. Ale oczywistym jest, iż tylko wyjście naprzeciw istoty śmierci daje małą nadzieję pokonania jej.

11
Im większe napięcie pomiędzy przeciwnościami obiektywizmu i subiektywizmu, egzystencji i esencji, śmierci i życia – tym bliższa jest perspektywa pozytywnych rozwiązań lub choroby psychicznej i samobójstwa.

12
Raniąc się o te same ściany, które wydawały się naszą podporą, całkowicie tracimy nadzieję i doświadczamy rozpaczy, poza którą nie ma nic poza pustką albo nową sytuacją – obie te rzeczy są wtedy upragnione.

13
Na cmentarzach groby są nie do odróżnienia, gładkie trawniki, wypielone ścieżki, wszystko zadbane za opłatą przez władze miasta, nie przez indywidualne, kochające dłonie. Jeśli chodzi o same groby, im mniej zachodu, tym lepiej. Nawet kwiaty z pogrzebu można zwrócić do kwiaciarni. Wystarczająco na pokaz, ale oczywiście nie za drogo.

14
Istnieją cmentarze imitujące parki, pełne „estetycznych aranżacji”, obfite w wystrój, ale pozbawione akcentu śmierci, pozbawione indywidualności poszczególnych grobów. Taki jest właśnie ten „triumf życia”.

15
Patrzenie w tył i patrzenie do przodu, jednostajność i zmiana, śmierć i życie, wyjątkowość i jednorodność, niezmienność podstawowych cech i ich wzrost – wszystkie te rzeczy są z człowiekiem w jego rozwoju.

16
Człowiek może znosić smutek, porażki, nieszczęścia i widzieć ich ewolucyjne znaczenie. Potrzebuje jednak również trochę sukcesu. Ale – ośmielę się spytać – pod jakim względem?

17
Hierarchia wartości, którą przyjmuje Tomizm jest pełna sprzeczności. To samo odnosi się do filozofii monistycznych i im podobnych. Najważniejsze w nich są intelektualne, abstrakcyjne i uniwersalne funkcje. Takie podejście wyklucza emocjonalno-dążeniowe funkcje, i tak samo, raison d'être wszystkich odróżniających się struktur, które są wyjątkowe, niepowtarzalne, autentycznie ludzkie. Takie doktryny, chociaż gołosłownie zajmują się duchową nieśmiertelnością jednostki, tak naprawdę wykluczają ją, ponieważ nie zgadza się ona ze ścisłą logiką ich argumentów filozoficznych.

18
Mężczyźni są podobni do siebie i kobiety są podobne do siebie – można ich rozróżnić. Jakie znaczenie mają indywidualne i psychiczne różnice, jakie znaczenie ma wyjątkowość i niepowtarzalność, jeżeli nie zostaje wyodrębniony i powściągnięty popęd gatunkowy?

21
Nie istnieje prawdziwa ludzka egzystencja bez autentycznej esencji. Warunkiem prawdziwie ludzkiego istnienia jest uświadomienie sobie i wybranie tego, co jest w człowieku wyjątkowe i trwałe, bez czego jego istnienie byłoby bezwartościowe.

22
Śmierć musi być oszustwem nawet na pogrzebie: życie musi triumfować. Dlatego mile widziane są uśmiechy, pocieszające przemowy, a przede wszystkim makijaż na zwłokach i wygodna trumna, w której nieboszczyk wygląda, jakby tylko spał. W ten sposób nie wzbudza konsternacji i pozwala identyfikować się ze śpiącą osobą, a nie z odpychającymi zwłokami. A później zakryj to, zakop i zapomnij.

23
Szybko wyrzuć ciało z domu na cmentarz. A nawet wcześniej do szpitala, jeżeli przypadek jest beznadziejny. Niech to najbardziej odrażające wydarzenie odbędzie się w szpitalu, z dala od domu. Następnie, „artystyczna fucha na zwłokach”, i szybko, szybko, z powrotem do życia.

24
Chorzy psychicznie – niezwłocznie wyślijmy ich do domu wariatów, żeby nie musieć się nimi niepokoić i aby uniknąć ciągłego przypominania bolesnego doświadczenia. Szczodrze płaćmy za opiekę nad nimi, tak długo, jak będą z dala od rodziny. Umieśćmy ich za murem, daleko – cokolwiek, aby uniknąć smutku.

25
Wiele napisano o ludziach, jak Edgar Allan Poe, Cyprian Kamil Norwid, czy Marlin Monroe, o tym, jak umarli w ubóstwie, upokorzeniu lub sami się zabili. Ale na ich następców czekają te same rzeczy – cierpienie niezrozumienie, upokorzenie, braku pomocnej dłoni.

26
Czy istnieje ktoś, kto nie zostawił za sobą trumny ze szczątkami bliskiej osoby?

O ideologii prawdy

27
Wizja doskonałego rządu i doskonałego państwa, jeżeli przedstawia wzniosły standard i program, a szczególnie jeżeli te elementy zostały już osiągnięte w fazie wstępnej – taka wizja przetrwa pokolenia i oprze się wszystkim fałszywym systemom i ideologiom.

28
Dążenie do idealnego świata jest najwyższym kryterium i gwarancją sensu społecznej egzystencji. Społeczno-polityczny realizm, jeśli ma to być autentyczny realizm, musi zawsze opierać się na elementach idealizmu. (…)

29
Kiedykolwiek zostają pokonani dyktatorzy, zwracamy się do takich przywódców, jak Chrystus, Sokrates, Gandhi , Lincoln.

30
Prawdziwa miłość rodzinna, prawdziwe utożsamienie się ze szkołą, ze zwyczajami, rdzenną sztuką, krajem, najwyższym rodzajem narodowej świadomości – wszystko to kieruje się ku szacunku, uznaniu i podziwowi dla innych hierarchii wartości, dla innych kultur, nacji i ludzi, aż do pełnego braterstwa z ludzką kulturą i pełną empatią wobec ludzkości.

Negatywne przystosowanie

31
To, co jest dobre dla nas, a złe dla naszych bliźnich, nazywamy Przeznaczeniem, a to, co jest niedobre dla nas, a dobre dla innych – to przypadek.

33
Jakże dziecinni jesteśmy. Często ustanawiamy się w centrum uwagi i chcemy zainteresować innych nową fryzurą, bransoletką, kolczykami i innymi świecidełkami. Kierunek naszych zainteresowań i poglądów pokazuje poziom naszych „podstawowych wartości”.

34
Nasze wielkie ideały blakną w miarę doświadczania życia. Rzadko jesteśmy w stanie zatrzymać tę tendencję i rzadko pomagają nam w tym inni. Często w powierzchowny sposób zgadujemy negatywne cechy naszego charakteru, ale kiedy zostajemy zmuszeni do poprawienia tych cech, ta poprawa nie jest trwała. Wolimy zgadywać, niż żarliwie poszukiwać.

35
Twoja efekciarska mowa
może być przebraniem.
Czy twój umysł jest mądry?
Czy twe serce szczere?

37
Najlepsze, najłatwiejsze, najbardziej ekonomiczne. Dzieci wysyła się do dobrych szkół z internatem, podeszłych wiekiem rodziców do eleganckich domów starców. Łatwe rozwiązania, niewiele ograniczeń, niewiele obowiązków… niewiele wyrzutów sumienia.

38
Dwóch nieznajomych rozmawia o trzecim nieznajomym… Szybka znajomość zawarta na bazie krytykowania trzeciej osoby. Powierzchowne opinie, naturalna niechęć, czasami poufne tajemnice, a później zmiana ról. Krytykowany nieznajomy rozmawia z nowym nieznajomym o swoim niegdysiejszym krytyku. Niewłaściwe i degradujące rozmowy o innych, tak długo, jak brud nie dotknie nas samych.

39
W transporcie publicznym niewielu młodych ludzi ustępuje miejsca starszej osobie. Częściej starsza osoba ustępuje miejsca komuś starszemu albo choremu. Niektórzy z nich robią to z powodu prawdziwej wrażliwości i empatii, ale większość z nich chce pokazać innym, że jest młodsza i fizycznie sprawna.

40
Jeżeli naprawdę chcesz się rozwinąć , powinieneś potrafić dopasować się (jak również nie dopasować) do różnych rodzajów i poziomów rzeczywistości.

Niezależność i autentyczność

41
Dorośli nigdy nie są tak szczerzy we wzajemnej krytyce jak dzieci, chyba że są świętymi, albo wręcz przeciwnie – niesprawnymi psychicznie, czy psychopatami. Szczerość w dziecku często stwarza sposobność edukacji we wzajemnych relacjach między dziećmi, poprzez niepowstrzymywanie się od szczerej krytyki.

42
W pełni autentyczna postawa ma trzy metody rozwiązywania intelektualnych i emocjonalnych napięć: choroba psychiczna, samobójstwo lub poszukiwanie Absolutu, wbrew wielkim trudnościom i marnym rezultatom.

43
Słabnący sukces – cóż za wielkie słowo i wspaniały okres w rozwoju człowieka. Do teraz były tylko ambicje, potrzeby finansowe, pragnienie posiadania, pragnienie potęgi i ważności, potrzeba bycia wyżej, niewrażliwość na problemy innych, ranienie ich, a nawet niszczenie. A teraz… zapomnienie o sobie, pomaganie innym, poświęcenie, współczucie, empatia, identyfikowanie się z innymi i wiele innych, nie znanych wcześniej postaw. Ale jak bardzo ciągle pragniemy częściowego sukcesu, choć małego rezultatu w duchowych rzeczach, w tak zwanych wyższych sprawach. Dopiero kiedy większość naszych dążeń i celów zostanie spalonych na popiół, pojawi się światło, aby rozświetlić naszą drogę do miłości bez samozadowolenia.

44
Kto przyjmuje nieszczęście z bohaterstwem i miłością, kto przyjmuje życiowe porażki z uśmiechem, kto pragnie zniszczenia swego majątku, kto…? Ale tylko przez zetknięcie ze smutkiem i rozpaczą, tylko przez kontakt ze zniszczeniem w tym świecie, pojawia się iskierka nadziei na osiągnięcie czegoś, co wykracza poza, czegoś – mój Boże, sam wiesz, czy istniejesz, chociaż ja wiem o Tobie tak mało.

45
Potrzeba autorytetu jest bezpośrednio proporcjonalna do zawodowej wiedzy i jednostronnej specjalistycznej wiedzy. Natomiast rozwój wielopoziomowej, wielowymiarowej wiedzy, wzrost wrażliwości w ważniejszych sferach rzeczywistości wiąże się z niechęcią do autorytetu, a ponadto z pragnieniem i postawą pokory.

46
Jeżeli nie mamy gotowych podstaw do rozwoju poczucia niższości wobec siebie i innych, musimy je wcześniej, czy później zdobyć, aby naprawdę rozwinąć się pozytywnie.

47
W świecie humanistycznym autentyzm występuje wtedy, jeżeli coś znane jest poprzez wewnętrzne doświadczenie, a nie po prostu przez wiedzę zewnętrzną. Wiedza zewnętrzna potrzebuje wielu „dodatków” i „uzupełnień”. Dlatego właśnie autentyczny malarz musi doświadczyć swoich własnych dzieł, a nawet popaść z nimi w konflikt. Autentyczny pisarz musi doświadczyć zbrodni, bohaterstwa, wzniosłości, wewnętrznego konfliktu. Kandydat na autentycznego psychiatrę musi osobiście doświadczyć psychicznych zakłóceń.

48
Jak dobrze jest być bohaterem w codziennym życiu, być „sobą” zawsze różnym od innych, zawsze lepszym, inteligentniejszym i przystojniejszym, zawsze krytykować innych, zawsze ukrywać negatywne obserwacje pod płaszczykiem dobrej prezentacji, zawsze szufladkować innych, aby udowodnić sobie, iż jest się lepszym, szukać granic, aby umiejscowić siebie w centrum. Psychologia szukania tła dla swojej własnej roli. On jest „taki” i – zobaczcie sami – „jestem inny od niego”. Różne rodzaje kultu własnej wyższości. Dzięki Bogu, że nie jestem jak inni ludzie, albo ten poborca podatkowy.

49
Jak fascynujące jest zajmowanie się duchowymi, nowymi, nieznanymi, niezwykłymi, nieosiągalnymi sprawami! Transformacja, poświęcenie, samobójstwo – jak niezwykłe są to rzeczy! Ale jeżeli ktoś chce doświadczyć tych spraw – od narcyzmu do autentyczności – musi nie tylko zajmować się nimi, ale prawdziwie wyrzec się siebie, prawdziwie porzucić iluzję i prawdziwie popełnić częściowe samobójstwo.

50
Niezależność – ale w relacji do czego? Nie tylko w imię czyjejś własnej wolności – ponieważ, czym jest wolność i w relacji do czego? Może w relacji do opinii innych, rozjaśnionych własną, bezstronną intuicją; może – a może przede wszystkim w relacji do sugestii pochodzących z niższych poziomów czyjegoś temperamentu i charakteru.

51
Cóż za wielka tajemnica leży w budowaniu wewnętrznej niezależności! Pytają mnie o jej źródło, ponieważ różni się, a nawet sprzeciwia dziedzicznym tendencjom i wpływom otoczenia. Odpowiadam, że nie wiem. Jestem niecnie zachwycony, że nie mogę dać naukowej odpowiedzi, a jedynie intuicyjną. Po prostu jest to problem tak głęboko ludzki, że nauka nie może dać odpowiedzi. Możemy jedynie powiedzieć, że wynika to z rozwoju, ze świadomej transformacji, z własnego doświadczenia, z niezależnego i niepowtarzalnego „ja” i być może z nieznacznego kontaktu z poziomem transcendentalnym.

53
Wielkie osobistości wielbi się pomnikami, publikacjami, obchodami i zwykle… nie mają one naśladowców. Związek z nimi jest uogólniony, abstrakcyjny i sztywny. Ludzie nie doświadczają pełni ich osobowości, ich konkretności i wyjątkowości. Osobistości te zostają zinstytucjonalizowane, otoczone murem, pozbawione życia.

54
Nie można osiągnąć autentyczności za darmo. Zdobywa się ją przez wewnętrzny rozłam oraz wewnętrzne konflikty i niezależność.

55
To, co naprawdę idealne, niełatwo zdobyć. Wyższe wartości są trudne do osiągnięcia, a czasami nawet poza zasięgiem. Ale to jest problem idealistów. Natomiast realiści, znający „prawdziwą” stronę ideału, są inni. Nie dbają o autentyczność osiągnięcia ideału. Według nich, znają i osiągają go bardzo łatwo.

56
Ludzie żujący gumę w transporcie publicznym nie zdają sobie sprawy, jak wyglądają i jak podobni są do pewnych istot ze świata zwierzęcego. Nie pamiętają obrazków łąk, pastwisk i przeżuwających czworonogów.

57
Bycie autentycznym nie oznacza bycia naturalnym, takim, jakim jesteś, ale takim, jakim powinieneś być.

59
Autentyczność w człowieku nie jest zwierzęciem, ale człowiekiem.

Siły obrony i rozwoju

61
Biologiczny instynkt samozachowawczy oraz instynkt samodoskonalenia posiadają mechanizmy obronne, coś w rodzaju zaworów bezpieczeństwa. Mechanizmy działające w służbie instynktu samozachowawczego zasłaniają przed wyobraźnią i świadomością najniższe zainteresowania, instynktowne popędy biologiczne i zjawisko wzajemnego „pożerania”. Natomiast mechanizmy instynktu samodoskonalenia otwierają zawory wyobraźni w kierunku pociągającej, choć niejasnej przyszłości, podkreślając jej pozytywne strony, otwierają na perspektywy oraz na retrospekcję związaną z rozwojem i pomagają przezwyciężyć zwierzęce instynkty i niskie pragnienia.

Konkretne aspekty Absolutu

62
Tak długo, jak istnieje tylko monolog o Bogu, a nie dialog z Nim, nie będziemy nic o Nim wiedzieć, a szczególnie nic o Jego dobroci i sprawiedliwości. W rzeczywistości istnieją święci, choć jest ich niewielu, którzy prezentują zrozumiały i sensowny dialog. Istnieją również Pisma Święte – i przede wszystkim, cud życia Chrystusa. W obecnych czasach jednak wszystko to musi zostać potwierdzone przez nowe i bardziej dla nas autentyczne wezwanie od Boga, aby uciszyć głosy obozów koncentracyjnych, codzienny trumf materializmu, codzienne wzmaganie się zła, codzienne zwycięstwo kłamstwa i potęgę śmierci.

63
Odkrycie w sobie przedmiotu jest równocześnie odkryciem w innych podmiotu. Zdolność traktowania siebie, jak przedmiotu pozwala nam na traktowanie innych, jak podmiotów, jak ludzkie istoty, które możemy zrozumieć i utożsamić się z ich uczuciami. Obydwie postawy pozwalają na współistnienie i współpracę głębokiej empatii w stosunku do innych, i w tym samym czasie najgłębszego poczucia własnej indywidualności i wyjątkowości, która związana jest z pokorą i szacunkiem dla innych.

64
Niedostrzeganie czasu w podstawowych zjawiskach życia codziennego poprzedza fazę gorączkowej wrażliwości na czas, wrażliwości jednostki na przemijanie wszystkich wartości, wrażliwość na niszczące działanie czasu przez wiele przyszłych lat. A później być może pojawi się potrzeba ponadczasowego doświadczenia, dzięki któremu zachowane są doświadczane wartości.

65
Jak bardzo nie lubię dojrzewać przez utratę moich obecnych cech. Jak wspaniałe i ludzkie jest nie tracenie bliskich, świadomych i już wybranych cech, ale raczej zwiększenie ich siły i złożoności. Nie traćmy, ale raczej uszlachetnijmy magiczny i animistyczny sposób myślenia, świeżość entuzjazmu, szczerość, wyobraźnię i intuicję. Nie zmieniajmy prawdziwych przyjaciół, jeśli ich mamy. Nie zmieniajmy obiektów naszej miłości, ale pozwólmy im wzrastać we wspólnej szkole życia. Niech nie zadawala nas wąska, ciasna racjonalizacja, dojrzałość i ciasne instynkty, dopasowanie się do opinii większości i niedopasowanie do ideału.

66
Zniszczyć wszystko, co zmysłowe, co połączone z niższymi instynktami i utrzymać duchową konkretność i niezmienność wybranych cech. W tym duchu Kierkegaard walczył za Reginę Olsen, za miłość do absolutu i … przegrał. A może nie, może ta sama Regina pojawi się w transcendencji; ta sama, lecz bogatsza i rozumiejąca niepowtarzalność ich związku.

67

W stronę konkretności w transcendencji, w stronę niepowtarzalności transcendencji, w stronę podmiotowego absolutu! Przystosowanie się do tego, co powinno być i nieprzystosowanie do tak zwanej codziennej rzeczywistości. Jakąż siłę i determinację trzeba mieć, aby iść ścieżką pozytywnego nieprzystosowania.

68
Wtórna integracja – to tam pojawia się największa harmonia na drodze do ideału osobowości – a później być może nowe wstrząsy i być może nowa wrażliwość, ale już nie na głosy i szepty transcendencji, ale na jej wyraźną obecność.

69
Nasz niepokój ma różne poziomy, nasz spokój ma różne poziomy, nasza rzeczywistość ma różne poziomy. Niespokojny i intensywny rozwój. Ale istnieje coś, co łagodzi niepokój konfliktu, niepokój ciszy i niepokój wielopoziomowej rzeczywistości. Ponieważ to, co się zbliża, to różnorodność w jedności.

70
Zrozumienie podziałów, czy „zakłóceń” pomiędzy tym, co subiektywne a tym, co obiektywne, możliwe jest poprzez badanie rozwojowych współzależności pomiędzy obydwoma postawami. „Podmiot” rozwija obiektywne nastawienie do siebie i staje się „obiektem”, dzięki czemu może traktować innych jak „podmioty” w ich pełnym bogactwie, jedności i niepowtarzalności. Dzięki temu „zamęt” staje się współpracą, antynomia – syntomią, rozłam – wzbogacającą jednością. Może sposobem na pozbycie się sztywności monistycznej jedności i nieelastycznej „doskonałości” jest wprowadzenie rozróżnień, które wykraczają poza „doskonałą nieruchomość” i niezmienność, przez dynamizmy udoskonalające, z niezmiennością tylko niektórych cech.

Wewnętrzne środowisko psychiczne

73
Autorytarność i agresywność są odwrotnie proporcjonalne do rozwoju wewnętrznego środowiska psychicznego, a w szczególności do jego dynamizmów, takich, jak: niezadowolenie z siebie, „trzeci czynnik”, wewnętrzna transformacja psychiczna i empatia.

74
Kiedy żyjemy na zewnątrz, rozwijamy wrażliwość na świat zewnętrzny, jego różnorodność i bogactwo zewnętrznych doświadczeń i zewnętrznego otoczenia. Nigdy jednak nie staniemy się prawdziwymi, autentycznymi ludźmi, jeżeli w naszym wewnętrznym świecie nie mamy tej samej różnorodności, tego samego bogactwa, zainteresowań i żywotności, i więcej… jeżeli nie odkryjemy bogactwa płynącego z wewnętrznej hierarchii i ze zbliżania się do ideału.

75
Ważność wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów w rozwoju psychicznym człowieka nie jest wystarczająco rozpoznana. Wewnętrzne konflikty uodparniają nas na zewnętrzne i grają główną rolę w pozytywnym rozwoju człowieka. Jeżeli zewnętrzne konflikty nie są połączone z wewnętrznymi, stają się źródłem agresji, zniszczenia, wojen – dlatego są degradujące.

76
Pokora jest uczuciem niższości – nie tylko w stosunku do innych, czy do swoich własnych słabości i błędów, ale również w stosunku do wszechogarniającej ludzkiej ignorancji, bezsilności i bezbronności.

77
Rozwinięcie właściwej relacji z zewnętrznym środowiskiem jest ważne, ale o ileż ważniejsze jest rozwinięcie wewnętrznego środowiska.

78
Bodźce i warunki zewnętrzne nie ukazują najważniejszych z ludzkich cech, które objawione są dopiero przez transformację bodźców wewnętrznych i materiału dostarczonego przez bodźce zewnętrzne.

79
Psychiczne bogactwo jest charakteryzowane przez zachowanie wynikające z wewnętrznego doświadczenia.

O twórczej psychopatologii i zdrowiu psychicznym

81
Jak często psychiczna niedojrzałość jest błogosławieństwem, ponieważ obdarza możliwościami nieskończonego postępu. Biada tym, którzy są dojrzali ostatecznie i bez wysiłku!

82
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata,
za niepewność - wśród jego pewności,
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych,
zarażając się każdym bólem,
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością,
która nie ma dna,
za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi,
bądźcie pozdrowieni.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie,
za niezaradność w rzeczach zwykłych
i umiejętność obcowania z niezwykłością,
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
za nieprzystosowanie do tego, co jest,
a przystosowanie do tego, co być powinno,
za to, co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane, ukryte w was.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę,
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk,
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.
Bądźcie pozdrowieni za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane -
(niedocenianie waszej wielkości
nie pozwoli poznać wielkości tych, co przyjdą po was)
za to, że chcą was zmieniać, zamiast naśladować,
że jesteście leczeni, zamiast leczyć świat,
za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę ,
za niezwykłość i samotność waszych dróg.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi...

83
Drażliwość jest wrogiem wrażliwości – osłabia ją i prowadzi do choroby.

84
Nadwrażliwość bez wewnętrznej transformacji powoduje wiele niepotrzebnych konfliktów z innymi – wyolbrzymia różnice oraz zmniejsza i zaciemnia najważniejsze rzeczy.

85
Najpierw chorzy umysłowo zostali rozkuci z łańcuchów, następnie stworzono dla nich ludzkie warunki opieki i leczenia. Zaczęto traktować ich, jak ludzkie istoty. Ale to nie wystarczy. Mam wizję szpitali przyszłości dla tzw. umysłowo chorych. Będzie to centrum wspaniałej, uniwersalnej wiedzy, przede wszystkim psychologicznej i moralnej, oraz mądrej miłości. Kandydatami do „leczenia” będą ci, którzy z powodu potrzeb i celów rozwojowych, „nie radzą sobie w życiu”, nie są w stanie poradzić sobie z sobą i ich otoczeniem. Będą to osoby pełne wrażliwości, fobii, smutku, załamań, niezadowolenia z siebie. Ci, którzy stracili wiarę w siebie i sens życia. Ci, dla których główną potrzebą jest miłość, którzy nie potrafią znaleźć idealnego obiektu miłości, którzy są rozproszeni i nieprzystosowani, ponieważ widzą wyższe poziomy rzeczywistości – „rzeczy nie z tego świata”, ci, którzy doświadczają niepełnych wizji, emocjonalnie niedojrzali, pełni strachu o siebie i o innych.

Co z tymi, którzy będą kierować leczeniem? Będą mieli trzy punkty widzenia – do wewnątrz, poza oraz w stronę innych. Będą mieli wiedzę utwierdzoną mądrością, dzięki własnemu doświadczeniu odrzucenia i samotności będą pełni troski, będą uodpornieni na rozpacz, bowiem pokonali swoją własną rozpacz, ich serca będą otwarte dzięki miłości, którą czuli w czasie swej własnej „nocy duszy”, będą mieli wizję ewolucji innych, ponieważ sami jej doświadczają.

W takim miejscu będzie „leczyć się” tych, którzy dążą do osiągnięcia siły większej niż posiadają, tych którzy szukają wizji konkretniejszych niż ich własne, szukają perspektyw własnego rozwoju, mocniejszych i jaśniejszych od tych, które widzą teraz. Będą tam ci, którzy szukają potwierdzenia niektórych ze swoich ścieżek, szukający zastrzyku dobroci, który działa o wiele lepiej, niż jakikolwiek inny zastrzyk. I jeszcze jedno: taki szpital będzie zaszczytem dla tych, którzy do niego trafią. Będzie świadectwem, że ci, którzy przychodzą tam w potrzebie, znajdują się na właściwej, królewskiej drodze rozwoju.

86
W świecie rządzonym tak, jak teraz, musi pojawić się wiele psychonerwic. W tym świecie nerwowa osoba musi być nerwowa, ponieważ niższy poziom kontroluje wyższy. Co za przepaść między tymi poziomami – władcy tego świata nie wiedzą, iż rzeczywistość psychonerwic, którą tłumią i podporządkowują sobie, jest tak wysoką rzeczywistością.

87
Wrażliwość bez ujścia w rozwoju zamienia się w drażliwość.

88
Wielu psychiatrów ma symptomy jednopoziomowej dezintegracji. Jest to podstawą ich chwiejności, nieodpowiedzialności, słabych zdolności edukacyjnych, małżeńskiej niewierności. Wydaje się, że separacja i rozwody są liczniejsze tutaj, niż w innych grupach społecznych. Osoby te ukazują psychiczną nadpobudliwość i dysharmonię, podczas gdy wewnętrzna transformacja i samokontrola są niewystarczające. Jest to jasno związane z nieobecnością wyraźnej hierarchii wartości.

89
To dobrze, że w społeczeństwie istnieją psychonerwice i samobójstwa. Świadczy to dobrze o tych ludziach – ale nie o społeczeństwie.

90
Trzymamy się podobieństw i zapominamy o różnicach. Pociągają nas uogólnienia i nie zauważamy szczegółów. Tak robimy w przypadku psychonerwic. Błyskotliwość idei związku pomiędzy psychonerwicami i psychozami zaślepia nas i nie widzimy ich głównych dynamizmów, źródeł, kierunku oraz ich rozwojowego bogactwa i kreatywności.

91
Wysoki poziom psychicznych ułomności wyklucza równoczesne współistnienie psychonerwic.

92
Przejście z dynamizmów psychonerwicy na wyższy poziom uodparnia jednostkę na chorobę psychiczną.

93
Żeby ochronić się przed poważnymi psychonerwicami albo psychozami trzeba zaszczepić się „psychicznymi zastrzykami” nerwowości i lekkich psychonerwic.

94
Jakże często mówi się, że ludzie chorzy psychicznie są zagubieni, pomieszani, zaplątani w absurdzie, ograniczeni i skazani na degradację. Ale być może pod welonem iluzji niepowodzenia i degradacji mogą widzieć i odczuwać rzeczy ukryte przed „normalnymi” panami tego świata?

95
Nie da się wrócić do tzw. normalności przez usunięcie psychopatologicznych dynamizmów. Jednakże poddając się wpływowi wyższych dynamizmów, można osiągnąć autentyczny, wyższy poziom rozwoju. (…)

100
Kiedy cierpisz na nerwicę nie wiąże się to tylko z cierpieniem i wewnętrznymi konfliktami, ale również z psychicznym bogactwem.

101
Nie szukaj zdrowia psychicznego! Dąż do rozwoju, a znajdziesz obydwie rzeczy.

102
Lecz się poprzez własny rozwój i kreatywność.

104
Nie obawiaj się smutku, depresji, strachu, obsesji, wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów. Jeżeli zostaną odpowiednio rozpoznane i poprowadzone, będą ci służyć.

106
Żadne doświadczenia, wstrząsy, załamania nie wywołają rozwoju, jeżeli nie będzie obecny zalążek tego, co ma się rozwinąć.

107
Dom o określonym stylu, nie może być rozbudowany nie pasującymi przybudówkami. Jeżeli nie podoba nam się nasz dom i pragniemy nowego, opartego na lepszym projekcie, musimy go zniszczyć od razu albo stopniowo – zawsze pamiętając mocne i słabe punkty starej struktury. Dzięki temu nowy dom będzie lepszy.

108
Psychiczny rozłam i zamęt ma miejsce, jeżeli to, co zostało zranione i złamane, dysponuje podobną siłą, jak to, co zraniło i złamało. Bez tej równowagi sił nie ma wstrząsu.

109
Samodoskonalenie zawsze jest częściowym samobójstwem. Rozwijający się instynkt życia musi współpracować z instynktem śmierci, ponieważ to właśnie instynkt śmierci wykorzenia prymitywne instynkty oraz pozostałości dezintegracji negatywnych struktur.

W górę

110
Proces, poprzez który dziecko zyskuje rozwojowe doświadczenie i robi postęp, jest żmudny. Weźmy na przykład dziecko, które otrzymuje niesprawiedliwą ocenę za swoje zadanie lub zachowanie. Jeżeli dziecko chce przekonać nauczyciela, że się myli, i w tym celu robi większy wysiłek – dziecko idzie najlepszą z możliwych dróg. Kiedy później dostanie od tego samego nauczyciela sprawiedliwą ocenę, zdobędzie wiedzę o pozytywnych i negatywnych cechach nauczyciela, jak również o samym sobie. Coś w jego postawie zostało zniszczone, a na tym miejscu powstało coś nowego. I stąd dalej, do przodu, do szerszego zrozumienia, bogatszych uczuć, bardziej obiektywnej samooceny, większego niezadowolenia z siebie, głębszego zrozumienia i współczucia dla innych.

111
Rozłamy i pęknięcia, liczne rozłamy i pęknięcia w środowisku wewnętrznym zostają naprawione przez empatię, ponieważ tylko „pęknięty” ma w sercu miejsce na utożsamienie się, empatię i miłość. Tylko na „pękniętego” czeka spełnienie, tylko „pęknięty” nie jest sztywny, ciasny i „odrzucający”.

112
Nie zawsze samobójstwo jest złym rozwiązaniem. Ale może jest coś lepszego, być może jest to ogromna ufność w rozwojową i twórczą moc, zrodzoną częściowo z dezintegracji niższych popędów.

114
Świadome zahamowanie niższych funkcji zawsze związane jest z rozbudzeniem wyższych funkcji, i vice versa, świadomy rozwój wyższych funkcji zawsze wiąże się z zahamowaniem niższych funkcji.

115
Nie uciekaj od siebie, ale pokonaj siebie!

Rzeczywistość ideału

117
To, co niezwykłe, indywidualne, zróżnicowane i wielopoziomowe może służyć za model dla tego, co pospolite, niezróżnicowane i jednopoziomowe, pod warunkiem, że to, co jednopoziomowe ma potencjał stania się wielopoziomowym.

118
Kiedy widzimy to, co jest „dojrzałe”, już rozwinięte i zakończone, z jaką tęsknotą myślimy o tym, co jeszcze niedojrzałe, twórcze, szczere, bezpośrednie, naiwne i ciągle pełne możliwości.

119
Uczynienie snów i pokrewnych im stanów prawdziwymi (wewnątrz granic możliwości), i uczynienie codziennej rzeczywistości nierzeczywistą – jest to być może zadanie dla człowieka przyszłości.

120
Kafka wolał sny od rzeczywistości. Szczegółowo je badał, systematyzował, pielęgnował i kontrolował. Przeniósł swoją główną kwaterę do krainy snów. Ich moc i przenikliwość wykroczyły poza rzeczywistość. Tak… być może zadaniem przyszłości jest rozwinięcie snów i stworzenie z nich głównego wymiaru rzeczywistości.

Determinizm i indeterminizm

121
Determinizm niższego poziomu musi ustąpić samostanowieniu. Stwarzanie musi ustąpić miejsca stwarzaniu siebie, a edukacja, edukowaniu siebie. To tutaj determinizm zamienia się w indeterminizm, a ostatecznie w samostanowienie.

O kreatywności

122
Czasami regresja emocjonalna jest pozytywna. Jeżeli by tak nie było, jakże moglibyśmy inaczej zdefiniować emocjonalne doświadczenia ludzi w różnym wieku, którzy, chociaż nie zostali pokonani, wycofują się chwilowo z pola bitwy, aby dojrzeć psychologicznie w świecie wyobraźni i samotności, którzy wycofują się do „krainy dzieciństwa” lub – jeżeli to możliwe – fizycznie powracają do świata, w którym dorastali, aby nabrać tam powietrza świeżości. otwartości, zrozumienia, prawdy, aby napełnić się spontanicznością i kreatywnością, po czym wracają do życiowych zmagań, wzmocnieni przez miłość, troskę i dbałość o swoich najbliższych.

123
Mówi się o potrzebie zaspokojenia naszych podstawowych potrzeb, zanim zaczniemy zajmować się wyższymi potrzebami. Ale jeżeli nie będziemy rozwijać naszych wyższych potrzeb równocześnie z zaspakajaniem niższych, te drugie będą rosnąć, puchnąć, zakorzeniać się i wtedy… nie zostanie miejsca na te wyższe.

Instynkty i ponadinstynkty

124
Jak to się dzieje, iż „prymitywne” siły niszczą cywilizowane kultury? Pomiędzy przyczynami wysuwającymi się na czoło, jest czerpanie przyjemności z cywilizacji i jej wygód, wzrost hedonizmu, następnie brak hartu, brak głębszego sensu śmierci i ostatecznie rozwój świadomości i inteligencji bez równoczesnego rozwoju nadświadomości i autentycznej potrzeby transcendencji. Barbarzyńca impulsywnie pogardzał śmiercią, ponieważ jej nie rozumiał. Był człowiekiem akcji i jeszcze nie posmakował hedonizmu. Tak więc po jednej stronie stały impulsywne cele, odwaga i pogarda wobec nieznanej śmierci, po drugiej zaś życie bez hierarchii wartości i celów, strach przed śmiercią nieprzezwyciężony egzystencjalnie oraz nadmierny rozwój materializmu i przyjemności zmysłowego życia.

Wielopoziomowość funkcji emocjonalnych

125
Istnieją bardzo wyraźne różnice w poziomach ludzkich funkcji. Tak jest z inteligencją i moralnymi, społecznymi, religijnymi i estetycznymi uczuciami. Tak jest z miłością, empatią, odwagą, świadomością, kontemplacją i ekstazą.

126
Łatwość, siła i długotrwałość reakcji emocjonalnych zapewniły podstawy dla fałszywej koncepcji tak zwanego „progu tolerancji” na frustrację. Ludzie wypowiadają się pozytywnie o umiejętności łatwego dostosowania się i „wysokim” progu tolerancji na frustrację. Tak jakby wychwalali ludzi niewrażliwych, ludzi, którzy w „dobrze wyważony” sposób akceptują radości i cierpienia (głównie te drugie), i którzy „łatwo sobie z nimi radzą”. Jak złe i jednostronne jest takie zrozumienie „przystosowania” i wewnętrznej transformacji psychicznej! Jakie to niechrześcijańskie, nieludzkie, nieduchowe i jak bardzo fizjologiczne!

127
Jak wszystkie czynności psychiczne, śmiech i uśmiech mają różne poziomy. Od brutalnego i niesubtelnego wyładowania śmiechu, od złośliwego i cynicznego uśmiechu, do szczerego, głośnego śmiechu dziecka, do uśmiechu pełnego empatii, subtelności i wyczucia.

128
Nie pragnij łatwej równowagi! Jakże lepiej jest pozostawać niezrównoważonym, jeżeli poprzez swój świadomy wysiłek osiągniesz równowagę na wyższym poziomie!

129
Pamiętaj, iż rzeczywistość nie tylko jest różnorodna, ale ma również różne poziomy – jest wielopoziomowa. Miłość, ambicja, empatia, uśmiech, zahamowanie i pobudzenie – wszystkie te rzeczy mają różne poziomy.

130
Rozwiń swoje uczucia do wyższego poziomu, ponieważ tylko ich rozwój, połączony z rozwojem rozumu, uczyni cię prawdziwym człowiekiem.

132
Wielopoziomowe zrozumienie wartości pozwala na rozpoznanie kierunku ich dalszego rozwoju. Daje ono podstawy do empirycznego usprawiedliwienia systemu hipotez dotyczących kształtowania ich struktury w dalszym rozwoju, „w perspektywie”, pozwala zobaczyć, kim stanie się osoba, a nawet kim „powinna” się stać. Koncepcja tego, czym „powinna” się stać, jest wówczas potwierdzalna empirycznie i pozwala wejść na moralne, normatywne i teleolgiczne obszary.

133
Zdobyte w ten sposób wartości zawierają możliwość weryfikacji poprzez rozwojowe założenia dotyczące tego, co „jest”, tego co „będzie” (prognozy empiryczne) i tego co „powinno być” (prognozy moralne i teleolgiczne).

135
Istnieją różne poziomy procesu dezintegracji pozytywnej i integracji wtórnej. Czasami rozmiar i napięcie dezintegracji pozytywnej jest tak wysokie, że życie jest za krótkie, aby po tak twórczej dezintegracji osiągnąć proporcjonalnie wszechobejmującą integrację wtórną. Dopiero osiemdziesiąty dziewiąty rok życia Michała Anioła ukoronował jego potężną i intensywną dezintegrację pozytywną spokojnym spełnieniem integracji wtórnej.

O psychologii i psychologach

137
Zwykło się mówić, że psycholog jest ekspertem w sprawach duszy, ale od kiedy nauka zlikwidowała duszę – w sposób naukowy – psycholodzy zaczęli zajmować się „pod-duchowymi” sprawami, szczególnie znajdującymi się na najniższym poziomie. Te sprawy drobiazgowo zdefiniowano – stało się tak dlatego, ponieważ naukowe metody można było zastosować tylko do tego poziomu. W ten sposób „człowiek psychiczny” wraz ze swoją osobowością zintegrowaną przestał istnieć dla psychologii – zgubiony po drodze i utopiony w entuzjazmie wymiernych kryteriów. Jakże błogosławiony jest fakt, iż zostawiono to pole artystom, pisarzom i filozofom.

138
Istnieją filozofowie, psycholodzy i inni naukowcy, którzy nie uznają obiektywności poziomów funkcji psychicznych człowieka, ponieważ nie mogą dotknąć, doświadczyć tych poziomów, czy też zmierzyć ich standartowymi metodami. Dlatego właśnie wgląd do wewnątrz, uczynność, sprawiedliwość, życzliwość, estetyczna i moralna wrażliwość są dla nich „subiektywnymi” zjawiskami. Mimo to szukają najbardziej „obiektywnej” metody oceny dobrego poziomu nauczycieli swoich dzieci; zwracają wielką uwagę na dobre „zmierzenie” ich zdolności, wydajności, moralności, itd.

139
Można obiektywnie stwierdzić, że konkretna ilość danego materiału jest większa lub mniejsza od innej ilości tego samego materiału. Można stwierdzić, że jedna deska jest dłuższa od innej. Że temperatura jednej rzeczy jest wyższa niż temperatura innej, że istnieją różnice w intensywności danego koloru – oni jednak mówią, że empatia, miłość, czy tragedia nie mogą mieć różnych stopni, że dzieła sztuki nie mogą mieć różnych poziomów, że takie stwierdzenie jest nienaukowe, niejasne i subiektywne. Wielu psychologów szkoły behawioralnej twierdzi w ten sposób. Jakie szczęście, że są ludzie myślący inaczej.

140
Popatrzmy na naszą jaźń tak, jak patrzymy na ciało, ale zróbmy to bardziej przenikliwie, rozsądnie i uniwersalnie. Nawet w najbardziej zmiennych warunkach obserwujmy statyczność i ruchliwość naszych dynamizmów psychicznych, ich mocne strony i współzależności, ich dojrzewanie i świeżość, ich hierarchizacje i rozbicie hierarchizacji. Patrzmy i cieszmy się, że niektóre z tych rzeczy są niezmienne. Obserwujmy coraz jaśniejszy, zawsze żywy i zmienny wizerunek w naszym „psychicznym lustrze”.

141
Wbrew temu, co mówi wielu psychologów, w pewnym sensie możliwe jest równoczesne doświadczenie negatywnych i pozytywnych uczuć. Na przykład tragiczni bohaterzy w swoich egzystencjalnych zmaganiach, wewnętrznych konfliktach i walce z siłami próbującymi ich pokonać, odczuwają elementy bólu i wzniosłości, heroizmu i rozpaczy, smutku i radości, negacji i potwierdzenia. Byłoby czymś sztucznym pocięcie tych doświadczeń na segmenty czasu, oddzielając smutne od wesołego.

Friday, 13 May 2011

Dire Straits



Dire Straits

Dziś rano szliśmy z Tanią dróżką prowadzącą z supermarketu do mieszkania, dużo zieleni, kwiatów, stadnina koni, pstrokacizna ptaków, zapach końskiego nawozu. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, jakby to było cudownie, gdyby nagle zniknęli wszyscy ludzie i zostalibyśmy tylko my dwoje. Spokój, nikt by nic od nas nie chciał, znaleźlibyśmy strzelby do obrony przed dzikimi zwierzętami, pojechalibyśmy na rowerach (póki drogi jeszcze by się nadawały) gdzieś do Prowansji i założylibyśmy tam nową Polskę (kto by nam zabronił?!), uprawialibyśmy ziemię, zajadali winogrona, wylegiwali się na słońcu, czytali książki.

Kiedy człowiek zaczyna marzyć o eksterminacji całej ludzkości, to chyba znak, że dzieje się w życiu niewesoło:)

No i faktycznie, dostajemy ostatnio w kość, a końca nie widać. Szczerze mówiąc nie pamiętam, żebyśmy byli kiedyś w takich tarapatach. Toniemy w systemie, który w chłodny, nieprzyjazny, udający bezosobowość sposób, traktuje nas jak wrogi organizm, którego jak najszybciej trzeba się pozbyć. Tak przynajmniej czujemy się w tym zamieszaniu.

Cała kabała zaczęła się od tego, że zdaliśmy sobie sprawę, że w mieszkaniu, które wynajęliśmy, nie możemy się zameldować (pomimo faktu, że właścicielka przy podpisywaniu kontraktu zaklinała się, że nie będzie z tym problemu). Niby mała rzecz, a jednak okazuje się, że w Danii nie taka mała – bez zameldowania człowiek nie może podjąć pracy, iść do lekarza, na kurs językowy, etc. Nie dowiedzieliśmy się jednak tego tak od razu. Najpierw wzięliśmy się za całą kupę innych załatwień, z których każde po kolei okazało się niewypałem, tak jakby cały wszechświat zdecydował, że na każdy nasz ruch zareaguje oporem.

Oczywiście bez wpływów gotówkowych, prawie natychmiast zostaliśmy bez grosza. Najpierw trzeba było pożyczyć z jednego źródła. To wsiąkło błyskawicznie na bieżące wydatki – jedzenie, bilety, czynsz, rachunki. Następna pożyczka – okazało się, że starczyło tylko na zarejestrowanie się na stronie internetowej z ogłoszeniami mieszkaniowymi. Kolejna pożyczka na życie, ale okazuje się, że na angielskim koncie zrobił się nieautoryzowany debet, za który codziennie ściągają nam kupę kasy, trzeba to szybko zapełnić, a w międzyczasie przychodzi rachunek za internet. Tyle tylko, że nie za miesiąc, ale jakimś cudem za trzy miesiące plus opłata za instalację.

Ze sprzedanych butelek i puszek udało się zrobić zakupy na dwa dni, to kupiło nam trochę czasu. Oczywiście ciągle czekaliśmy na wypłatę Tani za zeszły miesiąc (choć już dwa tygodnie nowego miesiąca minęły) – pani z gminy była na urlopie, więc cierpliwie musieliśmy czekać na wyjaśnienie. Pierwszego dnia po powrocie z urlopu zadzwoniła do nas: „Ale przecież wy nie macie zameldowania. Jak chcecie dostać pieniądze?” „Ale…” „Nie ma ‘ale’ – bez zameldowania nie da rady wypłacić wam pieniędzy. System nie puszcza”. „Ok… Więc co?” „Jak to co? Znajdźcie sobie mieszkanie.” „Ale żeby znaleźć mieszkanie, potrzebujemy tych pieniędzy, których nie możecie nam dać, bo nie mamy mieszkania”. Normalnie, paragraf 22.

- Nie możemy teraz wrócić do Polski, co? – pyta nieśmiało Tania, hamując łzy.
Obejmuję ją.
- Raczej nie.
I zaczynam wymieniać ile wisimy i komu. Nie da rady. Teraz, niczym rzymska armia musimy przeć do przodu, bo centurion spalił za nami mosty i teraz tylko z tarczą albo na tarczy, nie ma innego wyjścia.

Przytulam ją mocniej. Otwieram najtańsze (z braku funduszy ostatnie na jakiś czas) wino dla siebie, Tania rozpakowuje paczkę wafelków i włączamy w sieci „Czas Honoru”, z desperacją uciekając od niezrozumiałej rzeczywistości kształtowanej przez biurokratów, polityków i biznesmenów, na ulice okupowanej Warszawy, chłopaki dają czadu pod samym nosem Abwehry i Gestapo, a my z niepokojem odliczamy odcinki pozostałe do końca.

Kiedy po raz tysięczny tego dnia klikam na email, facebooka i ogłoszenia mieszkaniowe, czekając na przełom, który nie ma zamiaru przyjść, a za oknem kpi lśniąca słońcem wiosna, zapach bzu wciska się przez okna, dzikie kaczki z małymi zataczają kółka na jeziorku, zieleń trawy, dębów i brzóz jest tak soczysta, że chciałoby się w niej wytarzać, to zdaję sobie sprawę, że chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak sam. Nie lubię tego wrażenia. Zamienia maj w listopad, serce w zardzewiałą puszkę, poezję w urzędowe formularze, a świat w niskopikselową grę komputerową na punkty, grę w którą jestem bardzo kiepski.

W obliczu trywialności, bezwzględności i mechaniczności materialnego życia, każda próba znalezienia w nim poezji i sensu spełza na niczym. Jedynie jakieś mocne wydarzenie wybijające mnie z wewnętrznego przekonania, że żyjemy w chłodnej, kalkulującej, interesownej maszynie - innymi słowy doświadczenie cudu - mogłoby mnie jeszcze przekonać, że… No, że jest po prostu inaczej, dobrze, normalnie jak w książkach.


Thursday, 17 March 2011

Kopenhaga - pierwsze dni



Kopenhaga – pierwsze dni

***

Kiedy wygramoliłem się o szóstej rano z autokaru, z bagażami i akordeonem, było jeszcze ciemnawo. Czułem się zbyt zmęczony, żeby cieszyć się z przyjazdu. Dwadzieścia cztery godziny w podróży może wyjałowić człowieka z emocji. Coś tam jednak czułem, albo raczej próbowałem. Widok znajomego dworca i ścieżki rowerowej, którą tyle razy śmigałem po mieście zadziałał optymistycznie.
Prawie wpadłem pod rower wysiadając z autobusu.
Wyciągnąłem z kieszeni numer Joachima, u którego miałem się zahaczyć na jakiś czas. Jeszcze za wcześnie na dzwonienie. Wybrałem z konta parę koron i usiadłem w kawiarni, z kawą i drożdżówką. Co mnie tu czeka? Nie mam na myśli oczywistych wrażeń, jak szukanie mieszkania, roweru, pracy, załatwianie papierkowej roboty, itd. Co czeka mnie głębiej? Co się we mnie zmieni? Kogo spotkam, co zrobię? Jak będzie wyglądało moje życie za miesiąc, czy rok?

***

Mieszkanie Joachima i Matijasa spodobało mi się. Brudna, lodowata klitka na poddaszu, wszędzie instrumenty muzyczne, stare aparaty fotograficzne, ciemnia, zardzewiała koza, nie dająca prawie ciepła, wiatr wiejący przez szpary w okiennicach. Przynajmniej wiedziałem, że mogę czuć się swobodnie. Tym bardziej, że chłopaki okazali się sympatycznymi, otwartymi osobami. Joachim zaoferował się z jajecznicą, chlebem i herbatą, poczęstował tytoniem i powiedział, że mogę zostać ile tylko zechcę. Widząc mój cieniutki, marny śpiwór, pożyczył mi coś cieplejszego i dorzucił poduszkę. Dał też klucze i życzył mi szczęścia w poszukiwaniach mieszkania. Acha – nie ma prysznica, a kibel to wychodek na zewnątrz. W centrum miasta. Kocham Kopenhagę (bez ironii – po prostu szczerze podoba mi się taka pogarda dla XXI wieku). Co nie zmienia faktu, że będę w nocy używał słoiczka. Nie zamierzam nad ranem schodzić z poddasza i przechodzić przez podwórze, żeby się wylać. Rano wyleję zawartość przez okno na Vesterbrogade, jak robiło się w średniowieczu.

No więc znalazłem się na moim pierwszym przystanku. Jak na razie przyjaźnie i inspirująco. Zawsze wstydzę się, widząc jak ludzie pokazują czystą bezinteresowność, ot tak sobie, bo tacy są. Wstydzę się, bo zdaję sobie sprawę, że ja muszę robić wysiłek w kierunku bezinteresowności i zwykle nie jest to naturalny odruch, lecz świadoma decyzja.

***

Kiedy po południu wróciłem z biblioteki, okazało się, że Joachim załatwił mi rower. „Załatwił” znaczy „upolował” - nie mylić z „ukradł”. W Kopenhadze panuje niepisane prawo, że niezapięty rower można uznać za porzucony (nie odnosi się to jednak do nowych rowerów). Najlepszym do tego miejscem jest dworzec kolejowy. Matijas powiedział, że zwykle, kiedy upatrzy taki rower, obserwuje go przez kilka dni i jeśli nikt go nie zabierze, dopiero wtedy się nim zajmuje.
Miło było znów mieć dwa kółka. Od razu ruszyłem na miasto, kupując wcześniej zapięcie i światełka. Choć to damka i łańcuch trochę rzęzi, to cudownie pędziło się przez miasto rozświetlone latarniami i światłami wystaw sklepowych, razem z tłumem innych rowerzystów, szybko, swobodnie, bezpiecznie.

***

Joachim – niski, przysadzisty, kręcone szare włosy i ciemnoniebieskie oczy. Smutny w jakiś sposób. Duże poczucie honoru, opiekuńczość, trochę pogubiony. Z jednej strony jest samotny („Dziewczyny mam rzadko, ale jeśli już, to na poważnie” – powiedziane z lekką goryczą), z drugiej strony ma wielu przyjaciół, znają się od wielu lat, są jak plemię, rodzina, jeden za wszystkich. Mówi, że nigdy by tego nie oddał i jest szczęśliwy wiedząc, że za ścianą ktoś jest, coś tworzy i zawsze można pogadać, podzielić się czymś, wyżalić. Nosi zabawną czapkę. Gruba, stara, filcowa, zwęża się z przodu do szpica, z tyłu wychodzi futro.

Matijas – wysoki, szczupły blondyn, poruszający się trochę niezgrabnie, sztywno, niczym nastolatek, na twarzy zawsze uśmiech, jakby lekko drwiący. Oczy zwężone, błyszczące, pełne łotrzykowskich iskier. Lep na baby. Pierwsze wrażenie – dziecko ulicy, wesoły kombinator, najlepszy przyjaciel dla przyjaciół, dla reszty – lepiej uważać. Okazuje się jednak, że jest nauczycielem muzyki w szkole, prowadzi warsztaty, oprócz tego gra w dwóch zespołach. Inteligentny, oczytany, świetne poczucie humoru. Kiedy rozmawialiśmy o filmach, okazało się, że zna z imienia wszystkich aktorów, tytuły, reżyserów. Joachim nie był zainteresowany. Dla niego, jak mówi, to wszystko „blah, blah, blah”.

***

Dzwoniła Tania. Tęskni, martwi się, czeka aż coś się wyklaruje. I chyba coś właśnie się ustawia. Obejrzałem kilka mieszkań – drogie, brzydkie, w nudnej okolicy – załamka. No i wieczorem Joachim i jego zespół miał próbę. Po dwóch godzinach bałkańskich rytmów wdałem się w rozmowę z Simonem. Gra na czymś w rodzaju cymbałów, tylko że zamiast uderzać w struny pałeczkami, szarpie się je palcami. Zdaje się że to bliskowschodni instrument. W każdym bądź razie okazało się, że w lecie pomieszkuje w kampingu, w posiadłości pewnej kobiety, która zdaje się ma pokój do wynajęcia. Pokój w piwniczce, ale choć brzmi to nieciekawie, według niego to naprawdę świetne mieszkanie, z własnym patio, kuchnią, łazienką. Ma skontaktować się z tą babką i dowiedzieć się, czy to aktualne, da mi znać jutro.
Choć jeszcze nie widziałem tego miejsca, to mam przeczucie, że to jest to. Zdaje mi się, że to jest mój dom, który tu na mnie czekał.

***

Odwiedziłem Ruthannę. Siedem lat temu była tu dla mnie najlepszą przyjaciółką. Teraz to właśnie ona załatwiła mi miejsce u chłopaków. Mieszka za Christianią, w baraku, gdzie razem z kilkunastoma innymi osobami za grosze wynajmują blaszane kontenery. Nie zajarzyłem dokładnie, ale uczy coś z tańcem, gimnastyką, jogą – tyle zrozumiałem. Pogadaliśmy o naszych życiach, co się ostatnio działo – ona opowiedziała mi o utracie dziecka, ja o depresji, wypiliśmy po herbacie ze świeżo zerwanej mięty. Przed wyjściem do pracy dała mi klucz i powiedziała, że mogę wpadać kiedy chcę, wziąć prysznic, przeprać się, skorzystać z internetu.

***

Wieczór u chłopaków. Najpierw siedzieliśmy w kuchni. Gadaliśmy, słuchaliśmy muzyki (na zmianę – ja puszczałem reggae, którego oni nie cierpią, oni puszczali ciężki hard core i punk, który mi się ciężko trawi), paliliśmy trawę. Później namówili mnie na koncert. Wskoczyliśmy na rowery i pomknęliśmy do Christianii, używając skrótów znanych tylko miejscowym. Koncert był w… Zapomniałem nazwy. Duży budynek, zaraz z brzegu, po przejściu przez bramę. Matijas zaraz zniknął w objęciach jakiejś dziewczyny (zdążyłem się już zorientować, że jego dar, to upajające działanie na płeć przeciwną), tak że razem z Joachimem zaczęliśmy stawiać sobie nawzajem kolejki, a w międzyczasie poznawał mnie ze swoimi znajomymi, których było mnóstwo – wydawało się, że zna wszystkich. Sam koncert nie był za dobry, zespołów było kilka, wszystkie mocne i widocznie amatorskie. No ale miło widzieć, że młodzież robi coś sama z siebie. Po kilku latach mieszkania w Anglii poczułem się tutaj jak w niebie. Nie zostałem jednak do końca. Może jestem już za stary; szybko straciłem entuzjazm i myślałem już tylko o ciepłym śpiworze i spaniu. Wymknąłem się, kiedy Joachim zaczął rozmowę z jakąś dziewczyną i wróciłem do domu. Za cholerę nie mogłem znaleźć skrótu, którym przyjechaliśmy. Jakby wszystkie ścieżki zarosły za nami, otwierając się tylko dla tubylców. Wróciłem głównymi ulicami.

***

Dziś zostawiłem chłopaków i ich gościnne, przewiewne progi. Wprowadziłem się do mieszkania, które załatwiłem przez Simona.
Kiedy Matijas poszedł do pracy, a Joachim pojechał na kilka dni na wieś, odpocząć, poszedłem do supermarketu i kupiłem dla nich dwie reklamówki „dóbr”. Lubią dżin z tonikiem, kupiłem więc butelkę trunku, tonik, sok, dwa rodzaje sera, truskawki, kapary, oliwki i jeszcze inne towary delikatesowe. Zostawiłem im to na stole, z listem dziękującym za gościnę.

I znów ruszyłem obładowany jak wielbłąd. Najpierw na nogach, później kolejką, później autobusem. Mieszkanie leży trochę na zadupiu, ale nie jakoś bardzo daleko od centrum, w pół godziny można dojechać rowerem. Pięknie tu jest, miałem rację, że to miejsce na mnie czekało. Ewa, właścicielka domu, ma tutaj sporą posiadłość, z małym jeziorkiem na samym środku, które otaczają drzewa i małe domki, a w nich w lecie pomieszkują różni ludzie (np. Simon). Nasze mieszkanie jest poniżej parteru, ale piwnicą na pewno nie można tego nazwać. Szklane, rozsuwane drzwi prowadzą na patio ocienione gęstwiną pnączy. Po przekroczeniu kilku stopni wychodzi się prosto na małe molo na jeziorku. Osobne wejście, własna kuchnia, łazienka, ogromny pokój - marzenie. Nad kuchnią i łazienką trzeba trochę popracować, poprzedni lokator zapuścił je trochę, ale wystarczy farba, gumolit i trochę środków czyszczących, żeby doprowadzić wszystko do porządku. Jestem w domu.

Sunday, 6 March 2011

Następna stacja - Esperanza






Następna stacja – Esperanza

Dobiegł końca czas zbierania sił. Okres od powrotu z Anglii do teraz był w pewnym sensie czasem wyłączenia się z praktycznego życia – ale tylko w pewnym sensie – w innym był bardzo dynamiczny i wniósł sporo do mojego życia. Nie pisałem zbyt wiele w tym czasie, dużo działo się na bardzo osobistym poziomie, chciałem przeżywać to samemu. A zresztą nawet jeśli bym nie chciał, to nie miałem za bardzo wyjścia – przez te osiem miesięcy byłem odcięty od świata zewnętrznego, a przez Internet i tak nikt nie mógłby mi pomóc.

Początek był ciężki – depresja i to w takim natężeniu, jakiego jeszcze nie doznałem, poważnie się wystraszyłem. Odwiedziłem dwóch psychiatrów, dostałem jakieś leki (nie skorzystałem), planowałem terapię, zamówiłem z Allegro kupę książek na temat zdrowia psychicznego, szczególnie pomógł mi Kazimierz Dąbrowski i jego Teoria Dezintegracji Pozytywnej, zarzuciłem „heroic dose” grzybków – wszystko w poszukiwaniu drogi ucieczki z tej „nocy duszy”. Ostatecznie udało mi się wyjść na prostą, sam nie wiem kiedy i jak.

Gdybym miał podsumować ten czas – dlaczego był dla mnie ważny? Co z niego wyniosłem?

Na jakimś poziomie zaakceptowałem nieuchronność śmierci i niepowodzeń w życiu. Nie mam na myśli jakichś mistycznych przeżyć i ezoterycznego wglądu w naturę cierpienia oraz umierania, ale zwykłe, ludzkie uświadomienie sobie codzienności - coś, co o wiele łatwiej przychodzi tradycyjnym, żyjącym zgodnie z naturą społecznościom. W normalnych warunkach ludzie akceptują stratę, choroby, śmierć, jako część cyklu życia, coś zwykłego, nawet dodającego otuchy. Dzięki duchowości, rodzinie, bliskim więziom społecznym są w stanie z tym żyć i nie jest to negatywny czynnik w ich życiu, a raczej pozytywny – pozwalający uświadomić sobie związek z naturą, z nurtem życia, zobaczyć siebie jako część rodziny ze zwierzętami, roślinami, słońcem, gwiazdami, ziemią. W społeczeństwie „zachodnim”, „cywilizowanym” jest na odwrót – choroby, nieszczęścia i śmierć uznawane są za coś nienormalnego, dysonans, wstydliwy wrzód, o którym nie wolno myśleć. Życie „pełne” to życie w długim zdrowiu, satysfakcji, sprawności fizycznej, niegasnącej urodzie - stąd operacje plastyczne, viagra, spa dla sześćdziesięciolatek, etc. Naturalne zjawiska życia stają się wrogiem, jak sama natura, od której coraz bardziej odgradzamy się, a nawet niszczymy w jakimś gorączkowym odwecie za naszą własną klęskę. W takim braku harmonii pomiędzy oczekiwaniami i rzeczywistością, naturą a świadomością, oczywiste jest, że nieszczęścia, zamiast pomagać w rozwoju jednostki, zamiast budować coraz głębszą, rozumniejszą osobowość, łamią ją, wprowadzają w stan pewnej symbolicznej schizofrenii – człowiek żyje w dwóch światach – w tym zaszczepionym mu przez zachodnią mentalność sukcesu, siły, urody i zdrowia, oraz w tym prawdziwym, gdzie mimo wszystkich naszych wysiłków zawsze będziemy chorować, tracić bliskich, a ostatecznie umrzemy.

Choć może to, co piszę brzmi na pierwszy rzut oka pesymistycznie, to takie nie jest, słowo daję. To jedna z najoptymistyczniejszych rzeczy, do jakich zacząłem dochodzić w tym roku.

Skończyłem właśnie czytać „Ishi – człowiek dwóch światów”, książkę o ostatnim przedstawicieli plemienia Yahi, który, po wymarciu całej reszty, po prostu wyszedł z ukrycia i oczekując śmierci, poszedł do białych. Ostatnie cztery lata życia spędził w San Francisco, poznając europejską kulturę, otwarty jak dziecko, ale nigdy nie porzucając w pełni starego sposobu życia. W końcu zmarł na gruźlicę. Niesamowite, jaką pogodę i stoicki sposób bycia potrafił zachować, w obliczu zagłady całego swojego ludu. Ostatnie kilkanaście lat było ich tylko pięciu, a ostatnie cztery lata przed desperackim ujawnieniem się, był zupełnie sam. Ten człowiek, jak i tysiące innych, żyjących w kulturach nieodciętych od bijącego serca natury, czuł że jest częścią czegoś większego, wierzył w istnienie kosmicznego porządku i swoje miejsce w tym porządku. To jest źródło spokoju i mądrości, od którego odcięli się ludzie kultury europejskiej. Prawdziwa tragedia. Trudno jest to odbudować w sobie samemu, bez pomocy wychowania, rodziców, plemienia, tradycji, ale myślę, że jest to możliwe. Trzeba przynajmniej próbować.

Druga rzecz – rozbieram doświadczenia ostatniego roku na punkty, ale w rzeczywistości łączą się one ze sobą w całość – to silne ugruntowanie się moich poglądów politycznych i społecznych. Intuicyjną, wrodzoną niechęć do hierarchii i narzuconych autorytetów podbudowałem intensywnymi studiami, lekturą i przemyśleniami.

Może i nie potrafię do końca zrozumieć uczonych wywodów ekonomistów, wyjaśniających, dlaczego rzeczywistość oparta na stosunkach rynkowych jest najlepszą z możliwych (albo nawet jedyną możliwą), ale potrafię odróżnić, jak każdy z nas, co jest dobre, a co złe. Myślę, że prawdę można poznać po tym, że jest na tyle prosta i intuicyjnie rozpoznawalna, iż każdy, nawet najprostszy człowiek będzie w stanie ją dostrzec. Kiedy natomiast ktoś mówi, że prawdy nie możemy pojąć, ale mądrzejsi od nas (taki na przykład Friedman) już ją przebadali, więc jedyne, co można zrobić, to ją zaakceptować - węszę w tym ściemę.

Prawda jest prosta – co jest lepsze: społeczeństwo oparte na wartościach humanistycznych, braterskich, duchowych, czy też społeczeństwo oparte na egoizmie i transakcjach handlowych? Czy normalny człowiek może mieć wątpliwości? I to nie jest naiwny idealizm. Idealizm – tak, ale nie naiwny. Istnieje wiele przykładów kultur opartych na zupełnie innych zasadach. Człowiek nie jest z natury egoistą i drapieżnikiem, jak próbuje się nam wmówić. W odpowiednich warunkach jest w stanie rozwinąć się w dobrą, społeczną, niezależną jednostkę, dla której wartości społeczne, moralne i duchowe są najważniejsze. Używając terminologii Fromma – człowiek może żyć zarówno w modus bycia, jak i w modus posiadania. Czyli istnieje wybór!

Dalej o prawdzie: czy można usprawiedliwić zabicie dziesiątków tysięcy cywili w Iraku, w wojnie, która została wywołana w oparciu o kłamstwo (a nawet gdyby Hussain naprawdę posiadał broń masowego rażenia, to czym zawiniliby w tym zwykli ludzie, jak ty czy ja)? Dlaczego więc świat jednogłośnie nie potępia tej zbrodni? A przecież nawet małe dziecko nie miałoby tutaj problemu z rozpoznaniem zła.

Czy można powiedzieć, że masowy przemysł zbrojeniowy jest dobry, bo powoduje wzrost gospodarczy? Kto przy zdrowych zmysłach może tak twierdzić? A zwolennicy wolnego, nieograniczonego rynku próbują przekonywać, że reguluje się on sam w naturalny sposób. Jakby w ogóle można było użyć słów: „naturalny” i „rynek” w tym samym zdaniu.

Podobnie jak i Tołstoj uważam, że zło i dobro to wartości obiektywne i każdy człowiek – jeżeli nie został jeszcze dogłębnie zdeprawowany - jest w stanie ocenić słuszność swojego lub czyjegoś zachowania. A wiedząc, co jest dobre, a co złe, można doskonalić siebie i świat dookoła (mam na myśli doskonalenie ludzkiego społeczeństwa – sam świat jest już wystarczająco doskonały). Problem jest taki, że obecnie ludzie zatracają, albo już zatracili obywatelski zmysł, nie wierzą, że mają wpływ na cokolwiek, stają się leniwi, odizolowani, zmuszeni przez kapitalizm do dbania tylko o własne interesy, o zapewnienie ciągłości i wysokiego poziomu konsumpcji, odwracają głowę od kwestii nie dotyczących ich bezpośrednio. Przestają utożsamiać się ze społecznością, z „plemieniem”. Tym samym znika największa broń przeciwko totalitaryzmowi ekonomicznemu i państwowemu – solidarność. Myślę, że ludzie ciągle w głębi duszy potrafią rozpoznać prawdę od fałszu, ale stali się duchowymi i społecznymi impotentami, i nie potrafią już sprzeciwić się oszustwu.

Nie będę tutaj pisał o całokształcie moich poglądów, dużo rzeczy przedstawiam w Jasnej Polanie, wybieram tam teksty, które uważam za ważne. Chciałem jedynie wyjaśnić, na czym opieram swój światopogląd społeczny i polityczny - na założeniu, że zasady moralne i prawda są proste, i największą obecnie potrzebą jest jasne zaznaczenie granicy między dobrem a złem - i wbrew intelektualnym wygibasom współczesnych sofistów, ta granica istnieje. Jeśli tego nie zrobimy, świat całkiem już wymknie nam się z rąk, będziemy tylko widzami.

Co jeszcze? Czuję, że wzmocniłem się jako osoba, bardziej wiem, czego chcę, mam silniejsze, niż wcześniej przekonanie, że chcę stosować się do pewnych zasad w życiu, bez względu na trudności.

Czuję się też wreszcie gotowy na wyjście poza granice „egoizmu”, robić coś nie tylko dla siebie, ale i dla świata, społeczności. Tak ciężko zobaczyć, że egoizm nas ogranicza, pozwala rozwinąć się tylko do pewnego etapu, ale będąc w jego środku, nie rozumiemy, że krokiem do dalszego rozwoju jest wyjście poza niego. Na razie dużo w tym teorii, broń boże nie mam na myśli, że wyzwoliłem się z egoizmu, do tego jeszcze długa, żmudna droga. Po prostu w silniejszy niż kiedykolwiek sposób uświadomiłem sobie potrzebę wyjścia poza siebie. Kiedyś myślałem, że satysfakcję, której mi brakuje, osiągnąłbym, znajdując odpowiednią dla mnie karierę. Nie myślę tak już. Trzeba pracować, żeby przeżyć, nie neguję tego, chciałbym jednak, żeby stało się to dla mnie sprawą drugorzędną. Powoli odkrywam rzeczy ciekawsze i ważniejsze od „kariery”. Budzi to we mnie niepokój - nie będę ściemniał - ale to dobry niepokój. Jak dreszczyk emocji przed rejsem dookoła światu albo lotem na księżyc. Wczoraj czytałem wstęp do „Losu Buntownika”. Autor napisał tam, że trzeba żyć tak, żeby robić dobrze i żyć ciekawie. Prosto napisane i mądrze. Co złego można oczekiwać, przyjmując taki drogowskaz?

Pojutrze wyjeżdżam do Kopenhagi. Skończył się okres cichej refleksji. Czas na skonfrontowanie przemyśleń i marzeń z rzeczywistością. Jeszcze nie załatwiłem mieszkania, czeka nas trochę papierkowych aranżacji, zawrót głowy, ale jak na razie optymizm jest silniejszy od stresu. Cieszę się, że znów mam szansę zetknąć się ze światem i ciekaw jestem, co z tego wyniknie. Powiem szczerze, że nie znam wielu radości równych rozpoczynaniu od nowa w nowym miejscu. Tak – jest stres, zamieszanie, dużo wysiłku, ale krok w nieznane zawsze jest dla mnie, jak kiedyś oczekiwanie na święta. Rozumiecie – choinka, prezenty, poczucie obecności Wielkiego Ducha. Po prostu warto.

Nie wiem, kto to będzie czytał, ani na ile udało mi się przekazać nie tylko moje myśli, ale i autentyczny stan ducha. Szczerze próbowałem. W każdym bądź razie pozdrawiam, dzięki za odwiedziny, trzymajcie się.
Marcin

Friday, 28 January 2011

Stare dobre czasy




Znajomy rzucił trochę fotek z dawnych czasów, rozpoznałem siebie, aż się łezka w oku zakręciła:)
Myślę, że to jest 1997.

Thursday, 27 January 2011

Get Up Stand Up

Przygotowuję się na ulice Kopenhagi:) Jeszcze trzy tygodnie.



Friday, 21 January 2011

Co u mnie



Mało ostatnio u mnie aktywności blogowej. Od powrotu do Polski siedzę w górach. Przez kilka miesięcy zmagałem się z dosyć ciężką depresją, ale powoli udało mi się z tego wyjść i to bez pomocy lekarza - witaminy, gimnastyka, książki, choć nie chcę zapeszać. Kasa z UK już prawie skończona. Mieliśmy zostać w Polsce, ale nieoczekiwanie pojawiła się fajna opcja - wyjazd do Kopenhagi, chyba mojego ulubionego miejsca w Europie. Jadę już za niecały miesiąc, na razie sam. W międzyczasie skupiłem energię na "Jasnej Polanie", nie spodziewałem się tak dobrego odbioru czasopisma, prawie 1500 ściągnięć, ludzie chętni do prenumeraty, no i mi też to służy, daje dużo radości robienie coś od siebie, dla poprawy świata. Poza tym wkuwam duński, wymowa ciężka, ale powoli dochodzę do czegoś. Przeczytałem cały cykl o Alvinie Stwórcy i cały cykl "Fundacji", wczoraj zabrałem się za biografię Tołstoja, ciekawa, choć książka napisana w latach sześćdziesiątych i co chwila są jakieś wtrącenia o Leninie, Marksie i ZSRR. Z własnych rzeczy nie piszę teraz nic - z "Najstarszymi" utknąłem i za cholerę nie chce mi się do tego wracać. Ogólnie jest optymistycznie i cieszę się na zmiany. Spróbuję pisać tutaj o pierwszych dniach w Kopenhadze. Na razie.