Dziś w nocy moja wyobraźnia zaszalała nawet bardziej niż zwykle. Myślę, że zadziałał tutaj Desmoxan. Już kolejny raz próbuję rzucić papierosy z tym środkiem. Jednym z efektów ubocznych są bardzo realistyczne, często niepokojące sny. Klimat tego snu? Ciężki, mroczny, pełen beznadziei, choć jest tam też element przygody i romansu. Myślę, że gdybym dośnił go do końca, to może nawet udałby się happy end?
Androidka - sen
Spojrzałam na mały licznik w dłoni. Udało się. Byłam w 2020 roku. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na zupełną ciszę w pokoiku, w którym wylądowałam. Na ścianie drewniana boazeria, obok tapczan i wytarty fotel. Nikt nas nie ścigał, nie słychać było krzyków, wycia, brzęku broni. Wszytko to zostało w 1720 roku. Obok mnie siedział nieruchomo mały chłopczyk. Patrzył na mnie spokojnie jednym okiem. Drugie było otwartą raną, z której wystawały kawałki metalu. Zaraz się nim zajmę.
Teraz miałam ważniejsze sprawy. On. Podniosłam do twarzy licznik i nacisnęłam przycisk. Z głośników zaatakowały mnie dźwięki bitwy, z której dopiero się wyrwałam. I nie tylko to. Usłyszałam jego oddech... Zdrętwiałam ze strachu. I z tęsknoty. Czy naprawdę już nigdy go nie zobaczę? Myśląc o tym, czułam ulgę. I żal.
- Zostawiłaś mnie - zachrypiał. Nie odpowiedziałam. Byłam przerażona. Przez chwilę czekał na moją odpowiedź. - Nie przypuszczałem, że masz to w sobie. Zaimponowałaś mi. Jak daleko się przeniosłaś? - znów zrobił pauzę.
- Daleko - powiedziałam prawie bezgłośnie. Ale usłyszał.
- Daleko... - szepnął. Czy usłyszałam w jego głosie ból? Nagle dobiegł mnie odgłos szamotaniny. Po chwili ucichł.
- Ciągle tam jesteś? - zapytał zdyszany.
- Tak... Jak wygląda sytuacja?
- Zostałem ja i może jeszcze dwóch Włóczęgów. Strażnicy zrobili kawał dobrej roboty. Wiedzieli, gdzie nas szukać, byli przygotowani - znów ucichł. - To ty zrobiłaś? - spytał. Zabrzmiał prawie dobrotliwie, zrezygnowanie. Ale wiedziałam, że to tylko fasada. Jego zło było skondensowane i czarne.
- Bałam się ciebie... I tego, co chciałeś uczynić mieszkańcom tej planety... Nie mogłam na to pozwolić. - Nie miało sensu się wypierać. Skąd wzięłabym przesuwacz temporalny? To była moja zapłata za zdradę.
- Wiesz... Ciągle cię kocham - powiedział cicho. Moje serce zatrzymało się. Boże, boże, ja też go kochałam. Tak bardzo...
- Gdzie jesteś? Który rok? - zapytał.
- Nie mogę... - całą siłą woli zmusiłam się, żeby nie odpowiedzieć. Byłam przekonana, że to jego koniec, ale jednak... Nie mogłam dać mu nawet szansy odnalezienia mnie.
- Muszę już iść - powiedziałam. Zapadła cisza.
Nagle licznik w moich dłoniach zabłysnął zielonym światłem. Równocześnie usłyszałam śmiech. Zastygłam ze zgrozy.
- 27 marca 2020 roku. Londyn - powiedział z satysfakcją. Udało mu się przebić zabezpieczenia. Jaka ja byłam głupia! Ale co mógł mi zrobić? Znajdowałam się 300 lat od niego. Muszę się rozłączyć...
- Wiesz, kochana.... Są różne sposoby podróżowania w czasie... - powiedział.
Rozłączyłam się.
Zastanowiłam się nad jego słowami. Są różne sposoby... Choć bardzo nie chciałam, to wiedziałam, co miał na myśli. Moja podróż w XXI wiek zajęła sekundę. On planował przejść ją w czasie rzeczywistym. Jeśli nie zabili go Strażnicy. Ale jeśli mu się udało to...
Nagle tknęła mnie przerażająca myśl. Spojrzałam na zamknięte drzwi. Jeśli znał dokładną datę i moje położenie... Pogłaskałam chłopca (mojego synka) po nienaruszonej części twarzy. Uśmiechnął się pogodnie jedną połową ust. Druga tylko zadrżała w kłębowisku mięsa i cienkich drucików.
- Zaczekaj chwilę.... - powiedziałam i podeszłam powoli do drzwi. Zaczęłam nasłuchiwać. Cisza. Nacisnęłam klamkę i popchnęłam. Schody niknęły w mroku. Miałam wrażenie, że ten mrok jest dotykalny, osobowy....
- Czekałaś na mnie Mon cheri?
Zachwiałam się. Z cienia powoli wynurzyła się potężna postać. W białej, pięknej twarzy żarzyły się czarne, obsydianowe oczy. Uśmiechał się. Był to uśmiech, którego bałam się bardziej od mroku kosmosu. I którego równie mocno pożądałam.
- To były bardzo długie trzy stulecia - powiedział i zaczął iść w moją stronę.
* * *
Wylądowali na tej małej planecie na peryferiach Galaktyki w 1540 roku, według kalendarza prymitywnej cywilizacji, która dała im schronienie. Francja. Było ich czterdziestu trzech - uciekinierów przed prawem. Łączyło ich jedno - wszyscy byli androidami - niewolnikami. Uciekli od swoich panów, zostawiając za sobą pas zbrodni, trupów i cierpienia. Ich przywódcą został On - najpotężniejszy, najodważniejszy i najokrutniejszy ze wszystkich. Jego towarzyszką była Ona. Jego kochanka, siostra i przyjaciółka. Nieraz była równie okrutna, jak jej ukochany, ale jej światło nie zgasło jeszcze zupełnie. I kiedy stworzyła dziecko z jego i swojego nasiona, jej pół mechaniczne a pół żywe serce zmiękło. On miał jednak dalekosiężne plany. Już nie wystarczyło mu przypadkowe okrucieństwo wobec tubylców. Chciał zniewolić całą planetę. Zamienić ją w piekło. A kiedyś - w końcu czas nie był dla ich rasy problemem - ruszyć dalej i siać zniszczenie w innych miejscach wszechświata. Wtedy go zdradziła, oddała Strażnikom w zamian za bilet w jedną stronę. W przyszłość.
* * *
W rozszarpanym ochłapie mięsa trudno było rozpoznać istotę ludzką. Przykucnął nad czymś, co najprawdopodobniej było kiedyś twarzą ofiary. Nie była to jego pierwsza sprawa. Pracował w wydziale zabójstw od dwudziestu lat. Londyn z pewnością nie był spokojnym i przyjaznym miejscem. Ale z takim bestialstwem spotkał się pierwszy raz. Nie mógł sobie nawet wyobrazić, jak fizycznie i logistycznie, ktoś mógłby w taki sposób przenicować swoją ofiarę. Podniósł się i rozejrzał po korytarzu hotelu. Większość ludzi pochowała się w pokojach. Tylko przy windzie stała kobieta z dzieckiem. Przyciągnęła jego wzrok. Nie tylko swoją urodą - choć zaparło mu dech w piersiach. Miała w sobie coś... innego. Jakby nie pochodziła z tej epoki. Nawet nie to. Wyglądała, jakby nie pochodziła znikąd. Jakby była bytem niezależnym od niczego. Jej staroświecka, długa czarna suknia jeszcze podkreślała to wrażenie.
Skierował się w jej stronę.
- Dzień dobry. Starszy inspektor Martin Connely - przedstawił się.
Kiwnęła lekko głową.
- Czy mógłbym pani zadać kilka pytań? Jest pani gościem tego hotelu?
Rozejrzała się dookoła. Jej wzrok wydawał się nieobecny, smutny.
- Proszę pani?
- Wszyscy powinni jak najszybciej stąd iść - powiedziała cicho.
- Słucham?
- Niech pan zabierze stąd wszystkich ludzi. Proszę. To dla ich dobra.
- Jeśli obawia się pani mordercy, to mogę panią zapewnić, że dookoła nas jest kilkunastu policjantów. Nic pani nie grozi.
Pokręciła głową.
- Nic pan nie rozumie.
Nagłe usłyszał przeciągły okrzyk, który przeszedł w jęk i ucichł. Dobiegał gdzieś z końca korytarza. Odwrócił się w tamtym kierunku.
- Niech pani tutaj zaczeka - powiedział do kobiety i wyciągnął broń.
* * *
Przez chwilę obserwowałam mężczyznę, który przedstawił się, jako Martin Connely. W tym stuleciu ludzie byli w jakiś sposób atrakcyjniejsi niż 300 lat temu. Bardziej inteligentni, mądrzejsi. I wyżsi. Szkoda, że tak się to dla nich kończy. On miał dla nich bardzo przykry plan. Czułam ogromny smutek. Ale wiedziałam, że to koniec. Jej towarzysz miał 300 lat, żeby przygotować swoją inwazję... I nikogo, kto próbowałby spowolnić jego pracę.
Drugi okrzyk dobiegł z pokoju obok. Po chwili następny. Mężczyźni w mundurach zdezorientowani wyciągnęli broń i z wahaniem szukali swoich spojrzeń. Wiedziałam, że nic ich już nie uratuje. Wcisnęłam guzik windy. Stary mechanizm zaczął skrzypieć, ciągnąć do góry skrzynię. W tym momencie dokładnie na przeciwko mnie otworzyły się drzwi. Czarny, niski stwór o dziesiątkach ostrych kończyn, zębów i macek rozrywał cichą, prawdopodobnie martwą ofiarę. Zobaczył mnie. Zostawił zwłoki i zaczął powoli pełznąć w moim kierunku. Za mną otworzyły się drzwi windy. Wepchnęłam do środka synka i nie spuszczając wzroku z potwora, tyłem weszłam za nim. Drzwi już się zamykały, kiedy potwór skoczył. Odbił się od drzwi, ale jedno z jego odnóży zdążyło mnie uderzyć. Ruszyliśmy w dół. Popatrzyłam na głęboką ranę i urwaną lewą pierś, wiszącą na kawałku skóry. Rana już zaczynała się zasklepiać. Popatrzyłam na synka. I znów połowa jego twarzy stała się miazgą. Biedny malec. Nachyliłam się i przesunęłam dłonią mięso, żeby choć z grubsza dopasować je do kształtu metalowej chłopięcej czaszki. Rozpoczął się proces regeneracji. Kiedy winda zatrzymała się na dole, wyglądał już jak zwykły, zdrowy chłopiec.
* * *
To była rzeź. Bardzo szybko porzucił myśl, żeby jakoś opanować sytuację. Teraz liczyło się tylko jedno - żeby wydostać się stamtąd żywym. Nie próbował nawet zrozumieć, co widzi. Czarne monstra siejące śmierć, poruszające się jak wielkie błyskawiczne pająki, których jedynym celem jest zniszczenie. Odwrócił się w stronę kobiety i jej synka, ale nikogo nie zobaczył. Miał nadzieję, że udało się jej wydostać. A może już nie żyła? Poczuł lekkie ukłucie żalu. Ale nie miał czasu, żeby zastanowić się nad tym uczuciem.
Zaczął biec. Strzelał na oślep, choć nie wydawało mu się, żeby kule raniły te koszmarne stwory. Na schodach potknął się i sturlał na sam dół. Chyba uratowało mu to życie. Turlając się podciął nogi jednemu z uciekających ludzi. Ten wywrócił się i potwór, który był tuż za nim, zajął się nieszczęśnikiem, którego potrącił. Zmartwiło go, że poczuł ulgę, że to tamtego dopadł. Nie spodziewał się tego po sobie.
Jakimś cudem znalazł się na ulicy. Spokojne zwykłe Soho. Ludzie przechadzali się jak zwykle. Czy to wszystko było tylko snem?