Thursday, 22 October 2020

Poranne główkowanie













Weekend mi się zwolnił, nie wypaliło w schronisku. Za cholerę nie chce mi się siedzieć zamkniętym w domu. Pomyślę. Zrobiłbym coś innego niż zwykle. A może pojadę gdzieś, rozbiję kemping na dziko w jakichś miłych okolicznościach przyrody? Jeszcze nie wiem.

Dziś obudziłem się około trzeciej i nie potrafiłem zasnąć. Włączyłem na Netflixie "Hector and the Search for Happiness". Bardzo miły, ciepły film, nie przeszkadzała mi okazjonalna naiwność. Nawet wzruszyłem się pod koniec. Poza tym bardzo podoba mi się Rosamund Pike, to jedna z moich ulubionych aktorek. Później zasnąłem na jakieś 3 godziny. Próbowałem się dodzwonić do chłopaków, żeby dokładnie ustawić się na weekend do pracy. Okazało się, że zapili i zmianę wziął ktoś inny, tak że weekendowa praca odpadła. Trochę szkoda mi kasy, poza tym fajnie czasami pobyć wśród ludzi. No ale trudno. 

Kończę mój poranny wpis i biorę się za główkowanie:)


Wednesday, 21 October 2020

Stary niedźwiedź mocno śpi i Ucieczka z Krainy Skrzatów













Ale ten czas leci. Dużo się wydarzyło. A może wcale nie. Właśnie ugotowałem obiad. Postanowiłem zrobić coś gaurmet, ileż można żreć makaron z koncentratem pomidorowym. Złociste ziemniaczki z piekarnika z kawałkami soczystych pomidorów i natką pietruszki. Smażone kostki bakłażana. Kotleciki z kalafiora i kapusty z ogródka (akurat wczoraj były zbiory). Czatnej śliwkowy oraz ogórek i biała cebula w jogurcie, jako dwa sosy. Do tego portugalskie białe wino wytrawne. Ożywiło mnie to, choć smutno się gotuje tylko dla siebie. Zrobiłem więc trzy talerze i zaniosłem szwagierce i dzieciakom. 

Ostatnie kilka dni jesień jest słoneczna, ale dopiero dzisiaj, pierwszy raz chyba od tygodnia wyszedłem z domu. Pojechałem na zakupy, dziwnie się czując wśród ludzi po takiej przerwie. Odizolowałem się w ostatnim miesiącu. Kolejne rozstanie z M. było chyba najbardziej bolesne ze wszystkich. Zacząłem poczuciem winy, próbowałem to ratować, ale z czasem coraz częściej przypominałem sobie, jak toksyczna to była relacja. Teraz, oprócz smutku i rozczarowania, zaczynam czuć niesmak do swojego braku asertywności i determinacji wartej lepszej sprawy. No mam taką cechę, że bardzo się przywiązuję i trudno jest mi porzucić uczucie. Co zresztą widać w tych moich zapiskach z ostatnich lat. To tyle w temacie, nie będę się rozpisywał.

Co jeszcze? Nie pracuję na etacie. Po zwolnieniu z ostatniej pracy w maju, dałem sobie spokój. Dorywczo pomagam w schronisku, zawsze to parę groszy, oprócz tego czasami sprzedam jakiś obraz albo pocztówki. Na podstawowe potrzeby wystarcza. Sprzedałem też działkę po dziadku, ale tych pieniędzy nie ruszam. Chciałbym kupić jakiś kąt, który będę mógł nazwać swoim. Tylko, że nie są to duże pieniądze, na domek nie starczy. Tzn na domek by starczyło, ale już nie na działkę. Albo na odwrót. A poza tym nie wiem, w jakim kierunku iść. Czy szukać coś blisko, czy wyjechać. Więc na razie pieniądze leżą na koncie, a ja żyję z dnia na dzień, z nadzieją obserwując w sobie stopniowe objawy dochodzenia do równowagi. Żeby czuć, że żyję i coś jestem wart i jeszcze żeby poradzić sobie z depresją, maluję i sporo nagrywam. Przygotowuję pierwszy profesjonalny (w miarę) album. Wybrałem kilkanaście ze swoich utworów i nagrywam od nowa, z perkusją, solówkami, porządnym basem, nowymi pomysłami. Kiedy skończę, chciałbym, żeby popracował nad tym jakiś inżynier dźwięku. Myślę, że do końca roku może się udać. 

Mój przykładowy dzień:

1. Budzę się kilka razy nad ranem, żeby wreszcie około 6 albo 7 dać sobie spokój z próbowaniem. Leżę później, czytając coś na FB, jakieś artykuły, pierdoły, etc.

2. Około 9 mówię sobie: "Wstawujki, Marcyś, trzeba się wreszcie wziąć za ten dzień". Patrzę też w górę i mówię: "Boże, jakby coś, to jestem gotowy na nowe perspektywy i szanse. Powaga."

3. Poranna toaleta, kawa, fajka, szybkie zerknięcie na wiadomości. 

4. I co teraz? Mam coś namalować, zrelaksować się, czy raczej skoncentrować i wziąć za muzykę i nagrywanie? A może poczytam książkę?

5. W międzyczasie odpowiadam na komentarze na FB i nieliczne wiadomości od ludzi, którzy albo coś chcą, albo szczerze się martwią lub zagadują po prostu przyjaźnie. Odpisywanie sprawia mi trochę trudności, bo często pustka i smutek, który czuję, są tak głębokie, że czyichś kilka miłych słów nie jest w stanie naprawdę pomóc. Ale to i tak miłe.

6. Koło południa robię sobie śniadanie. Kanapkę albo resztki obiadu z wczoraj.

7. Po południu nalewam sobie wina albo drinka i kontynuuję to, co akurat miałem zaczęte. 

8. Wieczorem robi się coraz smutniej, ciężej. Przychodzą wspomnienia, stare i te nowsze, poczucie samotności i bezsensu staje się bardzo intensywne. Wiem jednak, że to tylko chmura zasłaniająca rzeczywistość, nie jestem nihilistą, wierzę w sens i miłość i tym się właśnie bronię. Ale, żeby jakoś dotrwać do zaśnięcia, czytam książkę albo oglądam coś na Netflixie, aż nie zaczną zamykać mi się oczy.

Nie zawsze jest tak. Czasami mam lepsze dni, jaśniejsze i jest ich chyba coraz więcej. Wtedy nawet wieczorem nie czuję się bardzo przytłoczony, przychodzi jakiś spokój. Ale jak na razie nie da się ukryć, że jestem w gorszym okresie życia. Zauważyłem, że jedynym prawdziwym lekarstwem na to wszystko, na chłód Wszechświata jest kochać i być kochanym, ufać, czuć się potrzebnym, śmiać się razem, gotować coś wspólnie, jechać na przejażdżkę... To jest jedyne, co mnie napełnia. Może to jakiś brak z dzieciństwa? A może miłość to naprawdę sens życia? Sam nie wiem. Nie jest to jednak aż tak dla mnie ważne. Mam na myśli przyczynę. Po prostu tak jest i już. A jak życie pokazuje, to się może zmienić w każdej chwili. A później będziemy silniejsi. Tak się staram na to patrzeć.

Poniżej jedna z nowych aranżacji na mój album.

Saturday, 3 October 2020

Bieszczadzki przerywnik


 











Ale dawno mnie tutaj nie było. Już wieczór, choć wczesny. Leżę w samochodzie. Bieszczady, a dokładnie kemping Bieszczadzka Legenda w Wetlinie. Wszedłem dziś na Smerek. Dostałem w kość, na szczycie wiatr przewrócił mnie dwa razy, dzięki Bogu, że wziąłem puchówkę. Schodząc już ze szczytu, naładowany endorfinami, uśmiechałem się do ludzi i pozdrawiałem każdego, choć tłumy. W knajpie na moim kempingu napiłem się piwa i zjadłem wege obiadek: falafele z frytkami i surówką. Próbowałem się zbratać z lokalsami. Ciężko. Udało się zaprzyjaźnić z miejscowym żulem, choć raczej duży wpływ na to miało postawione mu piwo i porcja placków ziemniaczanych. Natomiast śmietanka lokalnych rastamanów i rastagirls była trochę nieprzyjemna. Zapytałem skąd są, co robią. Popatrzyli drwiąco, "dlaczego pytasz o takie przyziemne rzeczy?" OK. O co mam więc was spytać? Miałem dużo głębokich pytań, ale już zniknęli. Na FB zagadałem z przyjacielem. Zaśmiał się. "Bo rasta są jak lustrzane odbicie prawaków". Odpowiedziałem uśmiecham, choć było mi smutno. Poczytałem Kinga, drugi tom Pana Mercedesa. Kiedy zaczęło się sciemniać, poszedłem do kochanej Xsary, włączyłem na Spotify amerykański, spokojny folk i pomyślałem, że napiszę kilka  słów. Kim jestem? Dziś w dzienniku napisałem, że jestem już dorosłym mężczyzną, czas być samodzielnym. A teraz czuję się jak mały chłopiec. Więc kim jestem? Obydwoma? Sam nie wiem. Jestem zmęczony sztucznością, pozami, maskami. Ludzie zbyt bardzo próbują, zamiast być sobą. Luz. Wolę cię, jako głupolka, który gdzieś tam się zgubił, albo puścił bąka, niż dumnego, kolejnego mędrca. Za dużo już mędrców dookoła. 

Jutro czeka mnie długa droga, z 6 godzin za kierownicą. Najpierw z rana pojadę ze Stasiem (sympatycznym żulem z dzisiaj) obejrzeć działkę, która podobno jest na sprzedaż. Nie wiem, czy rano będzie pamiętał, że dzisiaj się umówiliśmy. A później pojadę do domu. Kiedy dojadę, zapalę w kominku, naleję sobie wina, wezmę prysznic i przez chwilę będę patrzył dookoła, może coś do siebie powiem (często rozmawiam ze sobą), pewnie coś miłego, np. "hej Marcyś, witaj w domku", a później będę leżał w łóżku do 3 w nocy i oglądał głupie filmiki na FB, może puszczę sobie erotyczny film. A następnego dnia namaluję obraz, albo nagram piosenkę. Nie ma w tym chwały i dumy, wiem. Ale po co nam więcej chwały? 


Thursday, 11 June 2020

Pierwsza płyta Księżycowego Terrorysty - zrzutka!:)















Często dostaję pytanie o płytę. Trochę mi zawsze głupio, że nic nie mam:) Kiedyś zrobiłem chałupniczo nagranie na CD z kserowaną okładką, a każda płytka była ręcznie ilustrowana. Pamiętacie? :)
Teraz jednak chciałbym przygotować album, który będzie na odpowiednim poziomie dźwiękowym i wydawniczym. Utwory zostaną przearanżowane, niektóre nagrane na nowo, pojawi się również coś nowego, a wszystko to na pięknie wydanej płytce z książeczką z moimi obrazami i tekstami.
Znalazłem już dźwiękowca, który sprawi, że z przyjemnością będzie się mnie słuchało. Fajny chłopak, zrobił mi próbkę i jestem bardzo zadowolony. Znalazłem też tłocznię i drukarnię, której nie boję się oddać materiałów, wiem, że będzie to pięknie wyglądać i brzmieć.
Związane jest to z kosztami, które obecnie są poza moim zasięgiem, pomimo tego, że i tak będą to koszty poniżej tego, co dyktuje rynek.
Dlatego chciałem was poprosić, żebyście razem ze mną sprawili, że ten projekt ujrzy światło dzienne. Trochę nas tutaj jest, jeśli każdy dołoży coś od siebie, nawet nieznaczną sumę, to wkrótce album będzie mógł trafić w wasze ręce <3
Na koniec niespodzianka: jeśli przekroczymy sumę 6000 zł (nawet o złotówkę), to obiecuję, że powstanie teledysk! Mam już trochę pomysłów i szczerze mówiąc nie mogę się doczekać na wprowadzenie ich w życie:)
Oto link do zrzutki, niech wasza ręka lekką będzie ;)

A tutaj kawałek muzyczki na zachętę:

Saturday, 11 April 2020

Pierwsza Prawdziwa - Księżycowy terrorysta



Pierwsza prawdziwa

W jej spojrzeniu znajdziesz
słowa, wiersze, nutki i tęsknoty.
Pod gwieździstym niebem, w małej wiosce,ooo, aaa
Świat utkany z marzeń
zwinął w kulkę się i schował w kieszeń.
Kiedy sama jest, dosiada chmur i leci tam gdzie byłeś blisko niej.

Pierwsza prawdziwa, nigdy nie zapomnisz o niej.
Druga na chwilkę, bo się pomyliłeś, ojej.
Trzecia kolejkę swoją przegapiła.
Czekam tu, czekam tu.

Wszystko ma swój czas,
ja i Pani dziś przez park idziemy.
Przestrzeń między sercem twoim, moim chroni nas, aaaaa.
Nieśmiałych uśmiechów zawsze kilka mam na te okazje, tarara.
Auau, czy wyszedł mi?
Spróbuję jeszcze raz, czy wierzysz mi?

Pierwsza prawdziwa, nigdy nie zapomnisz o niej.
Druga na chwilkę, bo się pomyliłeś, ojej.
Trzecia kolejkę swoją przegapiła.
Czekam tu, czekam tu.

W jej spojrzeniu znajdziesz
słowa, wiersze, nutki i tęsknoty.
Pod gwieździstym niebem, w małej wiosce,ooo, aaa
Świat utkany z marzeń
zwinął w kulkę się i schował w kieszeń.
Kiedy sama jest, dosiada chmur i leci tam gdzie byłeś blisko niej.

Pierwsza prawdziwa, nigdy nie zapomnisz o niej.
Druga na chwilkę, bo się pomyliłeś, ojej.
Trzecia kolejkę swoją przegapiła.
Czekam tu, czekam tu.

Thursday, 9 April 2020

Sesja ślubna (karczochy)

























Wieczór, wyciszenie, dziura po zębie się goi, już nie boli. Namalowałem taką historyjkę, wiktoriańska sesja zdjęciowa, z elfo-duchami i okiem, na spotify leci Maribou State, spokojna, płynąca nutka. Zmieniłem opony na letnie, nikt mi nie wlepił mandatu. Później wyprawa do Kauflanda, tam dużo smakołyków, nie chodzę za często, bo nie wyrobiłbym finansowo. Kupiłem cztery dorodne karczochy, jutro będę warzył, cały dom będzie pachniał jak szuwary, ale pomimo bagnistego zapachu, uwielbiam ten smak i ten cały rytuał jedzenia karczocha. Nauczył mnie tego ktoś w Hiszpanii 20 lat temu. Nie pamiętam, kto, ale zostało to ze mną na zawsze. Domownicy cały dzień w ferworze pracy, Łukasz budował gołębnik, Szymon z dzieciakami rozwoził koński nawóz i orał (będą ziemniaki), Heniek naprawiał schody. Wychodziłem czasami do nich. Poczęstowałem wszystkich curry kokosowym na słodko-ostro. Dzieciaki prawie płakały, z nosa im ciekło, ale zajadały ze smakiem, jak zwykle. Od urodzenia przyzwyczaiłem je do egzotycznego jedzenia. Trochę mi samotnie i dziwnie, ale nie jest to tak palące, jak często bywa.

Tuesday, 7 April 2020

Wyż i przejażdżka
















Dziś lekki wyż emocjonalny. Wczoraj wieczorem wsiąkłem na youtubie w filmiki psychoterapeuty, zajmującego się toksycznymi związkami. Poczułem dużą ulgę. Świadomość pewnych mechanizmów emocjonalnych, w których nieświadomie brałem się udział, podziałała kojąco na nerwy.
Dziś już nie myślę na poważnie o rzuceniu pracy. Chyba wystarczy urlop do końca tego tygodnia. Ważne jest mieć cel. Wiem, że z tą zarazą ciężko prognozować, kiedy wszystko wróci do normy, ale jestem zmotywowany, żeby zacząć odkładać pieniądze na kolejną bałkańską wyprawę. Marzy mi się taka trasa: Rumunia, Bułgaria, Macedonia, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina. Chciałbym mieć na to jakiś miesiąc. Może uda się na jesień?
Z nową energią zabrałem się za reklamę moich obrazów na FB. Szkoda mi się ich pozbywać, ale ściany zapełniły się już tak bardzo, że chyba nie ma się co trzymać kurczowo. Zapraszam do mojej wirtualnej galerii tutaj albo tutaj. Jeśli coś wam wpadnie w oko, to dajcie znać:) Zaczynam zbierać na wyprawę.

Dziura po zębie chyba zaczęła się goić. Zastanawiam się nad spacerem do lasu. Pogoda wymarzona.

***

A jednak skusiła mnie szosa:) Pojechałem do miasta kupić farby. Pokończyły mi się odcienie białego i brązu. Kupiłem też dwa pędzelki do drobiazgów. Trochę się stresowałem, co powiem policji, jeśli mnie sprawdzą. "Przejechałem 50 km, żeby kupić sobie farby"? No ale w sumie, dlaczego nie. To jest artykuł pierwszej potrzeby. Przejażdżka dobrze mi zrobiła. Zamiast wracać ekspresówką, pokrążyłem wąskimi, wiejskimi szosami. Było tak ciepło, że pierwszy raz w tym roku włączyłem klimatyzację i założyłem okulary przeciwsłoneczne.

A teraz w ramach myślenia nad książką, zrzucałem z bloga do dokumentu tekstowego stare wpisy z bloga. Fuck:) Od kilka lat naprawdę szarpię się w tych relacjach damsko-męskich. Miłość, rozstania, namiętność, zazdrość, samotność, wow, nieźle:) Fajnie popatrzeć na to z zewnątrz, jako czytelnik. Choć dużo tam cierpienia, to z perspektywy czasu nie zrezygnowałbym z tych doświadczeń. Mocne lekcje. No i ciekawy życiorys;)

Sunday, 5 April 2020

Spacer, smażonki, melancholia i dziura

























Kolejny dzień izolacji zbliża się ku końcowi. Dziwnie tak płyną dni. Tydzień temu męczyła mnie pandemia, ale jeździłem na rowerze, biegałem, coś tam robiłem spokojnie. Teraz, nafaszerowany lekarstwami, z ćmiącą dziurą po zębie, myślę sobie: kurde, jednak to prawda, że zawsze może być gorzej;)

Jak przeleciał dzień?

1. Kanapka + antybiotyk + środki przeciwbólowe
2. Malowanie obrazu (powyżej). Tytuł "Spacer". Nie trzeba dużo wyjaśniać, obraz wyjaśnia się sam. Jesień, surowość, smutny pan w palcie. Nadałem swojej samotności trochę cieplejszych kolorów. W rzeczywistości są one w odcieniach szarości. Ale po to właśnie maluję - żeby to wszystko pokolorować.
3. Zrobiłem obiad. Na głębokim oleju usmażyłem frytki, marchewkę i paprykę. W oddzielnym garnuszku podsmażyłem imbir, kminek indyjski i curry, wlałem na to śmietanę, jogurt i dodałem pomidorów. Wymieszałem ze smażonkami. Wyszło coś pysznego. Jeśli ktoś oczywiście lubi smażone jedzenie.
4. Nie podoba mi się myśl, że do piątku nie napiję się alkoholu. Miło rozgrzewał wieczory, łagodził ostre krawędzie.
5. Zaraz łóżko i coś na Netflixie. Jeszcze nie wiem, co. Może zacznę nowy serial?

Sublimacja i ząb literata

























Wyrwałem w środę bolącego zęba. Niełatwego, bo ósemkę. Zajęło mi kilka godzin szukanie dentysty, ale w końcu znalazłem 50 km ode mnie. Akurat fajnie się ułożyło, bo sprzedałem obraz, więc miałem za co. Po 3 dniach okazało się jednak, że wdała się infekcja. Wczoraj kilka godzin szukałem sposobu, żeby załatwić receptę na antybiotyk i jakiś mocny środek przeciwbólowy.

Izolację spędzam więc nadal w domu, tylko że obolały i podtruty mocnymi lekarstwami. Na przymusowej abstynencji.

Wziąłem wolne z pracy. Nie tylko z powodu zęba. Obniżenie nastroju poszło tak daleko, że nie dawalem rady pracować. Powiedzialem szefowi, jak wygląda sprawa. Że na razie biorę wolne, a jeśli się nie poprawi, to nie będę obciążał firmy i dam wypowiedzenie. Pewnie nie jest to zbyt rozsądne, rzucać pracę w czasach kryzysu, ale za bardzo nie mam tutaj wyboru. Dopóki jakoś się nie pozbieram, nie mogę robić więcej. Ostatnie tygodnie popełniam coraz więcej błędów w redakcji, nie mogę się skupić, nie mówiąc nawet o jakiejś inicjatywie i nowych pomysłach, których się ode mnie oczekuje. Nie mam serca do tego.

Taka jest moja rzeczywistość na ten moment. Zresztą nie wstydzę się tego. W naszych czasach tego rodzaju problemy, niepewność, wewnętrzne konflikty, smutek, stały się czymś wstydliwym. Ja tak nie uważam. Myślę, że takie okresy są bardzo ważne i zamiast od nich uciekać, trzeba je objąć i wyciągnąć z nich jak najwięcej. To tak w ramach dygresji. Uściślając - ja się nie skarżę na swój los. Podążając za dobrymi tradycjami artystów, filozofów i egzystencjalistów, staram się opisywać swoją rzeczywistość, jako zarówno obserwator, jak i uczestnik. Nie szukam współczucia ani ratunku. Moim celem jest raczej zrozumienie siebie i autentyczność (przeżywania i wyrażania się).

OK, wyjaśniłem, więc kontynuuję:)

Samotność mi nie służy. Rozstanie z M. zostawiło mnie trochę otępiałego. Mieszanka tęsknoty oraz bolesnych wspomnień niedopasowania i konfliktów.

Uff, co za okres. Świat wewnętrzny rozsypuje się wraz ze strukturami świata zewnętrznego:) Nie jestem jednak bierny. Dużo maluję. Prawie codziennie daję się pochłonąć farbom i pędzlom. W skupieniu sublimuję emocje - tęsknotę, samotność, lęk, bezcelowość, potrzebę bliskości. Sprawia mi to dużo radości i mimo przeciwności pomaga zachować balans.

Jest niedziela rano. Leżę w łóżku. W pokoju panuje półmrok, nie odsloniłem jeszcze okien. Ze ścian spoglądają na mnie postacie z kilkudziesięciu obrazów, które jeden po drugim wieszam, zamieniając mój dom w galerię.

Piszę na smartfonie. Za oknem słyszę wiosenny już zupełnie śpiew ptaków i szczekanie psa. Kominek stuka cicho - stygnący metal i cegły pracują. Niedługo wstanę i przyniosę drwa. Po zimie zostało już nieduzo opału. Zainfekowana dziura po zębie zaczyna lekko ćmić, ale nie spieszę się z lekami, najpierw coś zjem.


Monday, 30 March 2020

Autoportret

























Słucham muzyki (pod spodem link - boskie!). Skończyłem malować - smutny autoportret. Nie palę od 3 dni. Desmoksan, jogging, medytacja - męczy pragnienie nikotyny, w płucach siedzą wredne kritersy i wołają o dym, ale daję radę. Zapaliłem natomiast trochę zioła. Bez tytoniu, więc koszernie;) Smutek z autoportretu przerodził się we flow z nutą latynoskich hippisów.



Saturday, 28 March 2020

Androidka - sen

























Dziś w nocy moja wyobraźnia zaszalała nawet bardziej niż zwykle. Myślę, że zadziałał tutaj Desmoxan. Już kolejny raz próbuję rzucić papierosy z tym środkiem. Jednym z efektów ubocznych są bardzo realistyczne, często niepokojące sny. Klimat tego snu? Ciężki, mroczny, pełen beznadziei, choć jest tam też element przygody i romansu. Myślę, że gdybym dośnił go do końca, to może nawet udałby się happy end?

Androidka - sen 

Spojrzałam na mały licznik w dłoni. Udało się. Byłam w 2020 roku. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na zupełną ciszę w pokoiku, w którym wylądowałam. Na ścianie drewniana boazeria, obok tapczan i wytarty fotel. Nikt nas nie ścigał, nie słychać było krzyków, wycia, brzęku broni. Wszytko to zostało w 1720 roku. Obok mnie siedział nieruchomo mały chłopczyk. Patrzył na mnie spokojnie jednym okiem. Drugie było otwartą raną, z której wystawały kawałki metalu. Zaraz się nim zajmę.
Teraz miałam ważniejsze sprawy. On. Podniosłam do twarzy licznik i nacisnęłam przycisk. Z głośników zaatakowały mnie dźwięki bitwy, z której dopiero się wyrwałam. I nie tylko to. Usłyszałam jego oddech... Zdrętwiałam ze strachu. I z tęsknoty. Czy naprawdę już nigdy go nie zobaczę? Myśląc o tym, czułam ulgę. I żal.
- Zostawiłaś mnie - zachrypiał. Nie odpowiedziałam. Byłam przerażona. Przez chwilę czekał na moją odpowiedź. - Nie przypuszczałem, że masz to w sobie. Zaimponowałaś mi. Jak daleko się przeniosłaś? - znów zrobił pauzę.
- Daleko - powiedziałam prawie bezgłośnie. Ale usłyszał.
- Daleko... - szepnął. Czy usłyszałam w jego głosie ból? Nagle dobiegł mnie odgłos szamotaniny. Po chwili ucichł.
- Ciągle tam jesteś? - zapytał zdyszany.
- Tak... Jak wygląda sytuacja?
- Zostałem ja i może jeszcze dwóch Włóczęgów. Strażnicy zrobili kawał dobrej roboty. Wiedzieli, gdzie nas szukać, byli przygotowani - znów ucichł. - To ty zrobiłaś? - spytał. Zabrzmiał prawie dobrotliwie, zrezygnowanie. Ale wiedziałam, że to tylko fasada. Jego zło było skondensowane i czarne.
- Bałam się ciebie... I tego, co chciałeś uczynić mieszkańcom tej planety... Nie mogłam na to pozwolić. - Nie miało sensu się wypierać. Skąd wzięłabym przesuwacz temporalny? To była moja zapłata za zdradę.
- Wiesz... Ciągle cię kocham - powiedział cicho. Moje serce zatrzymało się. Boże, boże, ja też go kochałam. Tak bardzo...
- Gdzie jesteś? Który rok? - zapytał.
- Nie mogę... - całą siłą woli zmusiłam się, żeby nie odpowiedzieć. Byłam przekonana, że to jego koniec, ale jednak... Nie mogłam dać mu nawet szansy odnalezienia mnie.
- Muszę już iść - powiedziałam. Zapadła cisza.
Nagle licznik w moich dłoniach zabłysnął zielonym światłem. Równocześnie usłyszałam śmiech. Zastygłam ze zgrozy.
- 27 marca 2020 roku. Londyn - powiedział z satysfakcją. Udało mu się przebić zabezpieczenia. Jaka ja byłam głupia! Ale co mógł mi zrobić? Znajdowałam się 300 lat od niego. Muszę się rozłączyć...
- Wiesz, kochana.... Są różne sposoby podróżowania w czasie... - powiedział.
Rozłączyłam się.

Zastanowiłam się nad jego słowami. Są różne sposoby... Choć bardzo nie chciałam, to wiedziałam, co miał na myśli. Moja podróż w XXI wiek zajęła sekundę. On planował przejść ją w czasie rzeczywistym. Jeśli nie zabili go Strażnicy. Ale jeśli mu się udało to...
Nagle tknęła mnie przerażająca myśl. Spojrzałam na zamknięte drzwi. Jeśli znał dokładną datę i moje położenie... Pogłaskałam chłopca (mojego synka) po nienaruszonej części twarzy. Uśmiechnął się pogodnie jedną połową ust. Druga tylko zadrżała w kłębowisku mięsa i cienkich drucików.
- Zaczekaj chwilę.... - powiedziałam i podeszłam powoli do drzwi. Zaczęłam nasłuchiwać. Cisza. Nacisnęłam klamkę i popchnęłam. Schody niknęły w mroku. Miałam wrażenie, że ten mrok jest dotykalny, osobowy....
- Czekałaś na mnie Mon cheri?
Zachwiałam się. Z cienia powoli wynurzyła się potężna postać. W białej, pięknej twarzy żarzyły się czarne, obsydianowe oczy. Uśmiechał się. Był to uśmiech, którego bałam się bardziej od mroku kosmosu. I którego równie mocno pożądałam.
- To były bardzo długie trzy stulecia - powiedział i zaczął iść w moją stronę.

* * *

Wylądowali na tej małej planecie na peryferiach Galaktyki w 1540 roku, według kalendarza prymitywnej cywilizacji, która dała im schronienie. Francja. Było ich czterdziestu trzech - uciekinierów przed prawem. Łączyło ich jedno - wszyscy byli androidami - niewolnikami. Uciekli od swoich panów, zostawiając za sobą pas zbrodni, trupów i cierpienia. Ich przywódcą został On - najpotężniejszy, najodważniejszy i najokrutniejszy ze wszystkich. Jego towarzyszką była Ona. Jego kochanka, siostra i przyjaciółka. Nieraz była równie okrutna, jak jej ukochany, ale jej światło nie zgasło jeszcze zupełnie. I kiedy stworzyła dziecko z jego i swojego nasiona, jej pół mechaniczne a pół żywe serce zmiękło. On miał jednak dalekosiężne plany. Już nie wystarczyło mu przypadkowe okrucieństwo wobec tubylców. Chciał zniewolić całą planetę. Zamienić ją w piekło. A kiedyś - w końcu czas nie był dla ich rasy problemem - ruszyć dalej i siać zniszczenie w innych miejscach wszechświata. Wtedy go zdradziła, oddała Strażnikom w zamian za bilet w jedną stronę. W przyszłość.

* * *

W rozszarpanym ochłapie mięsa trudno było rozpoznać istotę ludzką. Przykucnął nad czymś, co najprawdopodobniej było kiedyś twarzą ofiary. Nie była to jego pierwsza sprawa. Pracował w wydziale zabójstw od dwudziestu lat. Londyn z pewnością nie był spokojnym i przyjaznym miejscem. Ale z takim bestialstwem spotkał się pierwszy raz. Nie mógł sobie nawet wyobrazić, jak fizycznie i logistycznie, ktoś mógłby w taki sposób przenicować swoją ofiarę. Podniósł się i rozejrzał po korytarzu hotelu. Większość ludzi pochowała się w pokojach. Tylko przy windzie stała kobieta z dzieckiem. Przyciągnęła jego wzrok. Nie tylko swoją urodą - choć zaparło mu dech w piersiach. Miała w sobie coś... innego. Jakby nie pochodziła z tej epoki. Nawet nie to. Wyglądała, jakby nie pochodziła znikąd. Jakby była bytem niezależnym od niczego. Jej staroświecka, długa czarna suknia jeszcze podkreślała to wrażenie.
Skierował się w jej stronę.
- Dzień dobry. Starszy inspektor Martin Connely - przedstawił się.
Kiwnęła lekko głową.
- Czy mógłbym pani zadać kilka pytań? Jest pani gościem tego hotelu?
Rozejrzała się dookoła. Jej wzrok wydawał się nieobecny, smutny.
- Proszę pani?
- Wszyscy powinni jak najszybciej stąd iść - powiedziała cicho.
- Słucham?
- Niech pan zabierze stąd wszystkich ludzi. Proszę. To dla ich dobra.
- Jeśli obawia się pani mordercy, to mogę panią zapewnić, że dookoła nas jest kilkunastu policjantów. Nic pani nie grozi.
Pokręciła głową.
- Nic pan nie rozumie.
Nagłe usłyszał przeciągły okrzyk, który przeszedł w jęk i ucichł. Dobiegał gdzieś z końca korytarza. Odwrócił się w tamtym kierunku.
- Niech pani tutaj zaczeka - powiedział do kobiety i wyciągnął broń.

* * *

Przez chwilę obserwowałam mężczyznę, który przedstawił się, jako Martin Connely. W tym stuleciu ludzie byli w jakiś sposób atrakcyjniejsi niż 300 lat temu. Bardziej inteligentni, mądrzejsi. I wyżsi. Szkoda, że tak się to dla nich kończy. On miał dla nich bardzo przykry plan. Czułam ogromny smutek. Ale wiedziałam, że to koniec. Jej towarzysz miał 300 lat, żeby przygotować swoją inwazję... I nikogo, kto próbowałby spowolnić jego pracę.
Drugi okrzyk dobiegł z pokoju obok. Po chwili następny. Mężczyźni w mundurach zdezorientowani wyciągnęli broń i z wahaniem szukali swoich spojrzeń. Wiedziałam, że nic ich już nie uratuje. Wcisnęłam guzik windy. Stary mechanizm zaczął skrzypieć, ciągnąć do góry skrzynię. W tym momencie dokładnie na przeciwko mnie otworzyły się drzwi. Czarny, niski stwór o dziesiątkach ostrych kończyn, zębów i macek rozrywał cichą, prawdopodobnie martwą ofiarę. Zobaczył mnie. Zostawił zwłoki i zaczął powoli pełznąć w moim kierunku. Za mną otworzyły się drzwi windy. Wepchnęłam do środka synka i nie spuszczając wzroku z potwora, tyłem weszłam za nim. Drzwi już się zamykały, kiedy potwór skoczył. Odbił się od drzwi, ale jedno z jego odnóży zdążyło mnie uderzyć. Ruszyliśmy w dół. Popatrzyłam na głęboką ranę i urwaną lewą pierś, wiszącą na kawałku skóry. Rana już zaczynała się zasklepiać. Popatrzyłam na synka. I znów połowa jego twarzy stała się miazgą. Biedny malec. Nachyliłam się i przesunęłam dłonią mięso, żeby choć z grubsza dopasować je do kształtu metalowej chłopięcej czaszki. Rozpoczął się proces regeneracji. Kiedy winda zatrzymała się na dole, wyglądał już jak zwykły, zdrowy chłopiec.

* * *

To była rzeź. Bardzo szybko porzucił myśl, żeby jakoś opanować sytuację. Teraz liczyło się tylko jedno - żeby wydostać się stamtąd żywym. Nie próbował nawet zrozumieć, co widzi. Czarne monstra siejące śmierć, poruszające się jak wielkie błyskawiczne pająki, których jedynym celem jest zniszczenie. Odwrócił się w stronę kobiety i jej synka, ale nikogo nie zobaczył. Miał nadzieję, że udało się jej wydostać. A może już nie żyła? Poczuł lekkie ukłucie żalu. Ale nie miał czasu, żeby zastanowić się nad tym uczuciem.
Zaczął biec. Strzelał na oślep, choć nie wydawało mu się, żeby kule raniły te koszmarne stwory. Na schodach potknął się i sturlał na sam dół. Chyba uratowało mu to życie. Turlając się podciął nogi jednemu z uciekających ludzi. Ten wywrócił się i potwór, który był tuż za nim, zajął się nieszczęśnikiem, którego potrącił. Zmartwiło go, że poczuł ulgę, że to tamtego dopadł. Nie spodziewał się tego po sobie.
Jakimś cudem znalazł się na ulicy. Spokojne zwykłe Soho. Ludzie przechadzali się jak zwykle. Czy to wszystko było tylko snem?


Wednesday, 25 March 2020

Na dobrowolnej kwarantannie






































No co, siedzę w domu, unikam interakcji. Widuję się tylko z rodziną, która mieszka obok. Maluję dosyć dużo. Ściany mojego mieszkania stały się kolorowe i magiczne. Patrzę sobie wieczorami i cieszę się, że odkryłem w sobie taką pasję.
A oprócz tego? Samotność. Brakuje mi bliskości, ciepła, dotyku, objęć, pocałunków, seksu, cichych rozmów przed snem. Tęsknię bardzo za M. Żałuję, że nie udało nam się zgrać. Wspomnienia dobrych chwil, a było ich sporo, sprawiają, że bardzo mi jej brakuje. Ale wtedy zmuszam się, żeby przypominać sobie ciągłe konflikty, kłótnie, szarpaniny i jakoś siłą rozsądku powstrzymuję się od nawiązania kontaktu. Smutno mi z tym bardzo. Wiem, że to fajna dziewczyna. Nasze problemy nie były spowodowane jakąś jej wadą, ale raczej dużym niedopasowaniem charakterów. Jest mi nas obojga szkoda. Wiem, że ona też bardzo cierpi.
Czytam sporo. "Europę" Davisa, a z lżejszych rzeczy skończyłem po raz kolejny "Ulicę Marzycieli" Wilsona, a dziś zacząłem "Jak zawsze" Zygmunta Miłoszewskiego. Bardzo fajnie się czyta. Nie jest to wielka literatura, ale pomysł ciekawy (rzeczywistość alternatywna, w której po wojnie Polska dostała się w strefę wpływów Francji, a nie Związku Radzieckiego). Oglądam też serial "The Good Doctor" o lekarzu z autyzmem.
Pracę wykonuję trochę z przymusu. W tej całej sytuacji z epidemią i w osobistych problemach, nie mam serca do pracy. Ale sumiennie się nią zajmuję, czekając, aż poczuję się lepiej. Na szczęście ciągle ją mam, choć moja pensja poszła trochę w dół.
I tyle.


























Ostatni obraz (miniaturka 6 centymetrów) to wspomnienie M. Nigdy nie spotkałem dziewczyny równie pięknej jak ona.

Tuesday, 17 March 2020

Ukośnicy - sen


























Akurat wczoraj wieczorem powiedziałem sobie, że chcę znowu pracować nad pamiętaniem snów. A tu taka niespodzianka. Obudziłem się około drugiej w nocy i nagrałem całość na dyktafon, żeby nic nie umknęło. Dla uściślenia - nie istnieją żadne Prawa Wilsona (a przynajmniej nic o tym nie wiem:) To samo odnosi się do Wymiarów Ukośnych.

Ukośnicy - sen

Idę leśną ścieżką. Jest środek lata. Ścieżka wznosi się powoli do góry. Znam te tereny. Trochę dalej jest przecież przysiółek, w którym się urodziłem. Nie czuję jednak spokoju. Czeka mnie spotkanie, które budzi we mnie niepokój.

Rano dostałem wiadomość. Krótki list, który ktoś wsunął pod drzwi.

„Idź na Kotrysią Polanę. Po drodze zobaczysz coś, co nie będzie pasowało do całości. Tam się spotkamy.”

Więc idę.
Wreszcie widzę skrzyżowanie ścieżek. Nie przypominam sobie, żeby było tutaj wcześniej. Jedna droga prowadzi w prawo, do miejsca, które dobrze znam. W końcu tam się urodziłem. A druga? Niepewnie wchodzę na zaniedbaną ścieżynkę. Po kilku minutach czuję zapach wody. Skąd? Odsuwam krzaki i moim oczom ukazuje się jezioro. To niemożliwe... Nad brzegiem jeziora stoją trzej mężczyźni. Nie znam ich, ale jednak budzą we mnie wrażenie znajomości. I lęku.

- Witaj, Marco – mówi jeden z nich. – Czekaliśmy na ciebie.
Nie odzywam się i obserwuję ich z bezpiecznej odległości. To jezioro nie daje mi spokoju. Przecież tutaj nigdy nie było żadnej wody, co najwyżej leśny strumyk.
- Mamy mało czasu, podejdź do nas – mówi ten sam mężczyzna.
Kręcę głową.
- Nie chcę...
Jeden z nich prycha ze zniecierpliwieniem i rusza w moją stronę. Cofam się.
- Marco, naprawdę nie mamy czasu...
Wyciągam z kieszeni pistolet i skierowuję go na zmierzającego w moją stronę mężczyznę. Zatrzymuje się w pół kroku. Odwraca się do swoich towarzyszy.
- I co teraz? – pyta. – Ten gamoń przyniósł broń.
Skupiając się na moim rozmówcy, nie zauważam czwartego mężczyzny, który zaszedł mnie od tyłu. Coś uderza mnie w rękę, pistolet spada na ziemię. Wszyscy czterej rzucają się na mnie i przyciskają mnie do ziemi. Czuję paniczny strach. Nie przed przemocą, ale przed czymś strasznym, niewyobrażalnym, czego nie chcę wiedzieć.
- Nie nazywam się Marco – udaje mi się wydusić.
- Nazywasz, nazywasz... Zaraz zobaczysz.
Czuję jak jeden z napastników wbija mocno palec w bardzo specyficzny punkt na moim karku. Skądś znam ten dotyk. Wydaje mi się bardzo znajomy. Szarpię się, jak zwierzę.
- Nie chcę! – wołam, ale jest za późno. Palec napastnika robi coś dziwnego. Moje ciało wykręca się w makabryczny sposób. Nie. Wykręca to złe słowo. Przenicowuje się. Wyrywa z tego wymiaru.

I nagle wszystko pamiętam. Przestaję się szarpać.
- Już? – pyta któryś z mężczyzn.
Chrząkam potakująco. Ciągle jestem w szoku po przejściu, mam trudności z mową.
- Jak masz na imię – pyta badawczo.
- Marco – udaje mi się wykrztusić. To prawda. Kiedy jestem tutaj, nazywam się właśnie Marco. Każdy z nas, kiedy wchodzi tutaj, nazywa się inaczej. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Nie pamiętamy nawet naszych prawdziwych imion.

Puszczają mnie.
Podnoszę się na nogi. Jezioro ciągle tam jest. Pokryte grubą warstwą lodu. Po letnim, pogodnym dniu nie został nawet ślad. Zmarznięty śnieg skrzypi pod nogami. Zimno. Dawno tu nie byłem.

- Przesadziłeś z tym pistoletem, Marco – mówi Kotryś.
- To wy przesadziliście z tym durnym listem. Co sobie wyobrażaliście?
Kotryś wzrusza ramionami.

Ciągle mam szum w głowie. Rozglądam się dookoła. Cały świat jest ukośny. Drzewa, krzaki, promienie słońca, nawet zapach śniegu. Wzdrygam się z obrzydzeniem i próbuję przechylić głowę, żeby naprostować rzeczywistość.
- To zaraz minie – ktoś mówi.
- Wszystko jest ukośne – mówię ze wstrętem.
- Wszystko jest proste. To ty jesteś ukośny – śmieje się Zamróz.

Brakująca wiedza wraca na miejsce.
Jestem Ukośnikiem. Cała nasza piątka jest Ukośnikami.

Co to Ukośnik? Istota, która potrafi poruszać się w wymiarze ukośnym do naszego. No właśnie. Jesteśmy naukowcami. Odkryliśmy sposób przechodzenia do innego wymiaru. Robiąc nasz eksperyment, oparliśmy się na badaniu słynnych Praw Wilsona – teoretyka kwantowego. Okazało się, że do przemieszczania się między wymiarami, niepotrzebny jest żaden sprzęt. Człowiek to istota kwantowa, urodzony podróżnik. Cała tajemnica polega na odblokowaniu wrodzonego talentu. Problem jest w  tym, że po powrocie do własnego wymiaru, wszystko się zapomina. Kilkakrotnie na nowo odkrywaliśmy, że jesteśmy Ukośnikami, aż w końcu doszliśmy do wniosku, że jeden z nas zawsze musi pozostawać w Ukośnym Wymiarze (Ukos Pierwszy), żeby w odpowiedniej chwili nas wezwać . Oszczędzało to dużo czasu i pozwalało na to, żebyśmy zmienili na warcie tego, któremu przypadła dana zmiana i wspólnie kontynuować badania.
- Czekajcie... – mówię. – To przecież nie jest czas na zmianę. Co ja tutaj robię? Co wy tu wszyscy robicie?
Moi przyjaciele patrzą na mnie niepewnie.
- Wiesz, co Wilson mówił o dodatkowych wymiarach ukośnych? – pyta Boguc.
- Oczywiście. Jest ich cztery... – zapiera mi oddech. – Odkryliście kolejny Ukos???
- Nie... Nie my. To znaczy... – zaczyna Kotryś.
- Odkryliśmy drugi Ukos, tak – przerwał mu zniecierpliwiony Boguc.
- To w końcu odkryliście, czy nie? – pytam. Ciągle męczy mnie Ukośność. Jak zwykle. Chyba będę rzygał.
- Tak. Okazało się, że Drugi Ukos różni się od Pierwszego.
- Jak? – pytam.
- Jest zamieszkały...
To szokująca informacja. Ukośny świat faluje i nieprzyjemnie buczy. Nigdy nie przyzwyczaiłem się do tego miejsca. Drugi Ukos ma swoich mieszkańców. Fuck.
- Wiecie coś więcej?
- Kotryś przypadkiem znalazł blokadę Drugiego Ukosu. Jest tutaj – Boguc zakreślił skomplikowaną linię ciągnącą się od obojczyka do lewego ucha.
- I co? – pytam.
Boguc jest wyraźnie przerażony. Reszta też.
- Oni tam są. Zawsze byli. Wyglądają trochę jak my. Ale są zupełnie inni. Mniejsi. Drugoukośni. Ale to nawet nie to. Oni są zupełnie nieludzcy. Jacyś źli... Puści. I oni zawsze nas widzą. Nauczyli się blokować cały Drugi Ukos przed Prostopadłami.
Prostopadły... Czyli my, ludzie. Nie wiem, kto wymyślił tę nazwę, ale się przyjęła.
- To jak ci się udało? – pytam Kotrysia. Ale kiedy to mówię, już wiem... Nie zablokowali Pierwszego Ukosu, ponieważ tutaj nikt nie mieszka. Nie spodziewali się, że ludzie znajdą ich drogą dookoła.
- I co teraz? - pytam.
- Musimy dostać się do Instytutu – mówi Boguc. – Drugoukośni są bardzo wkurwieni. Boimy się, czy nie stanie się coś złego. Wiesz... - urywa. – Ich jest chyba o wiele więcej niż ludzi.
Patrzę na niego.
- Ty też tam zajrzałeś? – pytam.
Krzywi się z niesmakiem i lękiem.
- Tak. Może na 30 sekund. Ale wystarczyło. Nigdy więcej nie chcę tam pójść.

Nie ma czasu do stracenia. Zakładamy na buty narty i szybko zjeżdżamy w dół. Po drodze mijamy ludzi, którzy nas nie dostrzegają. Nieprzyjemnie jest na nich patrzeć. Wydają się być dwuwymiarowi, nierzeczywiści, ukośni. Muszę sobie przypomnieć, że to nie oni, to ja. Oni są typowymi Prostopadłami. Tak samo jak ja i cała nasza paczka, kiedy nie badamy Pierwszego Ukosu.

Budzę się.

Friday, 13 March 2020

Twoje szepty...





















Choć nie trzeba już palić w kominku, bo temperatura do przetrwania, to nie potrafię zrezygnować z tego przyjemnego uczucia - patrzenia w ogień, trzasku płonących szczap, ciepła. Wreszcie piątek. Z powodu zarazy w tym tygodniu byłem w biurze tylko raz, a w przyszłym tygodniu wszyscy mają pracować z domu. To dobrze, bo we wtorek zostawiam samochód w warsztacie, więc nie miałbym jak dojechać. W trakcie przeglądu okazało się, że czekają mnie spore naprawy. Ale nie mam z tym problemu. Uwielbiam jeździć, więc dla mnie taka naprawa samochodu to w sumie radość. Dzięki temu wiem, że bez problemu sobie jeszcze pojeżdżę. A na wiosnę albo w lecie będę miał mój wehikuł gotowy na długą wyprawę.

Dostałem wczoraj pocztą pudło skrajek z brzozy. Zamówiłem na próbę, żeby zobaczyć, jak się będzie malować miniaturki. Dzisiejsza próba mnie zadowoliła. Namalowałem portrecik dziewczyny. Czy to ktoś, kogo znam? Nie. Poznawałem ją w trakcie malowania. Nie wiem, jak odczuwają to profesjonalni, zaawansowani artyści, ale dla mnie malowanie kogoś, równa się z odkrywaniem tej osoby. Jeśli oczy wyjdą za blisko, to będzie ktoś inny, jeśli pędzel lekko zejdzie pod podbródkiem, to ktoś będzie miał nadwagę, a jeśli brwi wyjdą grubsze, to... itd. Więc sam mam niespodziankę, kiedy kończę. Ale akurat ta dziewczyna bardzo mi się spodobała. Mam wrażenie, że skądś ją znam. Może z jakiegoś snu? Zamalowuję swoją samotność wyśnionymi postaciami.
Jak w piosence...

Wednesday, 11 March 2020

Innuici na Wybrzeżu Zapomnienia






































Dookoła szaleje zaraza (podobno). Trochę mi głupio, bo zamiast się stresować, to czuję podekscytowanie. Rozmawiałem przez telefon z siostrą. Ona ma tak samo. To pewnie lektura Stevena Kinga w dzieciństwie. Rozpadające się cywilizacje, grupa bohaterów idzie po zgliszczach świata i choć demony i diabły szaleją, a źli ludzie próbują nas zabić, to jednak świeży start inspiruje do życia. W sumie moje ulubione sny, to te z końcem świata. Ale nie takim zupełnym końcem (jak wojna atomowa, czy wybuch supernowej), ale końcem cywilizacji.
Szkoda, że to tylko sztucznie napędzana panika, która wkrótce się skończy;)
Kiedyś miałem inaczej. Kiedy jeszcze byłem z Tanią, bardzo martwiłem się stanem świata. Cierpiałem na lekką hipochondrię, stresowały mnie wiadomości, bałem się potencjalnej wojny. Kiedy nasze małżeństwo się rozpadło, przestałem się bać. Okazało się, że nie bałem się o siebie, tylko o nią.
Dziś kolejny ciężki dzień. Z wysiłkiem skupiłem się na pracy, choć z powodu zarazy jest jej o wiele mniej. Kiedy spełniłem obowiązki, to znów sypnął się nastrój. Jak co dzień, otworzyłem butelkę wina, włączyłem muzykę (dziś trance i progressive house) i zacząłem malować. Jestem teraz upaćkany farbami po łokcie, zmęczony, ale czuje ulgę. Zawsze po twórczych rzeczach czuję ulgę. Jak po sraniu (uuuu, mister zgryźliwy;).

Saturday, 7 March 2020

Ucieczka z Krainy Marionetek






































Free writing. Dawno tego nie robiłem. Spróbujemy? Dwa dni w Świecie Marionetek. Nigdy nie namalowałem tylu brzydali. A w śród nich gdzieś jakaś normalność, ucieczka z krzywego świata. Trochę się bałem, kiedy to malowałem, a trochę było mi dobrze. Dziwne połączenie uczuć. Ze Spotify leci Moddi, jego klimat mi dziś wspaniale pasuje. On też gdzieś krąży po świecie marionetek i szuka wyjścia. Skąd to napięcie, Marcelino? Dużo rzeczy się złożyło. M. jest gdzieś tam, zraniona, odrzucona, boję się wszystkich rezultatów tego, że postanowiłem to wszystko obciąć, skończyć, znaleźć swoją przestrzeń. Mam też napięcie, bo ciągle brakuje kasy, bo nie wiem, jak zarobię na wakacyjną podróż (a bez tych podróży nie wyobrażam sobie życia), bo palę i piję i nie wiem, czy to nie skróci mojego życia, bo tęsknię za bliskością i zrozumieniem. Sporo jest tych napięć, nie wymieniłem nawet wszystkich.
Miałem dzisiaj dużo snów. Pamiętam, że znowu próbowałem zapamiętać czyjś telefon. Co jakiś czas spotykam we śnie kogoś ciekawego. Wiem, że to sen, ale we śnie wiem, że ta osoba istnieje na jawie i próbuję zapamiętać jej numer, albo chociaż nazwisko. Czasami mi się udaje, ale nic z tego nie wynika. Kiedyś spotkałem dziewczynę z Afryki, byłą niesamowicie sympatyczna, mądra, artystyczna i niewinna. Nazywała się Nsavica Musica (zapamiętałem, siłą się wybudziłem i zapisałem). Ale nie znalazłem jej na Facebooku. Może nie ma internetu?
Myślałem nieraz o napisaniu książki. Jajo Najstarszych zaczęte kilka lat temu, ciągle czeka na swoje odżycie. Miała być też książka o podróżach. Ale ostatnio, kiedy grzebałem po starych wpisach, zdałem sobie sprawę, że książkę już mam. Garść Drobnych jest pełna gotowych tekstów. Tylko to ułożyć, zrobić poetycko-podróżniczą-paczworkową mieszankę i jest książka. Nawet z ilustracjami. Już zacząłem to zbierać do kupy. Ułożyć teraz jakoś artystycznie, doszlifować i coś może z tego być. A może to jest interesujące tylko dla mnie, bo to przeżyłem, a dla innych nuda?
Jeśli chodzi o depresję - sam nie wiem, czy mogę to tak nazwać. Tak, jest ogromny smutek, niedopasowanie, confusion, brak energii. Ale równocześnie jest też uczucie, że znajduję siebie, że nie zależy mi na zewnętrznym świecie. Dawno nie miałem tego uczucia. Lubię. Ciekaw jestem, co z tego wyniknie. Malowanie i muzyka bardzo mi pomagają.



Wednesday, 4 March 2020

Śmierć i odrodzenie

























Czytam stare wpisy na blogu. Nie planowałem robić sobie reminiscencji, przypadkowo tak wyszło, kiedy szukałem dla kolegi linka do "Egzystencjalnych aforyzmów" Kazimierza Dąbrowskiego, które dawno temu przetłumaczyłem z angielskiego. Trafiłem na okres duński, 2011/2012 rok, kiedy zmagałem się pierwszy raz z depresją. Zdziwiło mnie, że nawet w środku największej ciemności, potrafiłem znaleźć światło. A może tak to tylko wygląda z perspektywy czasu i kiedy za parę lat spojrzę na dzisiaj, to też będę myślał, że nie było tak źle? Aha, piszę o tym, bo zdaje się, mam coraz mocniejszą depresję. Próbowałem z tym walczyć, odsuwać, ale nie da się tak na siłę. No ale może to dobra sposobność, żeby właśnie poszukać tego światła, obudzić kreatywność, znaleźć wolność, poszukać siebie - swobody, naturalności, duchowości - wszystkich tych rzeczy, które ostatnio gdzieś zniknęły.

Grzebiąc w starych zapiskach, znalazłem sen...

Śmierć i odrodzenie
(sen ze stycznia 2012 roku)

Śniłem o śmierci i odrodzeniu. No więc najpierw wojna – każdy tłukł się z każdym, wszystkie kraje wystąpiły przeciwko sobie, bez ładu i składu, każde państwo ze swoją bronią, jakby wszystkim szajba odbiła, jak te małe zwierzątka, zapomniałem jak się nazywają, które nagle zaczynają biec ku morzu i toną tysiącami, jakby natura zmuszała ich do zachowania równowagi populacyjnej. No i tak było z ludźmi w moim śnie.
Cholernie nie chciałem umrzeć. Biegłem, chowałem się, uciekałem, kombinowałem, wiłem się jakbym mógł coś zmienić. Nagle złapał mnie olbrzym. Pół człowiek, pół robot, skonstruowany do walki. Chwycił mnie między dwa palce i podniósł do góry.
- Nie chcę umierać – zakwiliłem.
Olbrzym się zaśmiał.
- Możesz sobie nie chcieć. Każdy musi umrzeć.
- Połóż mnie na ziemi, proszę, daj mi jeszcze pożyć, choć chwilkę…
Olbrzym (przypominający pewnego kolegę, którego nie widziałem już od lat, z którym lubiliśmy się dosyć mocno), postawił mnie na ziemi i podał szklankę trucizny.
- To będzie mniej bolało, niż jakbym cię miał zadeptać.
- Ale… - jęknąłem, wyciągając jednak rękę. Olbrzym patrzył dobrotliwie, a dookoła nas wybuchały granaty, moździerze, spadały dzidy, strzały. No i co miałem zrobić? Wychyliłem szklankę i położyłem się w zabłoconej koleinie po czołgu. Chłód zaczął się w stopach. Lodowaty dotyk przesuwał się coraz wyżej, to było tak, jakby w wielkim budynku stopniowo gasły światła – od parteru, coraz wyżej. I tam gdzie już zgasły, znikał też budynek. Lodowatość rozprzestrzeniała się coraz bardziej, wiedziałem, że umieram, strasznie się bałem, chciałem to zatrzymać, wiedziałem, że teraz to już tylko pustka, czerń i ten bezosobowy lód na zawsze.
I umarłem.

Po drugiej stronie bramy z lodu i nicości było całkiem miło. Zielono, cicho, pachnąco. Czerwcowa jasna noc. I czekała tam na mnie dziewczyna. To była Ona, ale taka, jaka byłaby po przejściu na drugą stronę – bez strachu, bez granic, bez ego. Chwyciła mnie za rękę.
- Fajnie, że już jesteś – powiedziała.
- I co teraz? – zapytałem.
- Trzymaj mnie mocno. – Ścisnęła moją dłoń i wznieśliśmy się do góry. Najpierw powoli niezgrabnie, nie mogliśmy się nawet wzbić ponad korony drzew.
- Przestań kontrolować – powiedziała.

Zrozumiałem. Przestałem koncentrować się na fruwaniu, porzuciłem wiarę, że to ode mnie coś zależy. I dopiero wtedy poczułem prawdziwą wolność. Wystrzeliliśmy do góry jak rakiety, niczym nie skrępowani. Nad głową gwiazdy, pod stopami las, łąka, woda, jakieś domki z migoczącymi oknami, a pomiędzy tym my – zadziwieni, roześmiani, wolni i tak cholernie niematerialni, że aż rozkosz.

***

Taki to miałem sen w tamtym ciężkim okresie. Chciałbym, żeby znów mnie odwiedził Morfeusz i pozwolił dostrzec głębszy sens w tym wszystkim...


Saturday, 22 February 2020

Buñuel, kultura, głos, Bator Art Gallery

























Weekend pod znakiem relaksu i wewnętrznej przestrzeni. Wczoraj wieczorem wyłączyłem zmartwienia (choć niepokój nie puścił do końca) i czytałem "Europę" Normana Davies'a. Kiedy zrobiło się już dość późno, postanowiłem obejrzeć film. Nie miałem ochoty na nic współczesnego. Postanowiłem pogrzebać w klasyce. I przypomniałem sobie Buñuela, którego kilka filmów kiedyś obejrzałem. Postanowiłem wreszcie "zaliczyć" jego "Psa Andaluzyjskiego" z lat 30tych, przy którym pracował też Salvador Dali. Jest to zupełny "mindfuck":) Ale podobał mi się bardzo. Lubię tę odwagę, z jaką Bunuel przekracza granice - społeczne, moralne, granice normalnej rzeczywistości. Zresztą tamte czasy tak mi się kojarzą. Takie dziwne połączenie idealizmu z nihilizmem. Bardzo lubię ten klimat i nastrój, jaki we mnie budzi. Chyba dzisiaj znów coś puszczę Buñuela. Może "El ángel exterminador". Z chęcią sobie odświeżę. A może pójść krok dalej i spróbować Jodorowskiego? Kiedyś, dawno temu spróbowałem, ale przeraził mnie do szpiku kości. Nie byłem gotowy. Było to tak, jakbym dotknął bez żadnej izolacji kabla czyjegoś szaleństwa, świata, w którym nie obowiązują żadne zasady, nie ma nic świętego, nic transcendentalnego, tylko chaos. Jakby wszystko było tylko snem.

Ale to było dawno temu. Wydaje mi się, że mój świat był jeszcze bardzo uporządkowany, widziałem sprawy w idealistyczny sposób, miałem ciepłe schronienie (małżeństwo z Tatianą). Później rzeczywistość rozpadła się, pozostawiając mnie na długi czas w stanie gorączkowego poszukiwania czegoś, co poskleja świat na nowo. A teraz? Sam nie wiem. Świat nie posklejał się w taki sposób, jak chciałem. Ale to nie znaczy, że jest źle. Jest inaczej. Stałem się bardziej dorosły. Czasami mam takie chwile, że chciałbym, żeby ten czysty idealizm i ciepłość schronienia wróciły. Nie chodzi o to, że stałem się cynikiem, jestem od tego bardzo daleki. Bardziej... jakby pojawił się pewien relatywizm, odwaga, trochę rezygnacji, poczucie tymczasowości tego życia, dystans do rzeczywistości... Ciężko to wyjaśnić w kilku słowach. To zestaw raczej skomplikowanych uczuć i przemyśleń. Zresztą sam nie jestem ich wszystkich pewien. 

Dziś też trochę poczytałem "Europę". Podoba mi się podejście Daviesa do historii, jest w nim coś uniwersalnego, niesekciarskiego. Później pojechałem na zakupy. Tylko kilka drobnych rzeczy, bo w portfelu pustawo. Ale skusiłem się na butelczynkę Tokaju Aszu. Droga i malutka, ale to oficjalnie najlepsze wino na świecie (dla mnie:). Po powrocie do domu znów lektura, ale stwierdziłem, że jest za wcześnie na leniuchowanie. Postanowiłem zrobić coś "kulturalnego". Pojechałem do Szczyrku do Bator Art Gallery. W samochodzie puściłem Bossa Novę (która dzisiaj nie chodzi z głośników - lekkość i ciepło) i powoli jechałem wśród gór. Bez pośpiechu, bez zbyt wielu myśli. Galeryjka była przytulna, niewielka, jasna i pełna kolorów. Za 4 złote zrobiłem sobie półgodzinny spacer wśród umysłów. Był tam tłuściutki pies pani, która obsługiwała. Groźnie na mnie warczał, ale okazało się, że w ten sposób żebrał o trochę czułości. Podrapałem go po nabitym, tłustym grzbiecie i przestał być natrętny.

A powyżej i poniżej moja własna galeria:) Czuję, że po kilku miesiącach prób i szukania, zacząłem odkrywać swój głos w malowaniu. 



Thursday, 13 February 2020

Różne rodzaje spokoju

























Dobry wieczór Pani Aniu
Dziękuję za życzenia urodzinowe. To jeszcze kilka dni, dopiero w niedzielę. Bardzo się cieszę. Rękawiczki są przepiękne. Za każdym razem, kiedy będę je zakładał, pomyślę o Pani.
Pyta Pani, czy planuję jakąś wielką celebrację. Tak i nie. Usiądę sam przy kominku, napiję się wina i będę słuchał spokojnej muzyki. Nie będę się niczym martwił, nie będę myślał o problemach, wchodził w regiony egzystencjalnych wątpliwości. Jeśli powstrzymam się przed wypiciem całej butelki, to może poczytam książkę.
Dziś byłem na przejażdżce w pobliskim miasteczku. Odwiedziłem niewielką księgarenkę w przytulnym zaułku. Kupuję tam książki praktycznie od dzieciństwa. Starszą panią, która sprzedała mi dawno temu Władcę Pierścieni, zastąpiły jej córki, ale nastrój pozostał. Nie planowałem wydatków książkowych w tym miesiącu, ponieważ budżet jest napięty, a i pensyjka redaktora nie pozwala na takie luksusy. Ale powiedziałem sobie, że nie da się tak żyć, zamartwiając się tymi przeklętymi pieniędzmi i wydałem ponad 200 złotych. Jedna książka, potężna, 1400 stronicowa cegła opowiada o historii Europy. W drugiej sympatyczni astrofizycy wyjaśniają Wszechświat. A w trzeciej stary dobry King przedstawia wybór opowiastek grozy, z których każda dzieje się w przestworzach. Leżą teraz na taborecie obok łóżka i cieszą oko. Nie mogę się zdecydować, którą zacząć. Każda wprowadzi mnie przecież w zupełnie inny nastrój.
A Pani coś teraz czyta? Głupie pytanie. Wiem, że tak. Tylko ciekaw jestem, co. Czy opowieści, czy fakty, czy coś wesołego, czy smutnego, czy to stara książka, do której Pani powróciła po raz setny, czy jakiś nowy Murakami albo inna Tokarczuk. Proszę, niech Pani opowie.
Dziś, kiedy jechałem samochodem, miałem poczucie końca mojej historii. Wiem - to zima, brak słońca, wrodzona melancholia. Ale nie przeszkadzało mi to uczucie. Lęk był dopiero na ostatnim miejscu. Słuchałem lirycznego jazzu, patrzyłem na wzgórza obsypane śniegiem, szarą trawę, zdezelowane samochody, odrapany tynk na wiejskich chatkach i czułem pewien rodzaj spokoju. No bo są różne rodzaje spokoju. Np. jest spokój po wypełnieniu trudnego obowiązku. Albo spokój po uprawianiu miłości i leżeniu wtulonym w partnerkę. Jest spokój po usłyszeniu od lekarza, że to tylko zwykły ból gardła, a nie "tamto". Albo spokój przy czytaniu Cyberiady Lema. Mój spokój w poczuciu końca mojej opowieści był lekko smutny, nostalgiczny, pełen wspomnień i wewnętrznych pożegnań. Jak w tej piosence Bogusława Lindy ("Już nigdy nie będzie takiej wódeczki", czy jakoś tak to szło).
Żałuję, że nie poznałem Pani wcześniej.

Z wyrazami nie tylko szacunku
ale i ogromnej sympatii, przyjaźni i czułości
Pani przyjaciel na zawsze
Marcepalino de Księżycino

Wednesday, 12 February 2020

Namalowane wąsy

























Dni upływają pomiędzy pracą a malowaniem. Praca trochę mnie ostatnio zmęczyła. Dostałem nowe obowiązki, niezwiązane z dotychczasowymi - obsługuję zewnętrznego klienta, dużą firmę związaną z finansami. Zupełnie nie mój klimat i robię to z wielkim oporem wewnętrznym. Ale robię. Moją odskocznią jest wieczorne zanurzenie się w świecie barw i fantazji. Siedzę umazany farbami po uszy, słucham muzyki (dziś Deep House), piję jakieś wino i wyłączam się ze świata obowiązków, zmartwień, problemów, pieniędzy (czy raczej ich chronicznego braku), samotności.
W niedzielę mam urodziny. Już grubo po czterdziestce. Dziwnie się z tym czuję. Jakbym miał za duże ubranie. Albo jakbym był dzieckiem, które namalowało sobie wąsy. Nic nie planuję. Myślę, że posiedzę sobie samemu, obejrzę jakiś film, może wreszcie zmobilizuję się do jakiejś książki, posprzątam.
Mam ostatnio lekkie wycofanie.



Thursday, 30 January 2020

Strzyga, Mateuszek and freedom

























Lubię takie wieczory, jak dziś. Z głośników leci bałkańska muzyka ze współczesnym dotykiem (Olaf Hund). Malowałem cały wieczór. Ze "Strzygi" jestem bardzo zadowolony, ale długo się nie pocieszyłem obrazem na ścianie, bo koleżance bardzo się spodobał na fanpagu, więc wysyłam jej w prezencie. Nie umiem się przełamać, żeby brać pieniądze od przyjaciół. Ale chyba to dobrze. Wczorajszy obraz też już spakowany. Namalowałem go dla Mateusza na urodziny. Wyszedł na nim, jak mały dzieciaczek. Ale Mati trochę taki jest:) W pozytywnym znaczeniu. Dobry, niewinny chłopak.
Co jeszcze? W pracy zdobyłem duże zlecenie, największe, jak do tej pory. 2880 złotych, z czego mam fajną prowizję. Oprócz kasy, to portal fajnie się rozwija, jestem dumny z jego rozkręcenia. Dziś zrobiłem wywiad z Pablopavo na temat jego nowej płyty. Fajny gostek. Kroją się też ciekawe plany z serią festiwali jazzowych, mam nadzieję, że się to rozkręci, chciałbym wyrwać się zza biurka i podziałać w terenie.
Co ze związkami? W końcu to leitmotif mojego życia:) Nic. Cieszę się wolnością, przestrzenią i spokojem. Nie szukam, ani, szczerze mówiąc nie chcę nowej relacji. Tym razem zostawię to swojemu torowi. Bo kiedy się szuka na siłę, to mogą wyniknąć z tego problemy. Ten czas poświęcam sobie: swoim pasjom, przemyśleniom, swobodnemu przepływowi energii.
To tyle. Poniżej Mateuszkowy prezent, a powyżej "Strzyga". Dobrej nocy.





Wednesday, 22 January 2020

Taniec
























Dzień Dziadka































Dziś Dzień Dziadka. Miałem szczęście poznać obydwu. Na dwóch pierwszych zdjęciach jest dziadek Józek (od strony taty). Mieszkał w Baranowiczach na terenie dzisiejszej Białorusi. Kiedy miał 17 lat, zmobilizowano go do Armii Ludowej. Doszedł do Berlina, a kiedy wracał, poznał moją babcię i został u nas w Beskidach. Ciężko było go namówić na opowieści o wojnie. Tylko raz mi się udało. Któregoś dnia został wyznaczony na dowódcę małego oddziału zwiadowczego. Jego oddział zabłądził i w końcu natknął się na swoją jednostkę. Tyle tylko, że myślał, że to Niemcy. Wywiązała się mała strzelanina. Doraźny sąd wojskowy skazał go na rozstrzelanie (a może tylko oficer chciał go postraszyć:). Kiedy stał już przed plutonem egzekucyjnym, odwołano rozkaz i dostał jakąś inną karę. Na pierwszym zdjęciu są cztery pokolenia. Od prawej: pradziadek, dziadek, tata i to małe to ja:) Dziadek Józek był surowy, ale miał dobre poczucie humoru i bardzo go lubiłem.

Na kolejnych dwóch zdjęciach jest dziadek Tomek od strony mamy. Kiedy zaczęła się wojna, z łapanki trafił do obozu pracy koło Brzeszcz. Przesiedział tam ponad rok. Pracował przy koniach. Któregoś dnia zakopał się w końskim nawozie, który miał być wywieziony. Zostawił sobie tylko mały otwór do oddychania. Niemcy wbijali bagnet w stos gnoju, ale nie trafili na niego. Udało się mu uciec, a później kilka lat babcia musiała go ukrywać. Dziadek Tomek był najspokojniejszym i najsłodszym człowiekiem na świecie:)

Takie mieli historie ci dziadkowie. Szacun.