Showing posts with label W poszukiwaniu skrawków duszy. Show all posts
Showing posts with label W poszukiwaniu skrawków duszy. Show all posts

Wednesday, 3 June 2009

Pamiętasz Paryż?



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.6

- Pamiętasz Paryż? – spytała ze smutkiem Tania, przytulając się do mojego ramienia. Jasne, że pamiętałem. Wylądowaliśmy tam początkiem grudnia, zeszłego roku. Planowaliśmy zamieszkać przez kilka tygodni u ludzi z Hospitality Club, a później, jeśli nie wydarzyłoby się nic, co zatrzymałoby nas na dłużej, chcieliśmy pojechać do Hiszpanii.

Paryż okazał się całkowitą katastrofą. Nie mogliśmy znaleźć miejsca, gdzie moglibyśmy się zatrzymać, zrobiło się bardzo zimno, nie mieliśmy ciepłych ubrań, granie na akordeonie szło mi jak krew z nosa i z trudnością zarabiałem na odrobinę jedzenia. Zaczęliśmy się łamać.

Jakby nie było nam wystarczająco trudno, pewnego dnia Tani wysiadły plecy. Chodziła z wielką trudnością i każdy krok sprawiał jej ból. Cały plan, z podróżowaniem, Hiszpanią, szukaniem przyjaciół i mistyki, stanął pod znakiem zapytania. Choć nie czuliśmy się jak turyści, to ostatniego, wspólnie spędzonego dnia, poszliśmy pospacerować nad Sekwaną. Było wietrznie, mokro i prószył śnieg. Szliśmy powoli, ciasno przytuleni, próbując się jakoś ogrzać i nie urazić jej kręgosłupa.

Pamiętam Wieżę Eiffla, szarą wodę wzburzonej Sekwany, oraz stalowe niebo, ledwo widoczne spoza mokrej i gęstej ściany śniegu. W końcu, kiedy przestało na chwile sypać, usiedliśmy na ławce, nad sama rzeką. Tania rozpoznała miejsce, w którym Polański nakręcił jedną ze scen „Dziewiątych wrót” i odkrycie to ożywiło nas na chwilę. Tam zdecydowaliśmy, że wracamy do Polski zebrać siły i zastanowić się, co dalej. Wyciągnęliśmy z kieszeni wszystkie pieniądze, jakie mieliśmy – niedużo; zaledwie kilka banknotów i monet. Okazało się, że nie wystarczy na powrót nas dwojga.

- Pamiętam – odpowiedziałem, przyciągając ją bliżej do siebie i zanurzając twarz w jej włosach. – Jak mógłbym zapomnieć? Minęły dopiero trzy miesiące.
- Pamiętasz jak odprowadziłeś mnie na autobus do Polski i powiedziałeś, że to ostatni raz, kiedy rozstajemy się w ten sposób?
Nie wiedziałem co powiedzieć. Tania sięgnęła stopą do stojącego obok łóżka plecaka i kopnęła go mocno. Plecak przewrócił się bezgłośnie.
- Nie możemy być normalni? Musisz być taki szczególny? – powiedziała z wyrzutem, ale bez złości.
Przytuliłem ją jeszcze mocniej.
- Przestań… - Odepchnęła mnie, wstała z łóżka i stanęła przede mną, nerwowo mnąc w palcach brzegi spódnicy. Widziałem, że próbuje powstrzymać łzy. Przez chwilę zastanawiała się nad czymś, wyglądała jakby chciała mi coś powiedzieć, ale widać zmieniła zdanie. Wzięła głęboki oddech, przełknęła łzy, wyprostowała na sobie koszulkę i spróbowała się uśmiechnąć.
- Chcesz, żebym dla ciebie zatańczyła?
Nie czekając na odpowiedź, podbiegła do półki z kasetami i po chwili nerwowego, głośnego przerzucania plastykowych pudełek, znalazła muzykę, której szukała. Rzuciła mi kasetę.
- Załączysz? - Po czym podeszła do okna, żeby odgrodzić nas zasłonami od ciemności i (mało prawdopodobnych) gapiów.

Przy pierwszych nutach, weszła na środek pokoju i zamknęła oczy, biorąc głęboki oddech, ale nagle wpadła na nowy pomysł. Podeszła do swojej szafy z ubraniami, wyciągnęła z niej kolorową chustę i zawiązała ją sobie na biodrach. Wykorzystałem chwilę zwłoki, żeby przyciemnić trochę światła i odsunąć na bok plecak i akordeon, przygotowane już na jutrzejszą podróż. Bez górnego światła, płomienie grające w kominku, odbijały się na ścianach i twarzy Tani. Dopiero teraz zauważyłem, że jednak nie udało się jej powstrzymać wszystkich łez, których mokry ślad na policzkach, odbijał blask ognia.

Piosenka zaczynała się od dźwięku cymbałów, do której po chwili dołączył akordeon, darbuka, aż wreszcie ochrypłe, smutne słowa starej, irańskiej pieśni.
Ten taniec był najpiękniejszym pożegnaniem, jakiego kiedykolwiek doznałem. Pierwszy raz widziałem Tanię pogrążoną w czymś tak głęboko.
Patrząc na jej wirującą po pokoju postać, kołyszące się biodra i skupioną twarz, na roztańczone po ścianach cienie, ogień, który uciekł z kominka i wydawał się tańczyć razem z nią, wiedziałem, że jest to doskonały początek podróży. Było mi jej szkoda, wolałbym widzieć jej radość, niż smutek, ale w tamtym momencie zrozumiałem jak ważnym i pięknym elementem życia jest rozstanie.

Nie wiedziałem, czy była to muzyka pachnąca pustynią, ogień, czy też ciemne, błyszczące oczy mojej ukochanej, ale wydawało mi się, że nie jestem już w swoim przytulnym pokoju. Przeniosłem się gdzieś daleko, do krainy archetypów, gdzie pozwolono mi dotknąć oryginalnych uczuć, które niczym klejnoty lśnią w galeriach starożytnych bogów i to z nich właśnie bierze się miarę na naszą ziemska miłość, nienawiść, tęsknotę, czy przyjaźń.

Do oczu napłynęły mi łzy. Nagle zrozumiałem, że od jutra będę już całkiem sam.



c.d.n.

Monday, 1 June 2009

Bakcyl



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.5

Od samego początku mieliśmy głowy w chmurach i na tą część naszego życia nie mogliśmy narzekać. Wspólnie wyobrażaliśmy sobie niemożliwe zbiegi okoliczności, które miały nam zapewnić wygraną na loterii, sławę osiągniętą dzięki jakimś nadzwyczajnym, odkrytym nagle i niespodziewanie talentom, przyjaciół na śmierć i życie, którzy zjawiali się nieoczekiwanie w najbardziej nieprawdopodobnych sytuacjach, żeby uratować nas przed kabałą, w którą akurat się wpakowaliśmy, albo po prostu, żeby być z nami w trudnych chwilach…

Marzeń nam nie brakowało. Gorzej było z praktycznym radzeniem sobie w otoczeniu, które ciężko było nazwać „user friendly”. Zaraz na samym początku wpadliśmy po uszy w długi (po tej stronie spektrum przeznaczenia, los miał dla nas całkiem spory wachlarz niefortunnych i nieprawdopodobnych sytuacji), a każda kolejna robota, której się podejmowaliśmy, okazywała się kompletnym niewypałem, rojącym się od wrednych szefów, kiepskich zarobków i długich oraz nieprzyjemnych godzin pracy. Zwykle nie byliśmy w stanie wysiedzieć w jednym miejscu dłużej, niż kilka miesięcy i kiedy tylko mieliśmy już dosyć, znajdywaliśmy jakiś niemożliwy do odparcia powód, który usprawiedliwiał naszą ucieczkę.

Lubiłem rzucać pracę na wiosnę. Skoro cały świat zrzucał z siebie brudne okrycie zimy i zaczynał od nowa, dlaczego nie mogłem i ja? Nie ma nic przyjemniejszego, niż po kilku miesiącach codziennej, szarej tyrki, powiedzieć szefowi, że się odchodzi i gwiżdżąc, wyjść na majową, albo czerwcową ulicę, będąc pewnym, że Wszechświat ma już w zanadrzu coś szczególnego, przygotowanego specjalnie dla ciebie. Brzmi naiwnie? Może i tak, ale dla mnie osobiście, najważniejszy był akt podjęcia decyzji o swoim życiu. Ta decyzja nie zawsze była odpowiedzialna, ale myślę, że ważniejsze niż rozsądek było poczucie pełnej wolności i to właśnie poczucie budziło głód jeszcze większej wolności, i w ten sposób, niczym śnieżna kula, rosło we mnie przekonanie, że tylko ode mnie zależy, jakie będzie moje życie. Dzięki sile tego przekonania byłem później w stanie z uśmiechem na twarzy stawić czoła bardzo trudnym sytuacjom.

Zima nie chciała się więc skończyć, ale coś we mnie, rozochocone po zeszłorocznej wędrówce, którą rzuciliśmy wyzwanie gwiazdom, ciągle nie czuło pełnej satysfakcji. Choć w listopadzie, pod koniec włóczęgi, dostaliśmy trochę w kość, to po kilku miesiącach odpoczynku wiedziałem, że tamta podróż była tylko rozgrzewką. Na początku marca zacząłem szperać po internecie, wczytując się we wszelkiego rodzaju podróżnicze dzienniki, autostopowe szaleństwa i powoli nowa podróż stała się moją obsesją. Marzyły mi się przebudzenia w nieznanych miejscach, historie ludzi, z którymi mogłem skrzyżować swoje ścieżki, jeśli tylko zebrałbym się na odwagę, nieobliczalność każdego dnia. Zazdrościłem Kindze i Szopenowi, którzy od kilku lat przemierzali świat, dzieląc się swoimi doświadczeniami w sieci. Pewnego dnia wpadła mi w ręce książka Edi Pyrka „Celem jest Orient”. Z tym gościem wsiąkłem już na całego, czytając z wypiekami na twarzy, jak ze stoickim spokojem i otwartym umysłem prawdziwego humanisty opisuje on świat.

Tania nie podzielała mojego entuzjazmu, ale rozumiała co się we mnie dzieje i kiedy pewnego dnia powiedziałem jej, że muszę wyjechać na jakiś czas, przyjęła to dosyć dobrze. Choć widziałem, że czuje smutek i niepokoi się o mnie, to jednak była w stanie dać mi zielone światło. W połowie marca zadecydowałem więc; kiedy tylko zrobi się trochę cieplej, spakuję swój kieszonkowy namiot, nieduży, stary akordeon, który sprawdził się zeszłej jesieni w Holandii i Francji, czysty notatnik na zapiski z drogi, oraz szeroko otwarte oczy dziecka i serce poszukiwacza skarbów. Czekałem już tylko na odrobinę słońca.

c.d.n.


Saturday, 30 May 2009

Rodzina




W poszukiwaniu skrawków duszy cz.4

Czasami przychodziła do nas Ania, moja mała siostra, nastoletnia intelektualistka, która dodawała nam otuchy swoim bezkrytycznym uwielbieniem naszych osób i dla której w zupełności wystarczyło, że mogła posiedzieć z nami w ciszy, wyczuwając atmosferę azylu, jaką tam sobie stworzyliśmy i słuchając naszych opowieści o egzotycznych miejscach, jak Madryt, Paryż albo Warszawa.

Od czasu do czasu zachodziła też poskarżyć się na życie, albo pijaństwo ojca mama i czasami milkła przyglądając nam się z troską, nie rozumiejąc naszych ścieżek, które ani trochę nie pasowały do obrazu tego, jak według niej powinno wyglądać życie młodego małżeństwa. Z reguły nic na ten temat jednak nie mówiła, wiedząc, że nie posiada niczego, co mogłaby nam zaoferować; jej ciepły i bezpieczny świat komunizmu odszedł w przeszłość i nie miała pojęcia jakie wybory były właściwe teraz. Nie mogła tylko odżałować, że rzuciłem studia i zrezygnowałem tym samym ze spokojnej pracy wiejskiego nauczyciela, którym pewnie mógłbym zostać i przynajmniej raz dziennie nie omieszkała mi tego przypomnieć.

Ojciec raczej nie odwiedzał nas w naszym pokoju, chyba że potrzebował czegoś ze swojej szafki na dokumenty. Myślę, że nie chciał zakłócać nam prywatności, a czasami po ostrym piciu po prostu się nas wstydził. To raczej ja co jakiś czas wynurzałem się z naszego przytulnego gniazda, szedłem do kuchni, siadałem na ławce, obok jego łóżka i wspólnie oglądaliśmy stare westerny z Johnem Waynem i Clintem Eastwoodem. To były momenty, w których byliśmy sobie najbliżsi.




Oprócz rodziców i Ani mieszkał z nami jeszcze Łukasz, mój najmłodszy brat, który kiedyś większość czasu spędzał poza domem, surfując po falach młodzieńczych i butnych przygód, pełnych piersiastych dziewczyn, międzywioskowych wojen i honorowych pojedynków, zbyt zajęty pociąganiem z butelki młodości, żeby tracić czas na cztery, nudne ściany i nas, ale teraz wreszcie osiadł na miejscu z Moniką, dziewczyną, którą porwał z domu dziecka. W zamian zdążyła już dać mu małego chłopca.

Szymon, samotnik, urażone, środkowe dziecko wyprowadził się kilka lat wcześniej; włożywszy na siebie białą koszulę, kierpce i góralski kapelusz, zamieszkał w górach, rozdając jedzenie i ludowe nuty. Na kilka lat znalazł swoje schronienie w górskim schronisku, gdzie chciwy pochwał i przyjaźni zbudował sobie swoje własne, kruche jak się później okazało, królestwo.

No i byliśmy też my; cygańska, zdezorientowana para. Tanię złowiłem (a może ona mnie?) pięć lat wcześniej w Krakowie, w hinduskim aśramie, kiedy jej brązowe, śmiejące się oczy i twarz dziecka wyrwały mnie z abstrakcyjnych myśli o Absolucie i sprowadziły z powrotem na ziemię. To przez nią zamieniłem szafranowe szaty i ogoloną głowę, na sztruksy i brodę, ale wcale nie żałowałem. Choć trochę tęskniłem za mantrami o świcie i rozmowami ze starymi mnichami, którzy widzieli rzeczy, o których ja tylko mogłem śnić, to jednak nie zamieniłbym na nic naszych długich spacerów po uliczkach obcych miast, gdzie mieliśmy tylko siebie.

Lubiłem porównywać się do narratora z „Greka Zorby”, greckiego intelektualisty, który zafascynowany Buddą i jego naukami, poznaje Alexa Zorbę i pod wpływem jego zwierzęcej prawie miłości do życia, wybiera doświadczenie zamiast kontemplacji. W końcu to było tym, co desperacko próbowałem w sobie znaleźć; miłość do świata i ludzi, doświadczenie jedności i zrozumienie co naprawdę oznacza ta afirmacja życia, o której mówi tylu pisarzy. Tania nie była Grekiem Zorbą, ale z pewnością go we mnie obudziła.


c.d.n.

Friday, 29 May 2009

Koniec zimy



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.3

Zima dłużyła mi się tego roku nieziemsko. Śnieg zaczął topnieć już w styczniu, ale szaro-białawe brudne placki nie chciały zniknąć, choć był to już koniec marca. Nagie gałęzie drzew układały się w sieci żył na sinym niebie, a spoglądając przez okno, miałem wrażenie, że mogłem prawie dotknąć zabłoconych melancholią wzgórz, ochlapanych płachtami brudnego śniegu. Niechlujnie rozrzucone traktory szpeciły i tak szpetne wilgotne podwórka, pilnowane przez postrzępione, obojętne kundle. Czułem się tak, jak kiedyś, kiedy nie byłem tutaj tylko gościem, ale kudłatym nastolatkiem, uwięzionym w zapomnianej przez Boga górskiej wiosce, który nie licząc na ratunek, zamknął się w czterech ścianach swoich młodzieńczych, eskapistycznych fantazji, taniego wina i (o zgrozo) okazyjnego woreczka z klejem, dopóki odważne, nieprzemyślane i lekkomyślne decyzje nie rzuciły go poza granice znanego mu świata.

Tak wyglądało to kilkanaście lat wcześniej. Tym razem ta mała wioska i stary, pohabsburski dom stały się zimowym schronieniem dla mnie i mojej małżonki, gdy zawinęliśmy tam po kilkumiesięcznej włóczędze po Europie. Zjawiliśmy się bez pieniędzy i bez pomysłów na przyszłość, skuliliśmy się przy złocistym kominku i zawinąwszy się w grube koce, patrzeliśmy w pląsające płomienie, zabijając czas lekkimi rozmowami z bliskimi i czytaniem starych książek, którymi mój ojciec i w sumie przez kilka lat również ja, zapchaliśmy każdy wolny kąt. Tania zaczytywała się opowieściami o rzymskich cesarzach, z książek Krawczuka i Roberta Gravesa, ja natomiast zakopałem się w stosach pożółkłych numerów Fantastyki i w książkach Bradburego, Strugackich i Bułyczowa, które znałem tak dobrze, że najprawdopodobniej mógłbym sam napisać je od nowa.

c.d.n.

Thursday, 28 May 2009

Noc w namiocie



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.2

Wiatr nie przestawał wyć ani na chwilę i miałem wrażenie, że to jakiś olbrzym śmieje się ze mnie, spoglądając z góry na mój mały, potargany śnieżną wichurą namiot. Oczywiście to było głupie; przecież nikt nie byłby w stanie zobaczyć niczego w środku tej ciemnej, chłostanej deszczem i śniegiem nocy.

Lodowaty i mokry całun namiotu, pod ciężarem śniegu opadł w końcu na moje policzki i zanurzony w mokrych zwojach śpiwora, który zamiast grzać, wysysał ze mnie resztki ciepła, powoli zaczynałem panikować. Nieraz czytałem o podróżnikach, którzy spotkali swój koniec gdzieś daleko, na lodowych pustkowiach Arktyki, albo ośnieżonych szczytach Himalajów, ale przecież to był już koniec marca, na łące pod Gorzowem Wielkopolskim, a nie środek podbiegunowej zimy. Mimo to zaczynałem się trochę bać. Po raz kolejny sięgnąłem po małą latarkę, ukrytą pod zwiniętym swetrem, który służył mi za poduszkę (również przesiąknięty już wodą) i zerknąłem na zegarek. 2:45. Naprawdę minęło tylko pięć minut?!

Zgasiłem latarkę i bez nadziei na sen, podciągnąłem kolana pod brodę, próbując choć trochę się ogrzać. Chciało mi się płakać i miałem za złe temu komuś, kto co i rusz wymierzał mi policzek mokrym, targanym podmuchami wiatru brezentem namiotu. Choć zdawałem sobie sprawę, że nie ma tam na zewnątrz nikogo – jedynie parę drzew, niezbyt odległa szosa i cholerna, niespodziewana ulewo-śnieżyca, to jednak jakaś atawistyczna, pierwotna cząstka mojej świadomości, której istnienia do tej pory nawet nie podejrzewałem, wyobrażała sobie, stojącą za tym wszystkim, potężną istotę, która cieszyła się, że jakiś osioł postanowił porzucić przytulne objęcia cywilizacji i z beztroską tarotowego Głupca, oddał się w ofierze złośliwym bóstwom lasu.

Zmęczony zimnem, strachem i samotnością stałem się przesądnym neandertalczykiem, outsiderem, który szukając chwały i wolności, porzucił swoje plemię, ale którego odwaga stopniała w zetknięciu z bogami natury; okrutną Panią Śniegu, szalonym Markizem Deszczem i nieobliczalnym Baronem Wyjącym Wiatrem i teraz kulił się on w płytkiej jamie, niczym głupi, wystraszony zając.

Tamtej nocy, zostałem obdarty z romantyzmu, arogancji, nonszalancji oraz zadufania i stałem się nagim, płaczącym dzieckiem natury, przerażonym zbyt bliską obecnością swojej matki. To nie było miłe doświadczenie, ale z całą pewnością każda minuta spędzona wtedy w moim nadtopionym, miniaturowym, klaustrofobicznym namiociku była warta więcej niż rok na niejednym uniwersytecie. A przecież był to dopiero początek atrakcji, które miały mnie spotkać w czasie tej podróży.

c.d.n.

Saturday, 4 April 2009

Początek pracy nad "Wyprawą".

Wczoraj wreszcie wziąłem się za pracę nad "Wyprawą". Jak na razie używam tytułu roboczego, czekając aż zjawi się coś szczególnego, o czym będę na pewno wiedział, że to jest to. Tak było z tytułem "Byli też ciemnoocy o ochrypłych głosach". Po prostu nagle coś kliknęło i wiedziałem, że znalazłem tytuł jaki chciałem.

Traktuję ten tekst ("Wyprawę") jako próbę przed poważniejszym projektem, czyli "Klubem Niedołęgów"; książce o Camino de Santiago, tyle tylko, że temat wciągnął mnie już tak bardzo, że czuję, że chcę włożyć w to więcej energii i czasu niż planowałem.

"Wyprawa" będzie próbą literackiego przelania na papier mojej podróży stopem z 2004, kiedy ze stówą w kieszeni i moim małym akordeonem ruszyłem na (jak to wtedy określiłem) "poszukiwanie ludzi dobrej woli". Droga zajęła mi prawie dwa miesiące i myślę, że naprawdę warto zrobić z tego coś, co nadawałoby się do czytania. To był bogaty i mistyczny czas, pełen lekcji, przygód, ludzi i z pewnością twardych kopów w zadek. Ludzie lubią czytać o takich rzeczach. Nie?

Wczoraj wpadło mi do głowy zdanie, które postanowiłem użyć jako początek książki. Szybko rzuciłem się do klawiszy, żeby nie pluć sobie później w brodę, że zapomniałem i ani się obejrzałem, kiedy z jednego zdanie zrobił się nieduży wstępik.

Wrzucam go tutaj, ale na tym się kończy zaglądanie przez ramię. Reszta dopiero kiedy wklikam do tekstu słowo "Koniec":).

Wstęp do "Wyprawy"

Byłoby dużym uproszczeniem, gdybym napisał, że wszystko zaczęło się od starego Indianina, który odwiedził mnie pewnej nocy i powiedział, że prawdziwym wojownikiem może zostać tylko ten, kto odważy się na samotną wędrówkę, w poszukiwaniu zgubionych cząstek duszy.

- W poszukiwaniu cząstek duszy? –spytałem zdziwiony – Myślałem, że dusza jest całością i że nie można pociąć jej na kawałki.

Stary Indianin wydmuchnął chmurę gęstego dymu i przez chwilę siedział tylko w milczeniu, przypatrując mi się z troską i smutkiem.

- Wiesz, że to tylko sen? – zapytał w końcu, jakby chcąc się upewnić.
- Domyśliłem się.
Indianin kiwnął głową i znów w milczeniu zaciągnął się tytoniem (chyba).
- Mimo to i tak spróbuję powiedzieć ci coś mądrego mój chłopcze – powiedział po chwili i wyciągnął w moim kierunku drewnianą fajkę.
- Chcesz zapalić?
- Nie, dziękuję. Rzuciłem niedawno.
- Bardzo dobrze, choć jeszcze nie słyszałem, żeby zaszkodził komuś dym utkany z kawałków snów – odpowiedział z lekką ironią i odłożył fajkę na mój nocny stolik, zaraz obok zgaszonej lampki.

Niby racja, ale nie chodziło mi o zdrowie, ale o zasady.

- Masz rację, że dusza zawsze jest jednością - stary Indianin wrócił do tematu - Nie można jej pociąć, spalić, czy wysadzić w powietrze. To prawda. Ale, żeby naprawdę osiągnąć tą jedność i harmonię musimy udać się w drogę. Dla jednych jest to droga po zakurzonych ścieżkach świata, tam na zewnątrz, poza snem – wskazał głową ponad swoim ramieniem, gdzieś w nieokreślonym kierunku, gdzie jak się domyślałem spała obok mnie moja żona, a za oknem szczekał pies – a dla innych przeznaczone są wewnętrzne bezdroża, w które muszą się zapuścić, żeby pokonać wrogów i otworzyć wszystkie zakurzone skrytki.

- Nasza dusza jest całością, tak, to prawda – kontynuował - ale nigdy się tego nie dowiesz, jeśli nie wyruszysz w podróż i słuchając swojego serca, nie spróbujesz niczym duchowy Sherlock Holmes znaleźć zagubionych kawałków…

- Przecież sam powiedziałeś przed chwilą, że dusza jest całością i… -przerwałem mu niekulturalnie.

- Tsss dzieciaku – uciszył mnie surowo. – w tym momencie twojego życia może i masz sporo wiedzy teoretycznej, ale… - jego oczy wwierciły się jeszcze bardziej w moją śniącą świadomość - … ale twoja dusza jest kompletnie w proszku i jeśli czegoś nie zrobisz, to już zawsze będziesz się czuł jakby cię było pół, albo nawet ćwiartka.
Na to nie miałem żadnego argumentu.
- Gdzie mam w takim razie iść?
- Złe pytanie chłopcze.
- Kiedy?
- Ciągle złe pytanie.
- Z kim?
- Zimno.
- Ile nieba kryje sie w jednej kropli deszczu?

Stary Indianin uśmiechnął się zadowolony i zaczął rozmywać się w pomarańczowej, sennej mgle.
- Pamiętaj jednak, że to był tylko sen – dodał na odchodnym, a jego głos odbijał się coraz cichszym echem od miękkich ścian mojej głowy – i najprawdopodobniej nie ma on żadnego głębszego znaczenia… Najprawdopodobniej….