Rzeczywistość jest dzisiaj jak sen jakiś. Dziwny, smutny, ale i ciepły. Może dlatego, że mało spałem. Zasnąłem koło pierwszej w nocy, ale już o trzeciej obudził mnie sen. Serce waliło w piersiach, drżałem, łzy napłynęły mi do oczu. Bardzo realistyczny. Pojechałem do M. żeby jakoś ratować wszystko. Nie było jej w domu, ale otworzyła jej mama. Zaprosiła mnie na herbatę. W domu zobaczyłem wspólne zdjęcia M. z jakimś facetem, byli szczęśliwi, objęci, uśmiechnięci. Ogarnął mnie przeraźliwy żal i ten właśnie żal mnie obudził łzami, spoconą kołdrą i dudnieniem w piersiach.
Juz nie zasnąłem. Przewracałem się z boku na bok, a wreszcie włączyłem FB i oglądałem jakieś durne filmiki, jakieś tiktokowe dziwactwa młodzieży, których w ogóle nie rozumiem. I tak do piątej. W końcu wstałem, zrobiłem kawy, zagotowałem grzańca do termosu na kiermasz, pozbierałem się i ruszyłem w stukilometrową trasę.
Sen ciągle we mnie siedział. Kiedy jestem niewyspany, to jakoś te wszystkie emocje są bliżej powierzchni, tuż pod skórą, a czasami nawet skóry nie ma, tylko gołe, karmazynowe nerwy, fioletowe żyły, neurony skaczące złośliwie po obnażonym mózgu, sercu. Słuchałem spokojnej muzyki i co jakiś czas wyklinałem na życie i siłą próbowałem wymazać sprzed oczu nocną, straszną wizję, M w ramionach faceta, myśl o jej ciele w jego rękach, jego członku w niej. Taki biologiczno - egzystencjalny kryzys.
Rabka to senne, małe miasteczko. Kiermasz przed dworcem PKP był malutki, ciasny, zorganizowany amatorsko, chaotycznie, ale w sympatyczny sposób, który lubię. Jeszcze zanim się rozłożyłem, już zaczęły podchodzić pierwsze osoby. Pytać, rozmawiać, kupować. Dobrze się poczułem. Okazało się, że poranek był wróżbą na cały dzień. Kompletny kontrast do chytrych górali z Wisły. Co chwilę podchodziła osoba, która okazywała się artystą. Nawet jakąś stara babcia z chustką na głowie, spytała mnie o technikę malowania i pochwaliła się, że sama maluje pejzaże akrylami.
Była też jedna starsza najsmutniejsza na świecie pani, artystka, malarka. Jej mąż umarł 3 tygodnie temu na Covid. Powiedziała to jakoś tak żałośnie spokojnie.
- Boże, jak mi przykro - powiedziałem.
Łzy zaczęły wypełniać jej oczy.
- Dziękuję ci, młody człowieku. Straszne to. On mi pomagał w pracowni, jeszcze niedawno rozmawialiśmy, a już go nie ma.
Chwyciłem ją mocno za dłoń.
- Co za smutna historia. Niech się pani trzyma, dba o siebie, bardzo proszę.
Kobieta oddala uścisk z wdzięcznością. Wybrałem jedną kartkę z poematem i dałem jej na pamiątkę. Co za biedna pani.
Spotkań miłych, dobrych było więcej. Choć utarg nie był jakiś oszałamiający, to czułem się dobrze, połączony z ludźmi. Zwrócił się dojazd, koszty stoiska, jedzenie i jeszcze kilka stów zostało.
Zastanawiałem się jak spędzić noc. W samochodzie w śpiworach? Zerknąłem na komórkę. Mój fanpage polubił jakiś pensjonat. Zadzwoniłem. Okazało się, że to chłopak, który pomagał mi rano rozłożyć namiot i później jeszcze wpadł pogadać. Pensjonat był zamknięty, w remoncie, ale powiedział, żebym przychodził, bo ma dwie opcje. Albo pokój u niego w mieszkaniu, albo domek obok. I żebym nie myślał o pieniądzach, bo nic ode mnie nie weźmie. Ucieszyłem się z jego gościnności, ale wybrałem domek. Lubię przestrzeń i niezależność. Powiedział, że mimo wszystko, żebym wpadł później na herbatę porozmawiać. Zgodziłem się, choć wiem jakim jestem samotnikiem. Ale nie chciałem być gburem. Trzeba doceniać takie odruchy serca, gościnność.
Poszedłem zjeść coś do knajpy. W Cafe Słodka podali mi jedne z najlepszych pierogów, jakie jadłem. Siedzę teraz, piję piwo, piszę, odpoczywam.
W sumie chciałem, żeby ten wpis był bardziej artystyczny, oniryczny, bo przecież czuję się jak w jakimś śnie. Już mówiłem, że trochę w dobrym. Przyjazne postacie przesuwające się w tę i w tamtą stronę, mówiące słowa zachęty, wdzięczności, docenienia, jakiś obcy chłopak zapraszający mnie do domu, choć nie zna przecież, sąsiadka ze stoiska z naprzeciwka, której dałem pocztówkę, przynosi w prezencie pudełko czekoladek, Grzegorz z żoną, ze stoiska obok mówi, że lubi mnie, że nienawidzi etatu i woli coś z tego rękodzieła uciułać, niż na etacie robić nawet za 10 tys, jego poczciwa, sympatyczna żona potakująca z uśmiechem, dziesięcioletni chłopak zafascynowany "Spotkamy się w Perseidach", przecież to taki smutny, mroczny, dorosły obraz, prosi mamy, żeby mu dołożyła kasy, bo nie ma tyle, i więcej, więcej szczerych dusz, jak strumień. Kiedy wreszcie kończy się czas, rozłączają prąd, to aż nie chce mi się odchodzić. Smutek ciągle jest, ale już ten dobry, przejrzysty, rozumiejący, że życie to rzeka, jedność, człowieczeństwo, mosty, połączenia dusz choć na chwilę, ta pani, której umarł mąż, ten chłopiec, ten facet zapraszający mnie do domu, żul mówiący mi dzien dobry w kiblu na PKP. A nie ten poranny smutek, że ktoś rżnie kobietę, którą w jakiś sposób ciagle kocham.
No i wieczór znów. Znów obce miasto, obcy świat, obcy ja, taka alegoria życia. Wszyscy jesteśmy, jak pasażerowie, gdzieś na dworcu w Katowicach, na tym starym, z lat 90tych, z szarym betonem, narkomanami, zapachem moczu i gówna w podziemiach, podróżni czekający w swoich wytartych garniturach, rozciągniętych bluzach, kwiecistych sukienkach, a pociągi jadą gdzieś dalej, gdzieś indziej, gdzieś do domu.