Monday, 29 November 2021

Ranek po przesileniu

Uff, wczoraj miałem chyba jakieś przesilenie. Obudziłem się dziś jak ze snu, ze zdziwieniem patrząc na wczorajsze emocje. Muszę po prostu przejść tę żałobę. Miałem napisać "godnie", ale ten moment już raczej minął, nie ma się co oszukiwać, więc przejdę ją po prostu tak, jak umiem:)

Dziś w planie kilka rzeczy praktycznych: urząd komunikacji, żeby wyrejestrować auto, wypisać je z ubezpieczenia, zatrudnienie księgowej, wizyta u mechanika ze światłami. Kiedy wrócę do domu, posiedzę nad stroną internetową, ciągle sporo mi zostało. Ale już chyba bliżej do końca niż dalej.

Ale mam zakwasy po wczorajszej wycieczce na Czantorię. Dawno nie dałem sobie takiego wycisku. 

Podsumowując - dziś jest lepiej, kamień może jeszcze nie zsunął się z ramienia, ale na pewno ubyło mu z połowę wagi.

Sunday, 28 November 2021

Rezygnacja


 Wróciłem z wycieczki. Piszę na komórce w łóżku, jestem tak zmęczony, że nie dałbym rady siedzieć przy komputerze. Myślałem, że dobrze mi zrobi wyjście do ludzi, ale nie przełamałem się. Ledwo zamieniłem kilka słów. Weszliśmy na Czantorię, we mgle i deszczu ze śniegiem. W czeskiej knajpie zamówiłem ser smażony z frytkami, ciemnego Kozela. Usiadłem sam przy stoliku. Inni chyba czuli, że jestem nieprzysiadalny, nikt mi nie przeszkadzał. Myślałem cały czas o M. Los to żartowniś. Wysłałem jej rozpaczliwego maila i w tym momencie do knajpy weszło dwóch jej najbliższych przyjaciół. Zawsze ich lubiłem. Przywitali się lekko speszeni, usiedli ze mną. Zrobiło mi się jeszcze smutniej. Grupa, z którą przyszedłem, weszła na szczyt, ja zostałem na jeszcze jedno piwo. Rozmawialiśmy neutralnie, widać było, że nie chcą poruszać tematu. Kiedy grupa wróciła ze szczytu, pożegnałem się z chłopakami i zszedłem na dół. Przebrałem się w samochodzie w suche ubrania. Sprawdziłem na alkomacie, nie mogłem jeszcze prowadzić, więc zawinąłem się w śpiwór i puściłem sobie House'a. Po godzinie miałem już 0,12 promila, więc odpaliłem silnik i pojechałem do domu. Napaliłem w piecu, rozpakowałem się, wziąłem prysznic. Zorientowałem się po drodze, że długie światła nie działają, jutro podjadę do mechanika. Muszę tak czy inaczej pojechać do miasta wyrejestrować Xsarę i wypisać się z ubezpieczenia.

Dawno tak się nie czułem. Pojawia się jakiś rodzaj rezygnacji. Może to dobrze, może rezygnacja przyniesie ulgę. Czuję się małym, zagubionym dzieckiem. 

Saturday, 27 November 2021

Mała myszka

Nie dam rady już wysiedzieć w tych czterech ścianach. Samotność jest jak oficer STASI, z kałasznikowem nad moją głową. Znalazłem gdzieś na FB wydarzenie, grupa randomowych ludzi wchodzi na Czantorię jutro, więc spakowałem śpiwór, kuchenkę, ciepłe ubrania, budzik nastawiłem na szóstą... To jest taki paradoks, bo nie mam ochoty gadać z nikim, a chcę być między ludźmi. Taki będę miał jutro klimat. Więc na 9 rano dojadę do Ustronia i stamtąd ruszę z bandą nieznanych człowieków w górę. Zapakowałem dwa śpiwory, może nie wrócę wieczorem do domu, ale zostanę gdzieś w trasie i przekimam w aucie, więc potrzebuję ciepła. Jeszcze głośnik JBL, jakbym wieczorem chciał sobie w mrozie zrobić klimat, butelka wina, fajki.

Teraz posiedziałem trochę z rodziną i znajomymi. Napiłem się wódki, pogadaliśmy o głupotach, temat przewodni to Łuksio z różdżkami, przeżywał bardzo, że umie znaleźć wszędzie wodę. Jak zawsze powtarzał wszystko po 5 razy, no tak już ma chłopak. Łuksio to mój brat najmłodszy.

Wczoraj dzwoniłem do M. Po co? Nie wiem. No, byłem na fazie. Ale też  żeby się upewnić, że to już koniec, że ma swoje życie. Jestem zablokowany, więc od razu do poczty przeszło. No taka jest ta kobieta. Ja mam tak, że do ostatniej kropli krwi przegadam temat. Ona zawsze, kiedy ją uraziłem czymś, odcinała mnie, jakbym nie istniał. Myślę, że to dobrze w tej sytuacji. Bo znów bym wpadł w ten toksyczny taniec. A tak jestem uratowany, ona już tam ma kogoś, wyciągniętego z rezerwowej puli (tak, jestem zgryźliwy, ale ona zawsze miała rezerwę, albo byłych wielbicieli, albo nowych, czekających na swoją kolej), i teraz ja znalazłem się na ławce rezerwowych. Nie chce mi się o tym gadać.

Hałas w kuchni. Od kilku dni krąży tu mysz. Nie chce się złapać, ale po hałasie wnioskuję, że może wpadła do mojej żywołapki. Normalnie poszedłbym z nią z kilometr, gdzieś nad rzeką, żeby nie trafiła z powrotem, ale dziś mi się nie chce, wyrzucę ją po prostu za próg. Idę sprawdzić...

Nie, nie złapała się. Po prostu buszuje gdzieś po szafkach. Więc będzie marudzić całą noc:)

Dobrze, że Grabaż i Koniec Świata dają nadzieję.

 

Friday, 26 November 2021

Pożegnanie z Czerwoną Damą


A ta czerwona dama to moja wierna Xsara. Właśnie kupiec wsiadł i pojechał w deszcz. Wiem, że to tylko samochód, ale jakoś bardzo smutno mi się zrobiło. Dużo przeżyłem w tym autku, łączyło się u mnie w głowie z bliskością, podróżami, przygodą. Pamiętam gwiazdy przed snem przez tylną szybę, kiedy szum Adriatyku kołysał mnie do snu, rozmowy z samym sobą, kiedy rozstawaliśmy się z M. i jechałem gdzieś przed siebie, albo rozmowy z nią, kiedy wszystko było dobrze, lejący się olej na jednej z wypraw, kiedy chyba z 10 litrów po drodze musiałem dolać, albo jak wjechałem na 1600 metrów po bezdrożach Macedonii, a później całe zawieszenie musiałem w Polsce wymienić, olśniewający seks na karimacie z tyłu, na kempingu w Słowenii, kiedy chłód wpływał przez blaszane ściany i para barwiła szyby jak mleko, kawę z kuchenki o 7 rano gdzieś nad jeziorem Międzybrodzkim, opowiadania Vonneguta w Blagaju, albo burzliwa noc na południu Chorwacji, kiedy ulewa, pioruny i fale połączyły się w jedno i wydawało się, że Xsara wyruszy w swoją pierwszą i ostatnią morską podróż... Sentymentalista:)

Tonacje molowe

Siedzę w aucie na parkingu pod szpitalem. Przywiozłem szwagierkę  złamała nogę jakiś czas temu, przyjechała do kontroli. Leje, grzeję się dmuchawą, choć szkoda paliwa. Podobno dziś ma już spaść śnieg. Kiedy wrócę do domu, naniosę tyle ile się zmieści drewna, żeby nie musieć już dzisiaj wychodzić.

Sprzedaje Xsarę. Stwierdziłem, że nie stać mnie na dwa samochody, a przyda się mały zastrzyk gotówki. Dziś ma przyjechać klient. Trochę mi smutno. Przywiązuję się do rzeczy, które często używam. Z tym autem wiąże się wiele wspomnień, podróży, Bałkany całe przejechałem wzdłuż i wszerz, tu jadłem, spałem, kochałem się. No ale czas, żeby posłać Xsarę w świat. No i będę się musiał nauczyć teraz parkować vanem w mieście, to będzie mój jedyny samochód od teraz.

Trochę utknąłem ze strona internetową. Jakąś wiedzę zbieram, ale na razie jest to jeden wielki bajzel w mojej głowie, muszę to dopiero uporządkować. Pewnie będę siedział nad tym dzisiaj cały dzień. Jak już to ogarnę, to misją na kolejne dni będzie robienie szałowych zdjęć do sklepiku. Mam kilka pomysłów, mój Nikon D90 da radę:)

A poza tym? Pustka duża wewnątrz, to się nie zmienia. Samotność. Nie idzie mi za bardzo przyzwyczajanie się do życia singla. Brak dotyku, głosu, bliskości, poczucia, że ktoś jest dla mnie i ja dla kogoś. Wypełniam tę  dziurę idiotycznie fajkami i winem, ale bez powodzenia. Tylko zagłuszam lekko to łaknienie. Byłoby łatwiej, gdybym miał obok jakichś przyjaciół, ludzi z którymi można pogadać od serca. Ale w tej dziurze czuję się odcięty. Są tacy, co marzą o życiu na wsi. Dla mnie wieś oznacza pustynię. Miałcy ludzie z małymi sprawami, te same rozmowy, brak jakiegoś polotu, doświadczenia życia, podróży, otwartości. Dlatego czekam, aż ruszą kiermasze, festiwale, żeby jakoś się wyrwać, pobyć gdzieś indziej, zmienić otoczenie, dać sobie szansę na poznanie innych.

Trochę jestem speszony, że te moje wpisy są tak bardzo w molowych tonacjach. Jest jakieś parcie z wewnątrz, że trzeba być pogodnym, szczęśliwym, a jeśli się jest smutnym i samotnym, to coś nie tak ze mną i muszę się tego w pewnym sensie wstydzić. Ale jakoś udaje mi się uniknąć paraliżu wypowiedzi. Co nie zmienia faktu, że jestem cholernie zmęczony. 

Tuesday, 23 November 2021

XIX Century guy

Wszystko, co zaplanowałem, załatwiłem. Wcale nie jechało się źle vanem, wręcz przeciwnie. Kiedy już siedzę wysoko, na ciężkim dieslowym silniku, to nie zamieniłbym tego na moją Xsarę. Potrzebowałem wycieczki, dobrze mi zrobiła. Kiedy ostatnim razem byłem w Katowicach, żeby zamówić namiot, było ciężko - wskoczyły mi setki wspomnień z M, w końcu spędzałem tam dużo czasu. Lubiła podróżowanie, zawsze byliśmy w ruchu. Dziś było lżej. Cieszyłem się słońcem, prowadzeniem samochodu, muzyką, papierosami. 

Zastanawiałem się dzisiaj, dlaczego tyle piszę na blogu, kiedy jestem sam. No ale to proste - choć jestem introwertykiem, to lubię się szczerze wygadać. Kiedy nie mam do kogo otworzyć gęby, to piszę. Rozmawiam wtedy z sobą i daje mi to ulgę. Oczywiście ktoś tam mnie czyta. Garstka osób, na jednej ręce można policzyć. Mam taką wtyczkę blogową, mogę zerknąć na mapie. Mam w sumie trzech czytelników. Adaś jest prawie codziennie, ogrzewa mnie swoim smutnym, ciepłym, gejowskim sercem:) Dwie inne osoby, które się pojawiają... Jeden stary znajomy, który pomógł mi ze startem biznesu, jego analityczny umysł fascynuje się kłębkiem uczuć, emocji, wewnętrznych walk, którym jestem. Nie może tego ogarnąć, choć czasami myśli, że wie, ale to tylko jego analityczny umysł go wciąga w pułapkę. Musiałby dużo puścić, ale nie wiem, czy potrafi. Jest jeszcze trzecia, myślę, że to M. Urażona, zraniona, porzucona, zgorzkniała, zagląda czasami, choć w życiu by się do tego nie przyznała. A może to zupełnie ktoś inny i geograficzna zbieżność jest po prostu przypadkiem. Kiedyś sporo osób mnie tutaj odwiedzało. Ale wtedy pisałem inaczej. Jeszcze za czasów Tani. Wtedy nie byłem rozbitkiem, ale po prostu lubiłem coś napisać, poczytać innych ludzi, komentowałem, poruszałem różne tematy, od Tarota do polityki, podróży, jakoś się ludzie przewijali. No a teraz mnie w sumie cieszy, że prawie nikogo nie ma. Mogę sobie to wszystko traktować bardziej osobiście, kameralnie. 

Sprzedałem dziś jednego z Behemotów. 150 zeta. Fajnie, bo byłem zupełnie bez kasy. Zrobiłem zakupy, wziąłem wino, pomidory w puszce, makaron, kawałek cheddara, z 3 jogurty, czekoladę, paczkę fajek. Zrobiłem spaghetti. I tyle z obrazu. Nich ktoś mi kiedyś ponarzeka, że za drogo sprzedaję...;) Wino dobre, hiszpańskie, Don Simon, czerwone, wytrawne, długo leżało w dębowej beczce, czasami, jak dziś lubię ten cierpki, dymny smak. Aha, wziąłem też kłębek grubej dratwy. Będą na niej wisiały obrazy w namiocie, żeby całą przestrzeń wykorzystać. 

No ale wydatki czekają mnie większe, za dwa tygodnie muszę zapłacić ubezpieczenie Xsary, a za cztery przegląd Trafica. Mam nadzieję, że te 3 kiermasze grudniowe uzbierają na to. A jeszcze prezenty świąteczne, paliwo i życie, pierwszy ZUS, jak przystało na przedsiębiorcę... Fuck...:) You are a real artist, my brother. Probably Russian and from XIX century... Tym tekstem zrobiłem sobie smaki na opowiadania Dostojewskiego:) Trzymałem kiedyś w ręce taki zbiór, "Białe Noce". Poszukam w sieci, ściągnę na Kindla i popłynę.

Listopadowy poranek (szczypie w palce)

Dziś dla odmiany z rana coś napiszę. Mam trochę załatwiań, najpierw poczta, a otwierają dopiero za pół godziny, więc na spokojnie wypiję kawę. Na poczcie wysyłam obraz, ktoś zamówił oryginalnego Behemota (nr. 15), przyda się kilka groszy, bo ostatnimi czasy brak gotówki uderzył ostro. Wczoraj nie mogłem nawet kupić sobie wina:) A na śniadanie i obiad usmażyłem frytki, znalazłem w szafie resztki ziemniaków (z długimi, białymi kiełkami) i trochę oleju kujawskiego. Pewnie między innymi dlatego miałem kiepski dzień. Przydałoby mi się trochę dorobić w schronisku, ale chłopaki bardzo się wycofali, rzadko dają znać, że potrzebują pomocy. No ale z drugiej strony może to będzie też inspiracja, żeby bardziej przyłożyć się do znalezienia kupców na moje prace.

Później jadę do Katowic odebrać namiot kiermaszowy. Kurier kosztowałby ponad 200 złotych, wolę więc pojechać. I jeszcze ulotki i wizytówki z drukarni, oraz plastykowe skrzynki w Castoramie, żeby mieć w czym wozić towar. Tak że dzień będzie pracowity. Trochę się stresuję, bo biorę vana, a jeszcze nie czuję się w nim w 100 procentach swobodnie, szczególnie kiedy trzeba szukać miejsca do parkowania. No ale przyda mi się trening.

Rzeczowo bardzo piszę, ciężko dopatrzeć się poezji. No ale rzeczywistość jest trochę chłodna i sucha. Zmagam się z samotnością i smutkiem, z bezsensem. Listopadowy, całodobowy mrok. Trywialność, brak kasy, brak kogoś, z kim można by to przegadać, poczuć, że nie jest się samemu na tej planecie.

Saturday, 20 November 2021

Co jestem - lista


 Rozkręcił się znowu ten mój blog. Zawsze jak jestem sam, kiedy dopada mnie smutek, no i po prostu samotność, odwracam się do środka. Dziś od rana malowałem Behemoty. Męczy mnie trochę bezsenność, budzę się o piątej, czwartej rano, więc start mam dobry. Nie mogę już zasnąć, bo dopadają mnie myśli różne. Nie martwię się biznesem, to jakoś ogarnę. Chodzi o emocje, miłość. Czuję, że to wszystko źle poszło. Tęsknię za M. choć tak bardzo wiem, jak ten związek był zły dla mnie, jak źle byłem traktowany, jak mnie to rozwalało, rozbijało samo serce, sedno tego, kim jestem. Nie mogłem jej ufać, od czułości potrafiła w sekundę przejść do wściekłości, zazdrości i agresji. Ciężko tak było funkcjonować. Ale i tak mi brakuje tych dobrych chwil, które też się zdarzały. Czułości, seksu, podróży. No ale co, to nie miało szansy się zmienić.

Sam już nawet nie wiem, czy brakuje mi jej, czy ogólnie bliskości, dotyku, świadomości, że jest ktoś bliski, piękny, pełen energii. Więc zostawiam to, niech swędzi to uczucie, aż wreszcie przestanie. A kiedy przestanie, to coś innego się wydarzy. Może.

Mam opory pisać o tych głębszych rzeczach, szczerze, bo jestem świadomy, że albo ona, albo inna ona, to przeczyta, i ktoś poczuje się zraniony, albo dostanie zielone światło, albo cokolwiek. Ale nie chcę się ciągle hamować, zastanawiać. Ten blog zawsze był takim szczerym zakątkiem, miejscem, w którym mogłem być sobą, w lepszych i gorszych momentach. Nie chcę ograniczać się strachem.

Jestem:

- samotny

- podekscytowany moim projektem

- zaniepokojony ilością fajek i wina w codziennym życiu

- niepewny, czy dobrze żyję, czy nie

- stęskniony za miłością

- smutny na to wszystko, co się dzieje na świecie

- pełen strachu, że mało życia mi zostało i nic nie zdążę (za 3 miesiąc będę miał 46 lat)

Popołudnie, ale w sumie już wieczór. Kończę butelkę Riojy, oglądam House'a, który mnie wycisza, unikam przebrania pościeli, choć pełno okruchów, bo żrę chipsy w łóżku, zastanawiam się, czy jutro się zbiorę, żeby posprzątać dom, myślę czy może jutro nie wybrać się na dłuższą przejażdżkę, żeby trochę się wyrwać, ale z drugiej strony nie mam kasy na paliwo, jeszcze cholerstwo podrożało, więc po prostu nie wiem, czy daleko zajadę. 

Friday, 19 November 2021

Zwykłe radości

Ignacio właśnie pojechał, wraca do Krakowa, a stamtąd do Wiednia odwiedzić byłą dziewczynę. Wczoraj wieczorem posiedzieliśmy przy winie z dwie godziny. Bardzo to było fajne, budujące. Nigdy wcześniej tak dużo nie podróżował, widzę, że jest zafascynowany Polską. Szczery, otwarty chłopak. Trochę się w końcu opił, rozłożyłem mu kanapę w kuchni, a sam przez chwilę oglądałem serial. Dziś rano zaprosiłem go na pierogi do knajpy, a później jeszcze gadaliśmy, paląc papierosy. Na wiosce przechodnie przyglądali się mu z zaciekawieniem. Ze swoją aryjską urodą wygląda jak germańska ikona. Żółte, prawie białe włosy, niebieskie oczy, entuzjastyczny uśmiech. Wyróżniał się.

Dziś doszły magnesy na lodówkę. 14 różnych wzorów po sto sztuk. Graficznie jestem bardzo zadowolony, ale miałem nadzieję, że będą trochę grubsze. No ale ciągle pięknie to wyszło. Część obrazów już kiedyś sprzedałem, nie mając dobrego zdjęcia, więc nie mogę z nich zrobić większych wydruków, ale na magnesowym rozmiarze wyszły świetnie. Dałem cały zestaw Ignaciowi i posłałem drugi Rolandowi na prezent urodzinowy.

Jestem wyciszony. Słucham jakiejś spokojnej playlisty na Spotify i przymierzam się do malowania. Koty same się nie zrobią, a jeśli wyrobiłbym się do końca weekendu, mógłbym jeszcze zamówić wydruki, żeby nie stać tylko z oryginałami. Miłe to jest - mam nastrój weekendowy i będę jako pracę robił to, co robiłem do tej pory dla relaksu. Strasznie mnie to cieszy.

Thursday, 18 November 2021

Koty

 A jednak udało się trochę pomalować:) Ignacio siedzi u mojej rodziny i jakoś gadają z translatorem, a ja się melinuję w swojej jaskini. Coraz bardziej zaczynam znajdować swoje koty...



Za oknem jesiennie

Wczesna godzina jeszcze. Rano woziłem mamę po sklepach, później miałem jechać odebrać wizytówki z drukarni, ale w ostatniej chwili okazało się, że Kubek (bratanek) pociął się piłą spalinową. Ścinał brzózkę i przygniotła go do piły. Na szczęście zdążył wyłączyć, zanim upadł, ale i tak poharatał twarz i dłoń. Zawiozłem go do szpitala, założyli mu sporo szwów. Dzięki Bogu nic poważniejszego. Szkoda mi tego młodego chłopaczka, który strasznie chce być poważnym mężczyzną.

Przed chwilą dowiedziałem się, że zjawi się dziś u mnie znajomy, ze Szwajcarii. Fajny koleś, był u mnie ostatnio z ojcem, którego znam już od lat. Zdaje się, że wpadła mu w oko dziewczyna w Krakowie i przyjechał się z nią spotkać, a przy okazji odwiedzić też mnie. Oj, ciężko tak, kiedy człowiek jest wycofany, introwertyzm mnie opanował, najlepiej mi w swoim towarzystwie. Ale spełnię rolę dobrego gospodarza. A poza tym to naprawdę szczery, przyjemny człowiek. Ma być za jakieś dwie godziny, więc chyba nie biorę się za malowanie, nie lubię tworzyć na czas. 

Za oknem już naprawdę jesiennie.

Wednesday, 17 November 2021

Wcale nie trudne







































Stasiuk "Droga do Babadag", uwielbiam bardzo, tak właśnie lubię podróżować, jak on. I pisze o tych samych miejscach, na które trafiałem we włóczędze, to samo zmęczenie, fascynacja, dystans, zachwyt, i w ogóle tyle uczuć. Kiedy znowu będę w drodze? Chcę bardzo.

Dziś większość dnia spędziłem w warsztacie. Zapoznawałem się z nowymi sprzętami. Zawsze czułem się lewy w majsterkowaniu, szukałem pomocy, sam sobie wmawiałem, że to nie dla mnie. A dziś miałem sporo zabawy. Uruchomiłem pierwszy raz heblarkę, z instrukcją w ręce, żeby coś nie spierniczyć, nie uciąć sobie ręki, bo zdrowy respekt mam. Przestrugałem kantówki - ale radość, kiedy pełne drzazg chropowate drewno zamienia się w gładki półprodukt, który później jeszcze przejechałem szlifierką i już w ogóle mógłbym się przytulać do takiej deski. Sam to zrobiłem! A jak już wszystko było gładziutkie i miłe, zabrałem się za konstruowanie: stworzyłem dwa stojaki na pocztówki i dwa stojaki na małe obrazy (potrzebuję na kiermasze). Z dumą zapaliłem papierosa i patrzyłem na moje dzieła. W takim razie mogę wszystko sobie zrobić, to wcale nie takie trudne.

Doszły wydruki obrazów na płótnie, całe mnóstwo. Radość sprawiło mi patrzenie na te wszystkie dobroci. Poczułem mocno, że będę miał bajeczne stoisko, nikt takiej magii nie będzie mieć, jak ja. A jeszcze dojdą pocztówki, kafelki, magnesy, oblane złocistym światłem z moich dziwnych, pięknych żarówek retro. Nie mogę się odczekać, aż gdzieś z tym już nie stanę i będę łowił przechodniów, żeby na chwilę wciągnąć ich do mojego świata, zadziwić, zaniepokoić, ułagodzić. Szczerze mówiąc to nawet nie myślę teraz jakoś o zarobku, choć wiadomo, kasa się przyda. Po prostu cieszę się, że udało mi się przejść przez przeszkody i stworzyć taki swój wędrowny kącik.

Już po siódmej. Przydałoby się wykąpać, ale nie chce mi się dzisiaj. Waham się pomiędzy Stasiukiem, a Housem. 

Monday, 15 November 2021

Nie zamierzam przestać marzyć

Czuję silne przekonanie, że robię to, co powinienem. Jest radość w pracy dla siebie. Działam od samego rana, już szósta i choć czuję zmęczenie, to jest to dobre zmęczenie. No Gods no Masters ;) Zacząłem dzień od malowania Behemotów, jestem zadowolony, seria przyjemna, kolorowa, zabawna, myślę, że znajdzie nabywców. Na pewno będę chciał z tego zrobić pocztówki, może też fotoobrazy. A resztę dnia rozmawiałem z drukarniami, szukając najlepszej opcji na druk pocztówek, zakładek, ulotek i wizytówek. Na razie zbieram oferty i coś wybiorę, kiedy spłyną wszystkie. Najwięcej czasu zeszło mi na przygotowaniu grafik. Musiałem zrobić z nich jakieś standardowe rozmiary, dołożyć spad, przerobić kolor na CMYK, posegregować. No ale myślę, że na razie temat zamknięty. Najwyżej, jeśli skończę Behemoty, to jeszcze z nich coś bym zrobił - chyba że wydam wcześniej całą dotację:)

No ale dość tych biznesowych spraw:) Zagrzałem wodę, idę się wykąpać. Skończę wpis po powrocie...

... Jestem już. Trochę nieświeży się czułem, chyba z 3 dni bez kąpieli. Oszczędzam na opale, a woda w bojlerze grzeje się od drewna, więc co jakiś czas zagrzewam w czajniku, żeby się jakoś ogarnąć. W sumie nie mam o czym pisać. Wszystko kręci się wokół działalności. Ludzi w moim życiu nie ma jakoś głębiej. Powoli, jak dym rozpuszczają się w powietrzu kobiety z przeszłości. Jak jakiś dziwny sen. Więc stoję tu sam, spokojnie, może nawet pierwszy raz tak zupełnie na swoim, bez nikogo i przyzwyczajam się do tej sytuacji. Jeszcze nie jest mi do końca swojsko, czasami niewygodnie, dziwnie, ale jest coraz lepiej. Choć nie zamierzam przestać marzyć:)

Sunday, 14 November 2021

Behemoty, frajda, różne sprawy

Niedziela wieczór. Może i jaśniejsze dni idą. Patrzę na ostatnie wpisy i faktycznie, smutkiem ostro zawiało. Od środy miałem gości: Szymon i Ada, poznałem ich w lecie, kiedy pracowałem w Sudetach. Kochani młodzi ludzie. W dzień łazili po górach, a wieczorem siedzieliśmy sobie razem i rozmawiali przy winku. Aż się smutno zrobiło, kiedy dziś rano poszli na pociąg. Brakuje mi często takich zwykłych, przyjaznych rozmów.

Jako że niedziela, to dałem sobie spokój z zakupami i załatwianiami firmowymi i wziąłem się za serię z kotami, "Behemoty". Mam już przygotowane tło na wszystkie 15 deseczek, jak również śpiący księżyc na wszystkich. No i zrobiłem pierwszego kota. Będą dziwaczne, szalone, kolorowe. Postaram się zrobić z nich dobre zdjęcia, żeby wykorzystać później na pocztówki i fotoobrazy. Oglądałem też na Pintereście, jak ludzie przygotowują namioty kiermaszowe na rękodzieło i sztukę. Fajne pomysły, zupełnie zmieniłem koncepcję wystroju. W sensie układu stołu, sztalug, etc. No a w tym tygodniu zacznę może coś działać ze stroną www. Nie mam jeszcze całego towaru, żeby zrobić zdjęcia, ale muszę i tak przygotować regulamin, RODO, no i może jakieś teksty do artykułów. Strona to nie będzie po prostu sklep, ale chcę zamieszczać też krótkie artykuły blogowe, z imprez, nowych funkcjonalności, albo nowych obrazów. Dużo tego, ale przyznaję się - mam z tego frajdę jak cholera:)

A teraz już wieczór. Nie palę w kominku, bo ciepło. Włączę sobie House'a do snu. Czuję samotność, ale nie jest jakaś przejmująca. Myślę, że dałbym rady być po prostu sam jakiś czas. Fajnie będzie jeździć na kiermasze, rozkładać się ze swoimi obrazami, bez zobowiązań, pośpiechu, rozmawiać z ludźmi, jechać przed siebie samochodem, ciesząc się wolnością i niezależnością. 



Tuesday, 9 November 2021

Dwie ścieżki

 A życie idzie jakby dwoma równoległymi ścieżkami. Po jednej codzienność, jakoś ten biznes próbuję ogarnąć, logo na Corelu męczę, choć wektory umykają, wydrukuję fakturę na nowej drukarce z dotacji, opony na zimę zmienię, posprzątam garaż, żeby było miejsce na heblarkę, doszła kątówka Makity, będzie do wygładzania desek na obrazy, tylko 300 zeta zostało na życie, ale luz, ogarnę, na zupach z soczewicą i ryżu też można jechać jakiś czas, a później coś załatwię, może jakiś obraz sprzedam... 

A po drugiej stronie w lustrze moja smutna gęba, zmarszczek więcej, zakola, oczy wypłoszone, skacowane, kiełbaski sojowe z cebulą, które starczają na cały dzień, smutek na wspomnienie wszystkich dziewczyn, które albo ja zraniłem, albo które zraniły mnie, kaszel papierosowy, trzeba je rzucić wreszcie, przecież nie chcę umrzeć, ale nie ma na to siły, więc palę, i jeszcze pusta butelka po winie koło łóżka, którą rano ze wstydem wrzucam do reklamówki z recyklingiem, a później ścieram poszarpaną gąbką do naczyń czerwone obwódki po kieliszku z nocnego stolika, zęby umyte byle jak paradontaxem, twarz przepłukana w lodowatej wodzie, bo węgiel podrożał, więc nie grzeję codziennie, czasami chwilowy spazm nad ranem przy brudnym filmiku, tęsknota za miłością prawdziwą...

"Weź mnie, zabierz stąd, wyrzuć to ze mnie, zabierz ze sobą, wlecz mnie za sobą codziennie, bo tu mnie nie czeka nic", chciałbym się oddać, ale nie mam komu, albo sam nie jestem wart, albo nikogo wartego nie ma, tak to jest. A może całkiem inaczej.

A później, wieczorem przywlekam się do komputera i piszę te kilka słów, smutnych jak chuj, ale co tam, tak ma teraz być. Ściągnąłem kilka filmików o pokochaniu samego siebie, kochana Panna D. wysłała. Choć zraniona i ma mi za złe, to jednak dba o moją duszę, ja bym tak nie umiał. A na filmiki jeszcze nie popatrzyłem. Bo ten bunt wewnętrzny, przekora i brak wiary w uśmiechnięte panie z receptą na szczęście i spokój. Szczęście i spokój są w harmonii, jedności, miłości, a nie w inspirujących filmach, które oglądają smutni ludzie, żeby sobie wmówić, że będzie dobrze, jeśli tylko powiedzą sobie w lustrze: "Dobry z ciebie chłopak, fajna z ciebie dziewczyna". a może to pomoże, sam nie wiem. Teraz tylko chciałem pokrzyczeć. 

Pamiętam jak przez mgłę, jak stary sen, spacer po Plantach, objęcie drzewa, uśmiech kochającej dziewczyny, widok z kopca Kraka, a wieczorem ciepłe objęcie i spokojny sen.

Sunday, 7 November 2021

Ruszyłbym gdzieś

 

Kolejny dzionek, niedziela. Coś podziałałem, myśl o swoim biznesie jest dla mnie bardzo wciągająca. Wypełniłem wniosek do gminy, poszukałem, gdzie mogę podjechać, żeby na żywo obejrzeć namioty kiermaszowe, umówiłem się z Magdą na wyprawę do Matejki, ona też chce kupić jakieś artystyczne gadżety, a ja przy okazji odwiedzę jeszcze Castoramę, chcę skonstruować stojak na małe obrazy. Mam w głowie projekt: po prostu trzy sklejki połączone zawiasami, po rozłożeniu rozmiar jakieś 150 na 170 cm, no i z tyłu rozkładane nogi, a na płycie haczyki, żeby móc zawiesić mniejsze obrazy. te większe będą na sztalugach. Tak że niedziela też pracowita. 

Nastrój nie polepsza się, ale też nie pogarsza. Choć może nawet trochę jest lepiej, ale to bardziej na zasadzie zaakceptowania, że jest jak jest, nie ma się co szarpać. Mam swój plan, projekt, marzenia, chcę się na tym skupić. Ale przyznam się, że bardzo chce mi się gdzieś dalej pojechać. Choć na tydzień. Pamiętam jak dwa lata temu pojechałem na 6 dni na Bałkany. Odwiedziłem Słowenię, Chorwację. To jest do zrobienia. Potrzebowałbym tylko kasy na paliwo i jedzenie. Powiedzmy jakieś 3000 km w obie strony... Czyli z 200 euro na paliwo, powiedzmy 250, żeby być pewnym (liczę do Sarajewa). Drugie tyle na jedzenie i wino. Czyli jakieś 2000 złotych na tydzień włóczęgi, z noclegami w aucie. Da się zrobić, jeśli trochę bym się przyłożył. No i tydzień nie rozwaliłby mi żadnych spraw. No marzy mi się po prostu jechać przed siebie, znów patrzeć na bałkańskie widoki, spróbować rakiji z jakimś przypadkowym człowiekiem, zasnąć obserwując gwiazdy i słuchając szumu Adriatyku, napić się Vranaca i zagryźć owczym serem i grillowanymi warzywami... Tak dawno już nie byłem, zakopany w uwikłaniach finansowych i miłosnych. Uwikłania miłosne zdechły, finansowo nie ma szału, ale też nie ma długów... Będę myślał nad tym planem.

A póki co kominek, mój terapeuta.

Saturday, 6 November 2021

Sprawy trywialne i jazzowy przerwynik

 Dziś cały dzień pod znakiem przygotowywania się do otwarcia działalności. Kilka godzin zeszło mi na ogarnianiu, jak się robi stronę internetową ze sklepem. Wykupiłem domenę i hosting, zainstalowałem WordPressa i WooComerce, trochę poczytałem, czym to jeść, ale na razie tyle, muszę dopiero zamówić towar, żeby narobić zdjęć, żeby był jakiś content. Trochę rzeczy kupiłem, np. heblarkę i sztalugi wystawowe, takie same jak na wernisażu w Suchej Beskidzkiej, najtaniej wyszły, wziąłem dwadzieścia sztuk, ale z resztą zaczekam na po weekendzie, bo czasami mam pytania, albo chciałbym się potargować, a przecież nie będę w sobotę dzwonił po ludziach. Już po szesnastej, więc chyba zrobię sobie fajrant. 

Zanurzenie się w takich praktycznych sprawach trochę mi pomogło poczuć się lepiej, ale coś tam i tak przebija. Jakiś bezsens i pustka. Tak działa na mnie samotność i właśnie nad tym chcę popracować. Wyczyścić wszystko, przejechać mokrą gąbką po tablicy, zresetować się i zacząć żyć inaczej, na nowo. No ale na razie jeden dzień na raz, tyle mogę zrobić. 

Wczoraj spontanicznie wybrałem się na koncert Damasia w Żywcu, grał z dziewczętami z Suchej, czasami było super, ale czasami jazz wchodził za mocno i się wyobcowwywałem. Lubię czasami jazz, ale nie ten chaotyczny, szalony, eksperymentalny. Jak styropianem po szybie. Bardzo fajnie wychodziły te kawałki z folkowym chórem. Wyciągnąłem na ten koncert Magdę, fajnie było pogadać z kimś po przyjacielsku, bez oczekiwań, wymagań, etc. Dobra z niej kumpela. Podzieliliśmy się rozkminami, problemami, żartami. Aż się mi lepiej zrobiło. Brakuje mi takiej lekkości w kontakcie z ludźmi, a szczególnie z kobietami. Kiedy tworzy się relacja, to nagle robi się ciężko, zaczynają się pretensje, problemy... Wiem, że nie zawsze tak jest. No ale takie miałem ostatnio zezowate szczęście. Tym bardziej miło było po prostu pogawędzić z serca. 

Co z resztą soboty? Pewnie coś tam upichcę na szybko do przegryzienia i pooglądam House'a.

Friday, 5 November 2021

Sometimes it's ugly, bro

 























Aaa tam, nie będę się przejmował, potrzebuję teraz tego "wolnego pisania", nie będę tego jakoś układał, porządkował, zastanawiał się, pierdolę to, chcę sam znaleźć jakiś sens w środku, a najlepiej właśnie tak, na żywca. No i co? Muzykę słucham ostatnio tylko spokojną, wpisuję w spotifaju "chill out accoustic" i wybieram z tego. Ktoś śpiewa teraz "I dont wanna be alone tonight", eh... Nie wiem sam, jakaś trauma do ludzkich kontaktów u mnie nastąpiła, zacząłem wierzyć, że to nie jest dobry moment na nawiązywanie relacji. Chyba coś u mnie tak tyka, jakaś bomba zegarowa, lepiej się nie zbliżać. Tak widocznie ma być.

Dziś podpisałem umowę z Urzędem Pracy, dotacja wpłynęła na konto. No więc słowo się rzekło. Od poniedziałku zaczynam działać. Dużo tego wszystkiego jest do ogarnięcia, w weekend zrobię sobie plan działania, żeby się nie pogubić. Założenie działalności, zakupy, sklep internetowy, plan kiermaszów do końca roku, niby nie brzmi trudno, ale cała masa rzeczy do ogarnięcia. No ale z chęcią się w tym zagubię, pochłonę, chyba potrzebuję tego na ten moment. Ciekawe jak się spełni moje marzenie - żeby być wolnym, niezależnym i po prostu iść, jechać przed siebie, nie oglądać się. Tak bardzo chcę. W tym roku nigdzie nie pojechałem, choć marzyły mi się znowu Bałkany. Finanse mnie rozwaliły. Van okazał się zupełnym trupem, musiałem wydać dziesięć tysięcy, żeby go naprawić. Nie miałem całej sumy, więc musiałem się gdzieś zatrudnić. Wylądowałem w schronisku w Sudetach na 6 tygodni. Ciężko było. 12 godzin pracy dziennie, ale ostro, bo to raczej była restauracja, nie schronisko. Spałem w aucie, bo stawka dzienna mi więcej wychodziła bez zakwaterowania. Poznałem kilka fajnych osób, połączyła nas ciężka robota, to bardzo intymne tak się zajeżdżać z nieznajomymi. W przyszłym tygodniu może mnie odwiedzi Szymon z Adą, para, którą tam poznałem, młodzieniaszkowie, strasznie sympatyczni, on młody lekarz, ona studentka. Chcieli sobie zrobić wakacje z zarobkiem, nie spodziewali się, że wylądują w obozie pracy. Bardzo fajni.

Czytam Stasiuka, "Droga do Babadag", o Bałkanach oczywiście, ach, jak tęsknię za tą niedaleką krainą. Mam nadzieję, że w te wakacje się uda ruszyć i choć miesiąc zanurzyć się w bałkańskiej dzikości, niewinności, piękności. 

Miałem też pożegnalną rozmowę z Panną D. Co za smutek. Zraniłem bardzo tę kochaną, już i tak poranioną dziewczynę. Gdybym wiedział, że tak się rozsypię i że się okaże, że nie nadaję się teraz do ludzi, to bym nie próbował zdobywać jej serca. Myślałem, że mnie to uratuje. Zamiast tego rozczarowałem, zraniłem. Kolejny grzech na pagonach. Zaczynam jednak rozumieć, że sam się muszę uratować, nikt tego nie zrobi. Zresztą wszyscy sami szukają ratunku, obijają się o siebie, prosząc o pomoc, jesteśmy pacjentami, ktoś pamięta to opowiadanie "Wróciłeś Snoegg, wiedziałam"? Nie jestem pewny tytułu. Wyszło w jakiejś starej Fantastyce. Tacy właśnie jesteśmy. Zagubione kaleki, szukające ratunku.

Ufff, free writing w takim stanie umysłu to zabawa, ale nie jestem pewny, czy nadaje się do publikacji. No bo smutek czasami nie jest ładny. Pisarze to oczywiście ugładzą, zrobi się romantyka, ale w życiu to może być something ugly. Ale to też część życia. 

No i tyle na dzisiaj. 

Thursday, 4 November 2021

Niepodsumowanie po roku













Ponad rok temu ostatni wpis... Takiej przerwy jeszcze nie miałem. Ale nie będę robił szczegółowych podsumowań, nie ogarnąłbym tego chyba. Ani nawet mi się nie chce. Ot tak, kilka słów, Kerouackiem bym najchętniej jakimś pojechał, albo innym Ginsbergiem, albo po prostu sobą, sprzed lat, kiedy się tak nie przejmowałem wszystkim, kiedy pisałem, nie cenzurowałem, po prostu płynąłem, pozwalałem strumieniowi świadomości płynąć swobodnie.

Wieczór, listopad, za oknem ciemno, dziś nie mroźno, ale i tak palę w kominku. Kasy było mało, więc na zimę kupiłem topolę. Wiadomo, to nie buk, ale jednak dwukrotnie taniej, więc co tam, dokładam dymiącą topolą i też jest ciepło. Zmęczenie, wewnętrzne zmęczenie, czasami tak duże, że padam na łóżko i ruszyć się nie mogę, oglądam doktora House'a, jak za dawnych lat i staram się nie pocieszać za często winem. Ale to nie tak, że depresja rozłożyła mnie zupełnie - równolegle do egzystencjalnej trwogi i samotności, działam: wreszcie zebrałem się do kupy i zaczynam własny, artystyczny biznes. Udało mi się zdobyć dotację, 20 tysięcy od Matiuszki Unii, w przyszłym tygodniu będzie na koncie i czekają mnie szalone zakupy: heblarka, namiot na kiermasze, wydruki, plakaty, witraże, pocztówki, istne szaleństwo. Wreszcie spełnia się moje marzenie, żeby tworzyć zawodowo, utrzymać się z tego (choć to jeszcze wielka niewiadoma), podróżować to tu to tam, wystawić się na jakimś rynku ze swoimi obrazami, może nawet gdzieś w dalszych krainach, bez pozwoleń i papierów, jechać przed siebie swoim kampervanem... O tak, kupiłem za ostatnie pieniądze z dziadkowej działki vana, żeby całkiem nie przewalić spadku. Krok po kroku zrobię z niego przytulnego kamperka, z drewnianą boazerią, firankami, a może nawet małym kaktusem na parapecie. Dziś zamówiłem do niego zimowe opony, z wyższej półki, bo zima idzie, o bezpieczeństwo trzeba dbać. 

Pojawiła się też dziewczyna, kochana, nieduża, smutno-wesoła, Panna D. Przez chwilę myślałem, że uleczy mnie z przeszłości, rzuciłem się w nią na główkę, ale tak się nie da, tak się nie robi. Serce niedoleczone po ostatniej, przecież niedawno jeszcze z M. próbowałem, więc nadzieje i sny wypaliły się jak jałowiec na ognisku, tylko niepotrzebnie ją poraniłem,  próbując zrestartować sobie duszę. Tak na popych serce restartować? No wiem, niemądry jestem, ale myślałem, że to możliwe. Ale tak łatwo się nie da. Mam nadzieję, że mi wybaczy kiedyś, kruszynka mała, naprawdę chciałem dobrze. Ale nie wyszło. Stąd pewnie oglądam House'a - mizantropa, żeby się zainspirować i wreszcie spróbować na poważnie pożyć samemu, na własny rachunek, nauczyć się być sam ze sobą, nie szukać wiecznie schronienia w kobiecych ramionach. 

Miało nie być podsumowania, a samo się troszkę zrobiło.

Myślę, że wróciłem tutaj na dłużej, ale kto to tak naprawdę wie.