Sunday, 24 June 2018

Wednesday, 20 June 2018

Bieszczady 3

 















Dziś zrobiłem sobie spokojny, leniwy dzień. Po wczorajszym wyzwaniu nie chciało mi się już łazić po górach.
   Pojechałem na chwilę do Ustrzyk Dolnych, kupiłem hałwę od Ukrainek, pochodziłem po skwerku, zjadłem loda jabłkowego i jeszcze przed południem stwierdziłem, że znajdę jakieś pole namiotowe nad Soliną. Wymoczę się w jeziorze, poczytam Kurta Vonneguta i pooglądam na netflixie Star Trek - Discovery. Nawet dobrze im to wyszło, choć nic nie umywa się do The Next Generation:)
   Tak też zrobiłem. Woda w jeziorze była ciepła, słońce oparzyło mi trochę szyję i ramiona. Kurt Vonnegut dzisiaj mnie nie porwał. Nie zawsze podchodzi mi jego ironia. Star Trek za to coraz bardziej wciąga.
   Nie palę już trzeci dzień. Póki co najcięższy. Fizycznie mnie nie ciągnie, ale bardzo spadła mi motywacja. Zaczęły pojawiać się mysli: "a komu zależy, po co się starać, dlaczego nie płynąć z prądem". Udało mi się jednak to zwalczyć. Powiedziałem sobie, że muszę podjąć się tego wyzwania, żeby udowodnić sobie samemu, że jestem silną osobą, kimś kto potrafi zadbać o siebie i o innych. Ta myśl mnie powstrzymała.
 
    Myślałem dziś o moich ostatnich podróżach. W domu prawie nie bywam. Albo praca, albo w drodze. Czy fajnie mi z tym? Prawie:) Kocham podróże. Ale najbardziej to lubię się nimi dzielić z bliską osobą. Wspólnie wymyślać nowe miejsca do odwiedzenia, spacerować po nieznanych miejscowościach i rozmawiać wtedy o różnych sprawach, dzielić się wspomnieniami, planami, głupotkami. W każdej z tych ostatnich podróży brakowało mi tego bardzo. Miałem wrażenie, że jest mnie tylko pół. Czy to namiot w Międzybrodziu, czy plaża w Dubrowniku, czy Połonina Wetlińska... Byłem i jestem rozdarty między przyjemnością włóczęgi, a smutkiem samotności.

   Myślałem też o M. Nie czuję już złości. Myślę, że po prostu nie umieliśmy się porozumieć, co zaowocowało nawarstwianiem się nieporozumień, aż wreszcie wszystko walnęło. To nie jest zła dziewczyna. W gniewie i rozczarowaniu tak ją przedstawiłem, ale niepotrzebnie.  Jest po prostu bardziej zamknięta niż ja, co skutkowało ciągłymi napięciami. Czasami ludzie są po prostu różni i nie da się wymusić na kimś zmiany. Niech się jej dobrze wszystko ułoży.

   Chyba jutro wracam do domu. W piątek muszę oddać samochód zastępczy. Przyszły tydzień praca, a później szukanie nowego auta.

Tuesday, 19 June 2018

Bieszczady 2

















   Obudziłem się o piątej rano i już nie mogłem spać, myśląc o śnie o doskonałej miłości. Minuta za minutą rzeczywistość zaczęła jednak wracać. Przypomniałem sobie o smsach jakie dostałem w nocy i lekko zepsuł mi się humor.
   Wstałem, złożyłem namiot i już miałem ruszyć na szlak, ale przypomniałem sobie, że nie zrobiłem wczoraj zakupów na drogę, a bez prowiant nie mogłem iść w góry. Zaczekałem więc do 7. Kupiłem chleb, ser, czekoladę i wodę. I ruszyłem w trasę.
   Szybko zorientowałem się, że mam za ciężki plecak, ale nie chciało mi się już wracać do samochodu. Wejście na Połoninę Caryńską było dosyć ostre, ale czułem się silny. Krok po kroku zły humor zaczął przechodzić i zamiast myśleć o głupotach, zacząłem skupiać się na podejściu, oddechu, rytmie kroków. Kiedy wszedłem na przełęcz okazało się, że nie czekają mnie żadne widoki. Gęsta mgła ograniczała pole widzenia do jakichś 4-5 metrów. Nie przeszkadzało mi to jednak. Lał się ze mnie pot, z każdym krokiem zostawiałem za sobą toksyczne myśli. W białej mgle, na grzbiecie połoniny, samotnie, nie przeszkadzał mi żaden turysta, było jeszcze za wcześnie. Po 3 godzinach, nieźle już zmęczony zakończyłem pierwszy etap. Wszedłem do osady, w której zaczynał się szlak na Połoninę Wetlinską. I tutaj dostałem naprawdę w kość. Trasa okazała się bardzo stroma, trzeba się było wspinać po stromych schodach. Robiłem przerwy co 100 metrów, a i tak nie wyrabiałem. Zaschło mi w ustach, serce waliło jak młot, zacząłem widzieć mroczki, nogi odmawiały posłuszeństwa. Lata palenia fajek, złego trybu życia i alkoholu dały się we znaki. W pewnej chwili zacząłem się zastanawiać, czy dam rady i może powinienem zawrócić. Ale zagryzłem zęby i popychałem się dalej. I jakoś nie umarłem:)
   Fajnie jest się tak popychać do granicy wytrzymałości, dawno tego nie robiłem.
Pod Chatką Puchatka zdecydowałem, że wrócę do Ustrzyk, zjem coś dobrego i prześpię się pod namiotem koło Bieszczadzkiej Legendy. Czuję, że ładuję tu baterie.

   W Bieszczadzkiej Legendzie znów wziąłem to pyszne lokalne piwo. Jakiś przyjaciel lokalu, Dandee, poprosił mnie, żebym pomógł podłączyć projektor i głośniki. Dziś gra Polska i Senegal. Na szczęście nie dałem plamy, wyszedłem na eksperta od elektroniki. Dandee postawił mi drugie piwo. Chyba obejrzę sobie mecz ze wszystkimi. Brakuje mi poczucia community.





Acapulco - sen

  Jednym z efektów ubocznych desmoksanu są realistyczne sny. Pomyslalem o tym przed zaśnięciem. I nie rozczarowałem się. To był piękny, smutny sen. Obudziłem się płacząc. Jest piąta rano, leżę w namiocie i czuję się dobrze. Większy, pełniejszy i wdzięczniejszy.

***

   Jest rok 1966. Moja ukochana jest w szpitalu psychiatrycznym. Jej schizofrenia nie pozwala jej odróżnić rzeczywistości od jawy. Nie rozpoznaje mnie, cierpi, jest niebezpieczna dla siebie i innych. Lekarze decydują się na lobotomię, żeby ulżyć jej cierpieniu. Żegnam się z nią. Ale coś się we mnie przekręca. Nie pozwolę miłości tak zgasnąć. Wychodząc z pokoju, przecinam rzemyki jej kaftanu bezpieczeństwa. Ona patrzy mi martwo w oczy, nie rozumiejąc, nie rozpoznając. Na zewnątrz mijam obojętnych lekarzy o bladych twarzach odbijających fluorescencyjne światło. Zamiast wyjść ze szpitala, rozbijam szybę alarmu przeciwpożarowego. Rozlega się ostry dzwięk. Wszyscy biegną na zewnątrz. Zawracam. Drzwi do pokoju mojej ukochanej są otwarte. Ona stoi oszołomiona i rozgląda się niepewnie. Nagle mnie dostrzega.
   - Marcin! - woła z uśmiechem. - Co się dzieje? Gdzie jesteśmy?         Chwytam ją za rękę.
   - Chodź szybko! Musimy uciekać!
   Nie rozumie, ale słucha mnie posłusznie. Przeciskamy się przez ludzi. Przy samych drzwiach dostrzega nas strażnik. Próbuje nas zatrzymać, ale wymierzam mu cios w twarz. Wybiegamy z budynku. Jest późny wieczór. Za szpitalem jest plaża. Biegniemy w stronę morza.
   - Czy to już koniec, najdroższy? -  pyta.
   Łzy lecą mi po policzkach. Nie odpowiadam. Biegniemu szybciej w stronę wody. Ona ściska mnie mocniej za rękę.
   - Pójdę z tobą wszędzie - mówi cicho.
   Łzy ściskają mi gardło. Wiem, że ona rozumie, co musimy zrobić.
   Jesteśmy już na plaży, piasek dotyka nam stop, biegniemy tak szybko, jak jeszcze nikt nie biegnął. Pod stopami nie ma już piasku, jest woda...zaraz się wszystko skończy...
   Unosimy się w powietrze. Biorę ja na ręce i lecimy coraz wyżej. Ona uśmiecha się zdziwiona.
   - Myślałam, że umrzemy.
   Patrzę na jej najpiękniejszą twarz, najcenniejszy uśmiech w którym dawno temu się zakochałem. Widzę też księżyc, gwiazdy, i jachty odpoczywające w dole na lśniących nocą falach.
   - Wiesz.... Miałam zły sen. Wszystko zapomniałam. Nawet ciebie. I mieszkały tam straszne potwory. 
   - Wiem, najdroższa. Ale ten sen się już skończyl. 
   Obejmuje mnie mocniej za szyję.
   - Uratowałeś mnie? Tak? 
   - Zawsze będę cię ratował. 
   Suniemy nad wodą jak mewy. Jest mi dobrze i smutno równocześnie. Wiem że mimo wszystko to jest pożegnanie. Ona też to wie. Kładzie mi głowę na piersi. 
   - Szkoda że tak krótko to trwało - mówię. 
   Chodzi mi o naszą miłość. I trochę o życie. Ale to jedno i to samo. 
   - Nie chcę jeszcze się żegnac - dodaję cicho. Czuję coraz większą rozpacz. - Chcę cię kochać do końca świata. 
   Podnosi twarz i uśmiecha się do mnie. 
   - Głuptasie. Nasza miłość jest wieczna. Nigdy się nie skończy. 
   Wiem że to nieprawda. Niezupełnie. Zostało nam bardzo niewiele czasu. Ale nic nie mówię. 
   Lecimy przez noc. 
   - Pamiętasz jak sie poznaliśmy? - pyta. 
   Co za głupie pytanie. Jak można zapomnieć dzień, w którym znalazło się dom? 
   - Chciałabym znów być w Acapulco. 

Monday, 18 June 2018

Bieszczady 1




















Udałem się na nową wyprawę. Bieszczady. Byłem tu na jeden dzień w kwietniu, ale tym razem chcę się trochę powłóczyć po górach. Zatrzymałem się w Ustrzykach Górnych. Kiedy dojechałem, było już za późno, żeby wchodzić na szlak, poza tym pogoda niepewna. Szukałem wegetariańskiego jedzenia. Ucieszyłem się, kiedy trafiłem na mały rastamański bar, Bieszczadzka Legenda. Zjadłem falafela z frytkami i surówką. Klimat baru miły, swojski, alternatywny.
   Po obiedzie spytałem pana w budce z pamiątkami (Baranek) o pomysły na trasy. Pokazał mi na mapie kilka szlaków, wybrałem czerwony przez Połoninę Caryńską i Połoninę Wetlińską. Poczestowal mnie też bimbrem, poradził, żebym poszedł na darmowy prysznic do schroniska PTTK, a w końcu załatwił mi, żebym się rozbił namiotem w ogródku baru. Załatwił to z Pawłem, dredziarzem, który z tego co rozumiem stworzył to miejsce.
   Jest miła atmosfera. Piję lokalne, cholernie drogie piwo, ale warto, bo pyszne. Smakuje jak dobry angielski ale. Muszę tylko być ostrożny z fajkami. Dzis mój pierwszy dzień. Zdecydowałem jednak na zupełne rzucenie. Łykam desmoksan i cały dzień żuję zapałki. Miałem z rana małe kryzysy, ale nie jest źle. Najważniejsze to utrzymać jasność celu. Trochę zaryzykowałem z piwem, to mocny trigger, ale będę trzymał się postanowienia.

   To tyle z faktów. A co w środku?

   Długa droga samochodem. Ponad 6 godzin. Było w porządku. Czarnych myśli coraz mniej. Cieszyłem się jazdą, cicho brzdękającym radiem, widokiem gór, przewijającym się jak na filmie. Znów pączkuje uczucie wolności i nieprzewidywalności życia. W pewnym momencie Grechuta zaśpiewał: ważne są tylko te chwile, których jeszcze nie znamy. Przytrzymałem te słowa w środku, obróciłem w palcach, przyjrzałem się im podejrzliwie i chyba uwierzyłem.

   Z głośników gra cicho reggae. Za oknem pada. Zastanawiam się, jak się sprawi mój mały namiocik - dziś premiera. Muszę zmienić zapałkę w ustach, z tej już prawie nic nie zostało. Wyciągam kindla i szukam lektury.

   Jutro 27 kilometrów szlaku.


Sunday, 17 June 2018

Trochę ciszy

 
Turnau pomaga mi szukać magii i spokoju. Skończył się galimatias schroniska, hałas, picie, ciągłe interakcje, granie, jedzenie, wszystko. W domu wziąłem prysznic z ogrodowego węża, zrobiłem pranie, zapaliłem świeczki na kominku, zaparzyłem sobie Earl Grey i włączyłem muzykę. Gdzieś tam w tle tłuczą się wspomnienia dźwięków i rozmów, ale powoli wszystko się uspakaja. Ten tydzień był wyjątkowo intensywny i trudny. Już w środę miałem ochotę uciec i schować się gdzieś, albo pojechać samochodem daleko. No ale przetrwałem grupy szkolne, całodniową dezynsekcję, trzydniową wizytę szefa, niekończące się gotowanie i niepozbierane myśli.
   Chce mi się podróży. Jutro. Wpadłem na pomysł, żeby pojechać znów w Bieszczady, ale tym razem pochodzić trochę po szlaku. Samotnie, spokojnie, bez alkoholu i fajek. Nie jestem tylko pewien, czy będę miał samochód. Dostałem pismo z PZU, że moje odszkodowanie jest gotowe, a to znaczy, że będę musiał oddać zastępcze auto. Chcę się jednak odwołać, bo zaniżyli mi cenę rynkową. W ten sposób zyskam jeszcze kilka dni i wyprawa może wypalić. Jutro zadzwonię i się dowiem.
   Nie wiem, jak wpłynie na mnie taka wyprawa. Nie chodzę zbyt wiele po górach, poza tym boję się trochę być sam na sam z sobą w tym momencie. Ale coś mi mówi w środku, że tego potrzebuję. Czas przestać uciekać w towarzystwo i imprezy. Będę szedł, patrzył, robił zdjęcia, pisał w dzienniku, wieczorem poczytam książkę w schronisku, bez pośpiechu, a być może nawet wyłączę w ciągu dnia komórkę, ale to byłoby wyzwanie. Jedna rzecz pochodzić samemu po górach, a zupełnie inna nie zerkać od czasu do czasu w okno fejsbuka albo whatsappa, żeby upewnić się, że ktoś gdzieś tam jest. Ale podoba mi się ten pomysł. Kusi.

   1. Wyłączyłem na chwilkę bloga i dostałem maila, że smutno komuś, bo lubi mnie czytać, że znajduje u mnie magię, kiedy tej magii brakuje w jej życiu. Więc włączyłem.

   2. Bardzo chciałbym rzucić papierosy. Mam dość kaszlu, smrodu i myśli, że może mnie to zabić. Jedna opcja to spróbować zupełnie rzucić. Kupić Desmoksan i żuć zapałki, aż nie zrobi się lżej. Druga opcja to powrót do e-papierosa. Obydwie mają swoje plusy i minusy. Pierwsza pomogłaby odzwyczaić się od nawyku wdychania dymu. Ale próbowałem kilka razy i zawsze się łamię. Druga pozwoliłaby mi zachować ten nawyk, ale w o wiele mniej szkodliwej formie. Niestety, ciągle byłbym palaczem i łatwo mógłbym wrócić do fajek, jak pokazało doświadczenie. Może więc zrobię to w dwóch stadiach. Najpierw przerzucę się na e-papierosa, żeby łatwiej było przejść najgorszą część odwyku, a kiedy już nie będę myślał o fajkach, wtedy wezmę się za elektronika. 

Thursday, 14 June 2018

Rewitalizacja



























Deszczowy dzień na Krawcowym Wierchu. Na piecu bulgoczą słoiki z bigosem. Na słowackim Radio FM (moje ulubione) sennie kołysze undergroundowy ambient. Prawa ręka zmęczona od szorowania przypalonego, pięćdziesięciolitrowego gara. Oszroniona szklanka z piwem. Tykane zegara. A oprócz tego to cisza. Miło.

Program rewitalizacji Marcysia

   1. Praca nad poczuciem własnej wartości. Rozwijanie dumy z siebie i swoich osiągnięć i cech. Rysuję, piszę, tworzę piosenki, jestem oczytany, znam kilka języków obcych, mam "integrity" i silnie zakorzenione wartości moralne. Come on. To uczucie bycia niewystarczającym jest głupie. Programowanie z dzieciństwa.

   2. Rozwój zawodowy: wejść głębiej w copywriting. Szukać zleceń, czytać literaturę fachową. Z czasem to zaowocuje lepszą kasą i satysfakcją zawodową.

   3. Ograniczyć używki. Praca nad punktem pierwszym pomoże. Bo dlaczego ktoś pije? Bo źle mu ze sobą.

   4. Starać się patrzyć w przyszłość, zamiast wisieć na przeszłości. M. i to co z nią przeżyłem, to przeszłość. Zarówno te dobre, jak i gorsze rzeczy. Przeminęło.

   5. Zadbać o swoją kreatywność. Nie przestawać pisać, rysować, robić muzykę. Nawet jeśli tylko przez mały moment dnia.


Saturday, 9 June 2018

Zapach po burzy

   Przestało padać. Powietrze przyjemnie pachnie. Słucham cichutko Sarsy, czasami lubię babską muzykę do wyciszenia. Jest mi spokojnie, refleksyjnie. Dawno nie czułem się w domu jak w domu, mój umysł wędrował niespokojnie. Ale dziś jakoś swojsko się tutaj poczułem. Suszarka z praniem, kolorowy i ciepły koc od Agi, książki o anarchizmie, Krysznie, filozofii, poezja, sci-fi, kryminały, ciut za niskie biurko, obrazki Tani na kominku, a na ścianie koty z Bristolu, kącik z instrumentami i kącik turystyczny, z plecakiem, trzema namiotami, śpiworami i karimatami.
   Ostatnie 3 dni zrobiłem mały krok wstecz, niepotrzebnie nawiązując kontakt z M., rozdrapując przy tym rany. Na szczęście nic z tego nie wynikło, oprócz kilku dni pijaństwa. Patrząc na to jak fajnie się dzisiaj czuję i na to, że takich dni jest coraz więcej, czuję ulgę i radość. Mam wrażenie, że krok po kroku odzyskuję starego siebie. To dobrze. Stęskniłem się.
 
 

Thursday, 7 June 2018

Zwracając

   Wczoraj wieczorem wypiłem trochę za dużo whiskey i żeby się dobić zapaliłem jeszcze coś mocniejszego. Niestety nie zasnąłem, co byłoby lepsze od pisania z M. Zamiast ulgi, poczułem się gorzej. Moja tęsknota starła się z jej ścianą.
   Stary, zostaw to wreszcie...
   Później napiłem się jeszcze więcej i w końcu wylądowałem z głową w kiblu, zwracając nie tylko pół przetrawiony alkohol, ale i mój cały głupi dzień.
   Dziś obudziłem się na mocnym kacu, ale jednocześnie spokojny, zmotywowany. Odbicie się od dna tak na mnie działa. Przez kilka godzin sprzątałem dogłębnie cały dom, czyszcząc każdy zakamarek, każdą małą duperelę, aż moja jaskinia zaczęła lśnić i pachnieć. Słuchałem sobie do tego Koniec Świata i Strachy na Lachy. Fajnie, gdyby dało się tak posprzątać siebie. No ale dlaczego nie? Trzeba tylko jakoś zacząć. Zacznę od pisania książki o moich podróżach. Zbyt długo już odkładam ten projekt. Materiału mam w cholerę. Teraz jakoś to ułożyć i zrobić ilustracje. To zajęcie pozwoliłoby mi wyrwać się z tej głupiej koleiny.

   Dziś próba zespołu na Krawcowym. Wychodzę za jakieś 2 godziny.

Wednesday, 6 June 2018

Czekanie i sny

   Ten dzień trochę nie taki, jakbym chciał. Po zejściu z gór, kiedy skończył się gwar, hałas, rozmowy i żarty, zostałem sam z sobą i tak jak się obawiałem, wróciły niedokończone myśli, sprawy i poczucie izolacji.
   Rano pojechałem z Sz. załatwić sprawę zajścia z chłopakiem, który sterroryzował nasze schronisko w sobotę. Sz. ma jeszcze ważną obdukcję z poprzedniego z nim zajścia. Jeśli jej użyje, chłopak wyląduje z powrotem w więzieniu. Nie wiem, co jest dobre w tej sytuacji. Szkoda mi jego ojca i myślę, że to mogłoby zepsuć nasze stosunki.
   Ćwiczę swoje piosenki na pierwszy koncert. Nie pamiętam wszystkich tekstów, więc trochę muszę nad nimi posiedzieć. Mam dużą tremę. Chciałbym być naturalny, przekazać na koncercie te emocje, które czułem, kiedy te piosenki powstawały, ale boję się, że nie uda mi się być autentycznym, że w tej tremie zgubię przekaz. Martwię się też, czy chłopaki dadzą radę, bo żaden z nas nie jest profesjonalnym muzykiem.
   Nieraz to już pisałem, to chyba stało się moją mantrą, widzę to zdanie we wszystkich dziennikach z ostatnich 20 lat, ale znów to napiszę: tęsknię za harmonią, miłością i spokojem. Czasami się boję, że może coś jest ze mną nie tak. Może za bardzo czuję i chcę czuć jeszcze więcej. Może przeczytałem za dużo książek, nauczyłem się czytać za wcześnie i wspałem sobie do niegotowej, młodej głowy worki słów i myśli. Teraz, kiedy okazało się, że rzeczywistość nie chce dorównać lekturze i marzeniom, usycham, łaknę i śnię. Nie jest to wygodna sytuacja, ale jeśli przestanę śnić, to co zostanie? Lodowaty wszechświat i gra o punkty? To już wolę to, co jest teraz: czekanie i sny. Nawet jeśli znowu rzucę serce w nie te dłonie.
 
 
 
 

Tuesday, 5 June 2018

Cieszyńskie wyciszenia

 

























   Mam takie miejsce, do którego bardzo lubię wracać. Cieszyn. Nie wiem, skąd się wzięła ta sympatia do miasteczka, z którym nigdy mnie nic nie wiązało. Malutki ryneczek, stare uliczki, most łączący cześć polską z czeską, wzgórze z zamkiem koło szkoły muzycznej, skąd rozciąga się widok na Olzę i Czechy. Zwykle jadę tam przez Istebną i Wisłę, unikając głównych dróg.
   Zaparkowałem przy rynku, wypiłem kawę i zapaliłem papierosa, obserwując spokojnych, miejscowych ludzi. Później zrobiłem sobie spacer po ulubionych miejscach, o których wspomniałem na początku.
   Nie planowałem żadnych zakupów, ale zaciekawił mnie szyld sklepu hip hopowego. Od dawna szukam krótkich bojówek, ale te w mainstreamowych sklepach są do dupy. Nie rozczarowałem się, znalazłem dokładnie takie, jakie chciałem i jeszcze dokupiłem koszulkę z napisem Passion Respect Friendship Creativity. Nie wiem dlaczego tak rzadko kupuję ciuchy. To przecież taka przyjemność.
   Miałem trochę ciężki poranek. Męczyły mnie wspomnienia. Ale wycieczka pomogła. Lubię to uczucie wolności i niezależności, kiedy siadam za kierownicę i jadę gdzieś dalej albo bliżej, do miejsca, gdzie nikt mnie nie zna i mogę zgubić się w tłumie. Jest w  tym element samotności i czasem przychodzi do głowy, że miło byłoby spacerować z kimś bliskim. Ale jednak to jest przyjemne być samemu z sobą. Odkrywam to wrażenie na nowo.
   Postanowiłem, że skończę z randkowaniem na jakiś czas. Po M. spotkałem się z kilkoma dziewczynami, ale zdałem sobie sprawę, że jest za wcześnie. Nie mogłem się otworzyć, a poza tym zdałem sobie sprawę, że mogę niechcący kogoś zranić. Więc na razie daję sobie spokój. Rebound nie jest dla mnie.
   Został miesiąc do OSPA na Rycerzowej, czyli jeszcze jakieś 4 może 5 prób. Mało, ale musi wystarczyć, żebyśmy z chłopakami przygotowali się do koncertu.


 

Sunday, 3 June 2018

Poranny rozruch



























    Deszczowy, senny poranek. Turyści w naburmuszonej ciszy jedzą jajecznicę. Nie chce im się wychodzić ze schroniska, a muszą. Jutro praca, szkoła, obowiązki. Maro, Krejzi, Karolina i Monika sączą poranne whiskey, żeby wyrwać się z mokrej, zamglonej melancholii. Mi natomiast ta melancholia pasuje. Z głośników cicho gra Bakszysz, jakaś płyta z lat 90.
   Siedzę z boku, tak jak większość czasu. Lubię towarzystwo, ale lubię być na jego skraju i tylko czasami wskoczyć na chwilę, aż się nie zmęczę.

   Poranny rozruch:

   1. Otwieram oczy na kuchennej, nierozłożonej kanapie. Widok brązowych od czasu drewnianych beli i kaflowego, wiekowego pieca uświadamia mi gdzie jestem.
   2. Oddaję się na kilka minut lekturze o toksycznych związkach i narcyzmie. Nie, żebym chciał, ale potrzebuję wzmocnić swoją percepcję i zbudować jasność. Nowe lekcje dopiero się asymilują, muszę je jakoś ułożyć w sensowną całość.
   3. W kuchni pojawiają się pierwsi domownicy. Czas wstawać.
   4. Herbata z cytryną, maślanka i kuskus z wczoraj na śniadanie.
   5. Robię zdjęcie deszczowego świata na nieoficjalną stronę bacówki.
   6. Wymięty papieros znaleziony wśród szpargałów na parapecie.


Saturday, 2 June 2018

Wojna i marzenia

 













Dziś na górze dzień trochę wojenny. Odwiedził na kryminalista  z pobliskiej wioski, z którym mamy już sporą historię. Ponieważ nie chciał pójść sobie po dobroci, musieliśmy zastosować argument siłowy (obejmujący dawkę gazu pieprzowego).
   Zmartwiło mnie, że nie poczułem nawet drżenie dłoni. Maro był cały roztrzęsiony, kiedy wyrzucił go na zewnątrz schroniska, a ten wylądował w pozycji poziomej. Zdałem sobie sprawę, że coś podobnego zdarzyło się w poprzednią niedzielę, kiedy o mały włos nie zginąłem w wypadku. Czyżby ostatnio wyczerpał mi się zapas adrenaliny? Mam nadzieję, że niedługo zacznę czuć coś więcej. Lubię swoje "czucie". Było mi głupio, że nie poczułem nic. 

Z pamiętnika:

   Czarodziejski świecie. Proszę, wyłącz mnie z gry o punkty. Nie dość, że nie jestem zainteresowany, to jeszcze jestem w tej grze bardzo kiepski.

   Ty, której jeszcze nie spotkałem... 

  ... Wtedy otwierasz drzwi i rzucasz się na kanapę obok mnie, kładąc rozczochraną głowę na moim ramieniu. 
   - Marcycho, chciałabym cię zgnieść, zadusić miłością, ty wredny stworku.
   - Duś mnie, najpiękniejsza.
   Lubię dotyk twojego ciała. Zamknąć w dłoni twoje drobne biodra w obcisłych dżinsach. Poczuć jak wrzucasz niedbale swoje nogi na moje nogi i wcinasz Prince Polo, obsypując mnie niemiłosiernie czekoladowymi okruchami. A kiedy chwyta nas w swoje szpony anioł pożądania, to świntuszymy bez pamięci. I nawet kiedy najniegrzeczniejszy pomysł uderzy nam do głowy w pościeli, to nasza miłość pozostanie przejrzysta jak bimber z bluszczu po którym wspinał się w Weronie pewien szaleniec.