Wednesday, 4 October 2017

2017 Free Writing 2

 




















   Początek. Od tego pierwszego słowa spróbuję wystartować. Poczatek nowego życia, początek wieczoru, początek znajomości z Kosheen, jeszcze nie wiem, czy ją lubię, ale mam ochotę na damski wokal i trochę elektroniki.
   Ciepło. Wziąłem długą kąpiel z książką. M. Scott Peck „The Road Less Travelled and Beyond”. Ma już sześćdziesiąt lat. Kiedy ją pisze, mija dwadzieścia od jego pierwszej książki. Ciekaw jestem, gdzie poprowadziła go jego droga. Dla mnie ta podróż to kwestia kilku tygodni (The Road Less Travelled i Further Along the Road Less Travelled przeczytane we wrześniu). Lubię go. Pisze o tym, że życie nie jest łatwe, że nie ma prostych odpowiedzi. W tym szukam otuchy: że mój życiowy chaos to nie tylko błądzenie, ale właśnie okazja do postępu, zgłębienia życia, odkrycia siebie. Czasami jest to wszystko bolesne, ale skoro nie ma prostych odpowiedzi, to chyba dobrze, że boli. To znaczy, że nie może się ustać życiowa zupa, nie robi się na niej niesmaczny korzuch, zawsze pozostaje świeża. Tak w końcu zawsze chciałem, choć kiedyś, te dwadzieścia lat temu nie wiedziałem do końca, co to oznacza. W swojej niewinności oczekiwałem łagodnego, radosnego postępu, w bezpiecznym otoczeniu, podążając po prostu za tym ciepłym, harmonijnym kącikiem w sercu. Okazało się, ze harmonia rodzi się z chaosu, niepowodzeń, wewnętrznych zmagań.
   To tak w ramach filozoficznego wstępu.
   Dziś rano znów biegałem. Wczorajsze zakwasy sprawiały przyjemny w sumie ból. Biegłem wzdłuż rzeki, wsłuchując się w swój oddech i szum wody. Powietrze pachnie już jesiennie. Niedługo zacznie pachnieć zimowo i to najbardziej lubię. Śnieg skrzypiący pod butami, rozgwieżdżone mroźne niebo i świadomość, że bez kalesonów, grubych skarpet, czapki, rękawiczek i kurtki, umarłbym w kilkanaście minut. Po powrocie próbowałem medytować na mojej mantrze, a później spędziłem kilka godzin na pracy przy domu. Układałem drewno pod ścianą, część wrzuciłem do drewutni, przygotowałem też miejsce na czereśnię. Biedaczka została skazana na ścięcie, bo przestała dawać owoce, a do tego niszczy dach i blokuje rynnę. Będzie z niej drewna na parę miesięcy zimy. Jestem jej wdzięczny i też zawstydzony, że dla mojej wygody straci życie. Ale tak to wygląda. Przestałem jeść mięso, żeby nie ranić zwierząt, ale nie mogę rozciągać ahimsy w nieskończoność. Ze względów praktycznych, z lenistwa, z nieczułości.
   Bieganie i ciężka praca sprawiły mi dużą satysfakcję. To działa. Ostatnie kilka miesięcy wegetowałem pomiędzy imprezowaniem w schronisku, a wegetacją domową przy serialach, telewizji i marudzeniu. Niedawno postanowiłem zmusić się do pewnej rutyny, żeby wyrwać się z marazmu właśnie przez zmuszanie się do wykonywania pewnych rzeczy, narzucenie sobie dyscypliny. Zrobiłem nawet listę do odfajkowywania:

Plan dnia

1. Medytacja (mantrowanie, Bhagavatam, modlitwa)
2. Bieganie (albo inny sport, w zależności od pogody)
3. Praca wokół domu (drewno, piece, etc.)
4. Śniadanie
5. Pisanie
6. Rysowanie
7. Nauka gry na instrumencie
8. Reszta (filmy, relaks, więcej twórczości, nauki, spotkania, posiłki, etc.)

   Nie do końca daję radę ze wszystkim, na przykład nie udało mi się wczoraj uczyć instrumentu, ale dopiero się rozkręcam. Zresztą, kiedy już ogarnę drewno na zimę, to tych obowiązków domowych będzie mniej, więc czas też się znajdzie. Cieszę się na spędzenie jesieni i zimy w ten sposób. Chciałbym, żeby to był czas na otrząśnięcie się z chaosu i zmęczenia, i stworzenie sobie fundamentów.
   Myślę, że w poszukiwaniu doskonałej wolności zabrnąłem za daleko, na niezbadane rubieże, gdzie trochę się zgubiłem. Nie byłem jeszcze dość silny, moja magiczna różdżka nie miała w sobie dość magicznej mocy, a towarzysze podróży odpadli gdzieś po drodze. W końcu przyszedł czas, żeby wycofać się na znajome ziemie, wylizać rany i nabrać siły przed kolejną ekspedycją.
    Jak nazywał się ten arystokrata z W 80 dni dookoła świata? William Fogg? Jakoś tak. Uwielbiałem tę książkę jako dzieciak. Podróż z bohaterami była jasna, klarowna, bez tajemnic, bez błądzenia, bez rozpaczy, bez smoków, trolli i wiedźm. Świat w tej książce wydawał się bezpiecznym miejscem, nawet jeśli czasami chaotycznym, to moralne zasady i spryt Williama Fogga rozwiewały ciemniejsze chmury.
   „Kiedyś, gdy czytałem Verne’a, byłem marynarzem”, śpiewałem, w którejś z moich piosenek.
   Nie pamiętam snów z ostatniej nocy, co jest dla mnie czymś wyjątkowym. Zwykle pamiętam prawie całą fabułę. Choć pamiętam, że obudziłem się w nocy i powtórzyłem sobie jakieś ważne rzeczy ze snu, żeby utkwiły w głowie. No ale nie udało się.
   Dziś nie wspomagam się żadnym trunkiem. Nie mam ochoty. Podoba mi się być tak zupełnie trzeźwym, widzieć wszystko takie, jakim jest. Zresztą gdy unikam alkoholu, to moje emocje są bardziej zbalansowane, łagodne, nie miotają mną od ekstazy do depresji. Mam dość takich huśtawek. Lubię czuć się spokojnym, przytomnym, wyważonym.

dzień później:

Leje od rana. Gorąca, gorzka herbata przyjemnie rozgrzewa żołądek, stopy grzeją się od termofora, a plecy wystawione do kominka. Jestem zabezpieczony ze wszystkich stron. A serce? Serce ciągle zimne, ale być może muzyka rozgrzeje. A może nawet herbacie się uda, w końcu żołądek blisko serca (ha ha ha, zaśmiał się hrabia po francusku).
   To już czwarty dzień pisania. Postaram się tego trzymać. Jest dopiero za dwadzieścia dziesiąta rano. Biegałem, mantrowałem, naniosłem drwa do kominka, zawiozłem Monikę (szwagierkę) na zakupy do miasteczka. I na tym chyba koniec obowiązków na dzisiaj. Mieliśmy z Łukaszem ciąć czereśnię, ale deszcz pokrzyżował plany.
   Wczoraj udało mi się powstrzymać i nie wysłałem pannie M. smsa ani nie zadzwoniłem, choć czułem silne parcie (zerwała ze mną przedwczoraj). Dziś jest już chyba łatwiej. Myślę, że parę dni jeszcze się pomęczę i zacznie być lżej. Chyba że ona się odezwie i będzie chciała spotkać. Nie mam tyle siły, żeby powiedzieć nie, choć wiem, że ten związek nie jest dla mnie. Myśl o bliskości, seksie, rozmowie z nią jest zbyt kusząca.
   To znowu ta trywialność. Z braku prawdziwej miłości, czystej, wykutej w kuźni razem z gwiazdami, jestem w stanie zadowolić się zwykłą, ziemską. Antynikotynowa łatka na samotność – to wszystko, czym to jest. Antidotum być może jest przyjęcie schronienia w marzeniach. Uwierzenie, że jest gdzieś ta dziewczyna, która jest tylko dla mnie, która czeka na mnie, tak samo desperacko jak ja na nią. Dziewczyna, która lubi Starszych Panów, zaczytywała się w dzieciństwie książkami o Tomku Szklarskim i czasami ucieka w długi serial o szalonym kosmicie albo rodzinnym zakładzie pogrzebowym. Dziewczyna, która ufa, jest spokojna, często smutna, kocha zwierzęta tak bardzo, że nie włożyłaby żadnego do ust, wierzy w Boga, ale nie lubi religii, która chciałaby, żebym był jej całym światem i która gotowa jest stać się całym światem dla mnie. Która nie martwi się biedą, wiedząc że Wszechświat zawsze się jakoś zaopiekuje i która wierzy w anioła stróża. Może ma ciemne włosy z grzywką i brązowe lub ciemnozielone oczy, ale niekoniecznie. Może jest blondynką z kręconymi włosami i oczach o kolorze lipcowego nieba. Tak też może być.
   Ostatnio znów zacząłem palić papierosy. Niezbyt dużo, ale jednak. Nie mam ochoty przestać i wrócić do elektronicznego (choć elektronicznego też ćmię w przerwach między fajkami). Palenie, choć w tle grozi rakiem, to daje mi pewien rodzaj ukojenia, komfortu psychicznego.
   Moja książka ma być o podróżach. Trochę boję się zanurzenia we wspomnieniach. Większość z podróży, które chcę spisać, wydarzyły się jeszcze przed Końcem Epoki. Do tej pory unikałem spoglądania na tamtą stronę czasu, ale być może jestem już gotowy rozliczyć się z przeszłością i mogę myśleć i wspominać tamte lata z czułością, nie z rozczarowaniem i poczuciem winy. Minęły cztery lata. Czas już ruszyć do przodu.
   Podróże.
  Pomorze Zachodnie. Szliśmy kiedyś drogą z pewnej wioski do miasteczka. To była wczesna jesień. Wielkie kasztanowce i dęby, jak poczciwe dinozaury, stały na poboczu szosy, osłaniając nas od gorącego, wrześniowego słońca. Okoliczne wzgórza zieleniły się lasem, a w ogródkach działkowych krzątali się miejscowi. Szliśmy karmiąc oczy tym wszystkim i powiedziałem jej wtedy, że chciałbym całe życie tak iść razem, przed siebie. Mijając wsie, miasta, państwa, góry, jeziora, lasy, nigdy się nie zatrzymywać. Później spełniliśmy do pewnego stopnia to marzenie, kiedy wyruszyliśmy na Camino de Santiago. Ta wyprawa sprawiła, że jeszcze bardziej zapragnąłem iść z nią na zawsze. Ale nie udało się. Trywialność dnia codziennego dopadła nas i sponiewierała. Brak pieniędzy, praca, emigracja, stres, długi, nerwica, mój romans, rozwód. Przestaliśmy iść wspólnie tamtą jesienną szosą pod kasztanowcami i dębami. Ona poszła w swoją stronę, wyszła za mąż, uczy się życia z kimś innym, opiekuje się jego córką z poprzedniego małżeństwa, poznaje nowy język. Ja zgubiłem się trochę. W kilku kolejnych kobietach szukałem czegoś, co nie mogły mi dać. Przede wszystkim doskonałego zrozumienia. Po dniach lub tygodniach zachłyśnięcia się nową osobą, jej ciałem, ciepłem, głosem, zaczynałem czuć rozczarowanie, a zamiast wolności dopadało mnie uczucie utknięcia.
   Kolejny wpis prawie w całości poświęcony kwestii miłości damsko-męskiej. Widocznie jest to dla mnie temat ważny, muszę tutaj coś wypracować, choć jeszcze nie wiem co. Żeby, jak porządny dorosły człowiek, porzucić marzenie o ideale i znaleźć szczęście w zwykłym, codziennym związku, w jakich żyje większość? A może na odwrót? Trzymać się tego i wierzyć, że Wszechświat wystawia mnie na próbę, a kiedy ją przejdę, czeka mnie nagroda? Czasami skłaniam się ku pierwszej opcji, czasami ku drugiej.
   Nie chodzi tutaj jednak o znalezienie ideału. Nie ma ludzi doskonałych, zresztą mój „ideał” nie jest ideałem. Jest osobą niedoskonałą w taki sposób, że jej niedoskonałości dopełniają się z moimi.
   To tyle na dzisiaj. Wczorajszego wpisu nie wrzuciłem na Garść drobnych, dzisiejszego jeszcze nie jestem pewien. Przeczytam go i zdecyduję.


   Teraz zabiorę się za nowy obrazek.

Tuesday, 3 October 2017

2017 Free Writing 1




















   (...)
   Chcę napisać książkę. Dwie. Chcę skończyć "Najstarszych" i napisać coś o moich podróżach. "Najstarszych" skończę później. Muszę się do nich rozgrzać, to projekt ambitny, ważny i nie do końca jestem pewien jak i co w nim przekazać. To moja dusza.
   Druga książka też jest o mojej duszy, też jest ważna, ale książka o faktach i przygodach jest łatwiejsza niż książka tylko z umysłu. Więc książka o podróżach będzie moją rozgrzewką. Gdzieś zapisałem listę rozdziałów, tak wstępnie, pewnie coś jeszcze dojdzie. Nie jest problemem ilość przygód, tego mi nie brakuje, a to czego braknie, dopełnię fantazją. Brakuje mi myśli przewodniej, lajt motif, coś, co sprawi, że nie będzie to luźny zbiór historii, ale całość, moja wielka podróż przez życie.
   Mam różne pomysły. Na przykład nie robić tego chronologicznie. Czytelnik będzie mógł zajrzeć tu i tam i tu i znowu tam, i chaotyczna układanka pokaże mu szerszy obraz mojej ścieżki. Póki co jestem przywiązany do tej idei.
   Chcę, żeby te historie były opisane głęboko, elokwentnie, filozoficznie, lirycznie, wzruszająco, ale też lekko, humorystycznie, osobiście, ale nie ekshibicjonistycznie. To będzie ciężka praca. Ale kiedy raz uda mi się wejść w klimat, zrozumieć konewncję, to powinno iść już gładko. Ale ta myśl przewodnia… Gdzie ją znaleźć? Może za bardzo się tym martwię? To jest 2017 rok. Nie ma nic złego we fragmentarycznym pisaniu. Pamiętam Opowieć Zimową Paula Austera. To był w pewnym sensie chaos. Ale jednak nie był. Może ten lajt motif wyjdzie sam?
    Teraz piszę pierwszy raz od lat, tak naprawdę, klikając w klawisze jak szalony, free writing, bez zastanawiania się i czuję radość. Jakby żadnej przewry nie było. Wydaje się, że nie będzie tak źle. To tylko kwestia rutyny, powtarzania, odwagi. Odwagi!
    Piję whiskey. Zasmakowałem ostatnio w tym dębowym smaku i gorącej od niej krwi w żyłach. Słucham muzyki od M.. Nagrała mi na pendrivie kilkadziesiąt albumów. Dobrze mi się tego słucha. Nie pławię się w zaśniedziałych playlistach sprzed lat. Tamte lata minęły. Czas na nowe. M., dziwna istota, która czasami mnie zachwyca, a czasami irytuje. Ale nie wiem ciągle ile z tej irytacji rodzi się z tego, że nie jest Tanią, a ile przychodzi od niej. I nie wiem jeszcze ile tego zachwytu pochodzi z namiętności, a ile z serca. Więc nie podejmuję stanowczych, pochopnych kroków i płynę z prądem, czekając, czy przestanie mnie zachwycać, czy wypchnie Tanię z jej piedestału…
   To nie tak. Nie chcę już nikogo na piedestale. Chcę być wolnym sobą, wiedząc, że nie ma ludzi doskonałych, doskonałej miłości. Jest tylko dusza, wyobraźnia, serce, niedoskonałość, przezwyciężanie, odbijanie się od dna i wieczne szukanie szczęscia. Parafrazując hiszpańskiegho anarchistę: szczęście jest jak horyzont. Zmierzasz do niego, ale ono z każdym krokiem oddala się o taką samą odległość. Ale nie o to chodzi, żeby je osiągnąć, ale właśnie o podróż, o dążenie. On mówił o utopii, ale szczęście też tu pasuje.
   Daleko jeszcze do dwóch stron (to moje minimum jeśli chodzi o strumień świadomości)? Jeszcze jeden, albo dwa paragrafy. Chcę poćwiczyć na free writing zanim wezmę się za „książkę właściwą”. 
   O czym jeszcze napisać? Coś z moich ulubionych rejonów? Snów?

   (tutaj sen, który ocenzurowałem)

   O tym był sen. Obudziłem się zły, zmęczony. Przez chwilę patrzyłem tępo w sufit, później spojrzałem na zegarek. Siódma. A właśnie, że nie przeleżę dwóch albo trzech godzin w łóżku, klikając facebooka na komórce. Ubrałem dres, buty do biegania i pobiegłem w mżawce i mgle. Błoto chlapiące spod butów, płuca wypluwające zaschniętą smołę i nikotynę, uszy szczypiące od chłodu.
   Poczułem się dobrze. W domu zrobiłem jeszcze kilka brzuszków. Łokieć tenisisty nie pozwolił mi na nic innego.
   Później medytacja: intonowanie mantr, modlitwa, czytanie Bhagavatam. Pierwszy raz od miesiąca, albo i więcej. Myśl przewijająca się w międzyczasie: niech to nie będzie obowiązek, niech to nie będzie strach, niech to nie będzie ucieczka. Chcę poczuć przestrzeń poza słowami, poza dotykalnym światem. Miłość Absolutu, a nie zaschnięte pozostałości po pełnym poczucia winy katolickim wychowaniu. Trochę się udało. A reszta to nadzieja, że uda się kiedys na dobre.
   Po śniadaniu wziąłem się za noszenie drwa. Poukładałem pod ścianą, przerzucając ciężar na lewą rękę, bo prawa już od trzech miesięcy niesprawna. Stos zawalił się trzy razy, zanim udało mi się tak ułożyć konstrukcję, że ciężar mokrego buka, zamiast ją osłabiać, wzmocnił.
   Później prysznic, wyprawa do sklepu po whiskey, rozpalenie ognia w kominku.
   I już prawie czwarta. Zapada zmrok,  krople deszczu spływają po szybie, Grabaż śpiewa o zimnych dziadach listopadach po deszczowych obiadach. Idealnie pasuje. „A gdy się spełni wróżba…” Oprócz deszczu, szarego nieba i wysokiego, nieśmiałego chwasta udającego desperacko drzewko, widzę  grubo pociętą wierzbę za parapetem, która będzie grzała mnie w zimie. Zapas drewna wzbudza we mnie poczucie bezpieczeństwa.

PS. Kto jeszcze nie ma kompletu moich pocztówek ani albumu z muzyką? :) Piszcie na maila: kalpatarudasa@gmail.com