Showing posts with label podróże. Show all posts
Showing posts with label podróże. Show all posts

Sunday, 12 December 2021

Hotelowy świt

Z hotelami mam dwa przeciwstawne skojarzenia. Jedno to ekscytacja, seks, odpoczynek. Gdzieś tam w drodze, z kobietą, po całym dniu włóczenia się, zwiedzania, poznawania nowego miejsca, chowamy się w jakiejś mniej albo bardziej przytulnej norce, bierzemy prysznic, oglądamy telewizję, cieszymy się sobą.

Drugie skojarzenie to samotność. Wiele razy gdzieś tam uciekałem, im bardziej zagubiony, tym dalej. W jakimś lichym pokoiku chciałem odetchnąć po dniach wśród hałasu, tłumu, obcości, zimna. Ale pokoje hotelowe nie są najlepszym miejscem na ciepło. Bezosobowe, tymczasowe. Po chwilowej uldze (że już cicho), zaczynają się myśli, rozkminy, wątpliwości.

Wczoraj zasnąłem wcześnie, pewnie koło ósmej. Obudziłem się przed północą. Kac zupełnie mnie otrzeźwił. Wiedziałem, że szybko nie zasnę. Przepłukałem usta zimna wodą, zapaliłem papierosa i obejrzałem jakiś kiepski film na Netflixie. Jeden z tych, które kojarzą mi się z długimi podróżami autokarem: jakaś banalna akcja, sensacja, jeszcze banalniejszy happy end. Kiedy lata temu, zanim jeszcze loty stały się niewytłumaczalnie tanie, jeździłem autobusem do Danii, Anglii, Holandii, a nawet Hiszpanii. Zawsze zastanawiałem się, czy istnieje jakiś osobny wydział w Hollywood, który produkuje filmy dla polskich firm autokarowych. No bo nigdzie indziej na te filmy nie trafiałem.

Wreszcie koło 4 rano zasnąłem. Rano spłukałem z siebie sen i pot, używając taniego hotelowego mydła do rąk. Szczoteczka i pasta zostały w samochodzie więc nie umyłem zębów. Zrobiłem mocną kawę w hotelowej "kuchni" na korytarzu i już nie czułem, że coś zdechło mi w ustach. Wypaliłem dwa papierosy przed hotelem. Główna ulica była mroźna i pusta. Miałem nadzieję, że miasto się zaludni. Przydałoby się trochę utargu, żeby choć zwróciło się paliwo. Więcej nie oczekuję.



Saturday, 11 December 2021

Tu Wisła

 

Już po szóstej. Zamknąłem stoisko, znalazłem hostel za 110 i usiadłem w barze, żeby coś ciepłego zjeść. Tak że w sumie cały utarg z dzisiaj wydaję. Innymi słowy, bardzo kiepsko. Wisła. Potwierdza moje przekonanie o góralskich miejscowościach. Od dzieciństwa mieszkałem właśnie w góralskiej wiosce i Boże, jak miałem tego dość. Ludzie mali, zamknięci, źli, skąpi, ograniczeni. Wiem, że źle to brzmi, ale tak tu jest. Poczułem to mocno dziś na kiermaszu. Dosłownie garstka osób jakoś się połączyła. Rozdałem może 10 ulotek. Ludzie odmawiali wzięcia darmowej ulotki, fuck:)
Piłem grzane wino, ktoś mnie poczęstował wódką, więc powrót do domu nie wchodził w grę. W parę minut znalazłem pokój jednoosobowy w hotelu w centrum. Zostawiłem rzeczy i poszedłem coś zjeść, napić się piwa. Wylądowałem w czesko-polskiej knajpie. Zamówiłem standard wegetariański w naszych okolicach: ser smażony z frytkami i zestaw surówek.
Więc mam miejsce do spania, najadłem się (jedzenie wyszło po 10 minutach, wow:), piję piwo, jest ok. Nie martwię się słabym utargiem, już widzę jak to działa: czasami jest super, czasami kaszana. Ale smutno mi. Brakuje mi towarzystwa, rozmowy, kobiety, ciepła, seksu. 
Co dalej? Dopiję czeskie piwo, jakieś ciemne, nie pamiętam nazwy, ale nalali w pięknym, pękatym kuflu. Później mały spacer, ot zobaczę, czy jeszcze ludzie łażą...
O kurde, jaka sympatyczna kelnerka. Kochana, ma małą wadę wymowy, trochę brzydula, super sympatyczna, szczera, nie spieszy się, zachęca do deseru, rozmawia, pyta. No aż się chce siedzieć. Przemyśluję, czy mam dość kasy na napiwek. Ale chyba tak.
Ciekawe jest to przyzwyczajanie się do siebie. Z jednej strony ma to jakiś smutek w sobie, brakuje jak chuj kogoś teraz, naprzeciwko mnie. Kogoś, komu mógłbym postawić obiad, podać płaszcz, powiedzieć komplement, poczuć zapach perfum... Z drugiej strony... Miałem powiedzieć jakieś plusy, ale się zawahałem:) No więc z drugiej strony mniej wydaję ;) Nie muszę się nikim martwić, mogę siedzieć, albo iść, wrócić do hotelu, albo szwendać się bez końca. Mogę śnić, marzyć, być biedakiem albo przedsiębiorcą, kierowcą, artystą albo bezdomnym. I nikt nie może powiedzieć mi ani słowa.
Jestem nażarty, ale wezmę tę szarlotkę z lodami.


Wednesday, 8 December 2021

Poranny żarcik jarmarkowy

Budzik wyrwał spokojną melodyjką ze snu o piątej rano. Samochód miałem już spakowany, tylko kawę sobie zrobiłem i zapaliłem papierosa, zanim wyruszyłem na jarmark świąteczny w Tychach. 90 kilometrów. Troszkę pokrążyłem wokół miejsca, gdzie miał być kiermasz, ale w końcu stwierdziłem, że te sześć starych bud pomalowanych łuszczącą się, niebieską farbą, za halami targowymi to chyba musi być to. Popatrzyłem krytycznie. Na zdjęciach FB budy były piękne, w kolorze naturalnego drewna, wśród drzew, ozdób świątecznych, świateł i romantycznych, świątecznych przechodniów.
No rozumiem - taki chwyt marketingowy. Postanowiłem posiedzieć przy zapalonym silniku (na zewnątrz mróz) i zaczekać na innych wystawców. Czułem się trochę jak w książce Stasiuka. Brakowało jeszcze żuli i Cyganów, choć rzeźnicy wnoszący skrzynki mięsa do hali wpisali się w klimat. 
Po godzinie ciągle byłem sam. Zadzwoniłem do organizatorów.
- Dzień dobry pani D. Rozglądam się wokół i nie widzę, żadnych innych wystawców. Jestem w dobrym miejscu?
Od razu wyczułem zmieszanie.
- Niech pan zaczeka chwilkę... - szelest przewracanych stron. - Dziś wystawia się tylko pan.
No tak, teraz zmieszanie ma sens.
- Do końca tygodnia?
- W piątek ma przyjechać pan z choinkami.
- A w przyszłym?
Znów szelest kartek.
- Jeden... dwa... W przyszłym tygodniu będzie pięć stoisk...
Zaśmiałem się pod nosem. Ale szczerze, nie złośliwie.
- No to ja rezygnuję, pani D. Myślałem, że to będzie konkretny jarmark świąteczny.

Nie byłem nawet poirytowany. Po ostatnim weekendzie ogarnął mnie jakiś spokój i pewność, że wszystko będzie dobrze szło, że nie mam się o co martwić. Ruszyłem w powrotną drogę. Obliczyłem w myślach paliwo. Kosztowała mnie ta wycieczka jakieś 120 złotych. Da się znieść. 
Po drodze podjechałem do Garika, bo coś słabo ogrzewanie działa. Umówiliśmy się na przyszły czwartek. Możliwe, że to termostat, ale może też i nagrzewnica.

W domu wszystkie pudła z obrazami i pocztówkami wniosłem z powrotem do domu, choć już w weekend mam jechać do Wisły. Chciałem skorzystać ze słońca i zrobić sesję zdjęciową do sklepiku online z towarem. Zajęło mi z dwie godziny, ale fajnie wyszło. W Lightroomie ogarnąłem część obrazów, z których chcę zrobić wydruki, a które wcześniej uznałem za nie nadające się dla szerszej publiki. Ale po zeszłym weekendzie odważyłem się, żeby też z nich zrobić fotoobrazy. Im kolorowiej i szaleniej na moim stoisku, tym lepiej:)

Zadzwonił znajomy, zaprosił mnie do swojej chatki w górach na jutro. Posiedzimy, napijemy się wódki, pogadamy. Bardzo inteligentny, oczytany człowiek, fajnie się z nim spędza czas. 

Co z resztą wieczoru? Coś by się przydało zjeść, może zrobię jakiś makaron. Później odcinek House'a, a na późniejszy wieczór "Taksim" Stasiuka. To dziwne, ale jego mrok mnie wycisza.

Próbuję przyzwyczaić się do samotności. Ciągle uwiera ten brak, ale oswajam się z sobą. 

Saturday, 4 December 2021

Wloczega po Zmierzchu - pierwsza krew:)

 A skrobnę kilka słów przed snem. Pozawijałem się w dwa śpiwory, na górę rzuciłem kołdrę i nie straszny mi mróz. Śpię dziś w moim vanie, w Cieszynie. Znalazłem ciemny kąt na parkingu, daje mi to poczucie komfortu i spokoju.


Dziś był mój pierwszy kiermasz. Ulga. Do końca miałem wątpliwości. Ze może za daleko poszedłem w tej swojej fantazji, żeby żyć ze swojej sztuki. Po pierwszym dniu mogę powiedzieć, że odwaga się opłaciła. Poczułem mocno, że nie ma co patrzeć na innych, ani słuchać wewnętrznych wątpliwości, i warto spełniać marzenia. Moje prace schodziły cały dzień, ludzie zatrzymywali się, żeby porozmawiać, wypytać, no i wydać trochę pieniędzy. Utarg miałem świetny, aż ciężko było mi uwierzyć, kiedy policzyłem wieczorem pieniądze. Wiem, że to okres świąteczny, ale z tego co inni rękodzielnicy mówili, w lecie jest o wiele lepiej. Więc teraz tylko tworzyć, podróżować i się cieszyć.

Ogrzewałem się grzanym winem. Przywiozłem w termosie swojego, a kiedy skończyłem, to co chwila ktoś tam mi donosił. Zamówiłem pizzę, podzieliłem się ze starszym państwem, którzy sprzedawali obok ręcznie robioną biżuterię. Aż się wzruszyli. Dużo dzieci ciągnęło do mnie rodziców, którzy nie zawsze byli zainteresowani, ale kiedy widziałem, że jakiś dzieciak naprawdę lubi moje malowidła, to dawałem mu na prezent pocztówkę albo magnesik. Tak się cieszyły:)

No to tyle w skrócie.

Jest mi ciepło, ale zamarza mi nos:) 

Wednesday, 22 May 2013

Wyprawa z trzy grosze


























Kiedyś wklejałem fragmenty, pierwszy raz udostępniam całość, tej poetycko/czaderskiej podróży:)

Wyprawa z trzy grosze
(Polska, Dania, Hiszpania,Polska)

22.03.2004
     Niedługo będę mógł zacząć dziennik autostopowicza - pojutrze ruszam. Dziś spędziłem sporo czasu w sieci, szperając po różnych podróżnych rupieciach, ale nic konkretnego nie znalazłem, żadnej oferty, że ktoś szuka pasażera do Hiszpanii. Za to wciągnął mnie pamiętnik Kingi, potrzebowałem dziś właśnie czegoś takiego - wyciągniętej reki, bo przyznam się trochę, że opadł mi entuzjazm i pojawił się lekki niepokój. Przecież zostawiam dom, dziewczynę i jadę dosyć daleko sam, nie wiem po co, nie wiem, co mnie spotka, a w dodatku zima nie chcę się skończyć.
     Fajnie byłoby spotkać kogoś po drodze, byłoby raźniej, ale może właśnie tego potrzebuje: trochę samotności, żeby oczyścić wewnętrzną atmosferę.

***
     Dziś skończyliśmy z Tanią ostatnie, wykończeniowe prace nad moim boskim pokrowcem na akordeon. Zajął nam trzy dni pracy, z przerwą na posiłki. Jestem z niego dumny. Wygodny (małe niedogodności niweluje jasiek włożony w odpowiednie miejsce) i mocny (mam przynajmniej nadzieję, ale przy tylu ściegach powinien trzymać się kupy przez lata). Jesteśmy wielcy.
     Będzie mi brakowało Tani przez najbliższe tygodnie (i pewnie miesiące). Jutro ostatnie przygotowania, a w środę zaczynam od Krakowa.

23.03.2004
     Ostatni wspólny wieczór z Tanią i w ogóle w domu. Ojciec kupił mi na pożegnanie butelkę wina i jeszcze postawił sałatkę owocowa z winogronami. Jest miła atmosfera, wszyscy się trochę o mnie martwią.
     Cieszę się, że zobaczę Kraków. Spędziłem tam kilka fajnych lat, najpierw jako mnich, to był naprawdę świrnięty, ale budujący okres, a później z Tanią (jeszcze bardziej świrnięty i jeszcze bardziej budujący).
     Mam nadzieje, że spotkam dobrych ludzi. Gdzieś przecież muszą być.

23.03.2004, Kraków
     Dojechałem do pierwszego przystanku na drodze. Kraków. Wyjechałem z domu wcześnie rano, złapałem stopa do samych Kęt, gdzie czekałem jakieś piętnaście minut i złapałem pewnego faceta, urzędnika z biura podatkowego, jadącego do Andrychowa, a stamtąd po jakiejś pół godzinie podwiózł mnie sympatyczny pan, kopcący jednego od drugiego. Wysadził mnie w wiosce pod Krakowem. I jeszcze jeden stop, prawie pod same drzwi znajomych.
     Nawet mi bardzo nie dolało, tylko parę kropel pod koniec podróży, a pogoda tak dopisała, że po godzinie gawędzenia z Iwoną (Arek był gdzieś w trasie biznesowej) pojechałem do centrum.
     Na starym mieście odżyły stare wspomnienia, szczególnie z okresu, kiedy poznałem Tanię. Zrobiło mi się smutno, a potem postanowiłem zagrać trochę, żeby zdobyć parę groszy i w ogóle spróbować sił w nowym miejscu. Było cieniutko. Kasa ledwie co kapała, a oprócz tego czułem się bardzo niepewnie, zero kontaktu z ludźmi, ale co poradzę, nie jestem szołmenem. Ostatecznie jednak i tak znalazło się parę osób, które doceniły moją muzykę. Grałem trochę na Floriańskiej, później na Grodzkiej (chyba), a kiedy zaczęło lać,  wróciłem do mieszkania. Wysłałem parę emaili, kilka też dostałem: od Tani i Ricarda, który teraz mieszka w Danii. Poczytam jeszcze "Wojownika Światła" i do spania.

25.03.2004, Kraków
     Senny poranek. Leje jak z cebra, zimno i za bardzo nie wiem, co z sobą zrobić. Czekam, aż Arek pójdzie do pracy, żeby podłączyć się do internetu. Napiszę parę listów i jeszcze poszukam czegoś, co mogłoby pomóc mi w drodze, sam nie wiem czego. Tak w sumie to potrzebuje tylko dobrej pogody.
     Nawet jeśli miałoby lać cały dzień i tak pojadę na miasto. Odwiedzę Jacka w jego zakładzie krawieckim, spróbuję też załatwić od Arka numer do Maćka i Marka - może zmieniłbym lokum na weekend. No i jeśli się rozpogodzi, pewnie w poniedziałek ruszyłbym dalej, bo nic tutaj po mnie.
     Gdzie ja w ogóle chcę jechać? I po co?
     Czyżbym się łamał? Już? Poczytam dla inspiracji dziennik Kingi. Cholera, gdybym miał trochę więcej kasy, czułbym się pewniej, ale co zrobić, będę musiał sobie radzić tak jak teraz. Wyzwanie i przygoda.
     Może po drodze narąbię komuś drwa za parę euro albo miskę strawy. A propos - zgłodniałem. Mogłem jednak kupić wczoraj jakąś zakąskę. Zostało mi tylko cztery złote. Mam w sumie jeszcze stówę, ale na razie nie chcę jej rozmieniać, niech zostanie na czarną godzinę, choć z tą pogoda to czarna godzina tuż, tuż.

tego samego dnia później
     Już w dobrym humorze, choć przez chwile myślałem, że się kompletnie zdołuję. Zimno, leje, teraz to już nawet nie deszcz, ale deszcz ze śniegiem.
     Umówiłem się z Maćkiem na popołudnie. Żeby zabić czas postanowiłem połazić trochę po mieście, ale nie bawiłem się za dobrze. Przemokły mi buty, a poza tym jestem spłukany. Zobaczyłem kilku ulicznych muzyków, którzy pomimo pogody próbowali pracować, no więc idąc za ich przykładem wszedłem pod Sukiennice (żeby deszcz nie zmoczył akordeonu) i zacząłem. Pierwsze czterdzieści minut z Amelią - kiszka - Yann Tiersen nie przemawia chyba za bardzo do Krakowiaków.  W końcu się wkurzyłem i zacząłem grać reggae. Od razu wyrwałem ludzi (i siebie przy okazji też) z obojętności. W parę minut zarobiłem dziesięć złotych. Nie chodzi nawet o kasę, ale po prostu podbudowałem się, że jednak wszystko jest możliwe.
     Kiedy grałem, niedaleko stała pewna para - chłopak sprzedawał aparaty i filmy Kodaka, a dziewczyna czekała - jak się później dowiedziałem - na niego, żeby razem iść do kina. Przez cały czas śpiewali ze mną piosenki Marleya i tańczyli. Od razu inaczej się gra, mając przed sobą kilka życzliwych osób. Teraz jadę do Maćka porozmawiać o dawnych czasach.
     Szukając znaków.

26.03.2004, Kraków
     Wczoraj u Maćka było bardzo przyjemnie. Pogadaliśmy, zjadłem u niego obiad, zagrałem parę melodii i około szóstej wyszedłem. Nie chciało mi się wracać do mieszkania, więc pojechałem na miasto, połazić bezcelowo, pooddychać tutejszą atmosferą i w sumie z nadzieją, że kogoś spotkam albo coś się wydarzy.
     Nic się nie wydarzyło. Bardziej cieszyłbym się tym spacerem, gdyby pogoda była inna, a tutaj śnieg, wiatr i zimno. Ma się zmienić od wtorku.
     U Arka zostanę jeszcze do jutra, a dziś wieczorem zadzwonię do Marka, czy mógłbym się u niego zatrzymać na parę dni. Jeśli nie, to sprawdzę jeszcze w Hospitality Club. Poza tym mam jeszcze namiot. Najwyżej znajdę jakiś przytulny kącik na Plantach i tam się rozłożę.
     Dziś w księgarni widziałem parę dobrych książek. Serce bolało. Najbardziej miałem ochotę na  Hodżdżę Nassreddina. 59 zeta. Niestety, nie tym razem. Cholerne pieniądze. Ojciec zawsze mówił, że ukraść książkę to nie przestępstwo, bo książki należą do wszystkich, ale z tymi kamerami i czujnikami ciężko podążać ścieżką ojców.
     Znalazłem jakiś "piwniczny" pub, żeby się ogrzać i wypić piwko na otuchę. Zarobiłem dziś siedemnaście złotych i gdyby mnie nie wyrzucili spod Sukiennic, poszłoby jeszcze lepiej, ale co tam. Tak jak wczoraj i przedwczoraj Amelia nie chwyciła, ale Bob Marley to hit. Od razu łapię dobry kontakt z ludźmi. Dziś jakieś dzieciaki spędziły ze mną godzinę, tańcząc i śpiewając, a ilu ludzi wysłało uśmiechy i pozytywne energie to sam nie wiem. Jestem doładowany.
     Oprócz tego ta para którą spotkałem wcześniej (chłopak z aparatami i jego przyjaciółka), też dziś przyszła, żeby pogadać (Ewa i Robert).
     Ewa powiedziała, że spróbuje załatwić mi nocleg u swoich znajomych. Sympatyczna dziewczyna, studiuje coś ze sztuką sakralną. Zaprosili mnie na przegląd muzyki gitarowej na Kazimierzu, ale jeszcze nie wiem, czy pójdę. Chciałbym dziś jeszcze zagrać na Floriańskiej.

później tego samego dnia
     Coraz bardziej się rozpogadza i czuję, że ciężko mi będzie rozstać się z Krakowem, zawsze lubiłem to miasto, ale teraz czuję to jeszcze bardziej, tak jakby to miejsce naprawdę mnie przyjęło.
     Granie dziś było extra. Najpierw grałem pod Sukiennicami, skąd wyrzuciła mnie straż miejska, ale wcześniej jakiś facet z jednej galerii wziął ode mnie kontakt i chciałby się ze mną skontaktować, żebym grał na spotkaniach młodzieży.
     Później przeniosłem się na Floriańską i było jeszcze lepiej, zebrałem jakieś pięćdziesiąt złotych, a później spisało mnie dwóch uprzejmych policjantów - mieli zgłoszenie o zakłócaniu porządku. Żadnych problemów - po prostu musiałem zmienić miejsce, ponieważ mieszka tam jakaś upierdliwa kobieta.
     Później roześmiana sympatyczna para wrzuciła dziesięć złotych i nauczała mnie o Jezusie (ale bez fanatyzmu).
     Czuję, że muzyka daje mi możliwość kontaktu z ludźmi. Zawsze tego chciałem, ale nie miałem mocy ani odwagi. Odkąd gram, to jest tak, jakby otworzył się świat.

27.04.2004, Kraków
     Dziś Ewa i Robert zaprosili mnie do irlandzkiego pubu. Spotkaliśmy się tam z całą ich paczką. Był zespół na żywo, przepięknie wymiatali, jednak irish folk rocks. Kiedy zespól miał przerwę, moi nowi znajomi namówili mnie, żebym chwycił akordeon i zagrał Boba Marleya. Oj, podskoczyła mi adrenalina, w pubie było ze sto osób, ale zebrałem się na odwagę i już po chwili cała sala klaskała i śpiewała Jaimming.
     Impreza skończyła się późno. Złapałem ostatni autobus do Arka, ale przejechałem przystanek i następne parę godzin spędziłem, krążąc po krakowskich zaśnieżonych osiedlach, szukając mojej jaskini.

29.03.2004, Kraków
     Dziś na ulicy młoda rastamańska para wrzuciła mi w czasie grania list do kapelusza:

     Dzień dobry!
     Jezus! My tak bardzo uwielbiamy Amelię. Skąd pan to wiedział? To takie cudowne, że są ludzie, którzy stoją na ulicy i grają. Myślimy, że to zasiewa w sercach przechodniów kwiaty pokoju.
Więc DZIEKUJEMY!
Życzymy uroczej Wiosny , pełnej hipisowskiego ducha!
Robert i Natalka

To ja wam dziękuję, dzieciaki.
Żegnaj Krakowie.

01.04.2004, Świnoujście
     Uffffffff...
     Nic więcej mi się nie nasuwa. Tylko długie ufffffffff...
     Zmuszę się jednak, żeby skrobnąć parę słów. Od wczoraj rano jestem w trasie. Kalejdoskop twarzy, samochodów, dróg. Myślałem, że będę pisał jak Kinga o każdym, ale nie mam siły. Cieszę się, że jestem tutaj, w tym przytulnym schronisku, po kąpieli, kolacji, ze słuchawek leci dobra muzyka. Jutro znów czeka mnie zamieszanie, ale nie chcę teraz o tym myśleć. Muszę nabrać sił.
     Wczoraj wieczorem, po dniu jazdy rozbiłem namiot gdzieś pod Gorzowem Wielkopolskim. Koszmar. Było już ciemno, kiedy go rozkładałem. Wpakowałem się w jakieś chaszcze, które, jak się okazało w świetle dnia, porastały stary zapomniany śmietnik. Było zimno i wilgotno. Mam bardzo małą, podłużną jedynkę, do której trzeba się wczołgiwać. W środku nocy zaczęło padać i nad ranem sufit przygnieciony śniegiem opadł mi na twarz. Śpiwór – co za ściema z tym komfortem przy minus dwudziestu. Zeszłej nocy nie było nawet minus pięciu i myślałem, że po mnie.
     Korzystam teraz z okazji i suszę śpiwór oraz namiot na schroniskowych kaloryferach.
     Jeśli chodzi o plany, to trochę się zmieniły. (Dlatego jestem w Świnoujściu). W ostatniej chwili, przed wyjazdem z Krakowa, dostałem email od Artura, że byłaby dla mnie praca w Kopenhadze, na budowie, tylko nie jest jeszcze pewien. Kiedy dziś, już tutaj, w Świnoujściu sprawdziłem pocztę, okazało się, że praca jednak nie wypaliła. Ale już za późno - postanowiłem odwiedzić ziemię Wikingów. Poza tym nie widziałem Artura i Ricarda szmat czasu, stęskniłem się za nimi. Więc Kopenhaga.
     Niestety okazało się, że nie da się złapać stopa na prom. Wprowadzili teraz prawo, że choć kupuje się jeden bilet na samochód, za tę samą cenę, bez względu na ilość osób, to jednak trzeba imiennie zarejestrować wszystkich pasażerów w momencie kupowania biletów. Więc autostop na prom odpada. Pozostaje więc droga przez Niemcy. Jutro, albo pojutrze uderzę na Hamburg i stamtąd na Danię.
     Pożyczę parę groszy od ojca, bo gdzie ja tu mam grać w Świnoujściu? W ogóle myślę, że ludzie z północy są trochę ciężsi, widzę jak trudniej jest tutaj złapać stopa. Pewnie i granie nie szłoby za dobrze. Ale nie chcę oceniać. Ludzie są różni, nie ma co generalizować. Myślę, że z tego zmęczenia wszystko widzę teraz w krzywym zwierciadle.
     Tęsknię za domem i Tanią. Maminsynek ze mnie. Kiedy jest się w drodze, to tak, jakby nie istniało się dla nikogo. Chciałem doświadczyć tej samotności, ale teraz nie mam pewności, czy jestem gotowy. Brakuje mi ludzi.
     Boję się tego obojętnego świata tam za oknem. Ale podjąłem się tej podróży, ponieważ chcę uwierzyć, że nie jest tak obojętny, jak się wydaje. Chcę spotkać bratnie dusze rozrzucone po świecie, chcę czuć braterstwo z ludźmi. Dziś kiedy stałem na stopa, to byłem rozwalony. Setki samochodów, kilka godzin czekania i nic. Zupełna obojętność, a czasami nawet złośliwość. Nie wszyscy tacy byli, inaczej nigdy nie dojechałbym do Świnoujścia, ale większość była właśnie taka - obojętna i chłodna. To mnie najbardziej zniechęciło i zmęczyło.
     Chcę jednak jechać dalej. Cieszę się, że spotkam w Kopenhadze Ricarda i Artura. Coś się będzie działo.

02.04.2004, Świnoujście
     Siedzę na ławce na deptaku koło plaży. Mam straszną ochotę pograć, choć ludzi niedużo, ale zagram i tak, dla siebie, dla przyjemności. Sprawy trochę się wyklarowały. Czekam na przekaz z domu, czterysta złotych, później przekraczam granicę dla pieszych tutaj, w Świnoujściu i jadę do Rostock, a stamtąd promem do Danii. No i wtedy będę miał jeszcze jakieś sto dwadzieścia kilometrów do przejechania. Pestka. Może wieczorem byłbym już w Kopenhadze?
     Tak jak myślałem, zmęczenie nie sprzyja pozytywnemu myśleniu. Dziś, po nocy w schronisku, czysty, wypoczęty, z pełnym brzuchem, patrzę na świat inaczej.

04.04.2004, Kopenhaga
     Jestem w Kopenhadze u Ricarda. Przyjechałem późnym wieczorem, ale nie odpocząłem, ponieważ porwali mnie od razu na koncert. Nie bawiłem się za dobrze, byłem wykończony. Teraz jest piąta rano, właśnie wróciliśmy i zdycham. Będę spał cały dzień.
     Zleniwiłem się podróżując tutaj. Przejście graniczne w Świnoujściu przeszedłem pieszo, później wziąłem jeden pociąg, później następny, z Rostock prom (pięć euro) i z wioski w Danii autobus do jakiegoś miasteczka, aż w końcu pociąg do Kopenhagi. Z dworca zadzwoniłem do Ricarda. Strasznie się ucieszył, że już dotarłem, ja zresztą też. Choć czasami mieliśmy ciężkie momenty mieszkając w tamtej komunie w Hiszpanii, to jednak lubimy się i jesteśmy w stanie się dobrze zrozumieć. Mieszkanie przez półtora roku w jednym miejscu może połączyć ludzi.
     Ricardo powitał mnie pizzą, po czym rozpocząłem edukację jeżdżenia na gapę środkami komunikacji miejskiej. Ricardo jest ekspertem. Dreszczyk emocji na start. No ale dojechaliśmy bez problemu.
     Po powrocie z Indii Ricardo poznał w Kopenhadze dziewczynę z Finlandii i są teraz razem. Jestem pewien że długoterminowy związek dobrze mu zrobi. Dziewczyna spoko. Ma irokeza, gra na flecie i zjeździła stopem całą Europę. Mieszka tutaj też kilka innych osób. Sami artyści uliczni, studenci szkoły cyrkowej, aktywiści. Ich dom nazywa się Solarplexus. W całej Kopenhadze wiadomo, że robi się tutaj najlepsze Full Moon Party w mieście.
     No dobra. Do łóżka kolego.

później tego samego dnia
     Długo nie pospałem. Dziś idziemy z Ricardo do świątyni Hare Kryszna na festiwal, ma tam być Artur, pogadamy, a jutro zagram na ulicy i zobaczę, czy to ma tutaj w ogóle sens. Jeśli będzie dobrze, to zacznę szukać jakiegoś miejsca, żeby mogła przyjechać Tania, a jeśli niedobrze, to jadę dalej. Podobno jakiś znajomy Ricarda pojechał do Hiszpanii i ma kontakty z pracą. Ricardo poprosił go, żeby coś dla mnie znalazł.
     Nie mam pojęcia, co z tego wyniknie, ale cieszę się, że tutaj jestem. Wszystko wydaje się łatwiejsze i cieplejsze wśród ludzi.

05.04.2004, Kopenhaga
     Jestem zmęczony, ostatnio się tyle dzieje. Wczoraj mieliśmy w domu Full Moon Party. Najpierw był koncert reggae Cafa i jego zespołu. Caf jest rastamanem, ma z czterdzieści lat i wygląda jak biblijny prorok. Po koncercie wszyscy usiedliśmy razem i każdy musiał coś opowiedzieć. Jedna dziewczyna ze szkoły cyrkowej wykonała niesamowity monolog o wampirach. Nawet ja się odważyłem i opowiedziałem parę historii z czasów, kiedy eksperymentowałem z eksterioryzacją. Ricardo poszedł spać wcześniej, tak że trochę czułem się obco, nikogo tutaj jeszcze nie znam, ale jakoś się przełamałem.
     Dziś rano poznałem faceta z Islandii. Nie pamiętam imienia. Cały czas palił haszysz i przez jakieś dwie godziny opowiadał mi o swojej teorii, że stosownie do ukrytych kodów wszystkich pism świętych i zapisków historycznych, to właśnie Islandia jest kolebką ludzkości. Niech mu będzie.
     Wczoraj w świątyni spotkałem się wreszcie z Arturem. Stęskniłem za tym gościem. Rozmawialiśmy parę godzin. Artur też się cieszy, że jestem, nie ma tam zbyt wielu przyjaciół. Dziś wieczorem mam wpaść do Govindy i Artur (który tam pracuje) ma wynieść mi jakieś jedzenie. Podobno mają system, że jeśli do godziny ósmej coś zostaje, to rozdają to za darmo każdemu, kto przyjdzie. Fajnie.
     Zaraz idę grać. Tzn. idziemy całą paczką. Ruthanna będzie grała na skrzypcach, dziewczyna Ricarda (Sana) na flecie, Ricardo na bębnach a ja na akordeonie. Zobaczymy jaką kasę ma tutaj dla mnie los. Nie mogę się przyzwyczaić do tych koron. Oni tutaj nie używają euro ale korony i przelicznik jest tak nierówny, że nie mogę zajarzyć, co ile kosztuje.

06.04.2004, Kopenhaga
     Byliśmy wczoraj pograć na ulicy. Ricardo, Sana, Ruthanna i ja. Był czad, kiedy wystartowaliśmy z całą grupą i zaczęliśmy śpiewać oraz tańczyć, skacząc wysoko.
     Ludzie tutaj są bardzo pozytywni i otwarci. Myślę, że pokocham to miasto i wydaje mi się, że jeśli przyjechałaby tutaj Tania, to też by się jej podobało.
     Spotkałem dziś na ulicy paczkę chłopaków z Chile i Ekwadoru. Żyją z tego, co sprzedają na ulicy, tzn. nic trefnego, po prostu jakieś koraliki, kolczyki i inne duperele. Nawet robią na tym niezłe pieniądze. Mówią, że w lecie potrafią wyciągnąć dziennie z dwieście euro, a czasami i więcej. Fiu, fiu.
     Ja zarobiłem dziś trzydzieści euro (przeliczam z koron) i zaczynam odkładać.
     Po graniu, poszedłem wreszcie do tej sławnej Christianii. Super miejsce. Jest to alternatywna społeczność, istniejąca w centrum miasta od ponad trzydziestu lat. Kiedyś był to wojskowy fort, ale któregoś dnia, w latach siedemdziesiątych, grupa hippisów, aktywistów i artystów zajęła go i postanowiła zamieszkać tam na stałe. W końcu dostali pozwolenie od rządu na pozostanie tam na dobre.
     Christiania otoczona jest murem, poza który nie mogą wjeżdżać samochody. Po przekroczeniu bramy ma się wrażenie, że wchodzi się do innego świata - świata wiecznej imprezy. Przed chwila było się jeszcze na ulicy, mijając ludzi w dobrych garniturach, dobrych samochodach, biegających w pogoni za kasą, aż nagle wchodzi się w miejsce rozleniwienia i relaksu. Ludzie przechadzają się bez celu, stoi tam kilka starych stoisk z falafelami (Pycha! Tylko 15 koron), muzyką i sprzętem do palenia różnych substancji. Kopcą tutaj nieźle. Co chwila dolatywał mnie aromat palonego haszyszu.
     Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o to miejsce. Z jednej strony widzę, że jest tu dużo ludzi straconych, zabijających czas paleniem zioła i piwem, ale z drugiej strony czuję do nich sympatię. O wiele bardziej swojsko można czuć się z ludźmi, których główną myślą nie są pieniądze, niż z kapiszonami, którzy mają w oczach tylko licznik i zwykle patrzą nie na ciebie, ale przez ciebie (po tym jak skalkulowali, że na nic się im nie przydasz).

07.04.2004,  Kopenhaga
     Wczoraj granie było odlotowe. Wprawdzie lalo, padał śnieg i było zimno jak cholera, ale daliśmy czadu. Najpierw grałem sam, ale po chwili dołączyły do mnie latynoskie chłopaki. Zebrała się duża grupa, zaczęli tańczyć, śpiewać. Chłopaki z Chile, Boliwii i Ekwadoru kupowali co chwila wino na rozgrzewkę - mróz był niezły i jeszcze ten wredny duński wiatr.
     Planują uzbierać tutaj trochę kasy, zabrać swoje wysokie białowłose duńskie dziewczyny i kupić u siebie autobus, którym chcą zjechać całą Amerykę Łacińską. Zazdroszczę im. No ale każdy ma swoją wyprawę.
     Ostatnio tyle się dzieje, pędzę i nie jestem w stanie zapisać ani połowy z wydarzeń. Tak naprawdę piszę tylko z obowiązku. Zatrzymaj się chłopie. Pomyśl trochę nad życiem.

No dobra- przyszedł czas
i znowu muzyka gra,
znajoma twarz, znajomy rytm,
znajomych marzeń garść.
Lubię patrzeć na łąkę miejskich gwiazd,
obcego świata światła
rozjaśniają noc
i wkrótce przyjdzie brzask
w tym mieście obcych słów
i znajomych gestów.
Tak bardzo lubię świt tutaj

10.04.2004, Kopenhaga
     Od dwóch dni pracuję razem z Ricardo u hinduskiej rodziny. Nie rozumiałem dlaczego potrzebują dodatkowej osoby do opieki na niepełnosprawnym dzieckiem, ale po pierwszym dniu zajarzyłem. To nie jest po prostu opieka nad dzieckiem, ale rodzaj rekonwalescencji. Chłopaczek ma porażenie mózgowe. Kilka lat temu odkryto, że można to wyleczyć, czasami nawet całkowicie, ale co to dziecko musi przechodzić. Horror. Jakieś osiem godzin dziennie ćwiczeń. I to nie jakieś tam lekkie rzeczy, ale ciężka harówa. Robi to już od kilku miesięcy i jest takie silny, że we czwórkę nie możemy go utrzymać.
     Biedny dzieciak. Ciężka karma. Mam nadzieje, że Rahul nie jest na tyle świadomy, żeby wiedzieć, jak bardzo cierpi.

11.04.2004, Kopenhaga
     Padam już na ryj, ale jeszcze skrobnę dwa słówka. Fajny dziś miałem dzień. Milo się grało, spotkałem dużo Polaków, złapałem ich na polskie piosenki. Później poznałem super chłopaka z Chile i jego żonę, Dunkę, która jest w ciąży. Alex i  Maria. Ona pracuje z niepełnosprawnymi dziećmi, on robi warsztaty rzemiosła dla dzieci. Dziewczyna ma rodzić za dwa miesiące, tak że na razie siedzą tutaj, a potem jada do Ameryki Południowej. Podróżowali już po Meksyku, gdzie teraz chcieliby wrócić, a później wybierają się do rodzinnych stron Alexa w Chile. Pytałem ich, jak tam jest i powiedzieli, że świetnie, szczególnie w Chile. Kiedy podróżujesz stopem, to ludzie zapraszają cię do domów, stopa łapiesz w dwie minuty. Można dobrze zarobić na graniu i sprzedawania artesanias (koralików, itd).
     Pytam o tę Amerykę dużo ludzi i wszyscy mówią to samo - że jest wspaniale. Może kiedyś się wybierzemy z Tanią?
     Dziś znów pracowałem z Rahulem. Fajnie bo raz: widzę, że ta praca zmusza mnie do refleksji nad naturą tego świata, a po drugie extra gotówka zawsze mile widziana, szczególnie, że po dobrym starcie, nie zarabiam już na ulicy tyle, co na początku.
     Ciągle nie wiem, co dalej. Dania miała być tylko przystankiem, a widzę, że teraz skończyła mi się inwencja twórcza i chęć do zmian. Z drugiej strony nie mogę się tutaj teraz osiedlić, to co zarabiam, nie wystarczyłoby na przeżycie dwóch osób.
     Tęsknię za domem, ale czuję, że nie ma sensu jeszcze wracać.

20.04.2004, Kopenhaga
     Wczoraj przeniosłem się do Artura. Zrobiłem większe pranie w pralni publicznej (Artur ma darmowa kartę), później pojechałem na miasto i było ciekawie. Najpierw grałem na tym placyku, który tak bardzo lubię (pod wieżą, na której przesiadywał Hans Christian Andersen), później zjadłem obiad w Govindzie, a później poszedłem na główny rynek. Najpierw dostałem wielkiego, haszyszowego jointa do kapelusza, a jeszcze później pewien facet zrobił ze mną wywiad dla hiszpańskiej telewizji publicznej. Miałem darmowa reklamę telewizyjną przed przyjazdem.
     Oprócz tego spotkałem jeszcze Ruthannę. Powiedziała mi, że zna kogoś, kto być może miałby dla mnie pracę przy zbiorze truskawek. Jeśli by się udało, zostałbym te trzy tygodnie dłużej, żeby zebrać trochę więcej kasy, a jeśli nie, to są już moje ostatnie dni z piękną Kopenhagą.
     Wpadłem po uszy w fajki. Życie uliczne wyciska na mnie stopniowo swoje piętno. Mówię sobie, że kiedy dołączy do mnie Tania, to rzucę, ale nie wydaje mi się, że będzie łatwiej. Odkładam to na później. Leń ze mnie.

22.04.2004, Kopenhaga
     Czas Kopenhagi dobiegł końca. Mam mieszane uczucia, ale z przewagą pozytywnych, szczególnie po tym, jak dziś pożegnali mnie Alex i Maria. Przygotowali prawdziwą, wegetariańską ucztę. Rozmawialiśmy wiele godzin, opowiadając sobie historie z życia, oglądając zdjęcia z ich wypraw, słuchając muzyki, paląc trawę. Alex mieszkał gdzieś na krysznowskiej farmie, ale później postanowił praktykować życie duchowe na własną rękę. Zbliża nas ta wspólna przeszłość.
     Na koniec dostałem od nich prezent: CD z muzyka zespołu Alexa, rękawiczki bez palców (do grania na akordeonie) i dla Tani ludziki z Gwatemali, które zabierają od nas zmartwienia, jeśli wyszepczemy je do nich przed snem i włożymy pod poduszkę. Mi się na pewno przydadzą na drogę. Jedną z nich odstąpiłem Arturowi. Niech też ma kogoś do pomocy w walce z jego zmartwieniami.
    Przed obiadem u Alexa i Marii byłem jeszcze w Solarplexie, ale nie zastałem prawie nikogo. Pożegnałem się tylko z Cafem, Ruthanną i Tomem.
     Caf poczęstował mnie obiadem, który Ricardo przyniósł wczoraj z Govindy. Później poprosił mnie, żebym nagrał z nim jeden z jego kawałków. Chciał spróbować, jak to będzie z akordeonem. I zagraliśmy. Choć cienko mi szło, to byłem szczęśliwy, że na koniec mogę z nim zagrać. Bardzo go cenię i lubię.
     No a teraz jestem tutaj, z kochanym Arturem i słuchamy w milczeniu muzyki.
     A przede mną Hiszpania...

24.04.2004, gdzieś pod Hamburgiem
     W drodze! Nareszcie. Wyjazd z Kopenhagi był najłatwiejszą rzeczą na świecie. Super się tam łapie stopa. Pożegnałem się z Arturem, dostałem od niego na drogę parę grubych flamastrów, którymi mogę napisać na kartonie dużymi literami nazwy miejsc, do których chcę się dostać.
     Wczoraj dojechałem do Hamburga i spędziłem pierwszą samotną od paru tygodni noc. Samotną i smutną. Rozbiłem namiot w parku przy autostradzie i napisałem długi list do Tani, przy świetle latarki, w ciasnym kokonie namiotu. Niedaleko przemykały samochody, jakieś zwierzęta łaziły po parku, ktoś sprzedawał komuś coś trefnego, ale na szczęście nie zauważył namiotu (przykryłem go wcześniej zielonymi gałęziami). Rano okazało się, że nie mam jak się wydostać, bo facet, który mnie tutaj wczoraj przywiózł, wysadził mnie w paskudnym miejscu. Wprawdzie przy samej autostradzie, ale bez żadnego porządnego zjazdu. Tak, że na drogę mogłem sobie popatrzeć tylko z mostu.
     Ale po raz kolejny przekonałem się, że w autostopie jest jakaś mistyka. Nie mając żadnego pomysłu, postanowiłem iść przed siebie w jakimkolwiek kierunku i zaczekać, co się stanie. W pewnym momencie zobaczyłem chłopaka naprawiającego samochód. Zapytałem go, co mam zrobić.
     Okazało się, że Michael, sam był podróżnikiem i przez wiele lat jeździł po Europie i Azji, czasami stopem, a czasami swoim vanem. Powiedział mi, żebym wsiadał do samochodu i przywiózł mnie tutaj - jakieś dwadzieścia kilometrów dalej. Pierwszej klasy stacja benzynowa, z postojem dla tirów. Michael jest wegetarianinem, zaprosił mnie na sute śniadanie. Okazało się, że jego dziewczyna też gra na akordeonie i szuka jakiejś ekologicznej farmy, na której mogłaby żyć i uczyć się metod ekologicznego rolnictwa. Mistyka. Po jakichś dwóch godzinach rozmowy dal mi namiary na swoje mieszkanie w Berlinie i powiedział, że jeśli kiedyś zawitam, mogę u niego zamieszkać, jak długo zechcę.
     Kiedy odjeżdżał, zobaczyłem, że krzywi się przy schylaniu. Okazało się że cierpi na silne bóle pleców. Wyciągnąłem z plecaka tubkę fastum gel i sprezentowałem mu na pożegnanie. Znów mam energie do życia i trochę więcej wiary w ludzi. Byle do przodu.
     No to łapię dalej.

później tego samego dnia, pod Heidelbergiem
     Od rana widać, że jestem już na południu Europy. Słońce świeci, nie ma chmur i wieje ciepły wiatr. Daleko dziś zajechałem, zważywszy na to, że to weekend i nie jeżdżą tiry. Nawet jeśli utknę dziś tutaj, to się nie załamuję. Obok rośnie miły zagajnik, więc mam gdzie spać.
     Złapałem dziś szefa Bosha na Japonię. Pierwszy raz w życiu jechałem 260 kilometrów na godzinę.

25.04.2004, pod Fraiburgiem
     Wstał nowy, piękny dzień na południu Niemiec. Wczoraj miałem szczęście - zabrał mnie jeden kierowca ciężarówki. Fabian, dwieście kilometrów, fajny gość. Zdziwiłem się, że kierowca tira jest ubrany w garnitur, ale okazało się, że on sprzedaje tiry i wraca właśnie z prezentacji. W trakcie rozmowy wyszło, że Fabian też gra na akordeonie, tzn. kiedyś grał, a teraz wciągnęła go praca i nie ma czasu ani energii. Zagrałem mu parę kawałków i aż się popłakał. Później nadrobił dla mnie z pięćdziesiąt kilometrów i na koniec dał mi dwadzieścia euro.
     Zaprosiłem go do Polski w góry.
     Ok - no to połapmy trochę szczęścia.
     Wziąłem właśnie prysznic na stacji. Co za cudowne uczucie!

26.04.2004, Barcelona
     Dojechałem do Hiszpanii. Najpierw próbowałem złapać stopa do Madrytu, ale nie szło, więc pomyślałem, że spróbuję Barcelony.
     We Fraiburgu zatrzymałem sympatycznego Kanadyjczyka na wakacjach, który planował pojeździć po Francji. Zostawiłem mu na pamiątkę CD z irlandzką muzyką, w której się zakochał, kiedy załączyłem ją w samochodzie.
     Później utknąłem gdzieś we Francji. Po kilku godzinach stania z palcem w górze, na zjeździe ze stacji, postanowiłem odpocząć. Przysiadłem się do paczki austriackich autostopowiczów, żeby było raźniej. Skręcili wielkiego jointa, ale podziękowałem, chciałem na razie utrzymać jasny umysł. Postanowiłem poszwendać się wśród kierowców tirów.
     Niedaleko stała jedna grupka. Okazało się, że to Bułgarzy i jeden Boliwijczyk, pracujący w Hiszpanii. Niestety Bułgarzy wracali do domu, a Boliwijczyk nie chciał ryzykować pasażera. W słowiańskiej solidarności Bułgarzy powyklinali trochę na niego (po swojemu tak, że nie zrozumiał) i zaprosili mnie na obiad. Kotlety i rosół. Podziękowałem, mówiąc, że jestem wegetarianinem i wróciłem do Austriaków, którzy  byli już nieźle "wyluzowani". Postanowiłem nie martwic się na razie i po prostu poleżeć, patrząc w chmury. Po pół godzinie zjawili się Bułgarzy, mówiąc, że mają coś dla mnie i żebym do nich przyszedł. Okazało się, że nasmażyli mi frytek! Co za goście. Kiedy zajadałem z nimi ciepły posiłek, okazało się, że przekonali Boliwijczyka, żeby mnie zabrał. Magia działa. Ciekawe jak długo.
     Wystartowaliśmy. Był już wieczór, Boliwijczyk jechał do samej Barcelony. Widziałem, że chciałby, żebym z nim gadał całą noc, to jednak zauważył, że ledwo co trzymam się już na nogach i pozwolił mi spać.
     Tak dojechałem do Barcelony. Tzn. najpierw na stację pod Barceloną, gdzie zaznałem przedsmaku tego, jak będzie wyglądał autostop w Hiszpanii - nijak. Każdy patrzy na ciebie jak na kosmitę. Ale wreszcie po paru godzinach zabrał mnie do siebie kierowca ciężarówki jadący do Saragossy. Ulżyło mi. Pablo najpierw miał pojechać do centrum Barcelony, rozładować towar, a później dalej. Sympatyczny facet. Niestety po paru minutach zorientowałem się, że jest kompletnie na haju. W pewnym momencie widzę, że wyciąga z szuflady wielką grudę haszu i jedną reką prowadząc, drugą bez problemu skręca jointa. Humor mi się zepsuł. Nie, żebym miał coś przeciwko, ale przecież pędzimy po autostradzie, a nie leżymy na zielonej trawce w parku! Nie chciałem go jednak urazić i nic nie powiedziałem. Spytałem tylko, jak to jest, że pali i nie ma wypadków. Na to Pablo się zaśmiał i powiedział, że cały czas ma wypadki. Jakby na potwierdzenie tego przejechał krawędzią zderzaka po barierce oddzielającej nas od głębokiego rowu. Później zaczął z coraz większym zażarciem rozwodzić się o „tych zasranych imigrantach”, którzy zabierają Hiszpanom pracę. Kiedy jego głos doszedł do poziomu krzyku, a twarz zalała się ciemnym rumieńcem, przestałem próbować go uspakajać i już tylko bezradnie patrzyłem w okno.
     Kiedy dojechaliśmy do centrum Barcelony, zebrałem swoje bagaże i podziękowałem. Postanowiłem na razie zostać w Barcelonie.
     Poszukam jakiegoś miejsca do spania, pewnie na plaży i pogram trochę na ulicy. Zobaczymy, jak magia działa tutaj.

27.04.2004, Barcelona
     Nie wyspałem się. Tak jak planowałem, rozbiłem namiot na plaży. Ciepło, miło, pusto, świeci księżyc i gwiazdy - marzenie. I pośrodku tej sielanki poczułem nagle silne kopniecie w namiot (i we mnie przy okazji też) które o mało co nie połamało mi żeber. Pomyślałem, że najprawdopodobniej ktoś po ciemku mnie nie zauważył i potknął się o namiot. Oszołomiony wystawiłem głowę z namiotu. Natychmiast dostałem następnego kopa, tym razem w twarz. Przede mną stało jakichś pięciu wyrostków, na oko po jakieś siedemnaście, osiemnaście lat, wyglądających na Arabów.
     "Dinero, hijo de puta!" (pieniądze skurwysynu!) wrzasnął jeden z nich i znów dostałem kopniaka. To nie były żarty, ale nie chciałem rozstać się z całą gotówką, jaką zarobiłem w Danii, gdzieś z trzysta euro. Odpowiedziałem, że nie mam. Najwyższy z nich, o najgroźniejszej twarzy, wyciągnął nóż i przystawił mi go do gardła. Przekonał mnie. Podałem mu cała torbę, w której niestety była też moja mp3jka.
     Chłopaki zabrali wszystko i oddalili się szybkim krokiem.
     Zostałem bez grosza. Tzn. prawie, bo wieczorem coś mnie tknęło i oddzieliłem od zwitku pieniędzy pięćdziesiąt euro, które schowałem w inne miejsce. No więc tylko tyle mi zostało. Mam za co dojechać do Madrytu i tam zobaczę. Bardziej od utraty pieniędzy zabolała mnie jednak utrata muzyki.
     Ale przygoda. Magia ma dwie strony. Widać był czas na twardą lekcje.

później tego samego dnia, autobus do Madrytu
     Trochę ochłonęły już emocje i nie jestem taki roztrzęsiony, ale muszę przyznać, że nastrój mi opadł drastycznie. Znów zniknęło gdzieś poczucie sensu tego wszystkiego. Ale wierzę, że nic nie dzieje się ot tak, po prostu, ale wszystko jest częścią naszej kosmicznej edukacji. W końcu po to jest ten świat materialny, nie? Więc dalej do przodu. Kiedy będę miał już wracać, to będę o tym wiedział.

28.04.2004, Finca Santa Clara
     Wczoraj dotarłem na farmę. Pogoda mi nie dopisała, jeśli chodzi o spanie w namiocie - rozszalała się burza. Oprócz tego, kiedy jadłem obiad, rozmawiając z Karolem i Lucyną, jakiś kundel, chcąc schronić się przed deszczem, wykopał podkop do mojego namiotu. Kiedy okazało się, że nic mu to nie dało, wygryzł w poszyciu metrową dziurę.
     Jak tu dotarłem?  W Madrycie na styk złapałem autobus do Brihuegi. Okazało się, że jedzie nim też Ivan, ten Włoch, który zamieszkał na farmie, kiedy ja tam jeszcze byłem. Trochę pogadaliśmy, o tym co się dzieje na farmie i w jego życiu.
     Pamiętam, kiedy przyjechał pierwszy raz - długie włosy, broda, pełen życia i wiary w duchowość i ludzi. Teraz wyglądał trochę inaczej. Zniknęła broda i długie włosy, razem z nimi podział się gdzieś entuzjazm i życie. Nic dziwnego. W końcu mieszkałem na tej farmie ponad rok i wiem jak potrafią tam zabić chęć do życia. Niebezpieczeństwo mieszkania w małych, odseparowanych społecznościach z hierarchicznym, a nie egalitarnym systemem zarządzania..
     Nie idź w tę stronę. Staraj się pamiętać o dobrych ludziach i rzeczach jakie cię tam spotkały. Było ich przecież dużo.
     W Brihuedze zadzwoniłem do Karola, ale nie odbierał. Ivan zaprosił mnie na kawę, a później przeszliśmy prawie całą drogę (pięć kilometrów) pieszo. Dopiero przed samą farmą zabrał nas do samochodu Pablo. Był zmieszany, kiedy mnie zobaczył. Pierwsze pytanie : „Jak długo planujesz zostać?" Czyli nic się nie zmieniło. Ciągle pamiętają mnie tu jako troublemakera Uspokoiłem go, mówiąc, że najwyżej kilka dni.
     No więc dojechałem. Dziwnie tak. Minął rok, nic się nie zmieniło, ci sami ludzie, to samo miejsce, tyle wspomnień. Poczułem się trochę, jakbym wrócił do domu, choć to już nie mój dom. Mam im to za złe.
     No więc pies zżarł mi namiot i nie miałem za bardzo gdzie spać, ale Karol z Lucyną zaprosili mnie do siebie. Przyjęli mnie bardzo ciepło i miło. Dziś Lucyna ugotowała prawdziwą ucztę z okazji mojego przyjazdu. Zawsze ich lubiłem. Trzymaliśmy tutaj sztamę przeciwko tym wszystkim politykom. Stare dobre czasy.
     Zadzwoniłem do Tani. Miło było po tylu tygodniach usłyszeć jej glos. Chciałbym, żeby przyjechała tutaj jak najszybciej. Tylko do czego? Nic się nie może wyklarować.
     Dziś w nocy dojechał Tirtha  i Laksmana. Rano poszedłem ich odwiedzić. Są kochani. Ucieszyłem się bardzo na ich widok. Spędziliśmy parę godzin, rozmawiając o tym, co się dzieje u nich i co do diabla ja tutaj robię, zarośnięty, z akordeonem, bez Tani. Żebym to ja wiedział.
     Zaprosili mnie, żebym u nich spał. Z chęcią skorzystałem z zaproszenia. Pracują teraz nad nowym projektem. Nazywa się Dhira i nagrali już parę kawałków. Dla mnie pierwsza klasa, nie mogę się doczekać, aż usłyszę całość.
     Sprezentowałem im na pamiątkę anglojęzyczny egzemplarz "Proroka" Khalila Gibrana (czy ja to dobrze piszę?). Prezent jeszcze z Krakowa od Marka. Piękna książka.
     Wieczorem Tirtha pokazał mi, jak się gra skalę w różnych tonacjach i jak improwizować. Poczułem, jakby otwarły się przede mną drzwi, milowy krok w mojej muzyce.

29.04.2004, Madryt
     Samotność. Czyta, kliniczna samotność. Jest północ, siedzę na dworcu kolejowym i zastanawiam się, jak się w to wpakowałem. Czy ja sam wybrałem tę sytuację? Naprawdę? Jestem w środku wielkiego, nieprzyjaznego miasta, tysiące kilometrów od domu i dziewczyny, nie mam pomysłu, siły, ani pieniędzy i to jest mój wybór? He he - nie wierzę.
     Miałem dziś spać u znajomych w Madrycie. Niestety, kiedy wróciłem około dziesiątej wieczór, okazało się, że nikt nie odpowiada na domofon ani na telefon.
     Jestem więc na dworcu Atocha Renfe i chcę mi się spać, ale właśnie przyszedł policjant i powiedział, że mogę siedzieć, ale nie wolno mi leżeć. Ciężko więc będzie zasnąć. Miałem nadzieje, że los się odmieni - poszedłem do kasyna i wydałem zarobione dziś pieniądze. Los nie okazał się łaskawy, niestety.
     Marokańczycy, pies, policja, kasyno, bezdomny włóczęga, głód... Jak w książce.
     To o czym teraz marzę, to dom, cieple łóżko, kochająca osoba obok mnie i nikogo więcej. Łamiesz się chłopie, co?
     Różnią się  te zapiski od tych sprzed wyjazdu z Polski. Ale fortuna kołem się toczy i jakkolwiek źle rysowałaby się sytuacja, ciągle ma to sens. Chyba.

* * *
     Ok, znalazłem w miarę spokojne miejsce. Mam nadzieje, że nie za spokojne i że znów nie opędzlują mnie jakieś rzezimieszki. Spróbuję się zdrzemnąć.

* * *
     Świt w Madrycie.
     Nie pospałem za dużo. Okazało się, że Atocha Renfe zamykają o północy i mnie wyrzucili. Siedziałem parę godzin przy wejściu do metra, które też było zamknięte, ale wiało stamtąd ciepłym powietrzem. W międzyczasie poznałem szalonego, ale miłego bezdomnego, który zawinięty w śpiwór spał na przystanku. Przyjacielsko podał mi namiary na wszystkie schroniska dla bezdomnych i darmowe jadłodajnie. Wydawało się, że wszystko z nim w porządku, dopóki nie powiedział, że teraz przekaże mi największy sekret. Cały świat jest iluzją stworzoną przez obcych, którzy żywią się nasza krwią. Jemu udaje się widzieć poprzez iluzję i dlatego musi się ukrywać, żeby go nie zabili.
     Szkoda mi było tego miłego, chorego pana.
     Kiedy się już trochę rozjaśni, poszukam internetu i rozejrzę się w Hospitality Club.

później tego samego dnia
     Położyłem się już spać. Dziś śpię w łóżku. Nie docenia się takich rzeczy,  dopóki nie zazna się spania na schodach metra. A ile ludzi jest zmuszonych tak żyć? Aż nie chcę o tym myśleć, bo coś w środku boli, a już i tak jestem bliski całkowitej frustracji.
     Poczucie samotności nie popuszcza.
     „Kiedy samotność staje się tak wszechogarniająca, że zabija całe piękno, to jedyne, co można zrobić, to pozostać otwartym" - pisze Coelho w "Wojowniku Światła".
     Tyle mogę zrobić.
     Pogoda jest ciężka, ludzie jeszcze bardziej. Oprócz tego mam ciężkie serce i ciężkie powieki.
     Czuję się trochę jak ostatnio w Paryżu, kiedy Tani wysiadły plecy i zostałem sam. Ludzie tutaj są tacy sami jak tam: obcy i zimni, żadnych reakcji, obserwują cię jak rybę w akwarium, chłodnym, taksującym okiem.

01.05.2004, Madryt
     Dołek przeszedł, może dlatego, że wpadło trochę grosza, a poza tym wyspałem się porządnie, no i mam jakąś bazę, a to też pomaga się uspokoić.
     Dostałem inspirujący list od Tani, który naprawdę postawił mnie na nogi.
     Dziś zarobiłem trzydzieści dwa euro, w jakieś sześć godzin. Oprócz tego Manuel, chłopak którego spotkałem kiedyś na farmie, dał mi dwadzieścia euro.
     Na mieście poznałem Gordona, chłopaka z Niemiec. Gra na gitarze. Kiepściutko, ale jakoś tam mu idzie. Strasznie zagubiony i nieśmiały. Kiedy go spotkałem pierwszy raz, był boso, ale później ktoś dał mu buty i marynarkę.
     Szkoda mi było gościa. Przyniosłem mu jabłek.
     Widzę, że jest tak, jak pisze Coelho - trzeba być otwartym, bez względu na to, jak inni nie byliby zimni i obojętni. Dobrych ludzi zawsze można spotkać.
     Świat nie jest zły z natury. Czasami jest bardzo głupi, ale na pewno nie jest zły.

02.05.2004, Madryt
    Spotkałem dziś na ulicy Marcela, Argentyńczyka, który robi statuę demoniczną. Pokazał mi różne miejsca, gdzie dobrze się gra. Miło się z nim rozmawiało, brakowało mi tego po dniu walki na ulicy. Marcel planuje zostać tutaj jeszcze dwa miesiące, a później jedzie na północne wybrzeże i oprócz statui będzie robił jeszcze uliczny monolog. Rozmawialiśmy trochę o wolności i życiu. Zarabianie też nie idzie mu za dobrze, ale jest mu łatwiej, bo ma tutaj swoich bliskich tzn. dziewczynę i przyjaciół.
     Co jeszcze? Tania nie przysłała mi dziś emaila. Mam nadzieję, że wszystko w porządku, ale na razie nie chcę jeszcze wydawać na kartę telefoniczną. Zaczekam do jutra. Oprócz tego czeka mnie jeszcze wydatek na notatnik na nowy dziennik, bo w tym już ostatnie kartki, a teraz kiedy nie mam do kogo otworzyć gęby, to piszę więcej.
     No i nie ma tak źle. Chcę podziękować wszystkim życzliwym duszom, które spotkałem w drodze. Mimo wszystko widzę, że jest ich dużo, jak na ten chory świat.

04.05.2004, Madryt
     Nowy notatnik znów zaczęty w drodze. Siedzę właśnie w metrze i jadę na Mendeza Alvaro sprawdzić, o której mam jakiś autobus do Malagi.
     Wczoraj miałem zabawny dzień. Lało jak z cebra, zdecydowałem, że nie będę grał, ale przynajmniej zamienię drobniaki na banknoty. Uzbierało się chyba z kilogram. Okazało się, że nigdzie nie chcą mi tego wymienić. W Danii wystarczyło wejść do jakiegokolwiek banku, podejść do maszyny, wsypać bilon, wyciągnąć karteczkę, podejść do okienka i dostawało się  banknoty, bez zbędnych komplikacji. Tutaj nic z tego.
     Przeszedłem kilka banków, z których mnie spławiono (bardzo nieuprzejmie), aż wreszcie jakaś miła, normalna dziewczyna uratowała mnie z opresji. Powiedziała, że zamieni mi monety, tylko muszę je sam zapakować do plastykowych pojemniczków. Nie ma problemu. Zajęło mi chyba z godzinę, ale byłem o kilogram lżejszy.
     Potem wkurzyli mnie na poczcie. Wysłałem list do Tani i po wyjściu zorientowałem się, że machnęli mnie na dwa euro. Cały w nerwach postanowiłem zadzwonić do Tani, ale kilka kolejnych budek telefonicznych okazało się zepsutych. No więc leje jak z cebra, nie mogę zadzwonić, jestem zmęczony hiszpańskim buractwem – po prostu mam dosyć.
    Wreszcie zatrzymałem się, podniosłem wzrok do góry i mowię: Co jeszcze?! Więcej niespodzianek?!
    W tym momencie poczułem, jak wielka, ciepła kropla deszczu uderza mnie w twarz i rozpryskuje się po całym ubraniu. Tylko, że to nie był deszcz, ale ogromne, rzadkie ptasie gówno.
     Ulżyło mi i zacząłem się śmiać. Przechodnie z przestrachem i obrzydzeniem omijali mnie łukiem, zastanawiając się, czy nie rzuci się na nich ten wysmarowany guanem włóczęga. Na szczęście obok był park. Oczyściłem się z grubsza trawą, resztę oblacji zakończyłem w kiblu Mac Donalda.
     Później już bez problemu zadzwoniłem do Tani. W domu na szczęście wszystko dobrze, tęsknią za mną. Ja za nimi też.
     W końcu pomyślałem, że na złość wszystkiemu i wszystkim pogram trochę. Był to mój najlepszy dzień w Madrycie. Nie pod względem kasy (choć też nie było źle) ale spotkałem dziś ludzi, którzy docenili z głębi serca moją muzykę i okazali się otwartymi osobami.
     A jutro znów w nieznane. Mam nadzieje, że uzbieram dziś choć na bilet do Malagi. Sprawdziłem w internecie prognozę pogody. W Maladze cały tydzień ma lać.
     Ok, mój przystanek, Mendeza Alvaro.

później tego samego dnia
     Dzisiaj chyba nici z zarobku. Policja przegoniła mnie już z trzech miejsc, nie chce mi się szukać następnego. Kupiłem chipsy, avocado, wino (Don Simon w kartonie) i wyleguję się na Plaza Mayor, mając nadzieję na jakąś ciekawą rozmowę. Jak na razie siedzę sam.
     Ciepło. Upał. Pęcherz popycha mnie, żeby wstać, ale nie chce mi się, jest za gorąco, żeby się ruszać. Ktoś obok gra flamenco, dźwięki gitary łączą się z promieniami słońca, prawie nie słychać samochodów, jest czas sjesty. Gdzieś zawyła syrena. Kiedy leciutko rozchylam powieki, widzę nogi przechodniów, głównie turystów; Hiszpanie śpią po do mach. Trochę dalej stoi biała statua, której poświęciłem wcześniej garść miedziaków, w zamian za szczyptę złotego piasku.
     Miły gwar.
     Gdyby nie ten pęcherz, to bym sobie odpłynął.
      A tak trzeba jednak wstać.

05.05.2004, Malaga
     Śniła mi się dziś wojna, chyba II Wojna Światowa, ale nie jestem pewien. Było tam coś o wieloletniej rozłące z przyjaciółmi. Po wielu latach spotykam się z Tomem. Jestem kulawy, a może nawet nie mam nogi, Tom też wygląda nie lepiej. Jest coś fajnego i ciepłego w tym spotkaniu - to że po tylu ciężkich, prawie niemożliwych do przeżycia latach udaje nam się jednak spotkać i wiemy, że teraz już będzie dobrze.
     Jadę do centrum Malagi spróbować pozarabiać. Jak zwykle mam wielką tremę przed występem w nowym miejscu. Jaka będzie policja, jacy ludzie, jak będą reagować itd.

później na mieście
     No i już wiem jak się będzie grało w Maladze. ******wo. No dobra, wymiękam. Uzbieram jeszcze parę groszy i spadam do domu. Hiszpania to jeden wielki niewypał.
     Całkiem inaczej się czyta o podróżnikach i wagabundach, a całkiem inaczej spróbować żyć tak samemu. Brakuje romantyzmu, który tak łatwo zobaczyć w książkach. Kiedy się czyta, że kogoś obrabowali na plaży, albo że nie mógł sobie znaleźć miejsca do spania, łatwo powiedzieć, że też by się chciało posmakować przygody, ale kiedy zdarza się to w rzeczywistości, mamy po prostu do czynienia z gołym, nieprzyjemnym faktem. Trzeba mieć naprawdę talent i wewnętrzną muzykę, żeby wtedy gdy to się dzieje, uchwycić urok przygody.
     Do tego dochodzi samotność. Też przereklamowana. To wcale nie takie przyjemne być samemu. Jestem sam od prawie dwóch miesięcy i zdycham za towarzystwem. Nie tylko towarzystwem do piwa, takie zawsze się znajdzie (choć czasami jest to kwestia sporna), ale za prawdziwym towarzystwem, z głębi serca, z przyjaznym dotykiem i słowem otuchy.
     Samotność jest wysuszoną na słońcu kością z lodu.
     Czuje się trochę jak astronauta wystrzelony na Marsa, choć jestem w o tyle lepszej sytuacji, że ciągle jest nadzieja, że kogoś spotkam na tej pustyni.
     Hiszpania jest ciężkim miejscem. Albo też trudno jest mi to znosić tutaj, bo podróżuję sam, a przedtem w Holandii byłem z Tanią, we Francji też, w Danii było parę osób, z którymi byłem blisko.
     A tutaj nie istnieję.
     Nie ma mnie dla nikogo.
     Człowiek jednak jest zwierzęciem stadnym.
     Czy można napisać wiersz będąc tak ogołoconym z iluzji i związków, jak ja teraz? Potrzebuję juice’u. Nie chcę, żeby świat był taki zimny i suchy, jak widzę go teraz. Wielki Duchu, postaw jakieś otwarte dusze na mojej drodze, albo przynajmniej nabij mi kieszeń, żebym mógł w dobrym humorze wrócić do domu.
     Wydaje mi się, że w poszukiwaniach siebie dobiłem swoich granic.

Przestałem słyszeć wycie wilka
wzywające na bal.
Zniknęła szara gęstwina
niewidzialnych grubych pni
i zapachu zgniłych liści.
Zapodział się senny kompas,
który kiedyś bezbłędnie
wskazywał kierunek.
Wiązałem tyle oczekiwań
z przyjęciem, które miało się odbyć
na niedostępnych polanach.
Dziesiątki mioteł,
wytworne fraki,
wieczorowe suknie,
tajemnicze oczy,
pełne tajemniczych historii,
zagadkowe uśmiechy,
pełne zagadkowych buntów.
Zaproszenia do miejsc ze snów,
kurtuazyjne wymiany uprzejmości.
Tak wiele mnie ominęło.

Myślę, że nadszedł czas,
by znów czujnie wsłuchiwać się
w nocne szmery.

07.05.04, Malaga
     Kręcę się bez celu. Nie mam najmniejszej inspiracji do grania, wręcz przeciwnie, na samą myśl robi mi się niedobrze. Miałem dziś pomysł, żeby połazić po barach i popytać o pracę, ale też tego nie czuję. No ale trzeba coś robić.
     No to co? Gramy? Nie ma tutaj za dużo ludzi (Plaza de Feliz Grenz), ale tak wolę, kameralnie.

później
     Atmosfera się zmienia. Poznałem Mike’a, Irlandczyka, około sześćdziesiątki. Trochę szalony gość, alkoholik i uliczny muzyk od trzydziestu lat. Zobaczył mnie, jak grałem i usłyszał, że śpiewam po angielsku (czego na ziemi hiszpańskiej rzadko uświadczysz). Dołączył do mnie. Gra na gitarze i nieźle wymiata, choć jeśli chodzi o głos, to widać, że lata picia i palenia nie zostawiły dużo. Miał kiedyś żonę, ale umarła, miał też syna, ale nie słyszał o nim od lat. Teraz po prostu podróżuje. Powiedział, że jeśli chodzi o sztukę uliczną, to Hiszpania jest gówniana (jakbym już sam tego nie wiedział). W Londynie jest w stanie uzbierać sto funtów w trzy godziny, ale przyjeżdża tutaj, bo lubi ciepło.
     Ponieważ jest stałym klientem linii lotniczych z Anglii do Hiszpanii, przysługuje mu jeden darmowy bilet i jeśli chcę, może mnie zabrać do Londynu. Moglibyśmy wspólnie pograć i powłóczyć się.
     Jutro mamy jechać do Granady i jeśli dobrze pójdzie, może odwiedzilibyśmy Maroko, później z powrotem Hiszpania i samolot do Londynu.
     Fajnie by było, ale choć Mike jest sympatyczny i czuć od niego pozytywną energię, to nie wiem, na ile mogę liczyć na to, co mówi. Pażiwiom uwidim. Dobrze, jeśli w końcu coś by się ruszyło.

później
     Przygody ciąg dalszy. No więc graliśmy na zmianę i szło nam obłędnie, myślę, że po trzech godzinach mieliśmy już w futerale ze sto euro. Tylko Mike był bardziej i bardziej pijany. Kiedy przyszła znów jego kolej grania, zjawiła się policja i poprosiła, żebyśmy się wynieśli. Grzecznie zacząłem pakować nasze rzeczy, ale Mike dostał nagle ataku szalu i rzucił się na gliniarzy! Próbowałem go uspokoić, ale nie było szans, sami gliniarze nie pomagali i w końcu go zwinęli.
     Cały dzień grania, szło nam pierwsza klasa, miałem plan na przyszłość, a ostatecznie zostałem bez kasy. Na autobus dostałem od dwóch Szkotów, którzy najpierw słuchali jak gramy, a później obserwowali całe zajście.
     Może jutro rano pojadę na miasto, tak wcześnie, jak się da i poszukam Mike’a, ale wątpię, że uda mi się go spotkać. Pech to pech. Wykończony jestem.
     Znów najem się tych dziwnych owoców, które rosną koło namiotu (nie mam za bardzo wyboru) i idę spać. Cholerna kasa.
     No ale może przyjdzie coś dobrego z tej sytuacji? Ciągle (nie wiem dlaczego!!!) próbuję postrzegać rzeczywistość w taki sposób, że wszystko co się wydarza, ostatecznie przynosi dobry skutek. Być może nie natychmiastowy, ale długoterminową lekcję. Amen.

08.05.2004, Malaga
     Ok - walczę dalej. Jadę do Granady. Poszwendałem się jeszcze po mieście, szukając Mike’a, ale nic z tego, możliwe że zwinęli go na dłużej. Siedzę w autobusie do Granady. Przyłączyłem się do dwóch punkowców. Dziewczyna jest stąd, Andaluzyjka z krwi i kości, a chłopak (czterdziestoletni) jest Niemcem. Nie wygląda za dobrze. Wczoraj napadli ich skinheadzi i nieźle go stłukli. Ma zszyte czoło i palec, ale nie wydaje mi się, żeby ten palec mu się zrósł, jest cały siny i wygląda na zainfekowany.
     Mówią, że w Granadzie można spać w jaskiniach, a poza tym jest trochę squattow. Zobaczymy. Póki co jestem głodny jak zwierz.

później, Granada
     Jestem w Granadzie. Na razie trzymam się z moją punkową parą. Chłopak to Ed, dziewczyna Selga. Sympatyczni.
     Miasto wydaje się mieć bardzo fajną wibrację, zupełnie inaczej niż Madryt czy Malaga. Na ulicach jest mnóstwo młodzieży najróżniejszej maści. Wielu czeskich punkowców, rastamanów i po prostu włóczęgów. Tubylców można poznać po tym, z jaką niechęcią patrzą na ten kwiat młodzieży.
     Miasto jest stare i piękne. Otaczają go góry, podziurawione jaskiniami jak ser szwajcarski. Podobno w średniowieczu mieszkali tam Cyganie, a teraz zamieszkują je podróżnicy i w ogóle lokalna "bohema" .
     Kiedy szliśmy przez miasto, w pewnym momencie wynurzyła się przede nami góra z ogromnym zamkiem otoczonym murem. Przepięknie. Chyba to ta słynna Alhambra - największy i najlepiej zachowany zabytek muzułmański.
     Dziś śpię w punkowym squattcie.

09.05.2004,  Granada
     Ufff. Czasami jednak lepiej jest podróżować samemu, niż w takim szalonym towarzystwie. Wczoraj dołączyliśmy do większej grupy punkowców. Wszyscy się schlali i poszli na koncert. Choć chcieli mnie wyciągnąć, zostałem. Najpierw spało się dobrze, ale w nocy dzieciaki zaczęły się schodzić z różnych imprez, ognisk i koncertów. Trwało to prawie do rana. W międzyczasie jedni wymiotowali, inni śpiewali, a jeszcze inni się chędożyli na cały regulator.
     Kiedy w końcu zaczęło się robić jasno, pozbierałem swoje rzeczy i wymknąłem się na cichą i świeżą ulicę. Cóż - młodość ma swoje prawa - przecież kiedyś zachowywałem się dokładnie tak samo. No nic - odwiedziny w krainie dzieciństwa zakończone.
     Teraz siedzę w kafejce. Zaszalałem. Kupiłem sobie churros con chocolate i sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. Zaraz pójdę się poszwendać, a od dziesiątej będę już mógł pracować.
     Z kasy którą zebraliśmy wczoraj razem z Selgą i Eddim nic nie zostało, ale niech im będzie. Powiedzmy, że wczoraj ja stawiałem.
     Śniło mi się dzisiaj, że była tutaj ze mną Tania. Wspięła się na tę górę, którą widziałem z autobusu. Bardzo się o nią bałem. Później zeszła lawina i nie wiedziałem, czy Tania zdążyła uciec. To był straszny sen, bardzo realistyczny. Może to stąd, że Ed opowiedział mi swoją historie. Siedem lat temu dowiedział się, że jego żona ma raka, a miesiąc później już nie żyła. Los czasami potrafi kopnąć w dupę.

To Ty? Nie, niestety,
to tylko szelest skrzydeł
szarej ćmy
na tle nocnej szyby.
To Ty? Nie, to znowu
tylko wiatr,
a może mój umysł
kpi ze mnie,
jak zwykle, jak od lat.
To Ty? Powiedz – tak -
ten jeden raz.
Niestety to tylko gwiazdy
szepczą kosmiczne plotki
w uszy niechcianych psów.
To Ty? Ten błysk,
tam, za granica widzenia,
obietnica nowego dnia...
Nie, to znowu ćma,
zderzyła się z gwiazdą
i spadła gdzieś w piach
pod oknem.
To Ty? I znów nic...

10.05.2004, Granada
     Dziś jest ciężki, deszczowy poranek. Wczoraj trochę pograłem, później pospacerowałem po uliczkach Granady. To miasto naprawdę ma urok. Jakby się było w "Pamiętniku znalezionym w Saragossie".
     Miasteczko nieduże, ale pełne ulicznych artystów, muzyków itd. Na jednej ulicy jest chyba z dziesięć statui (jak się to odmienia!?) stojących obok siebie. Wydaje mi się, że robią kasę. Najlepsza moim zdaniem była egipska królowa, która w jakiś sposób przymocowała się łańcuchem do płotu i kiedy ktoś wrzucał monetę, przechylała się w jego stronę pod ostrym kątem. Wyglądało to z przodu, jakby miała moce mistyczne.
     Wczoraj znalazłem miejsce w hoteliku, nawet tanio, piętnaście euro, chciałem się wykąpać i wyspać w czystym łóżku, ale nie mogę tutaj zostać za długo. Jeszcze tylko jedna noc, a od jutra mam miejsce w Albergue - jest to coś w rodzaju schroniska dla bezdomnych, ale wygląda raczej jak polskie schronisko młodzieżowe.
     Byłem dzisiaj na obiedzie w darmowej jadłodajni, wszystko było wegetariańskie. Spotkałem tam Juana z Pampeluny. Pomaga mi trochę zorientować się w tym miejscu, pokazując miejsca, gdzie można za darmo zjeść, wyspać się, zrobić pranie itd.
     Nie planuje jednak zostać. Już nadszedł czas powrotu do gniazda. Chcę tylko zebrać choć ze sto euro, żeby coś przywieźć do domu i ruszam z powrotem.
     Teraz czekam w kolejce na kolację. Kupa ludzi, w większości Marokańczycy i punkowcy.
     Spotkałem Eda i Selgę. Edowi obcięli wczoraj palca, wdała się gangrena. Ta zaszyta rana na głowie też nie wygląda za dobrze. Jak ma się wyleczyć, nie myjąc się, nie śpiąc i pijąc cały dzień? Ale nie wydaje mi się, żeby zależało mu na tym, żeby wydobrzeć. Wydaje się, że tylko czeka, żeby w końcu wydostać się z tego pieskiego świata.
     Tylu ludzi porzuciło zmaganie się w tym świecie i teraz po prostu czeka na koniec filmu, nie licząc już na nic. Wstyd się przyznać, ale czasami czuję ulgę wiedząc, że wybrałem takie życie tylko na chwilę, podczas gdy niektórzy nie maja już odwrotu ani wyboru.

11.05.2004, Granada
     Jednak udało mi się uniknąć Albergue. Nie byłem za bardzo chętny zatrzymać się tam i to nie z powodu towarzystwa, ale ogólnie atmosfera była dziwna. Czuło się ten podział: my (kierownictwo, pracownicy) i oni (czyli my) - włóczędzy, Marokańczycy, loserzy. Nie lubię tego.
     Zostawiłem tam swoje rzeczy i poszedłem na targ warzywny, gdzie spotkałem Polaków: Kasię i Jurka, dziecko Kasi i jej chłopaka, Mathew (Anglik). Porozmawialiśmy chwilę i zaproponowali, żebym dołączył do nich w jaskini na wzgórzach. Pozbierałem więc rzeczy i wydostałem się z tego dziwnego schroniska.
     Zajęło nam jakieś dwie godziny dotarcie tutaj, do jaskini na Sacromonte. Nie było łatwo z moimi rzeczami, ciężko podróżuje się z akordeonem, ale wspólnymi siłami doszliśmy. Rozbiłem namiot przed wejściem do jaskini. Nie czułbym się dobrze śpiąc w jaskini, a poza tym śmierdzi tam zgniłym osłem. Poprzedni właściciel trzymał tam osła, który w końcu zdechł i zapach wgryzł się już na stałe w ściany.
     Mathew gotuje teraz obiad z rzeczy, które zostawili na targu warzywnym sklepikarze. Uzbierała się z tego niezła ilość produktów pierwszej klasy. Pomogłem pokroić warzywa (wszyscy są wegetarianami). Poradzili mi, żebym nie jadał w darmowych jadłodajniach, bo dodają tam do jedzenia różnych uspokajaczy, żeby motłoch się nie burzył. Jezu.
     Piękny jest stąd widok. U moich stop rozciąga się cała Granada, a dookoła widać góry (Sierra Nevada? Muszę sprawdzić na mapie). Po lewej stronie widzę mury Alhambry. Któregoś dnia przed wyjazdem będę musiał tam jeszcze zawitać, bo to byłby wstyd, jeśli nie zwiedziłbym tego miejsca.

później
     Jest wieczór. Pali się ognisko. Kasia, Jurek i Mathew palą jointa i wspominają dawne czasy, znają się od dzieciństwa. U Kasi na kolanach drzemie Wawa (jej sześcioletni synek), a ja leżę przed namiotem i cieszę się tą atmosferą. Teraz w nocy widok jest jeszcze piękniejszy. Całe miasto lśni jak skrzynia klejnotów. Nasza góra i góry obok też świecą światełkami ognisk, wydaje się, że większość z tych jaskiń jest zamieszkała. Z jednej strony dobiegają nas uderzenia bębnów, z drugiej dźwięk gitary i jakaś hiszpańska pieśń. Moi towarzysze palą trawę i śmieją się do siebie. Choć nie się nie odzywam i po prostu patrzę, to jest mi dobrze i cieszę się, będąc z tutaj nad Granada z ludźmi.

12.05.2004, Granada
     Jutro chyba się stąd zwijam. Myślę, że nie ma sensu już tu być. Tak naprawdę to chciałbym, żeby ta droga była już za mną. Gdzie się podział ten entuzjastyczny włóczęga sprzed miesiąca?
     Jak szło granie? Cieniutko. Miałem coś uzbierać, a tak naprawdę jestem bez złamanego grosza, a jeść mi się chce, że aż kiszki skręca. Jest wieczór, moi nowi znajomi poszli razem na miasto, nie chciałem się narzucać. Głupio mi też było przyznać, że nie mam ani grosza, żeby kupić choćby kawałek chleba, nie chciałem wyjść na żebraka. Trudno, jutro coś zjem. Teraz zapalę, żeby zabić głód.

13.05.2004, Granada
     Siedzę pod "Hogar Corazon Maria". Podobno można się tutaj wykąpać i wyprać ciuchy, może nawet udałoby mi się wyprać plecak, (kiedy byłem na punkowym squacie, oblepił się jakimiś dziwnym substancjami, podobnie jak mój śpiwór), no i dają darmową kawę z mlekiem. Tylko, że jest zamknięte i nie wiem, czy dziś w ogóle będzie otwarte, a jeśli tak, to o której.
     Dziwne jest to uczucie bycia biedakiem, obieżyświatem i bezdomnym. Trochę tak, jak to opisał Edi Pyrek - jesteś odgrodzony od reszty świata wysokim murem. Oczy ludzi prześlizgują się z niechęcią po twojej powierzchni i już nie masz tylu praw, co „normalni” ludzie. Samotność staje się głęboką, wtopioną w jaźń częścią ciebie.
     Miejsca, w których ludzie ci pomagają, jak te jadłodajnie czy schroniska - widzisz ile za tą pomocą jest nieszczerości. Nie mówię, że wszyscy są nieszczerzy, ale czuć silną barierę miedzy pomagającymi i pomaganymi. Nie potrafię tego dokładniej teraz uchwycić… Widzisz, że dla wielu z nich pomaganie żebrakom i włóczęgom jest tylko narzędziem do czucia się lepiej.
     Nie jest łatwo wyciszyć się w takich warunkach. Kiedy uczucie bezsilności i odrzucenia jest tak silne, to trudno cokolwiek poskładać w środku, cała jaźń jest zwinięta w pięść. Tylko "Dezarie" mnie trochę teraz łagodzi, swoim silnym, kobiecym głosem.
     Otworzą wreszcie ten cholerny "Hogar Corazon Maria" ?!!!
     No dobra, czekam jeszcze jakieś dziesięć minut i spadam. Pójdę na internet, później wykupię pokój w hotelu, żeby doprowadzić się do jakiegoś kształtu przed powrotną drogą.

14.05.2004, pod Granada
     Ruszyłem! Poszedłem na stację benzynową i złapałem stopa. Tylko, że w drugim kierunku! Na Sewillę! Po prostu chciałem wydostać się z Granady. Wiedziałem, jak ciężko łapie się tutaj stopa, tak że zabrałem się z pierwszą możliwą osobą. Sympatyczny Portugalczyk. Niestety nie pomyślałem, ponieważ okazało się, że do samej Sewilli nie mam możliwości zawrócenia i przejścia na drugą stronę autostrady, żeby skierować się na Murcję i Walencję. W końcu wysadził mnie na jakiejś stacji, z sześćdziesiąt kilometrów od Granady.
     Ruchliwa autostrada, wielka stacja benzynowa, tiry itd., tylko że wszyscy jadą w drugą stronę. Dumałem chyba z godzinę. Zapytani ludzie odpowiedzieli mi, że nie ma żadnej możliwości przedostania się na drugą stronę.
     Na plecach akordeon, na wózku plecak. Stoję na poboczu autostrady, próbując wypatrzyć lukę pomiędzy sunącymi z zawrotną szybkością samochodami, żeby przedostać się na środkowy pas trawy. Teraz! Biegnę. Udało się. Uff. Jeszcze drugi pas - znów przygotowanie do startu, czekam chyba z  piętnaście minut. Znów, bieg i jestem po drugiej stronie! Jeśli ktoś to kiedyś przeczyta - NIGDY TEGO NIE RÓBCIE!!!!
     Dopiero teraz widzę, że po drugiej stronie stoi kierowca tira, który chciał zapalić papierosa, kiedy zobaczył mój wyczyn. Patrzy na mnie jak na świra. Podchodzę, wyciągam mu z dłoni paczkę Marlboro, zapalam jednego, oddaję paczkę i trzęsąc się jak osika na wietrze, uświadamiam sobie, że przekraczanie autostrady w takim miejscu było bardzo głupią rzeczą.

później
     Po moim szalonym numerze, szybko coś złapałem, tym razem we właściwym kierunku.  Sympatyczny Marokańczyk zabrał mnie do tira i suniemy teraz w kierunku Murcji. Jeśli szłoby dobrze, to może już jutro udało by mi się wydostać z Hiszpanii. Byłoby fajnie. Spróbuję pojechać przez Szwajcarię, Austrię i Słowację. Mógłbym wjechać do Polski w Zwardoniu, albo w Glince, czyli praktycznie w domu.
     A z Marokańczykiem to fajna sytuacja, bo po tym napadzie w Barcelonie, na plaży, miałbym uraz do Marokańczyków, a tak świat znowu jest pozytywny.
     Wczoraj napisałem list do Coelho, że mam wątpliwości, jeśli chodzi o te całe poszukiwania legendy. Taki czarny humor, mam nadzieję, że zrozumie.

15.05.2004, pod Murcją
     Idzie jak krew z nosa, ale jakby co, to mogę się zabrać do granicy z Francją z jednym z litewskich tirowców. Ale on wyjeżdża dopiero o ósmej wieczorem.
     Ale wczoraj wylądowałem! Sympatyczny Marokańczyk, Abdul-a-tiw troszeczkę niejarząco wysadził mnie w miejscu poza trasą, przy jakiejś rozładunkowej hali dla tirów, ale nie było tam żadnych ciężarówek, a do tego zaczęła się ulewa. Jedyne samochody jeżdżące tamtędy należały do pracownic z tej hali. Stałem z dwie godziny w strumieniach deszczu z gazetą na głowie, na odludziu, praktycznie w szczerym polu, przeklinając mój los. Byłbym tam zapewne musiał spędzić noc, gdyby nie pewna miła pani, której przypomniałem syna. Podrzuciła mnie do Almohy. Ładna wioseczka, tylko że - no właśnie - wioseczka.
     Wieczór, najtańsze hotele po trzydzieści euro, dworzec zamykają o 22.30, pełno podejrzanych elementów, rozmawiających po rosyjsku albo arabsku, łypiących na mnie spod oka.
     Było już ciemno, kiedy postanowiłem znaleźć miejsce na biwakowanie. Przez godzinę szukałem miejsca, żeby zniknąć niezauważony przez nikogo. Nie uśmiechała mi się konfrontacja z jakimiś gangsterami poza światłami miasteczka. Wreszcie wziąłem głęboki oddech i czmychnąłem sprzed nieprzyjaznych oczu. Niestety wpakowałem się w jakieś sady i plantacje, wszystko ogrodzone, wszędzie ujadające psy. Przeszedłem chyba z pięć kilometrów, zanim w końcu znalazłem coś, co od biedy można by uznać za miejsce do biwakowania. Były to jakieś ruiny. Najpierw myślałem, że prześpię się po prostu pod dachem i nie będę rozbijał namiotu, ale kiedy tylko usiadłem i zacząłem rozkładać śpiwór wewnątrz zrujnowanego budynku, poczułem nagle taką "duchową" atmosferę, że od razu postanowiłem się wynieść. Nie mogłem jednak odejść daleko, parę metrów dalej znów zaczynały się sady, więc rozbiłem namiot obok ruin. Lało, wiało i musiałem rozbić się praktycznie w błocie. Przenikliwy smród szlamu wdzierał się do nosa, nie było przed nim ratunku. Mokry, brudny, spocony wczołgałem się do namiotu, nawet nie trudziłem się rozbieraniem. Noc miałem niespokojną, ciągle wyły psy i za każdym razem, kiedy udało mi się zasnąć, nawiedzał mnie paskudny koszmar. Brrr. To miejsce było ohydne. Kiedy tylko zaczęło świtać, pozbierałem się i z ulgą wyruszyłem do miasta.
     Kiedy odchodziłem, mogłem prawie przysiąc, że usłyszałem chichot dobiegający z ruin, w których wiła się zielonkawa mgła.
     Z Almohy od razu złapałem dwóch facetów jadących do Murcji. Podrzucili mnie na sporą stację benzynową, na której teraz jestem. Opowiedziałem im trochę o moim życiu, chyba się im spodobało. Jeden z nich popatrzył na mnie z zazdrością i powiedział, że jeśli by mógł, to od razu by się ze mną zamienił. Uśmiechnąłem się w duchu. Chciałbym go widzieć, jak po kolana w błocie rozbija namiot o północy, z pustym żołądkiem, przy akompaniamencie wyjących kundli.
     Kiedy dojechaliśmy na stację, kierowca dał mi dziesięć euro i powiedział, żebym zjadł jakieś porządne śniadanie na jego konto. Dzięki.
     No i teraz jestem tutaj. Trochę mnie ścina po nocy w nawiedzonych ruinach, ale nie ma tutaj żadnego kawałka trawy, na którym mógłbym się wyłożyć, tylko parking i restauracja, a jedyne miejsce z trawą jest ogrodzone i obłożone opłatą. Co za ludzie. Chcę już stad wyjechać. (Zatęsknisz jeszcze za tą podróżą "za jeden uśmiech", stary, zatęsknisz).
     Rozłożyłem się cichaczem na tarasie restauracji - czyściej tutaj i wygodniej. Na plecaku przylepiłem karton z napisem Walencja - Barcelona i odpoczywam. Może przy okazji ktoś mnie zabierze? Tylko, że jeśli byłby to stop tylko do Walencji, to chyba bym nie pojechał - tutaj mam na wieczór pewniaka do Francji (tego Litwina).
     Dzyń, dzyń, dzyń - ale ktoś właśnie trzepnął kasy w jednorękiego Jacka w restauracji. Skurczysyn.

później
     Już wieczór, a ja ciągle w tym samym miejscu. Litwin, który miał mnie zabrać do Francji, pojechał o piątej, a nie o ósmej, jak mówił. Czyli teraz nie mam już żadnego planu awaryjnego. Byli Polacy, ale okazało się, że już wzięli kogoś do samej Polski. Szczęściarz.
     Jestem zły. Najbardziej wkurzył mnie ten Litwin.
     Dwa dni w drodze i jestem dwieście kilometrów od Granady. A myślałem, że dziś będę już we Francji. Jeszcze wyjeżdżają tiry, ale teraz to już sami Hiszpanie, czyli nie ma szans.

16.05.2004, pod Murcją
     Spałem dziś w tirze u Andrzeja. Wczoraj poznałem się bliżej z chłopakami z Polski. Oglądaliśmy telewizje, piliśmy wódkę, gadaliśmy i poszliśmy spać o drugiej w nocy. Trochę mnie łeb nawala, ale w sumie to najbardziej jestem zły, że ciągle jestem tutaj, zamiast ciąć autostradę setkami kilometrów. Andrzej powiedział, że prawdopodobnie jutro dostanie załadunek i będzie jechał w kierunku Polski, ale to nic pewnego. Jacek z Darkiem, też nie wiedzą, kiedy wyjeżdżają. Jeśli by jechali, to i tak nie mogli by mnie zabrać - jest ich dwóch, a we Francji jest dużo kontroli i mogliby mieć problemy za trzeciego pasażera. No i co?
     Tak czy inaczej będę próbował złapać coś dzisiaj, ale niestety odpadają tiry międzynarodowe - jest weekend i mają zakaz jazdy. Czuję się trochę w rozterce, no bo mam tutaj pewnego tira, tylko że na jutro, a jeśli ktoś podrzuci mnie do głupiej Walencji, to co mi to da?
     Tylko, że ja bez względu na wszystko chcę już jechać!
    Najfajniejszy z tych polskich chłopaków to Jacek. Wygląda całkowicie jak Machulski (ten z Vabanku) ale to dosłownie, jak brat bliźniak. Poza tym jest jarzący, można z nim pogadać. Reszta zresztą też jest w porządku, bardzo pomocni i szczerzy.
     Wczoraj czekając na stopa próbowałem praktykować mistyczną medytację. Byłem zły, że utknąłem w tym miejscu, że uciekł mi Litwin i że Polak, który jechał do Polski miał już pasażera. Byłem wściekły. Załączyłem na walkmanie Dezarie i pomyślałem, że być może wszystko jest w doskonalej harmonii. Ta przyroda, te góry, to że ciągle jestem tutaj, że ludzie patrzą na mnie z samochodów jak na małpę w zoo - że cały wszechświat jest dokładnie taki jaki ma być - doskonały. Nie tylko to pomyślałem, ale poczułem głęboko w środku. Przez chwile było bardzo mistycznie. Ale szybko wszystko wróciło do  normy – znów byłem zrzędliwym, zmęczonym włóczęgą.
     Fajnie będzie wspominać tę wycieczkę, ale teraz nie ma w niej nic ciekawego. Jest tylko wszechogarniające uczucie bezsilności.

później
     I nic i nic i nic i nic.
     Stoję przy zjeździe ze stacji, jedyny i unikalny alien na całej tej planecie, to czekanie wydaje się jak wieczność, czas jest długi, ciągnący się i obcy. Upał. Chyba ze czterdzieści stopni. Oślepiające słońce. Suchość w ustach, piekąca skóra, lekko opuchnięte oczy, głód.
     Czy istnieje uniwersalna miłość i harmonia? Czy wszechświat jest tylko bezosobową maszyną? Czy moje koszmary, te najgorsze - że życie to tylko sen, a prawdziwa rzeczywistość to walka o punkty, dobra karma, zła karma, żadnej przyjaźni, żadnej bezinteresowności - są prawdą?
     To też mistyczne przeżycie. Doświadczenie wyobcowania i separacji od wszystkiego i wszystkich. Nie wiedziałem, że ta droga da mi tyle odlotów. Ostatnie dwa dni na tej stacji są uwieńczeniem tej podróży. Piszę to w połowie serio, w połowie ironicznie.
     Czy lekcją z tej drogi ma być samotność? Nie ma prawdziwej komunikacji między ludźmi, a tzw. miłość i przyjaźń to po prostu iluzja i narkotyk, żeby nie czuć tak bardzo swojego więzienia?
     Nie chcę tak myśleć, ale każda minuta tutaj jest jak uderzenie bezosobową pięścią.
     Upał.
     Czas.
     Przestrzeń oddzielająca mnie od domu i zrozumienia.
     Czuje się jak Indianin na swoim pierwszym Vision Quest. Zaraz powinny przylecieć sepy, a w końcu, kiedy przyjdzie oświecenie, zjawi się zwierzę, które będzie od tej pory moim opiekunem. Wkrótce wrócę do mojego plemienia z nowym imieniem. Będę cały i spójny.
     Niech coś się wydarzy.
     Teraz.
     Czuje, że ta chwila zawiera bardzo ważną lekcję, ale nie rozumiem jaką.
     Niech to będzie coś pozytywnego. Może mam nauczyć się, jak przebić się przez obcość i nauczyć się dostrzegać duszę w innych i w sobie?
     Brązowieję. Słońce wczoraj i dziś jest naprawdę hiszpańskie. Gorąco i głodno. Zostało mi jeszcze trzynaście euro (nie licząc dwudziestki, którą zostawiłem na Polskę). Muszę oszczędzać, jak na razie nie ujechałem daleko. Później kupię trochę chleba i jogurt.
     Ciekawe, czy to czują astronauci.
     Ciekawe, co czuje kierowca, który zasalutował mi drwiąco.
     Ciekawe, kiedy będę się z tego śmiał.
     Oprócz tego czuję jeszcze gniew. Gniew na Hiszpanów, że są tacy prostaccy i pozbawieni empatii. Chcę walczyć z tym uczuciem, dlatego przypominam sobie tę kobietę, której przypominałem syna i tych dwóch facetów, którzy podwieźli mnie tutaj i postawili śniadanie. I wielu innych.

Na drodze bezludnej
w żarzącym upale
pochylił swą głowę zgnębiony
na piersi wychudłej
ostatnim gestem...

... to miał być auto-humor, ale mi nie wyszedł. Może nie jest mi do śmiechu?

wieczór
     Dobrze, że spotkałem chłopaków, zawsze to raźniej, a poza tym podjadłem i to dobrze (jak na obecne warunki). Z wegetariańskich rzeczy mieli zupkę chińską, ogórki konserwowe, cebulę, musztardę, a ja dokupiłem chleb i ser. Ale uczta! Jutro mają dostać zlecenia i mam nadzieje, że dostaną je szybko i w stronę domu!
     Nie wierze, że coś tutaj złapię. Co najwyżej udar słoneczny.

17.05.2004,  Jadę!
     Good bye Spain! Myślałem, że zostanę tam do końca życia, ale jednak udało się. I to nie z Polakami, jak myślałem, ale Dave, Anglik z którym rozmawiałem pierwszego dnia, przyjechał sprawdzić, czy ciągle czekam. Kiedy mnie zobaczył, to powiedział, że nigdy nie bierze autostopowiczów, ale nie może mnie tutaj zostawić, widząc, że czekam trzeci dzień. Czyli są dobrzy ludzie. Jedziemy do Francji. We Francji będzie już łatwiej, więcej polskich tirów i przede wszystkim bliżej. Dave dał mi namiary do siebie i zaprosił do domu pod Londynem.

18.05.2004, pod Lyonem
     Podróży za jeden uśmiech ciąg dalszy. Siedzę na pace tira i jak wszystko pójdzie dobrze, to dojadę do samej Polski. Dostałem się tutaj z francuskiej granicy z pewnym Polakiem, który załatwił mi przez CB kurs do Lyonu, ale zgubiliśmy tamtego tira, więc zostałem tutaj.
     Zacząłem szukać i z pewną dozą nadziei podszedłem do polskiego tira w podwójnej obsadzie. Powiedzieli, że nie mogą mnie zabrać, mogliby mieć problemy. Poczęstowali mnie za to chlebem, a inny polski kierowca, jeżdżący tirem z irlandzkimi rejestracjami, dołożył jeszcze sera i zaproponował, że jeśli chcę, może mnie zabrać do Dublina. Podziękowałem i poszedłem usiąść gdzieś pod drzewem i zjeść prowiant zesłany przez los.
     W połowie posiłku podeszli do mnie Polacy "od chleba" i powiedzieli, że naradzili się i  nie mogą mnie tak zostawić - krajanie muszą się trzymać razem - jeśli chcę, mogę wsiadać na pakę.
     Myślałem, że w XXI jest to niemożliwe wieku, gdzie wszystko jest kontrolowane i ograniczone setkami zakazów.
     Siedzę już w środku. Doceniam to, że zaryzykowali, przecież mogliby mieć niezłe problemy, jeśli natknęliby się na kontrolę. Zostawili mi mały otwór w plandece, żebym nie był całkiem zamknięty i poprosili, żebym nie wychylał się za bardzo. Nie ma sprawy. Życie nabiera barw.
     Ruszamy.

19.05.2004, gdzieś pod Norymbergą
     Chłopaki zasuwają jak pershingi, przerwy dwuminutowe na siusiu i nie ma, że boli. Ciekawe jak wyglądają ich tachometry, nie wierzę, żeby nie ściemniali. W tym tempie przed wieczorem będziemy już w Zgorzelcu i tam może jeszcze dziś coś złapię, a jeśli nie, to rozłożę namiot i od jutra znów powalczę.
     Ale upał. Wprawdzie nie taki jak wczoraj, ale i tak siedzę w samych slipkach i wystawiam twarz na wiatr z otworu w plandece. Jest tutaj jak w szklarni na kółkach.
     Kiedy dojedziemy do Zgorzelca, zmienię ciuchy na jakieś mniej usyfione, bo wyglądam, jakbym pracował na kopalni. Ciężko by mi było coś złapać.
     Nie mam za bardzo o czym pisać, jestem wykończony, ale myśl, że to już końcówka, podtrzymuje mnie na duchu. Żywię się tylko chlebem i cebulą, to jedyne wegetariańskie potrawy, jakie mają moi gospodarze, ale nie narzekam. Z musztardą smakuje jak nektar.

wieczorem
     Wrocław. Siedzę w pociągu do Katowic, w domu będę jutro rano. Dawniej myślałbym sobie, że czeka mnie długa droga ale teraz odległość i czas wyglądają inaczej. Mam wrażenie jakbym był na spacerze i tę trasę mógłbym pokonać w kapciach i szlafroku.
     Dobrze, że zachowałem to dwadzieścia euro. Kupiłem bilet do domu, reklamówkę jedzenia, oszronione Tyskie i ostatni numer Angory. Żyć nie umierać.
     Jutro rano zobaczę się z Tanią i wszystkimi.
     To była dobra podróż.


Wednesday, 13 March 2013

Byli też ciemnoocy o ochrypłych głosach






















Byli też ciemnoocy o ochrypłych głosach
Zapiski z siedmiu dni łowienia snów na uliczkach Granady
                                                   
Spis treści

1. W maszynie czasu i parę słów o uldze
2. Szalone sny, chmury i stewardessy
3. Pierwsze wrażenia – palacze, autobus i deszczowa kołysanka
4. Wreszcie Granada!
5. Finansowe rozterki spłukane kawą z mlekiem
6. Śniadanie w Albayzin i trochę historii (oraz kłótnia kochanków)
7. Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny
8. Stary znajomy
9. Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki  Pepe
10. Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?
11. Kiepski obiad i złowieszcza kelnerka w arabskiej karczmie
12. Trochę melancholii i refleksji po Alhambrze
13. Prawdziwy smak flamenco
14. Patatas, śliczna kelnerka i jeszcze więcej melancholii pod nocną katedrą, gdzie całowali się cyrkowcy
15. Tak, byłem w Sacromonte i piłem wino w Mirador de San Nicolas, spoglądając na złotą Alhambrę
16. Pożegnanie z Miastem Jastrzębi, a później plaża i wyjaśnienie filozofii urlopu
17. Kto boi się piątku trzynastego? Ogólnie o Hiszpanii i Domu



1
W maszynie czasu i parę słów o uldze.

     Boże, jaka to była ulga móc się wreszcie wyrwać z szarej codzienności, zobowiązań i 45 godzinnego tygodnia pracy  i choć na kilka dni zanurzyć się  w niewiedzy co do kolejnego dnia i ekscytacji w oczekiwaniu na jego niespodzianki. Dlatego też moje planowanie ograniczyło się tylko do kupna biletu na trasie Bristol-Malaga-Bristol. Co miało dziać się pomiędzy, zostawiłem w rękach Opatrzności.

     Już raz odwiedziłem Granadę. Było to z pięć lat temu. Na kilka miesięcy utknęliśmy z Tulasi w moim domu rodzinnym na wsi i po zimie spędzonej w mojej małej R….., naprawdę chciałem wyrwać się na  świat. Tulasi ciągle miała jeszcze dosyć po zeszłorocznej wyprawie do Holandii i Francji, tak więc nie mogłem ciągnąć jej ze sobą, ale na szczęście zrozumiała, że tego potrzebuję i dała mi zielone światło. Gdzieś w marcu spakowałem więc plecak i ze stówą w kieszeni postanowiłem ruszyć w Europę, szukając mistyki i przygód. 
     Jak pamiętam Granadę z tamtej podróży? Przede wszystkim, kiedy tam dotarłem, miałem już kompletnego doła. Czułem się samotny i smutny, szczególnie po tym jak obiła mnie i obrabowała banda marokańskich gówniarzy. Granie na ulicy szło mi kiepsko i prawdę mówiąc, całkowicie się rozmazgaiłem. Zamiast oddychać atmosferą Andaluzji, chłonąć wzrokiem pachnące starożytnością budowle Alhambry i smakować bohemskie fiesty z ulicznymi artystami, marzyłem już tylko o swojej dziewczynie, kominku i ciepłym łóżku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie jestem tym twardym i filozoficznym podróżnikiem, jakim chciałbym być, ale po prostu zwykłym, zestresowanym życiem chłopakiem, który marzy o przygodach, bo naczytał się za dużo książek. Niestety, kiedy zdałem sobie z tego sprawę, nie miałem ani grosza, oznaczało to więc, że czy tego chcę, czy nie, utknąłem dosyć spory kawałek od mojego wymarzonego azylu, gdzie czekała na mnie wytrenowana w pierwszej pomocy (sercowej) ratowniczka.
     Myślę, że mogłem wtedy lepiej skorzystać ze spędzonego tam czasu. Po pierwsze, w ogóle nie odwiedziłem Alhambry. Wejście kosztowało tylko dziesięć euro, ale w jakiś sposób w tym codziennym zmaganiu o przetrwanie nie udało mi się wygospodarować ani czasu, ani kasy. Oglądałem ją tylko codziennie z jaskini na Sacromonte, gdzie przez kilka dni znajdował się mój dom. Muszę przyznać, że wieczorem, przy ognisku i gwieździstym niebie, ten błyszczący klejnot arabskiej Hiszpanii rozbudzał wyobraźnię i tęsknotę za piękną cywilizacją, która odeszła w zapomnienie kilkaset lat wcześniej.

     Wspominając Granadę, pamiętam stare, ciasne uliczki i mnóstwo ulicznych mimów, grajków, Rumunów kaleczących akordeon (lub z rzadka pokazujących akordeonowe mistrzostwo) i Cyganek „rozdających” gałązki jakiegoś, ponoć szczęśliwego krzaka. Biada turystom, którzy uwiedzeni chytrym uśmiechem śniadych, kolorowych kobiet, wzięli do ręki rzekomy prezent. Nachalne Cyganki nie popuściły, dopóki nie wydoiły z ofiary przynajmniej kilku euro. Z kolei ich mężowie przechadzali się po ulicy z małymi taboretami, wyławiając z tłumu tłustych amerykańskich, angielskich lub niemieckich turystów i proponując im czyszczenie butów. Czyszczenie trwało 30 sekund, po których uniżoność zamieniała się w nachalną wrogość. Nie było szans, żeby ktoś wykpił się sumą mniejszą niż pięć euro. Przyznam się, że miałem czasami ubaw, widząc z jaką dumą ci bogaci przedstawiciele pierwszego świata rozglądali się dookoła, kiedy cygański pucybut szorował ich buty i z jakim zaskoczeniem i przestrachem reagowali na zdecydowane żądanie pieniędzy ze strony swoich chwilowych „służących”.

     Pamiętam pewnego faceta, zdaje się niemieckiego turystę, myślę, że około pięćdziesiątki. Grałem właśnie jakiś kawałek Boba Marleya, kiedy zobaczyłem, że wypadła mu z kieszeni paczka Cameli. W pierwszym odruchu miłości do całego świata podniosłem fajki i zacząłem wołać za nim w różnych językach, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Usłyszał mnie już za pierwszym razem, ale przypuszczając, że chcę od niego coś wyżebrać, kompletnie mnie zignorował. Nie zrażony położyłem akordeon na ziemi, podbiegłem do niego i dotknąłem jego ramienia. Facet podskoczył jak oparzony i zaczął krzyczeć do mnie coś po niemiecku, wspierany w tym przez swoją żonę. Zagrał mi tym na nerwach. Pokazałem mu więc paczkę jego Cameli i odwróciłem się na pięcie.
     Czy gościu poczuł się choć trochę głupio? Wręcz przeciwnie – ze złością ruszył w moim kierunku i wyrwał mi papierosy z ręki. Mogłem tylko pokręcić z niedowierzaniem głową i wrócić do grania. Po jakiejś godzinie zobaczyłem jak dwóch Cyganów, przy akompaniamencie piskliwych wrzasków „gałązkowych” Cyganek szarpie go za ubranie, żądając zapłaty za wypastowanie butów. Było mi go nawet trochę żal.
     Pamiętam też jak miejscowi ludzie starali się nie dostrzegać tych wszystkich włóczęgów, punków, hipisów i reszty kolorowej, złachmanionej menażerii, która zalała ich ulice. W sumie nie dziwię się ich niechęci. Każdy róg ulicy obstawiony był przez żebraka, albo ulicznego artystę, który mniej (jak ja) czy bardziej nachalnie domagał się wynagrodzenia za swój wysiłek.

     Któregoś dnia, bardzo zmęczony i zniechęcony usiadłem gdzieś na ławce, żeby odpocząć, napić się wina i nabrać dystansu do rzeczywistości. Podszedł wtedy do mnie Pablo, pochodzący z jakiejś wioski w Galicji i poprosił o papierosa. Podzieliłem się z nim resztką tytoniu, winem i w zamian mogłem wysłuchać jego historii. Alkoholik, żonaty,  dwójka dzieci, mały warsztat stolarski. Któregoś dnia znalazł swoje rzeczy na ulicy, drzwi zamknięte i żona obwieściła mu z okna, że już tam nie mieszka. Jako, że Pablo był spokojnego usposobienia, pozbierał swoje rzeczy i postanowił zacząć nowe życie po drugiej, cieplejszej stronie Hiszpanii. Skończył na ulicy.
     - A jak ty zostałeś bezdomnym? – spytał mnie na koniec.
     Kiedy powiedziałem mu, że nie jestem bezdomny, że mam kochającą żonę, dom, rodzinę i po prostu chciałem doświadczyć trochę przygody, Pablo nie mógł powstrzymać śmiechu. Zaczął klepać się głośno po udach, a oczy lśniły mu niedowierzaniem i gorzką wesołością.
     - Przygody?! Szukasz przygody?! I jak? Znalazłeś? Jak się bawisz?! – zawołał.
     Facet dotknął sedna sprawy – miałem już dosyć.
Kilka dni później, kiedy rankiem zmierzałem na drogę wylotową z Granady, w nadziei na stopa, zderzyłem się z Pablem na ulicy i powiedziałem mu, że zamierzam na jakiś czas odpocząć od przygód. Pokiwał ze zrozumieniem głową, życzył mi szczęścia w życiu i poradził poważnie, żebym nie spieprzył tego co mam, bo bardzo łatwo jest wszystko stracić. Uścisnęliśmy sobie ręce, a kiedy odchodziłem już w swoją stronę, pod wpływem impulsu zawróciłem i dałem mu dziesięć euro.
     - Napij się za mnie Pablo i nie daj się.
     Bez słowa schował dychę do kieszeni i kiwnął mi głową w przeraźliwie smutny i pogodzony z losem sposób. Myślę, że Pablo był najsmutniejszą osobą, którą tam poznałem.

     Może oprócz Eda. Ed był niemieckim, czterdziestoletnim punkowcem, który od kilku już lat włóczył się po Hiszpanii. Osoba z rodzaju tych sympatycznych miśków-straceńców, których wszyscy lubią i którymi zawsze opiekuje się jakaś ładna dziewczyna, która jednak nigdy z nimi nie śpi. Facet był sympatyczny, ale nie pomogło mu to w spotkaniu ze skinheadami, kilka dni przed naszym spotkaniem. Pierwszy raz zobaczyłem go na dworcu w Maladze, kiedy czekałem na autobus do Granady. Ed wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Szeroka, zaropiała rana rozdzielała jego głowę na pół, a krzywe szwy, które wyglądały, jakby sam je sobie założył, ozdabiały też jego ramię i trzy palce lewej ręki. Najgorzej wyglądała ręka. Zsiniałe, opuchnięte palce wykrzywione były w nienaturalny sposób i Ed co chwila wycierał o brudne spodnie wylewający się z nich śluz.
Po kilku dniach w Granadzie spotkałem go po raz drugi. Tym razem, ponieważ byłem już jego „starym” znajomym, Ed (zapomniałem dodać, że chłopak nigdy nie trzeźwiał) opowiedział mi jak znalazł się na dnie. Jakieś kilkanaście lat wcześniej zakochał się z wzajemnością we wspaniałej dziewczynie. Byli z sobą kilka lat, wszystko szło jak po maśle, mieli już plan, jak rozkręcić mały biznes, pobrali się i kilka miesięcy po ślubie dziewczyna dowiedziała się, że ma raka. Po dwóch tygodniach już jej nie było. Ed nigdy nie podniósł się po tym ciosie i stracił wolę życia.
     Przez chwilę, kiedy mi to wszystko opowiadał, udało mi się zobaczyć go, jako tego dwudziesto-kilkuletniego, zakochanego, pełnego energii człowieka. Miałem wrażenie jakby tamten Ed próbował przebić się na zewnątrz, ze swojej smutnej celi, ale trwało to tylko kilka sekund, po których znów spoglądał na mnie bezzębny, bełkoczący i poraniony wrak.
     Spotkałem go jeszcze raz, w kolejce po jedzenie, w jadłodajni dla bezdomnych. Brudny bandaż zakrywał kikuty obciętych przy samym ciele palców. Ed przywitał mnie wylewnie i biorąc w objęcia pokazał z niedowierzaniem i żalem na swoją rękę.
     - Mówiłem skurwysynom, żeby nie obcinali, ale te hiszpańskie konowały nie chciały mnie słuchać!
     Wyciągnąłem z kieszeni i podałem mu kawałek haszu, który ktoś wrzucił mi tego dnia do kapelusza, podczas jednego z moich ulicznych koncertów. Ed uśmiechnął się z wdzięcznością.
     - Hej, a ty nie palisz? – zawołał za moimi oddalającymi się plecami.
     Życie naprawdę potrafi być pogmatwane i choć ze strachem próbujemy ułożyć wszystko po naszej myśli, to ile tak naprawdę mamy kontroli nad własnym losem? Nie spotkaliśmy się już nigdy więcej. Mam nadzieję, że wreszcie udało mu się znaleźć spokój.

     To kilka wspomnień z Granady, które udało mi się przywołać. Niedługo miałem zamiar położyć się do łóżka i wziąć do ręki książkę Lauriego Lee, do którego zapałałem ostatnio namiętną miłością. Wiedziałem, że z nerwów i podekscytowania najprawdopodobniej nie będę mógł zasnąć przynajmniej do północy. Później, o 3:40 czekała mnie pobudka, o 4:00 miała przyjechać taksówka, a o około 10:00 rano miałem już być w Maladze.

2
Szalone sny, chmury i stewardessy

     Jak zwykle, kiedy wybieram się w podróż wcześnie rano, obudziłem się dosłownie kilka minut przed budzikiem. Tak jak przypuszczałem, długo nie mogłem zasnąć, przewracając się z boku na bok i rozmyślając o nadchodzącym tygodniu samotnego włóczenia się po Granadzie. Pomimo tego, kiedy już zamknęły mi się oczy i dotknął mnie oddech Morfeusza, zamiast ciemnych Andaluzyjczyków spotkałem moją Tulasi, która właśnie rodziła, siedząc na fotelu w naszym mieszkaniu. Byłem zdziwiony, że robi to tutaj, w domu, bez pomocy lekarza, ale jak to bywa we śnie, zaakceptowałem to bez dyskusji. Uśmiechając się nieśmiało, poprosiła mnie, żebym się odwrócił, a po chwili podała mi zawiniętą w ręcznik, świeżo urodzoną dziewczynkę. „Pomyśl, że jeszcze przed chwilą tej małej osóbki nie było na świecie” – powiedziała ze zmęczonym uśmiechem – „a teraz, kiedy tylko jej dotkniesz, twoje serce nie uwolni się już w tym życiu.” Po tych słowach, z dziwnego snu, wyrwała mnie na jawę, coraz szybciej kręcąca się rzeczywistość.

     Siedząc na lotnisku, próbowałem nie dać się porannemu otępieniu i pozbyć się wewnętrznej ociężałości, która zwykle ogarnia mnie, kiedy muszę obudzić się kilka godzin przed zwykłym dla mnie czasem.
     Odprawa poszła gładko, zero kolejki i oprócz kilku angielskich chavsów, którzy żartobliwie wepchnęli się do ogonka przede mnie, żeby po chwili przy wtórze rubasznego śmiechu i żołnierskich dowcipów, pozwolić mi podejść do odprawy pierwszemu, nie było zbyt wielu osób.
     Chyba z połowa pracowników lotniska; sklepikarze, urzędniczka w okienku informacji, pani w kantorze, byli Polakami.

Poranna lista:

1. Za krótko obciąłem wczoraj paznokcie  i tak mnie teraz bolą opuszki palców, że ledwo co trzymam długopis.
2. Od paru dni męczy mnie swędząca wysypka.
3. Cieszę się, że odetchnę przez te parę dni od pracy z dzieciakami i od Anglii w ogóle.
4. Czy jestem melancholikiem i za bardzo skupiam się na sobie?
5. Jeszcze dziś napcham się chocolate con churros i spróbuje tego słynnego Jerezu.
6. Lubię mieszkać w małych, obskurnych i tanich hiszpańskich hotelikach, gdzie nikt mnie nie zna.
7. Jeszcze bardziej lubię szwendać się po ulicach miasta, w którym nic mnie nie wiąże, żadne znajomości, czy praca i gdy mogę bezstronnie obserwować ludzi i pić piwo w starych, ustronnych knajpkach.
8. Czytałem wczoraj „As I Walked Out One Midsummer Morning” Lauriego Lee i zżera mnie zazdrość, że nie potrafię pisać tak jak on. Przeczytałem tylko rozdziały od opuszczenia przez niego rodzinnego domu i o włóczędze ze skrzypcami po południowej Anglii, a później o rocznej tyrce na budowie w Londynie. Część hiszpańską zostawiłem sobie na podróż.
9. Biorę się za śniadanie, które moja Tulasi przygotowała dla mnie dziś rano. Żeby to zrobić wstała razem ze mną o 3:30! This is love.

* * * * * * * * *

     Spoglądałem przez okno samolotu (skoro leciałem sam, to wreszcie mogłem usiąść przy oknie) myśląc, ile Laurie Lee byłby w stanie znaleźć słów, porównań i metafor na opisanie tego widoku. Czytając jego książki i próbując później opisywać rzeczywistość swoimi słowami, czuję się jak dziecko, które po wyjściu z wystawy, powiedzmy Malczewskiego, bierze się samo za rysowanie i wychodzi mu z tego ludzik; kółko jako głowa, kreska jako tułów i cztery krótsze kreski jako kończyny. Pocieszam się, że pisanie wyrabia się wraz z praktyką i pamiętam, że w przeszłości, im więcej czasu spędzałem z długopisem, tym łatwiej było mi się wyrazić i znajdywać odpowiednie słowa.

     Za dwie godziny mieliśmy być już w Maladze. Póki co, jak dzieciak przykleiłem twarz do szyby i syciłem oczy przestrzenią, myśląc przy tym, że gdybyśmy roztrzaskali się gdzieś w dole (kto choć raz podczas lotu nie bawił się taką myślą?), to z pewnością pofrunąłbym z powrotem tu, na górę, żeby powywijać trochę koziołków, tym razem już bez nerwów i bez niewygodnego pancerza z plastyku i stali.
     Na samym początku lotu mogłem jeszcze zaczepić oczy o znajome kształty oszronionych, kanciastych pól, płaskich gór i niepozornych, niechlujnie porozrzucanych klocków zabudowań, ale później wznieśliśmy się już na poziom wyżej i do oglądania pozostały mi tylko abstrakcyjne, przerażające (w jakiś senny sposób) kłęby chmur.
     W środku krzątały się stewardessy z włosami spiętymi tak gładko i ciasno, że wydawało się jakby skóra na ich czołach miała zaraz pęknąć. Przejęte, dumne i oficjalnie uśmiechnięte roznosiły kanapki i colę po kosmicznych cenach, czekając, aż skończy się ich podniebny dzień pracy i będą mogły oddać się wieczornej, stewardessowskiej rozrywce. Ciekawe, czy kiedykolwiek pozwalają tym włosom rozrzucić się niesfornie i pozwolić odpocząć zmaltretowanej skórze głowy? Ciekawe też, czy po całym dniu noszenia chłodnego uśmiechu są w stanie wymienić go na szczery, czy też zostaje im tak już na zawsze.
     Pasażerami byli w większości Anglicy w średnim wieku, przeglądający ze szczęściem swoje przewodniki, albo rozochoceniu budowlańcy, jak ta grupka wygolonych chłopaków kilka siedzeń za mną, którzy lecieli do Hiszpanii, żeby podtrzymać tam sławę brytyjskich pijusów na urlopie. Za dwie godziny nasze drogi miały się rozejść, kiedy jedni odjadą taksówkami do swoich drogich hoteli przy plaży, a drudzy hałaśliwymi grupkami zaleją nadmorskie bary, prześcigając się w ilości wypitych piw i opowiedzianych sprośnych dowcipów, a później, rankiem, marokańscy i senegalscy czyściciele ulic spłuczą z ulic plamy wymiocin, a czasami i krwi.

Dalszy ciąg porannej listy:

10. Wreszcie pojawia się radość z podróży, wypierając opary snu i angielskiej, zimowej chandry.
11. Im dalej, tym lżej.
12. Gdybym był bogaty (ale tak naprawdę bogaty), pierwsze kilka lat spędziłbym tylko na podróży, nie darowałbym żadnemu zakątkowi świata, choć pierwszeństwo i tak miałaby moja Hiszpania.
Później zrobiłbym sobie krótką przerwę.
13. Coraz bardziej jestem przekonany, że uda mi się skończyć moją książkę o Camino. Każdy większy plan, żeby go spełnić, potrzebuje medytacji, wyobraźni, obrazowania (często wyobrażam sobie jak wygląda okładka mojej książki, albo jak pachnie jej druk.)
14. O chmurach już pisałem.

3
Pierwsze wrażenia – palacze, autobus i deszczowa kołysanka

     Nie przypuszczałem, że poczuję aż taką ulgę, kiedy znajdę się w Hiszpanii. Ostatnie pół roku w Anglii, osaczony angielską, sztuczną uprzejmością i odbijający się od dystansu, jaki roztaczają wokół siebie Anglicy, czułem się coraz bardziej zmęczony.
    Hiszpania przywitała mnie głośnym gwarem w autobusie, w którym obcy ludzie, bez żadnych oporów zagadywali do siebie z uśmiechem. Przywitała mnie też palaczami i papierkami na ulicach, starym dziadkiem toczącym się powoli na rozklekotanym rowerze, no i dziewczynami, które nie mają wymalowanej urody śniętych ryb, zamiast której lśnią orzechowymi oczami, czarnymi włosami i pewnym siebie wdziękiem. 
    Myślałem najpierw, żeby zostać parę godzin w Maladze, ale za bardzo ciągnęło mnie do Granady, od razu więc poszedłem na dworzec. Autobus odjeżdżał za dwadzieścia minut. Z przyjemnością przyjrzałem się ludziom czekającym na dworcu, z których prawie każdy, pomimo widocznych tablic z zakazami, trzymał w dłoni papierosa. Uff, co za ulga! Stęskniłem się za ludźmi, którzy od samych narodzin mają we krwi brak poszanowania dla biurokracji i przepisów.
     Kiedy wylądowałem, niebo było bezchmurne, ale teraz zakryło się już za ciężkimi, stalowymi obłokami i silny wiatr zaczął szarpać pióropusze palm. Hiszpanie chodzili opatuleni w kurtki i płaszcze, ale dla mnie to było już lato, szczególnie po tym, jak dzień wcześniej musiałem pedałować do pracy w strugach deszczu ze śniegiem. Ciągle nie miałem planów, chyba że poza ogólnym zarysem – wjechać do Granady, zjeść syty obiad w jakiejś wegetariańskiej restauracji, następnie siąść na ławce gdzieś w centrum i tam zastanowić się co dalej. Nie chciałem ograniczać się żadnym planem. Postanowiłem mieć oczy otwarte na sytuacje i ludzi, i zobaczyć co z tego wyniknie.

* * * * * * * * *

     Autostrada z Malagi ciągnie się krętymi serpentynami, pomiędzy kopulastymi, rdzawymi wzgórzami, porośniętymi kępami suchej trawy, gdzie co i rusz, z wysepek drzew i palm wynurzają się bogate wille z basenami i  zwykle kilkoma samochodami na podjeździe.
     Choć znajdowałem się daleko od centralnej Hiszpanii, to tak właśnie pamiętałem przyrodę w okolicach Guadalajary, gdzie kiedyś mieszkałem. Drzewa oliwkowe, karłowate dęby, czerwonawe skały i trawa, na której nie da się usiąść, żeby kolce i osty nie poharatały ci tyłka. Ta część Hiszpanii jest o wiele mniej żyzna i przyjazna (przynajmniej atmosferycznie) niż północ, gdzie Navarra, Cantabria i Galicia nabrzmiałe są ożywczą zielenią lasów i pastwisk. 

* * * * * * * * *

     Rozpadało się, ale miałem przeczucie, że nie był to deszcz, który zamierzał zostać na dłużej. Wreszcie zmęczyła mnie monotonność wzgórz, których i tak łagodne krawędzie złagodziła dodatkowo mgła. W końcu ściekające po kryształowych policzkach autobusu krople deszczu, utuliły mnie do snu.

4
Wreszcie Granada!

     - Paella vegetariana, ensalada mixta i vino de casa por favor! – powiedziałem w końcu do uśmiechniętej kelnerki o czarnych, kręconych włosach, po pół godzinie przeglądania obszernego, kolorowego menu w Raices, naprawdę dobrej restauracji wegetariańskiej, z wyjątkowo bogatym wyborem dań. Głód skręcał mi już kiszki, musiałem więc uzupełnić swoją energię i rozjaśnić deszczową Granadę czerwoną Rioją. Ensalada mixta była przepyszna. Nigdzie sałata, pomidory i oliwki nie smakują tak jak w Hiszpanii. Do tego zawsze dostaniesz kawałek świeżego chleba i naczynko z oliwą. Jest coś szczególnego w tej oliwie, którą podają tutaj i jeszcze nigdy nie udało mi się kupić ani w Polsce, ani w Anglii niczego, co miałoby jej mocny i lekko cierpkawy smak.
     Paella była w porządku, chociaż nie umywała się do tej, jaką uraczył nas w czerwcu, w Villa de Mazarife Jose Antonio – cudownie uzdrowiony z raka gospodarz schroniska na Camino de Santiago (no ale to zupełnie inna historia, na zupełnie inną okazję). Myślałem, że już nic więcej w siebie nie wmuszę, ale sympatyczna, ciemnooka kelnerka namówiła mnie na jagodowy deser. Po tym wszystkim poczułem się naprawdę najedzony i lekko podchmielony, a jedyne czego mi brakowało, to odrobina tytoniu, na który postanowiłem sobie wyjątkowo, w ramach wakacji od wszystkiego pozwolić.

* * * * * * * * *

          Miasto nie zmieniło się bardzo od mojej ostatniej wizyty. Wprawdzie było tutaj teraz trochę więcej sklepów i reklamy były jaskrawsze, to jednak ludzie pozostali tacy sami. Kiedy pytałem w informacji turystycznej o drogę do Raices, okienko otoczyło z sześciu punkowców, którzy z trudnością wybełkotali, że potrzebują planu miasta. Kiedy ja ostatni raz widziałem jakiegoś punka? 

* * * * * * * * *

     Po posiłku w Raices, dość szybko znalazłem mały hotelik, w samym centrum, za osiemnaście euro za noc. Stwierdziłem, że następnego dnia spróbuje poszukać czegoś tańszego i jeśli uda mi się znaleźć coś za piętnaście, to zamelduję się tam już do końca pobytu. 
     W poszukiwaniu przygody przeszedłem całą Granadę wzdłuż i wszerz. Najpierw skierowałem swoje kroki w stronę Sacromonte, ale kiedy znalazłem się już u stóp góry, na której zboczu leżała moja stara jaskinia, zawróciłem w stronę miasta, dochodząc do wniosku, że pełen nowych sił wejdę tam jutro, przed południem. Postanowiłem trzymać się centrum i nie śpiesząc się, przeszedłem kilka kilometrów w stronę dworca autobusowego, przyglądając się z ciekawością kolorowej mieszaninie ludzi, tworzących wieczorny, miejski tłum. Około siódmej, ósmej wieczorem ulice Hiszpańskich miast są zawsze zatłoczone i głośne, bardziej nawet niż angielskie ulice w godzinach szczytu.
     Widziałem dużo młodzieży, która w roześmianych grupkach, w oczekiwaniu na piątkowe imprezy, mieszała się z parami starszych ludzi, trzymających się za ręce, którzy przechadzając się wolnym krokiem, z lekką dezaprobatą i zazdrością obserwowali młodsze pokolenie. 
     Miałem nadzieję, że uda mi się natknąć na jakiś koncert, czy fiestę, ale nie mogłem wyrwać się z roli anonimowego przechodnia i żałowałem, że nie mam z sobą mojego małego akordeonu, który zwykle pomagał mi przełamać lody i wyłowić z tłumu „moich” ludzi. W końcu po jakichś dwóch, trzech godzinach spaceru, postanowiłem wrócić do hotelu i odpocząć, pogrzać się trochę, pooglądać hiszpańską telewizję. 
     Okazało się, że hotel nie ma ogrzewania, ale kiedy usiadłem w salonie z telewizorem, sympatyczna, starsza pani, która dała mi wcześniej klucze, przytargała mi gazowy grzejnik, a w moim pokoju położyła na łóżku dwa dodatkowe koce. Miałem wrażenie, że jestem jedynym klientem, a zważywszy na to, że było jeszcze przed sezonem, całkiem możliwe, że miałem rację.

* * * * * * * * * 

Lista wieczorna:

1. Z jednej strony jestem zadowolony i czuję się tutaj jak w domu. Ludzie są żywi i prawdziwi.
2. Z drugiej strony, jak zwykle w podróży, czuję się trochę oszołomiony i samotny.
3. Wiadomości podają informacje o kolejnej ofierze „de machismo”. Kobieta została zamordowana przez swojego męża. Facet dostał dwadzieścia jeden lat więzienia.
4. Około dziewiątej natknąłem się na ulicy na religijną procesję. Uroczyście ubrani Hiszpanie o poważnych twarzach, dostojnie nieśli krzyż z Jezusem, który wyglądał jakby prosto z „Pasji” Mela Gibsona.
5. Jutro spróbuję trochę zaoszczędzić. Dziś pękło za dużo kasy.
6. Buenas Noches.

5
Finansowe rozterki spłukane kawą z mlekiem

     Rankiem, opatulony w kilka warstw koców, po raz kolejny przebrnąłem przez wszystkie wczorajsze wydatki. Tak, nie było mowy o pomyłce: nie wydałem wczoraj za dużo kasy. Ja po prostu zgubiłem pięćdziesiąt euro, które jeszcze w Maladze wyciągnąłem z bankomatu. Chciałbym powiedzieć, że się nie przejmowałem, ale trochę jednak zepsuł mi się humor.  Tyle kasy to dwa dni jedzenia i hoteli.
     Obudziłem się przed piątą i już nie mogłem zasnąć. Nie wiem, czy to z powodu głośno rozmawiającej za ścianą pary, czy też podziałało tak na mnie nowe miejsce, albo myśl o utracie pieniędzy (to tylko pięćdziesiąt euro!), ale nie byłem w stanie zasnąć po raz drugi. W końcu, po godzinie leżenia, wygrzebałem się z łóżka i starając się iść na palcach, żeby nie dotykać za bardzo lodowatej posadzki, poszedłem wziąć prysznic. Niestety nie było gorącej (ani nawet ciepłej) wody, ochlapałem się więc zimną, żeby choć trochę się odświeżyć. Kiedy wróciłem do pokoju, z nadzieją zerknąłem na chaotyczny stos moich rzeczy, leżących na drugim łóżku i postanowiłem systematycznie przegrzebać wszystkie kieszenie w spodniach, bluzach, kurtce i plecaku. Nadzieje okazały się płonne, jednak nieodwołalnie byłem w plecy o tą pięćdziesiątkę.
     Za oknem było jeszcze ciemno, ale wyczuwając nadchodzący dzień, ptaki szczebiotały coraz głośniej. Usłyszałem też samochód, który chyba zbierał śmieci, bo za każdym razem, kiedy cichnął warkot jego silnika, rozlegał się głośny, blaszany hałas. Głosy rozmawiającej wcześniej pary ucichły na dobre, tak jakby obydwoje wyczuli, że porzuciłem już myśl o zaśnięciu. Teraz wreszcie spokojnie mogli odpocząć i wykorzystać do oporu cały czas, jaki przysługiwał im w hotelu, czyli do dwunastej w południe. Ja planowałem zwinąć się trochę wcześniej, ale na razie wziąłem się za książkę. 
     Laurie Lee przybył właśnie do Zamory i zaprzyjaźnił się z grupką niemieckich muzyków ulicznych. 
     Zaplanowałem, że około dziewiątej pójdę na kawę i croissanta, a co do obiadu, to powodowany wyrzutami sumienia stwierdziłem, że w ramach oszczędności, zamiast znów pójść do restauracji, zjem gdzieś pizzę za trzy euro, albo coś podobnie taniego. Tak więc najpierw śniadanie, później znalezienie nowego hoteliku (tym razem z ciepłą wodą) i Alhambra. Wczoraj w telewizji zapowiadali jasny i słoneczny dzień, więc wszystko było tak, jak powinno być na urlopie.

* * * * * * * * *

     Nigdzie nie robią takiej kawy z mlekiem jak w Hiszpanii. Latte, czy cappuccino jakie podają w Anglii, nawet się do niej nie umywa. Osobiście nie przepadam za kawą, ale kiedy jestem w Hiszpanii, żłopię ją litrami. 
     Po tym jak pożegnałem się z miłą hospitalerą hoteliku, którego nazwy już nie pamiętam (wiem, że znajdował się na C/ Lucena) skierowałem się na Plaza de la Trinidad, gdzie wypatrzyłem małą kawiarenkę. Zamówiłem tam dwa croissanty z masłem i dżemem, oraz aromatyczną, przepyszną cafe con leche, której na przykład Włosi nie uważają nawet za kawę, przekładając nad nią, swój czarny, gorzki i gęsty napój,  sączony z maleńkich filiżanek.
     Na złość prognozie pogody niebo, grożąc deszczem, pozostało stalowo-szare.
     Przerzedzone grupki wracających do domów po piątkowych imprezach młodych ludzi, pojawiały się z różnych stron, jak ciche i zmięte garście biletów dyskotekowych, które już nie kusiły żadnymi obietnicami: ci którzy mieli coś dostać - dostali, a ci którzy spędzili noc sami, będą musieli czekać na następną szansę, pewnie jeszcze tego samego wieczoru. 
     Pod ciężkimi od owoców gałęziami drzewka pomarańczowego stał kiosk ze świeżym pieczywem, do którego ciągnęła się nieduża kolejka starszych ludzi. Niektórzy z nich przeglądali poranne gazety, a inni rozmawiali o czymś z przejęciem, ale siedziałem za daleko, żeby wiedzieć w czym rzecz. Jedna ze starszych kobiet wyciskała drugiej pryszcza na policzku, nie przejmując się resztą towarzystwa. Z państw europejskich, chyba tylko tutaj, w Hiszpanii ludzie czują się na ulicy, jakby byli w swoim własnym domu.
     Ulice ciągle pozostawały w miarę ciche, ale już wkrótce miały zapełnić się tłumem przechodniów, który wieczorem znowu przekształci się w podekscytowaną ludzką lawę, zalewając gorącymi falami kafejki, bary i otwarte do późnego wieczora sklepy. Wysączyłem ostatni, już zimny łyk kawy, zarzuciłem plecak na ramię i wyszedłem na chłodną, świeżą ulicę.

6
Śniadanie w Albayzin i trochę historii (oraz kłótnia kochanków)

     Z kawiarenki, energicznym krokiem ruszyłem do Sacromonte. Do końca nie byłem pewny co zrobić i kiedy wreszcie dotarłem do skrzyżowania dróg za Plaza de St. Anna, z których jedna odbijała w prawo, na Alhambrę, a druga szła prosto, zdaje się na Albayzin, zdecydowałem iść prosto. Następnie zamiast kontynuować marsz pod górę, co jak się później przekonałem, zaprowadziłoby mnie w znajome strony, skręciłem w prawo, gdzie stroma droga, zawiodła mnie do Abadia de Sacromonte, średniowiecznego, zdaje się opuszczonego klasztoru, gdzie podobno w XVI wieku znaleziono kości trzech chrześcijańskich męczenników. 
     W trakcie mojego marszu słońce pokazało się tylko na chwilę, żeby po kilkunastu minutach schować się w oparach mgły, którą samo obudziło swoim dotknięciem. Oprócz kilku rowerzystów, ciasno opiętych jaskrawymi i profesjonalnymi rynsztunkami „prawdziwego” wyczynowca, znajdowałem się na drodze prawie całkiem sam. Miejsce nie spodobało mi się za bardzo i co chwila spoglądałem tęsknym wzrokiem na wzgórza po drugiej stronie rzeki, które podziurawione jaskiniami, rozbrzmiewały nawoływaniami i śmiechem. Postanowiłem sobie, że tamtą stronę zachowam na jutro, żeby nie oblecieć wszystkich, fajnych miejsc, jak japoński turysta, w jeden dzień. Zawróciłem więc w stronę miasta, do którego jednak nie doszedłem, ponieważ odbiłem na skrzyżowaniu w prawo, do Albayzin, nad którym wznosi się Sacromonte, z jaskinią, która przez kilka dni była kiedyś moim domem. 
     Albayzin zaskoczył mnie tłokiem na ulicach. Dzielnica ta jest trochę ukryta i z oddali nie wydaje się, żeby cokolwiek się tutaj działo, kiedy jednak zanurzyłem się w jej uliczki, odkryłem nagle tętniące życiem, sklepikami i ludźmi miejsce. Zagadnięta przeze mnie pani skierowała mnie do sklepu spożywczego (koniec z restauracjami!), gdzie zaopatrzyłem się w słony owczy ser, świeży chleb, avocado i karczochy w puszce.

     Podróżowanie samemu ma swój szczególny urok. Mógłbym tak siedzieć na tej ławce cały dzień, obserwując przechodniów i nie myśląc o tym, że muszę coś zrobić. Pełen brzuch, kilka łyków wina, słońce i bulgocząca fontanna wprowadziły mnie w senny i przyjemny letarg. Przestałem myśleć o pracy, gdzie jutro, w normalnym tygodniu musiałbym spędzić dwanaście godzin, jak również o różowej wysypce, która za cholerę nie chciała ze mnie zejść. Odłożyłem wszystko na przyszły tydzień, gdy znowu wrócę do deszczowej, angielskiej codzienności i wieczornych melancholii. Teraz, dziś, mogłem po prostu być i robić to, na co w danym momencie przyszła mi ochota (w granicach rozsądku oczywiście). 
     Rozejrzałem się dookoła, wypatrując czegoś, co zatrzymałoby mnie na tym placyku dłużej, i kiedy nie wydarzyło się nic szczególnego, żadne niespodziewane spotkanie z zesłanymi przez Wszechświat przyjaciółmi (ani wrogami), pomyślałem, że pewnie za chwilę pozbieram się i wdrapię na wzgórze, które teraz niewidzialne, skryło się za ścianami budynków, gdzie będę mógł wyłożyć się na trawie i leniwie wpatrywać w leżącą w dole Granadę. 

* * * * * * * * *
     Nie udało mi się znaleźć mojej jaskini. Przeszedłem wzgórze wzdłuż i wszerz, ale wszystkie jaskinie po tej stronie Sacromonte wydawały mi się prawie takie same. Wreszcie rozłożyłem plecak na wzniesieniu, które miało najmniej kamieni i gruzu. Słońce zaczęło grzać tak bardzo, że musiałem rozebrać się do spodenek. 
     Z miejsca, w którym leżałem rozciągała się szeroka panorama, obejmująca całą Granadę, Alhambrę i bardziej na lewo monumentalne, ośnieżone szczyty Sierra Nevady.
     Postanowiłem odświeżyć sobie trochę historię miasta i zatopiłem się w lekturze przewodnika, od którego co chwila odrywały mnie ochrypłe krzyki kłócącej się pary – starej,  pijanej Hiszpanki i jej marokańskiego partnera, którzy jak się wydawało, zamieszkiwali jaskinię jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie.

     Zanim jeszcze zjawili się tutaj Rzymianie, na miejscu Granady leżała mała iberyjska osada, którą najeźdźcy z sąsiedniego półwyspu przechrzcili na Illiberis, ale choć tutejsza ziemia znana była ze swojej żyzności, jej blask przyćmiony był przez ówczesną stolicę prowincji, Cordobę. W VI wieku władzę przejęli tutaj Wizygoci. (Przez chwilę zdawało się, że wrzeszcząca para, w zgodnej nienawiści zdecydowała się pójść gdzieś indziej, ale niestety wkrótce okazało się, że zeszli tylko do jaskini poniżej, gdzie inna Hiszpanka wydawała się pełnić rolę ich mediatorki). Podczas panowania Wizygotów, na południowym zboczu Alhambry rozwinęła się żydowska osada, Garnatha. Żydzi i Chrześcijanie żyli tutaj w takiej wzajemnej niechęci, że  kiedy w 711 roku Muzułmanie najechali tę okolicę, Żydzi stanęli po stronie najeźdźców.
     Następne kilka wieków było świadkami przechodzenia miasta z rąk do rąk różnych arabskich dynastii, żeby w końcu jako ostatnie z arabskich królestw, po siedmiomiesięcznej bitwie, ulec stupięćdziesięciotysięcznej armii tzw. Królów Katolickich, czyli Ferdynanda i Izabeli. Po kilku wiekach, podczas okupacji przez armię Napoleona, miasto doznało sporych zniszczeń i nawet Alhambra była używana jako koszary. Następnie, w czasie wojny domowej zginęło w Granadzie około siedmiu tysięcy liberałów i republikanów, zamordowanych przez Franco, w tym słynny poeta Fedrico Garcia Lorca, który zginął zastrzelony przez funkcjonariuszy Guardii Civil.

     Miałem ochotę jeszcze poczytać, ale zmęczony wściekłymi krzykami kłócących się sąsiadów, postanowiłem znaleźć inne miejsce i położyłem się w końcu pod starym, arabskim murem, który od wieków dzieli Sacromonte na pół. Wkrótce ciepło, szum drzew i miękkość trawy, której skrawek udało mi się niespodziewanie znaleźć, wprowadziły mnie w błogą drzemkę, a ciężki przewodnik wysunąwszy się z rozluźnionych palców, opadł cicho na ziemię.

7
 Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny

     Zdecydowałem, że tego dnia też nie pójdę do Alhambry. Stwierdziłem, że to dopiero mój drugi dzień w Granadzie i nie chcę „zużyć” wszystkich jej atrakcji.
Po południu znalazłem w miarę miły hotelik. Też osiemnaście euro, ale o wiele przyjemniejszy, a oprócz tego okazało się, że w pokoju mam grzejnik i telewizor.
     Wziąłem prysznic, rozpakowałem się (postanowiłem zostać tam do czwartku) i obejrzałem prawie całą „Planetę Małp” z '68 roku, z Charltonem Hestonem w roli głównej. 
     Wreszcie, po jakichś dwóch godzinach odpoczywania, znowu wyszedłem na ulicę. Usiadłem na murku, na Plaza de St. Anna, z Alhambrą za moimi plecami i… nic. Widziałem jak dookoła mnie pulsuje życie towarzyskie, grupki dumnej, kolorowej młodzieży grają na gitarach i bębnach, popijając wino, paląc skręty, popisując się  przed pięknymi dziewczynami swoim żonglowaniem, albo pięknym głosem, ale zamiast czuć radość, poczułem ukłucie zazdrości. 
     Poniżej, nad rzeką również siedziało parę osób, pijąc schłodzone w rzece piwo, w przytulnym odosobnieniu zarośli i skał. Dwie dziewczyny grały na kastanietach i tamburynie, podczas gdy brodaty, dwudziestokilkuletni chłopak, w kolorowym, zawadiacko przekrzywionym kapeluszu, uderzał mocno w struny gitary i śpiewał coś, co ciężko było mi rozpoznać, poprzez szum rzeki i gwar rozmów z pobliskich barów i kawiarenek.

Lista jednopunktowa:

1. Jestem smutnym gościem, który wpadł  tu tylko na chwilę i wie, że ma za mało czasu, żeby naprawdę posmakować tej ulicy i tego miasta, z jego tajemnicami, które ci bezczelni, nie obawiający się wcale raka płuc młodzieńcy, znają jak własną kieszeń. Dla nich to po prostu dom, o dumnej, czasami wstydliwej historii, pełen beztroski i pierwotnej wiary w kult prawdziwego mężczyzny, oraz krwawej, ciężkostrawnej kuchni, której nigdy nie spróbuję. W Hiszpanii tak wielu młodych ludzi próbuje pokazać swoją niezależność i naturalny opór wobec zorganizowanej kontroli państwa i instytucji. Bunt ten jednak, nie przeszkadza im być dumnym z urodzenia się Hiszpanem, Andaluzyjczykiem, Baskiem, Gallego, czy Katalończykiem.
     Nie mitologizuję Hiszpanów. Tak jak wszędzie, tak i tutaj są  różni ludzie i problemy. Myślę jednak, że ten kraj, jako jeden z nielicznych w Europie (a być może jedyny w Europie Zachodniej), zachował w sobie ogień indywidualności, który w innych krajach coraz bardziej gaśnie.
     Wędruję myślami do lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy to Hiszpania tętniła rewolucyjnym życiem, kiedy dziesiątki tysięcy ludzi zostało porwanych przez socjalistyczne i anarchistyczne idee równości i nitscheańską wiarę w moc ludzkiego ducha. Ze wszystkich państw Europy Zachodniej, tutaj rewolucja była chyba najbliższa wybuchowi. Ciekawie byłoby zobaczyć jak wyglądałaby ona w wykonaniu Hiszpanów, którzy są przecież tak inni od  Rosjan, czy Chińczyków. W czasie wojny domowej, pomiędzy '34, a '36 rokiem, połowa kraju była w rękach republikanów, jednak przy wsparciu Hitlera i Mussoliniego, Franco musiał wygrać tamtą wojnę.
     Nie tylko Hiszpanów porwał duch walki. Wkrótce powstały Międzynarodowe Brygady, które zasiliły tysiące ludzi z całego świata, w tym między innymi George Orwell, czy też Laurie Lee. Oprócz tego byli też nasi „Dąbrowszczacy”, polscy obywatele walczący w Hiszpanii przeciwko Franco, których ogółem, w wojnie brało udział około pięciu tysięcy osób.

* * * * * * * * *

     Pogrążony w myślach nie zauważyłem nawet, że słońce zaszło już za Pałacem Królów i dopiero chłód wyrwał mnie z odurzających wizji walki o słuszną sprawę. Tłum na placyku zelżał już o jakąś połowę. Dystyngowane panie z dziećmi oglądały z zainteresowaniem wyczyny dredziastych żonglerów. Grupka eleganckich, pachnących perfumami Marokańczyków o wyżelowanych włosach, rozmawiała o czymś z ożywieniem, podczas gdy ich gardłowy, arabski język, dziwnie pasował i równocześnie nie pasował do tego miejsca i wieczoru. Radosne, spuszczone ze smyczy psy zawierały nowe znajomości, a zmęczeni, angielscy turyści robili zdjęcia znikającej w zmierzchu Alhambrze, oraz przyglądali się ze znudzeniem i niezrozumieniem, głośnym, ruchliwym tubylcom. 
     Pomyślałem sobie, że jutro z pewnością odwiedzę Alhambrę. Może, jeśli będę miał szczęście i wewnętrzną muzykę, która grała mi teraz, poczuję tam coś szczególnego. Jak bohater „Kronik Marsjańskich” Raya Bradburego, który przechadzając się po uliczkach wymarłego miasta pięknej, odeszłej już w przeszłość cywilizacji, był w stanie choć przez chwilę usłyszeć zapomnianą muzykę i zrozumieć słowa martwych, marsjańskich poetów.

     Mała dziewczynka, bawiąc się w chowanego z mamą i tatą, schowała się za filarem ławki, na której siedziałem i patrząc mi poważnie w oczy, przyłożyła do nosa palec i wyszeptała: „Tsssss…”, a po chwili już jej nie było.
  
8
Stary znajomy

     Wieczorem, po tym jak opuściłem placyk świętej Anny, spotkała mnie miła niespodzianka. W sieci kolorowych, lśniących klejnotami arabskich sklepów uliczek, natknąłem się na Fernanda. 
     Kiedy byłem tutaj pięć lat wcześniej, zarabiając na życie akordeonem, kilka razy grałem pod należącym do niego sklepem z pamiątkami. Przypadłem mu wtedy do gustu i zawsze wrzucał mi parę groszy do kapelusza, a raz wynajął mnie nawet na urodziny swojej pracownicy, żebym zagrał jej „Cumpleanos Feliz” („Sto lat”). Pod koniec, kiedy chciałem już wracać do domu, mając po dziurki w nosie tej mojej chaotycznej wyprawy, poprosiłem starego przyjaciela, Artka, żeby przysłał mi z Danii pięćdziesiąt euro, dzięki czemu miałbym choć parę groszy na powrót do Polski. Przesyłka od Artka opóźniała się coraz bardziej, aż w końcu nie wytrzymałem i obwieszony plecakiem, śpiworem i akordeonem odwiedziłem Fernanda w jego sklepie i poprosiłem o pożyczkę.
     Zaskoczyło mnie wtedy, że bez mrugnięcia okiem się zgodził i od razu sięgnął do kasy. Potrzebowałem wtedy tego, żeby ktoś potraktował mnie po ludzku a jego zachowanie podniosło mnie bardzo na duchu. Zostawiłem mu numer przekazu, który był potrzebny, żeby odebrać na poczcie pieniądze, które jakoś nie mogły do mnie dojść i obiecałem wysłać mu kartkę z Polski, ale niestety po drodze do domu zgubiłem jego adres. 
     Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem zaraz po przyjeździe do Granady, była próba odnalezienia Fernanda, ale niestety nie udało mi się rozpoznać sklepu, w którym wtedy szefował.
     Tego dnia, wieczorem przechadzałem się po prostu bez celu, w okolicach katedry, kiedy nagle zobaczyłem jego znajomą twarz. Podszedłem się przywitać i po chwili, kiedy mnie sobie przypomniał, zaciągnął mnie do sklepu, żeby przedstawić żonie i pochwalić się parą bliźniaków: Juanem i Pedro.
     Porozmawialiśmy przez chwilę. Ucieszył się bardzo, kiedy powiedziałem mu, jak wiele wtedy znaczył dla mnie jego gest, po czym pogratulował mi pracy z dziećmi, zwierzając się, że jego żona bezskutecznie próbuje znaleźć zatrudnienie w tego rodzaju zawodzie. Nie miał już swojego sklepu, który zbankrutował kilka lat temu i obecnie prowadził firmę budowlaną. Pokazał mi też początki katarakty, która zaczęła pokrywać jego oczy i powiedział, że trochę go to martwi.
     Po pół godzinie rozmowy, uściskaliśmy się serdecznie i poszedłem w swoją stronę, żeby nadal szukać skarbów, zagubionych na uliczkach gwarnej nocy.

9
Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki  Pepe

     Poranek przywitał mnie jednoznacznym błękitem oszlifowanego diamentu nieba. Choć w cieniu chłód ciągle jeszcze szczypał, to z minuty na minutę, zamiast szukać słonecznego blasku, instynktownie zacząłem przylegać do popękanych, białych ścian, które kusiły ożywczym cieniem. Niezdecydowany co do tego, gdzie uraczyć się mleczną kawą, w końcu skierowałem się na Plaza Nueva, gdzie poranny, niedzielny spokój, w niczym nie przypominał wczorajszej atmosfery festynu. Zamówiłem kawę, oraz tosta z masłem i dżemem, po czym na pół godziny zawędrowałem razem z Laurie Lee do przedwojennej Segovii i Madrytu. 
     Był to inny świat od tego, który miałem przed swoimi oczami teraz; biedniejszy, oryginalniejszy i niewinny, na rok przed bratobójczą wojną, której cienie do teraz prześladują Hiszpanię. Niektóre rzeczy pozostały jednak takie same. Ciasne kafejki z dumnymi i smutnymi (nierzadko bezczelnymi) kelnerami, zmęczeni i brzydcy żebracy, monotonnie i mechanicznie zbierający swoje grosiki, których pokornym prośbom, zaprzeczają chytre i nieprzyjemne oczy. Oprócz tego flamenco, słońce, Cyganie, choć dziś już nie tak malowniczy jak wtedy i oczywiście turyści, którzy w krótkim okresie Republiki, zalali Hiszpanię w poszukiwaniu słońca i wrażeń.

     Przez chwilę zastanawiałem się, czy w końcu nie zwiedzić Alhambry i nawet wdrapałem się pod samą jej bramę, ale okazało się, że dostępne są tylko dwa rodzaje biletów – jeden ważny od ósmej do czternastej, a drugi od czternastej do dwudziestej, doszedłem więc do wniosku, że tak jak planowałem wcześniej, wolę jednak pójść tam wieczorem. W sklepiku z pamiątkami kupiłem mały przewodnik po pałacu i zszedłem z powrotem w dół, w stronę rzeki, a następnie do Albayzin, gdzie dobiegające ze sklepu z pamiątkami (Galeria Albayzin na Plaza del Salvador) dźwięki grającej flamenco gitary, skusiły mnie, żeby usiąść na zanurzonej w cieniu kamiennej ławce.
     Wyraźnie znudzona dziewczyna, która, jak mi się wydawało prowadziła sklepik, wyszła na zewnątrz, usiadła na murku i zaczęła czytać jakąś książkę, do momentu, gdy młody, jasnowłosy chłopak nie przywitał jej dźwięcznym „Hola guapa!”. Kiedy odpowiedziała, zaskoczył mnie jej przyjemny, melodyjny głos, w ogóle nie pasujący do jej zwalistej, prawie otyłej figury i czarnych, zniszczonych trwałą ondulacją, błyszczących (pewnie polakierowanych) włosów. Towarzystwo chłopaka sprawiło, że przestała się garbić, porzuciła swoją niedbałą, leniwą postawę, na rzecz zalotnej pozy, lekko podkreślającej wcięcie talii i figlarnie przekrzywiła głowę.
     Wyżej, ponad areną starożytnej, męsko-damskiej gry i ponad dźwiękami zawodzącego flamenco, przed moimi oczami rozciągało się zbocze Sacromonte (Świętej Góry), nad której twarzą, pooraną bliznami jaskiń, wznosiła się dumna korona arabskiego muru, pozostałość innego, ciągle jeszcze niezapomnianego tutaj świata. 
     Z mojej ławki mogłem widzieć obydwa miejsca, w których wczoraj odpoczywałem; kamieniste wzniesienie, gdzie byłem świadkiem zaciekłej kłótni tłustej starej Hiszpanki i jej konkubenta – nerwowego, kościstego Marokańczyka, a po lewej, pod samym murem, strome, ukryte pośród drzewek zbocze, u stóp biało-brązowego budynku, gdzie cieszyłem się drzemką.

* * * * * * * * *

     Drugie śniadanie postanowiłem zjeść w El Triunfo; małym parku, kilkanaście minut spaceru z Plaza Nueva. W niedzielę, w Hiszpanii większość sklepów jest pozamykana, ale udało mi się znaleźć mały, kiepsko zaopatrzony, chiński sklepik. Kupiłem chleb, ser, oliwki, karczochy i rozłożyłem się w cieniu, na betonowej ławce, ukrytej wśród drzew. Niedaleko ode mnie, leżał na kartonie starszy pan, Marokańczyk, który z wdzięcznością przyjął zaproszenie do posiłku. 
     Kiedy skończyliśmy jeść, staruszek poszedł kontynuować drzemkę, a do mnie zbliżył się wielki facet, około pięćdziesiątki, o wyłupiastych brązowych oczach i szczerbatym uśmiechu.
     - Buen dia nino, nie przeszkadza ci, że sobie z tobą usiądę?
     Z radością przyjąłem towarzystwo i zrobiłem trochę więcej miejsca na ławce. Wielki mężczyzna wyciągnął z kieszeni grubego skręta.
     - Zapalisz porrito?
     - Trawa, czy czekolada?
     - Trawa, trawa, nie palę czekolady, za bardzo uderza do głowy.
     Zaciągając się pachnącym jointem, Pepe zaczął wychwalać Granadę i Andaluzję jako miejsce, którego zazdrości im cały świat. Po chwili wyciągnął z plecaka butelkę rozrobionego z Fantą wina i pociągnąwszy dużego łyka, podał mi trunek. Prawie nie poczułem alkoholu w tej miksturze, ale i tak byłem na leciutkim rauszu, skończywszy przed chwilą wino, którego zostało mi trochę z wczoraj. 
     Pepe należał do typu dużych, żartobliwych i gadatliwych olbrzymów, którzy w jakiś sposób są w stanie znaleźć wspólny język z każdym i których rubaszność zmieszana z grubiaństwem sprawia, że jesteś w stanie dużo im wybaczyć. Pepe słysząc, że lubię podróżować, wyciągnął komórkę i zaczął pokazywać mi z dumą swoje zdjęcia z podróży do Włoch i do Belgii, opowiadając o górach po jakich się wspinał i winach które próbował. 
     Później przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, aż w końcu Pepe zaczął okazywać zainteresowanie otoczeniem.
     - Hombre, patrz na tę sikorkę – oblizując się, wskazał głową na spacerującą niedaleko, młodą, cycatą dziewczynę. Po chwili zagwizdał na chudą Cygankę w średnim wieku i na krótko ostrzyżoną, drobną punkówę. Jakby czytając moje myśli, wyjaśnił:
     - Dla mnie nie ma znaczenia, czy kobieta jest chuda, gruba, ładna, młoda, stara, czy brzydka. Ja widzę tylko ich kobiecość, esencję i nic ponad to.
     - Y usted jest żonaty? – spytałem.
  - Właśnie dlatego nie jestem! Dlaczego miałbym unieszczęśliwiać jakąś mujer? Nigdy nie wytrzymałbym z jedną.
     Musiałem przypaść mu do gustu, bo powiedział mi, żebym zaczekał, a on w tym czasie przyniesie drugie wino. Nie zdążyłem nawet napisać pięciu zdań w swoim dzienniku, kiedy był już z powrotem, z kartonem najtańszego wina (Don Simon) i butelką Fanty. Sprawnie rozrobił trunek z oranżadą, w dwóch plastykowych butelkach, z których jedną podał mi, a drugą położył na ławce, obok swojej ręki. 
      Posiedzieliśmy tak jeszcze przez chwilę, komentując grających na bębnach rastamanów, którzy siedzieli kilka ławek dalej i każdą dziewczynę, która zjawiła się w zasięgu wzroku, tzn. Pepe komentował, a ja zgadzając się, albo i nie,  i tak potakująco kiwałem głową.
     W końcu zostawiłem go ze starszym panem, który przysiadł się na naszą ławkę i  ruszyłem po raz kolejny w stronę starego miasta.

10
Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?

     Otworzyłem oczy i bez powodzenia spróbowałem przełknąć nieobecną ślinę. „Pić…” jęknąłem. Po chwili jęknąłem jeszcze raz, uświadamiając sobie, że nie mam żadnego soku, ani nawet wody, żeby ugasić pragnienie. Dotyk chłodnej posadzki mojego hotelowego pokoju otrzeźwił mnie trochę i pomógł odzyskać zmysł równowagi. Poczłapałem do kuchni, w wyobraźni widząc już jakiś zapomniany przez hospitalero karton soku pomarańczowego. W końcu znalazłem tylko cytrynę, którą wycisnąłem do dzbanka wody i tak zaopatrzony wróciłem do pokoju. Kiedy wreszcie ugasiłem pierwsze pragnienie, spróbowałem uporządkować chaotyczne i mgliste wspomnienia z drugiej połowy  wczorajszego dnia.

     Z El Triunf, tak jak planowałem, wróciłem do centrum starego miasta. Mijając Plaza Nueva, poprzez Carrera del Darro doszedłem do Plaza de St. Anna, pod Alhambrą i spędziłem tam kilka godzin, czytając w blasku słońca (o czym świadczyła moja piekąca, czerwona twarz) i paląc kiepską tabakę. 
     Kiedy zacząłem już tracić zainteresowanie książką, usłyszałem głośną muzykę -  coś wesołego z lat dwudziestych. Podniosłem głowę i zobaczyłem ubraną w spódniczkę z trawy dziewczynę, pląsającą jak szalona, niczym pijana artystka z moskiewskiego cyrku. Dziewczyna, która miała w sobie coś wschodnioeuropejskiego, wkrótce przyciągnęła uwagę ludzi odpoczywających na okolicznych ławkach i klientów pobliskiego baru, siedzących wygodnie pod osłaniającymi ich od palącego słońca parasolami. Pokaz trwał z piętnaście minut. Choć taniec nie był profesjonalny i czasami wydawał się przypadkowym zlepkiem kroków i podskoków, to spodobał mi się entuzjazm, z jakim go wykonywała. Kiedy skończyła, wrzuciłem jej monetę i zaproponowałem papierosa i łyk wina, co przyjęła z wdzięcznością.

     - De donde eres? (Skąd jesteś?) – spytałem.
     - Soy Polaca.
     - Hej! Ja też!.
     Dziewczyna pochodziła gdzieś z północy Polski i mieszkała w Granadzie już od czterech lat, kiedy to przyjechała autobusem, zobaczyć jak wygląda Hiszpania i ostatecznie spodobało się jej tak bardzo, że została. Teraz mieszkała w jaskini na Sacromonte, gdzie, jak z dumą ogłosiła, udało się jej ostatnio nawet zameldować. Wyciągnąłem z niej tylko jej lokalne imię – Vinia. 
     Kiedy zaczęła przygotowywać się do kolejnego występu, pożegnałem ją i skierowałem się na Plaza Nueva, gdzie chciałem zjeść pozostałości z obiadu (chleb, ser i oliwki) i dokończyć butelkę wyśmienitej Riojy.
     Tam właśnie spotkałem Eduarda – Baska, któremu zawdzięczałem większą część mojego siarczystego kaca. 
     Kiedy jadłem, obok mnie, na ziemi usiadł długowłosy chłopak, w moim wieku i zaczął czytać książkę. Rozgrzany towarzysko po dzisiejszych spotkaniach, wyciągnąłem do niego butelkę.
     - Napijesz się?

     Brodaty, ciemnowłosy chłopak o czystych, sympatycznych oczach przyjął poczęstunek i powiedział żartobliwie:
     - Szkoda, że nie podzieliłeś się swoim obiadem. Wyglądał przepysznie – i przysiadł się bliżej, wyciągając rękę.
     - Eduardo.
     - Martin – odpowiedziałem mocnym uściskiem.
     Rozmowa szła nam przyjemnie i wartko. Eduardo był młodym architektem, który niedawno dostał pracę w Granadzie i pochodził z małej wioski, gdzieś w Pais Basko. Po chwili okazało się, że obaj dzielimy doświadczenie Camino de Santiago i następną godzinę poświęciliśmy na grę zgadywania i przypominania sobie kolejnych miast, albergues i hospitaleros z trasy.
     Kiedy skończyliśmy wino, Eduardo zaproponował, że kupi następne i pobiegł do pobliskiego, jedynego otwartego w niedzielę sklepu.
     Kiedy wrócił, rozmawialiśmy jeszcze o Hiszpanii, wojnie domowej, rewolucji (przy czym próbowałem go bezskutecznie przekonać, że jeśli rewolucja ma się gdzieś zacząć, to właśnie tutaj, w Hiszpanii), o Anglii, Bogu, jego życiu, moim życiu. W połowie butelki dołączyło do nas kilku jego przyjaciół, i wkrótce stworzyliśmy całkiem sporą i głośną grupkę. W międzyczasie zrobiło się już ciemno i chłodno, więc wszyscy stwierdzili, że trzeba by znaleźć jakieś schronienie. Wreszcie większość zdecydowała się pójść do domu jednego z chłopaków, żeby kontynuować imprezę, ale Eduardo nie był zbytnio zainteresowany, więc odłączyliśmy od reszty i za jego namową poszliśmy na piwo i tapas do najbliższego baru.
     Odwiedziliśmy dwa lokale,  ale nie pamiętałem ani ich nazwy, ani nazwy ulicy, bo w tamtym momencie rzeczywistość zaczęła dla mnie wyglądać trochę mętnie i abstrakcyjnie. Z pierwszego baru pamiętam, kiedy założyłem się z Eduardem, że zaproszę do naszego stolika dwie Japonki, które samotnie popijały piwo przy bufecie. Pamiętam jak zmroziły mnie wzrokiem i ostentacyjnie odwróciły głowy w drugą stronę.
     - Don Juany to z nas nie są – powiedziałem teatralnie smutnym głosem do Eduardo i oboje wybuchnęliśmy śmiechem, przeklinając naszą nieatrakcyjność. 
     W drugim barze zabawiliśmy dłużej i to tam rzeczywistość z abstrakcyjnego, ale ciągle dość ostrego obrazu, przeszła w wirującą i dźwięczną mgłę.
     Dwóch młodych Cyganów grało na gitarach, śpiewając z życiem i energią pieśni flamenco, podczas gdy kilka dziewczyn w kolorowych spódnicach klaskało i tańczyło ze skupieniem, pogrążone w spoconej, erotycznej i wibrującej medytacji. Obydwoje z Eduardo nie mogliśmy oderwać oczu od tej sceny i następną godzinę spędziliśmy, wpatrując się w tę spontanicznie powstałą juergę, kiwając tylko do rytmu głowami. 
     Nie wiem o czym myślał Eduardo, dla którego, jako Baska, ta scenka pewnie również była czymś egzotycznym, ale ja byłem kompletnie pogrążony w odurzającej zazdrości, wiedząc, że jestem tutaj, w tym kraju tańca i miłości, którym Hiszpania ciągle jeszcze jest, tylko gościem, duchem z innego świata, który przysiadł w tym starym barze i z nostalgią przysłuchuje się ognistym gitarom, pośród żywych ludzi, którzy nie mogą go zobaczyć.
     W końcu, z  kolejnym łykiem trunku zawirował mi świat. Z Eduardem za przewodnika, dotarłem jakoś do swojego hoteliku, a po chwili spałem już jak dziecko, ciągle słysząc smutno-radosne dźwięki strun i ochrypłe głosy Cyganów z innej epoki.
   
11
Kiepski obiad i złowieszcza kelnerka w arabskiej karczmie

     Na śniadanie zjadłem posiłek, składający się ze świeżego, chrupiącego chleba, karczochów z puszki, avocado i owczego sera. Ciągle czułem się zmęczony po wczorajszej borracherze, stwierdziłem więc, że wrócę na trochę do hotelu i poleżę w łóżku, czytając książkę albo oglądając telewizję. Po drodze kupiłem jeszcze u Chińczyków ładowarkę do telefonu i gdzieś tak do czternastej leżałem po prostu w pokoju, lecząc kaca sokiem pomarańczowym i śledząc z wypiekami na twarzy dalsze przygody Lauriego Lee. 
     Po kilku miesiącach włóczęgi, w końcu dopadła go wojna, której początek pasjonująco opisał z punktu widzenia dwudziestoletniego, niewinnego trampa.  Próbowałem wyobrazić sobie, jakie to było uczucie, doświadczać życia, tak jak ja robię to teraz i nagle widzieć jak wali się porządek świata, i jak zwykli ludzie, pechowcy historii, przez chwilę czują, że mogą zmienić przeznaczenie. Jak marzą o wymazaniu niesprawiedliwej przeszłości i o podzieleniu świata na nowo, tym razem uczciwie i mądrze. A trochę później patrzeć, jak ich marzenia rozsypują się pod ciosami ślepej siły, pragnącej zachować stary porządek świata.
     Niektórzy ludzie rodzą się za wcześnie, (a niektórzy za późno) a ich próby naprawienia historii, z góry są skazane na niepowodzenie.
     Do takich refleksji zaprowadził mnie Laurie Lee i nagle z żalem zdałem sobie sprawę, że doszedłem do końca książki. 
     Później poleżałem jeszcze trochę z rękami pod głową, wpatrując się w sufit, aż zaczęły mnie kusić dobiegające zza pół otwartych okiennic głosy ulicy, wabiące obietnicą nowych twarzy i rozmów, wysmarowałem więc twarz kremem na oparzenia słoneczne i wyszedłem ”na miasto”.
     Po trzech dniach żywienia się chlebem i serem stwierdziłem, że przydałoby się zjeść coś ciepłego, więc targany wyrzutami sumienia, zacząłem szukać jakiejś restauracji z wegetariańskim jedzeniem. (Skąd wyrzuty sumienia? Jak zwykle - wydawanie ciężko zarobionej kasy zawsze boli.) 
     Wreszcie, błądząc po arabskiej dzielnicy, na ulicy Caldereria Nueva znalazłem małą arabską restauracyjkę, gdzie podawano jarskie potrawy. Jedzenie było kiepskie, a kelnerka bardzo niemiła, traktująca każde wymaganie jak osobisty zamach na swoje swobody obywatelskie, ale cieszyła mnie inność tego miejsca; jego północno-afrykański wystrój i marokańska muzyka.
      Po mojej lewej stronie siedziała spora muzułmańska rodzina, rozmawiająca jednak po hiszpańsku. W grupie wyróżniała się biała kobieta, która przejęła arabski strój i zachowanie, jednak jej łamany hiszpański i angielskie zdania, którymi go przeplatała, zdradzały jej „niewierne” pochodzenie. Dopóki mężczyźni siedzieli z kobietami, te pozostawały ciche, ale kiedy po posiłku wyszli na papierosa, zaczęły nieśmiałą rozmowę, której przewodziła biała „Arabka”. Kiedy w końcu wyszła do toalety, dwie pozostałe dziewczyny, ściszonym głosem zaczęły ją obgadywać.
     Po prawej ręce miałem izraelsko-anglosaską grupkę, której członkowie komentowali po angielsku i w jidysz, kiepską jakość posiłku, i starali się nie widzieć stalowych spojrzeń, rzucanych im przez muzułmanów, siedzących po mojej lewej.
     Po pewnym czasie, niesympatyczna kelnerka zajęła opróżniony przez Izraelitów stolik i z niezadowolonym wyrazem twarzy zajęła się brzęczącym obliczaniem miedzianych napiwków. Co kilka sekund rzucała nieprzyjemne spojrzenia w stronę drzwi wejściowych, mając nadzieję, że choć przez chwilę, żaden przechodzeń nie wpadnie na głupi pomysł zjedzenia tu obiadu. Wychyliłem ostatni łyk wina i skierowałem się (który to już raz?) w stronę Alhambry, z silnym postanowieniem, że jeśli nic nie przydarzy się po drodze, to tym razem spróbuję tam dotrzeć.
  
12
Trochę melancholii i refleksji po Alhambrze

     Usiadłem na ławce, oddając się myślom. Czułem, że muszę spróbować wejść na trochę wyższą falę melancholii i wznieść się z suchej depresji i wyobcowania, na smutną nostalgię, która nawilżyłaby mi duszę choć kilkoma kroplami ciepłej zadumy. Nie wiedziałem, co ściągnęło mnie tak bardzo w dół. Może była to zatłoczona hałaśliwymi turystami Alhambra, która w niczym nie przypominała wierszy Lorci, ani obrazów Giraulta de Prangey, ale raczej supermarket pełen klientów, biegających ze swoimi aparatami od jednego produktu do następnego. A może to dzisiejszy kac zmieszał się z tęsknotą za domem i zmienił mnie z żądnego przygód, siedmiodniowego wagabundy, w zagubionego i gorzkiego faceta ścigającego złudzenia.
     Miałem niewielką nadzieję, że uda mi się zobaczyć Alhambrę taką, jaką wyobrażałem ją sobie jeszcze kilka dni temu (a w sumie to kilka lat, od momentu, kiedy zobaczyłem ją pierwszy raz z jaskini na Sacromonte), ale nie potrafiłem przedrzeć się przez przez spoconych, podekscytowanych turystów, którzy wymieniali się szablonowymi okrzykami zachwytu ani groźnych ochraniarzy, rozmawiających poważnie przez krótkofalówki.

     Trudno jest mi napisać coś o samych zabytkach - coś co nie było już napisane tysiące razy. Tak, budowle dawnych mieszkańców tej ziemi różnią się od topornych, grubo ciosanych z kamienia pozostałości po ich chrześcijańskich następcach. Jest w nich lekkość, dbałość o szczegóły , cierpliwość (tak cierpliwi potrafią być tylko ludzie pustyni) i zmysłowość, którą znamy z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Tamci ludzie inaczej postrzegali świat, starali się czerpać z niego radość innymi zmysłami niż my oraz wyrażać siebie w cierpliwej dokładności i delikatności. 
     Tyle mogłem zobaczyć, ale byłem daleko od prawdziwego dotknięcia tego, co rejestrowałem oczami i aparatem. Może gdybym był tam sam, w ciepłą letnią noc, dawni władcy Alhambry z dumą oprowadziliby mnie po swoich domach i pałacach, opowiadając o swoich marzeniach i wizji świata. Dziś jednak nie było tam żadnych duchów, które wystraszone fleszami aparatów i krzykami biegających po krętych korytarzach dzieci, uciekły; może na pustynie niedalekiej Afryki, ujeżdżając piaskowe konie, a może wróciły do swojego Raju, odpocząć wśród pięknych Hurys. Dziś byłem tam tylko ja, misterne, martwe rzeźby i spoceni turyści.

     Przechadzając się po Alhambrze i spoglądając w dół, na Granadę, pomyślałem o tysiącach Arabów, którzy tutaj mieszkali a którzy w końcu musieli opuścić Hiszpanię; ostatni z nich w XVI wieku zostali zapakowani na statki i porzuceni na plażach Afryki.
     Kilkaset lat później Walter Starkie, kolejny pisarz, którego bardzo lubię, przemierzając Maroko został zaproszony na kolację do domu pewnej arabskiej rodziny. Po posiłku gospodarz wyciągnął z szafy zawinięty w materiał jakiś ciężki przedmiot i podał go Starkiemu.
     - Zobacz.
     Starkie wyciągnął z zawiniątka masywny, metalowy klucz i spojrzał pytająco na gospodarza, na co ten powiedział uroczyście:
     - Kiedy Hiszpanie wyrzucali nas z naszych domów, każda z rodzin zachowała klucz do swojego domu i od tego czasu jest on przekazywany z pokolenia na pokolenie.
     - Ale po co? – spytał zaciekawiony Starkie.
     Oczy starego Araba zabłysnęły ogniem.
     - Bo pewnego dnia wrócimy do domu.


13
Prawdziwy smak flamenco

     Około dziewiątej wieczorem leżałem już w łóżku, skacząc po ośmiu dostępnych kanałach telewizyjnych. Zadzwonił telefon. To Eduardo zapraszał mnie do baru, gdzie tej nocy grali flamenco. Miałem do wyboru – zostać ze swoją melancholią i czarnymi myślami, oglądając hiszpańskich „Milionerów”, w ciasnym pokoiku hotelowym, albo wziąć ją (melancholię) na koncert flamenco, gdzie być może pozwoliłaby mi bardziej wczuć się w żałosne i ochrypłe skargi cygańskich artystów.
      Bar nazywał się Estrella, co znaczy „gwiazda” i leżał ukryty w małej uliczce, której koniec wychodził na Plaza Nueva (czyżby wszystkie drogi prowadziły na Plaza Nueva?). 
     Kiedy przybyliśmy na miejsce, okazało się, że jesteśmy pierwszymi klientami, więc z zadowoleniem zajęliśmy miejsca w ciasnym pomieszczeniu, które, jak mówił Eduardo, w ciągu kilkunastu minut będzie zapchane do granic możliwości.
     Faktycznie, po chwili ludzie głośną falą zaczęli wlewać się do  środka. Najwidoczniej wszyscy się znali i co chwila ktoś witał barmana głośnym okrzykiem, objęciem, albo nawet cmoknięciem w policzek. Nie zauważyłem nawet, kiedy zjawili się muzycy, ale w sumie połowa z tych ludzi wyglądała, jakby zaraz miała wziąć do ręki gitary i zacząć zawodzić o andaluzyjskich tęsknotach. Później, już w trakcie koncertu, większość z nich bezgłośnie i nieomylnie powtarzała słowa piosenek, śpiewanych przez dwójkę artystów. 
     Z tłumu szczególnie wyróżniała się jedna postać. Był to stary Cygan, o przenikliwych, ciemnych  oczach i kręconych włosach, tak czarnych, że prawie granatowych. Wyglądał jak skrzyżowanie indiańskiego wodza i Al Pacino. Spytałem o niego Eduarda. Wyszeptał mi na ucho, że jest to słynny Manuel Arana, który urodził się w jaskiniach Sacromonte i całe życie poświęcił flamenco. Można go spotkać na każdej większej juerdze. Sam jest wyśmienitym śpiewakiem i gitarzystą, legendą Granady. Eduardo dodał, że skoro zjawił się tego wieczoru w Estrelli, oznacza to, że dzisiejsi artyści muszą być naprawdę dobrzy.
     Facet miał coś w sobie i ciężko było mi oderwać oczy od jego wyprostowanej, dumnej postaci. Później, kiedy zaczął się już koncert, Manuel Arana, z zamkniętymi oczami zaczął kołysać się do transowego rytmu, śpiewając cicho do siebie, albo wyrażając swoje uznanie głośnymi „Ole!”, „Pero como toca!”, „Escucha a esta chica!”.

     Muzyków było dwoje. Gitarzystą był jowialnie, może nawet trochę komediowo wyglądający ciemny Andaluzyjczyk, o ogromnym nosie i wielkich, śmiejących się oczach. Wyglądał jak przerysowana postać z „Don Kichota”, ale jakiekolwiek pozory śmieszności zniknęły bez śladu, kiedy zamknął oczy i zaczął mistrzowsko uderzać w struny, albo delikatnie muskać je opuszkami palców.
     Towarzyszyła mu kobieta, około czterdziestki, o głosie tak ochrypłym i smutnym, że w niektórych momentach wydawało się, jakby jej struny głosowe miały zaraz pęknąć, nie będąc w stanie znieść więcej alkoholu, dymu i śpiewu.
    Spodziewałem się czegoś innego. Oczekiwałem, tak jak wczoraj, żywego rytmu i melodyjnych piosenek, ale to co dostałem, było kompletnie innym doświadczeniem. Czasami dźwięk gitary zniżał się prawie do szeptu, żeby nagle wybuchnąć szorstkim akordem, po którym następowała cała seria prawie jazzowych improwizacji. Dziewczyna zwykle zaczynała piosenkę dosyć cicho,  sama wyklaskując sobie rytm, za to pod koniec pieśń przechodziła w krzyk, przeraźliwą skargę na zły los, a nawet płacz. W pewnym momencie naprawdę zaczęła głośno szlochać i w tym szlochu zgubiła się granica pomiędzy tym, co było tylko przedstawieniem, a jej prawdziwymi emocjami, co miejscowi znawcy przywitali głośnym aplauzem i serią pełnych podziwu „Ole!”. 
     Śmiało mogę powiedzieć, że to był pierwszy raz w życiu, kiedy naprawdę poczułem flamenco i nie mam na myśli współczesnych, melodyjnych zespołów grających tzw. fusion, jak np. Ojos de Brujo, ale prawdziwe, czyste flamenco, roots. Żałuję, że nie potrafię opisać tego wszystkiego lepiej.

14
Patatas, śliczna kelnerka i jeszcze więcej melancholii pod nocną katedrą, gdzie całowali się cyrkowcy

Lista południowa:

1. W Vico, na małą wioskę zawalił się kilkuset tonowy głaz, który wisiał nad jej domami od setek lat. Przez jeden dzień przejęci mieszkańcy, na których zawalił się świat są w centrum uwagi całej Hiszpanii.

2. Kupiłem prezenty. Dla Tulasi czerwoną, kwiecistą sukienkę i misternie zdobioną szkatułkę z drewna, jakie na setki sprzedają arabscy handlarze. Dla Nicka kupiłem zestaw herbat o szumnie brzmiących nazwach, jak Cuentos de Alhambra, Esplendor Andaluci, Pasion Turca.

* * * * * * * * * 

     We wtorek po raz kolejny odwiedziłem Raices, miłą wegetariańską restaurację, w której najadłem się pierwszego dnia pobytu w Granadzie i gdzie, jak podejrzewam, zgubiłem pięćdziesiąt euro. Widząc jak moje konto w banku topnieje szybciej niż śnieg w kwietniowy, słoneczny dzień (facet, to ma być  literackie porównanie?!), zamówiłem tylko jedno danie. Patatas de la Casa, czyli frytki zalane śmietaną i obsypane smażonymi pieczarkami. Do tego cierpka Rioja i sernik jagodowy na deser. 
     Znów obsługiwała mnie ta sama, miła dziewczyna co ostatnio. Długie kręcone włosy, szczery uśmiech i miła twarz; wprawdzie pozbawiona klasycznej, zmysłowej urody, ale ładna dzięki przebijającej z wewnątrz przyjacielskości i prostocie. Bardzo lubię takich ludzi i miałem ochotę porozmawiać z nią przez chwilę, ale po kilku latach pracy w restauracjach wiem, jak męczący są klienci, którzy w godzinach szczytu próbują uszczęśliwić obsługę przyjazną konwersacją.
     Sama restauracja też zrobiła na mnie duże wrażenie. Menu mieściło się w grubej, opatrzonej zdjęciami i szczegółowymi opisami księdze i jako były kucharz wiedziałem ile wysiłku kosztuje zaprezentowanie tak zróżnicowanego wyboru potraw. Ceny również były przystępne i gdybym był krytykiem gastronomicznym, Raices dostałoby dziesięć gwiazdek, na dziesięć możliwych.

* * * * * * * * *

     Pomimo wyśmienitego posiłku, przegrywałem pojedynek z depresją. Próbowałem walczyć głównie z tego powodu, że chciałem opublikować zapiski z podróży; albo w jakimś czasopiśmie, albo przynajmniej w internecie, a komu chce się czytać o czyichś mentalnych problemach, skoro większość z nas ma swoje? W końcu dałem sobie spokój z próbowaniem na siłę i wrzuciłem na luz. Najważniejsza jest autentyczność i naturalność.

     Za oknem było już prawie ciemno. Wysmarowałem swędzącą wysypkę kremem, który w ogóle nie działał, ale nie chciałem rezygnować z choć minimalnego efektu placebo, tym bardziej, że wizytę u lekarza miałem dopiero w następny poniedziałek. Programy w telewizji były marnej jakości, być może jeszcze gorszej niż standardowa, europejska sieka. Nie chciało mi się jeszcze spać, tak więc choć czułem się leniwy i słaby, postanowiłem połazić jeszcze po ulicach i być może napić się piwa w jakimś małym, przyjaznym barze z dobrą muzyką.
     Na korytarzu natknąłem się na hospitalero, który stojąc na drabinie, wkręcał żarówkę.
     - Hola caballero! Idziesz na spacer? – zawołał do mnie przyjaźnie.
     - Buenas tardes. Tak, ileż można siedzieć w pokoju?
     - Dziś jest piękny i ciepły wieczór. Doskonały wieczór na spacer.
     Faktycznie wieczór był przyjemny, muskany ciepłą bryzą i przesiąknięty zapachem wiosennych kwiatów z pobliskiego parku. Towarzystwo przechodniów, oraz hałas samochodów i skuterów przegoniły trochę kąsającą samotność. Na Plaza Nueva zastałem grupki włóczęgów, pijących piwo z litrowych, pękatych butelek, kelnerów powoli sprzątających krzesła, marokańskich sklepikarzy, wypatrujących ostatnich klientów i spoglądających z niezdecydowaniem na zegarek oraz przyglądających się przechodniom policjantów. Doszedłem aż na Plaza de St. Anna, gdzie usiadłem na chwilę na ławce, słuchając dobiegającej z nad rzeki melodii granej na flecie.

* * * * * * * * *

     Kiedy doszedłem pod Catedral, panowała już noc. Na placu ciągle było jeszcze kilka osób, głównie zakochane pary. Gdzieś na innej ulicy, niewidoczny, stary Rumun, grał coś smutnego na akordeonie. Pod bramą katedry zobaczyłem początkujących cyrkowców, którzy ćwiczyli jazdę na unicyklu, korzystając z nocy, zapewniającej mniejszą liczbę gapiów. 
     Później dołączył do mnie Paco, kelner. Opowiedział mi jak nienawidzi swojej pracy, w której czuje się jak niewolnik, ale niedawno zakochał się i ożenił, tak że musiał wziąć się za jakąś robotę. Poradził mi też, że jeśli kiedykolwiek będę chciał kupić dobry haszysz, powinienem pójść do przejścia podziemnego, pod parkiem El Triunfo, gdzie muszę wypatrywać młodych Marokańczyków.
     Kiedy Paco poszedł odpocząć przed kolejnym dniem zmagań, o mało co nie najechał na mnie chłopak, sunący szybko na biurowym krześle. Za nim biegła zmieszana dziewczyna, która rzuciła mi przepraszające spojrzenie i podniosła w biegu, zgubiony przez jej towarzysza but.
     Był też pies, a zakochani cyrkowcy zaczęli całować się namiętnie obok porzuconego unicykla. Trochę dalej, po drugiej stronie placu, młody, czarny jak smoła Afrykańczyk wracał do domu, po całym dniu sprzedawania na ulicy pirackich płyt i chyba z przyzwyczajenia przemykał pod ścianą, rozglądając się ukradkiem na boki.
     Zaczęło robić się coraz chłodniej i prawie umilkł szum pojazdów, które dziś już senne, jutro znów miały z rykiem opanować ulice. 
     Licha, niedokończona katedra i złociste światło latarni.
     Lśniący w księżycu granatowy bruk.

 15
 Tak, byłem w Sacromonte i piłem wino w Mirador de San Nicolas, spoglądając na złotą Alhambrę

     Po kilku dniach w Granadzie, poczułem się już trochę zmęczony miastem i ludźmi. Wypiwszy poranną kawę w kawiarence na Plaza Nueva, zaopatrzyłem się w chleb, owczy ser, sok pomarańczowy oraz butelkę Riojy i postanowiłem wspiąć się na Sacramonte, tyle tylko, że tym razem nie od strony Albayzin.
     Szedłem tak jak pierwszego dnia, w stronę Abadin de Granada, ale zamiast iść prosto, drogą, która zaprowadziłaby mnie do zrujnowanego klasztoru, za radą spotkanego chłopaka z psem, skręciłem w lewo, w czarną metalową bramę. Już po chwili znalazłem się w sieci ścieżek, wijących się pomiędzy zamieszkałymi jaskiniami, gdzie w miniaturowych ogródkach wygrzewali się w porannym słońcu obdarci (a może to tylko moja wyobraźnia zasugerowała się barwnymi opisami Waltera Starkie z „Don Gypsy”) tubylcy. 
     Jaskinie z tej strony Sacromonte okazały się o wiele lepiej utrzymane i zadbane niż te od strony Albayzin. Tam są to raczej dziury w ziemi, otoczone złomem i gruzem, tutaj natomiast dobudowane ganeczki, drzwi i kable z elektrycznością, świadczyły o dobrej infrastrukturze i teraz mogłem zrozumieć, jak Vinia mogła zameldować się w jaskini.
     Po kilku minutach zostawiłem osiedle za sobą i krętymi ścieżkami, które zaprowadziły mnie najpierw do rzadkiego lasu, dotarłem wreszcie na szczyt.

     Atillo i Mateo obozowali w krzakach na samym szczycie i kiedy wyczołgali się z potarganego, krzywo rozbitego namiotu, od razu przyszli się przywitać i przy okazji spytać, czy mam coś do palenia. Poczęstowałem ich tabaką (choć nie o to dokładnie im chodziło) i spędziliśmy z godzinę na rozmowie. Pochodzili z Włoch, z Rzymu i planowali spędzić rok, podróżując po Hiszpanii i sprzedając artesanias podczas festiwali, w różnych miastach całego kraju. Poczęstowali mnie jabłkiem i powiedzieli, że jeśli chcę, mogę iść z nimi, a oni pokażą mi dzielnicę cygańską (która okazała się być górną częścią Albayzin). 
     Choć było jeszcze wcześnie, na ulicy już można było spotkać Cyganów, oferujących tanią trawę i haszysz. Atillo i Mateo zaopatrzyli się obficie, po czym rozstaliśmy się; oni poszli wziąć prysznic w domu jakichś przyjaciół, a ja zszedłem w dół, aż trafiłem do Mirador de San Nicolas. 
     Nazwałbym to miejsce Montmartre Granady. Jest to brukowany placyk otoczony murkiem, z widokiem na Alhambrę i Sierra Nevada, pełen młodych malarzy, oferujących swoje usługi siedzącym na murku turystom oraz handlujących koralikami i szkicami Alhambry włóczęgów i hipisów. 
     Kilka metrów po mojej prawej stronie cygański gitarzysta śpiewał pieśni flamenco, spłukując każdą łykiem wina i pociągnięciem haszyszowego skręta. Zdawało mi się, że rozpoznałem w nim Cygana, który grał w barze, do którego pierwszej nocy naszej znajomości zaprowadził mnie Eduardo, ale nie byłem tego pewny.
     Słońce przyjemnie przypiekało mi plecy i pomyślałem, że chyba zostanę tu do wieczora. Nie miałem ochoty wracać do miasta. Wolałem spędzić mój ostatni dzień w Granadzie tutaj, czytając Lauriego Lee, pisząc w dzienniku i słuchając muzyki.
     Jedyne miejsce z niezajętym cieniem (lub raczej z jego odrobiną) znajdowało się pod murkiem, gdzie wyłożyłem się w pozycji horyzontalnej i oddałem lekturze „I Can’t Stay long”.
     Z neutralnego szumu rozmów wybił się nagle głośny szloch.
     - Carmen! Carmen! Quiero solo ayudarte! (Chcę ci tylko pomóc!) – jasnowłosy dandys krzyczał przez łzy do telefonu.
     - Nie rozłączaj się! Proszę! – wołał łkając, obojętny na otaczających go ludzi, przemierzając równocześnie plac szybkimi, długimi krokami, w najróżniejszych, przypadkowych kierunkach. Angielscy i niemieccy turyści przyglądali mu się z zaciekawieniem i przestrachem, ale miejscowi starsi panowie z laskami, zaczęli się tylko śmiać oraz rzucać głośne komentarze, dotyczące cierpień miłości, okrucieństwa kobiet i płomieni pierwszego zauroczenia. Robili to jednak bez z złośliwości, ale raczej z sympatią i nostalgią.
     W końcu dziewczyna musiał się rozłączyć, bo szloch chłopaka przeszedł w głośny jęk.
     - Nie! Nie! – zawołał, po czym obojętny na resztę świata pobiegł uliczką gdzieś w dół, najprawdopodobniej pod okno tajemniczej i niedostępnej Carmen.

16
Pożegnanie z Miastem Jastrzębi, a później plaża i wyjaśnienie filozofii urlopu

     Żegnając się z moim hotelikiem w Granadzie, pożegnałem się też z urlopowym paleniem fajek. Wrzuciłem do śmieci pozostały tytoń, bibułki, oraz filtry i powiedziałem do siebie trzy razy: „Nie jestem palaczem”, żeby w ten sposób utożsamić się z moim niepalącym „ja”. Mogłem podziwiać Hiszpanów za ich beztroskę w podejściu do palenia, która odzwierciedlała całokształt ich podejścia do życia, mogłem im nawet tego zazdrościć, ale miałem za dużo zdrowego rozsądku, żeby oddać się tej zdradliwej kochance, której tak bezgranicznie ufają Hiszpanie.
     Następnie zarzuciłem na plecy mój bagaż, postawiłem na stoliku pożegnalny list i poszedłem w stronę dworca autobusowego, przyglądając się z żalem parkom, piekarniom, Marokańczykom, pięknym, smagłym dziewczynom, skuterom i po raz ostatni wciągając głęboko w płuca pachnące kwiatami i porannymi spalinami granadyjskie powietrze.

* * * * * * * * *

     Wysiadłem z autobusu w Maladze, z dotkliwym uczuciem głodu. Rozpocząłem więc bezowocny tur po biurach informacji turystycznej, gdzie zwykle w odpowiedzi na pytanie o restaurację wegetariańską, dostawałem zmieszane, puste spojrzenia i próby skierowania mnie do zwykłej restauracji, gdzie „na pewno mają dania dla wegetarian”. W końcu poszedłem do kafejki internetowej i wkrótce znalazłem kilka miejsc, gdzie mógłbym zjeść dosyć tanio. 
     Zdecydowałem się na tajski bufet, na C/Peregrinos. Jedzenie było ok., choć nie jestem fanem dalekowschodniej kuchni, która jest dla mnie trochę mdła. Za to obsługa zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Starszy pan, właściciel restauracji zajął się mną, jakbym odwiedził go w jego własnym domu i łamanym hiszpańskim zaczął opowiadać mi o chwałach wegetarianizmu i o tym, że świat potrzebuje zmiany. 
     Po zaspokojeniu pierwszego głodu poprosiłem o deser. Gospodarz zdziwił się, że zjadłem tak niedużo (a zjadłem normalny, porządny obiad) i próbował namówić mnie na (gratisowe) dokładki. W końcu dał za wygraną i przyniósł mi deser, plus herbatę na koszt domu.
     Kiedy powiedziałem mu, że jedzenie było przepyszne, bardzo się ucieszył i z dumą zaczął wołać coś do swoich pracowników.
     To było na prawdę miłe doświadczenie szczerej gościnności i uprzejmości, tak różne od chłodnego profesjonalizmu z północy Europy, gdzie w jakimś chorym zaprzeczeniu domowości i swojskości, najważniejszy jest przyklejony uśmiech, oficjalność i dystans pomiędzy gośćmi, a „gospodarzami”.
     Syty i zadowolony, chciałem odwdzięczyć się za przemiłą obsługę napiwkiem. Skośnooki gospodarz jednak zdecydowanie odmówił, a kiedy dowiedział się, że szukam taniego hotelu, zostawił swoim podwładnym jakieś wskazówki i wyszedł ze mną, żeby zaprowadzić mnie do najtańszego hotelu, który znajdował się kilka ulic dalej, po czym życząc mi szczęścia, wrócił do swojej pustej, niedocenionej restauracji.

     Ostatecznie nie zatrzymałem się w tamtym hotelu. Pokój był ciasny, ciemny i obleśny. Hospitalero, mówiący z rosyjskim akcentem, smażył w swoim pokoju, na kuchence gazowej jajka sadzone na boczku, a na stole stała butelka wódki. Pół godziny później zawinąłem do Pension Costa Rica, gdzie za dwadzieścia euro miałem spędzić moją ostatnią noc w Hiszpanii.

* * * * * * * * *

     Nie byłem w nastroju do zwiedzania, zostawiłem więc miasto za sobą i rozłożyłem się na plaży, żeby posłuchać szumu fal i odpocząć od wrażeń. Choć było słonecznie, to jednak ciągle był to marzec i poza kilkoma śmiałkami, większość ludzi trzymała się z daleka od wody (która jak przypuszczałem miała temperaturę Bałtyku w sezonie letnim). 
     Był to ostatni dzień mojej wycieczki. Czułem się zmęczony i po kilku dniach włóczenia się po ulicach, poznawania nowych ludzi, miejsc, czyli tego wszystkiego, za czym tęskniłem przez ostatnie kilka miesięcy, teraz marzyłem jedynie o swojskim, znajomym domu, z czekającą tam Tulasi.
     Zawsze tak jest. Zmęczony codzienną rutyną, pracą, każdego dnia tymi samymi twarzami, człowiek zaczyna marzyć o oderwaniu się od tego wszystkiego i o przygodzie.
     Zostawić za sobą znajomy świat i zanurzyć się w ulicach, rozbrzmiewających obcymi dźwiękami, gdzie nie dostrzegają nas twarze, inne niż te, które nie dostrzegają nas w mieście rodzinnym. 
     Czasami marzy nam się, żeby z podnieceniem i otwartością dziecka, obudzić się pewnego dnia w obcym mieście. Chciwy jego darów i świadomy swojego uprzywilejowanego statusu gościa, człowiek najpierw poddaje się odurzeniu. Wszystko jest inne; ulice pachną inaczej, kawa smakuje inaczej, ludzie reagują inaczej, dziewczyny są piękne w inny sposób. 
     Dumny, że dzielisz  język (a przynajmniej próbujesz) z tubylcami, dźwięcznie i głośno naśladujesz, albo nawet tworzysz fantazyjny akcent i używasz soczystych zwrotów, których kiedyś nauczyłeś się z nadzieją, że pewnego dnia będziesz mógł się nimi popisać. 
     Pijesz poranną kawę z mlekiem, w małej kafejce, czytając miejscową gazetę i wyobrażając sobie, że jesteś mieszkańcem tego obcego, tajemniczego miasta, a wieczorem zawierasz znajomości z przypadkowymi ludźmi (zawsze kierując się instynktem). 
     Później pijecie  wino, rozmawiając o swoim życiu, jakbyście znali się od lat. Czujesz się wolny i szczególnie na początku, te kilka dni wakacji wydaje ci się wiecznością. Takie zauroczenie może przetrwać kilka dni, tygodni, raczej rzadko kilka miesięcy, choć wszystko zależy od osoby; jej entuzjazmu, fantazji i wytrzymałości.
     Ja jestem krótkodystansowcem i kiedy nie dzielę swojej podróży z Tulasi, to już po kilku dniach, zasypany wrażeniami, atrakcjami i innością zaczynam czuć przesyt i niepokój.
     Próbuję z tym walczyć i mimo utraty entuzjazmu, ciągle staram się czerpać ile się tylko da z tego czasu, który mi został, ale dość szybko zdaję sobie sprawę, że to już. Podano mi wspaniały posiłek, na który rzuciłem się jak głodomór, ale dość szybko się najadłem i choć było przepyszne, to więcej już nie zmieszczę.
     Myślę, że ma to swoje plusy. Po pierwsze wiedziałem, że to, czego udało mi się doświadczyć, wzbogaciło mnie; urodziłem kilka dobrych myśli, dowiedziałem się nowych rzeczy, usłyszałem parę dobrych historii, spotkałem kilka ciekawych osób, tak więc nie byłem rozczarowany. Po drugie nie czułem już tego zmęczenia Bristolem, pracą i codziennością. Wręcz przeciwnie – swojska, ciepła codzienność nabrała znowu blasku i cieszyłem się, że od jutra znowu będę w domu i być może w niedzielę pójdziemy puszczać latawiec.
     Natomiast ten urlop w Granadzie poleży chwilę na szafce, pomiędzy starymi dziennikami, tam dojrzeje, nabierze blasku szlachetności, który przychodzi z czasem, a za parę miesięcy, czy lat będę mógł przeżyć ten tydzień jeszcze raz, w swoim pokoju, ze znajomą muzyką z głośników i z bliską osobą obok mnie, jak przystało na prawdziwego domatora.

Lista wieczorna:

1. Nie lubię Malagi. Już kiedy byłem tu ostatnio, nie przypadła mi do gustu. Głośna i arogancka.
2. Choć lubię szelest fal i widok morza, to lubię to tylko przez chwilę. Po pewnym czasie, jako prawdziwy góral, zaczynam jednak czuć się na plaży nieswojo.
3. Poprosiłem hospitalero o czystą pościel i się obraził.
4. Cieszę się, że kiedy jutro wrócę do domu, będę miał jeszcze całą sobotę wolną.
5. Zastanawiałem się, czy zostać na noc w Maladze, czy też pojechać do świątyni Kryszny w pobliskiej Churrianie.
6. Pościel naprawdę była brudna, w przeciwnym wypadku nie sprawiałbym dziadkowi przykrości.
7. Karczochów mam dość przynajmniej na rok.
8. Za oknem kołysankę śpiewają mi samochody, autobusy, skutery, głośne dzieciaki, klaksony, muzyka z baru, ale jednak nie męczy mnie to tak bardzo, jak się obawiałem. Kiedyś w Warszawie mieszkaliśmy w mieszkaniu, którego okna wychodziły na ulicę. Z czasem, ciężko było już zasnąć bez jej melodii.

17
Kto boi się piątku trzynastego? Ogólnie o Hiszpanii i Domu

     Kiedy przyjechałem na lotnisko, zdałem sobie sprawę, że dziś piątek trzynastego, ale jakoś nigdy nie byłem przesądny jeśli chodzi o ten dzień, tak że do samolotu wsiadłem ze zwykłym poziomem podenerwowania, bez jakichkolwiek dodatkowych wrażeń. Chyba, że do wrażeń zaliczyć grubego, spoconego pana, w fotelu przede mną, który przeraźliwie śmierdział czosnkiem i potem.

     Akurat na pożegnanie trafiłem na rozdział „I Can’t Stay Long”, w którym Laurie Lee opisuje Hiszpanię i przede wszystkim Hiszpanów. Choć docenia on widoki, przyrodę itd., to jednak jako humanistę, interesują go głównie ludzie. Dzięki mistrzowskiemu zmysłowi obserwacji oraz wibrującemu życiem językowi, Laurie Lee jest w stanie opisać to, co większość ludzi może jedynie przeczuwać, ledwie dotykać, a przy próbach opisania, albo chociaż wyartykułowania tych wrażeń, zostaje z kilkoma mglistymi odczuciami w dłoniach, jak po obudzeniu się ze snu, kiedy senne wspomnienia są wprawdzie jeszcze żywe, ale jednak gubią już kształt, dotyk, czy zapach. Laurie Lee należy do tych nielicznych mistrzów słowa, którzy potrafią poczuć i opisać świat w taki sposób, że niczym kolorowa fotografia, wydaje się on mieć jeszcze większy urok i smak niż w rzeczywistości. Czytając jego słowa, czuję to samo, co przy czytaniu Dostojewskiego, Jacka Londona, Orwella, czy Raya Bradburego. W ich książkach ciągle jeszcze można cieszyć się eleganckim, żywym językiem i poezją.
     Sposób w jaki Laurie Lee opisał Hiszpanię, sprawił, że choć dzień wcześniej byłem już nią trochę zmęczony, to teraz, kilka tysięcy metrów nad jej szybko uciekającym krajobrazem, żałowałem, że już mnie tam nie ma. Kwadraty pól, proste kreski autostrad, kręte leśne drogi, oraz brązowo-brunatne góry i czerwonawe placki miast stały się już tylko książką, która leżała zbyt daleko, żeby rozróżnić słowa i wczytać się w jej opowieści.

     Kiedy parę lat temu, pierwszy raz odwiedziłem Hiszpanię, zostałem tam ponad rok. Cały ten okres spędziłem w małej społeczności, niedaleko Guadalajary, pracując w ogrodzie, gotując i ucząc się hiszpańskiego. 
     Ciekawe jest to, że Hiszpania wtedy wcale mnie nie zafascynowała. Odpychała mnie jej obca muzyka, przesadność gestów, duma, którą wtedy brałem za arogancję, drażniła mnie też zaściankowość Hiszpanów. Dopiero kiedy wyjechałem, zacząłem zdawać sobie sprawę, że zamiast odczuwać ulgę, zaczynam coraz bardziej tęsknić. Uświadomiłem sobie, że w jakiś sposób, sam nie wiem dokładnie kiedy, pojawiła się we mnie fascynacja i sympatia wobec hiszpańskich zalet, z których dopiero po wyjeździe zacząłem sobie zdawać sprawę. Towarzyskość, otwartość na innych, bezpośredniość w wyrażaniu swoich uczuć, duma ze swojego pochodzenia i tradycji (która nagle przestała mieć dla mnie posmak arogancji). 
     Wkrótce zacząłem interesować się wszystkim co hiszpańskie, a szczególnie muzyką, która z mocą porwała moje serce. Manu Chao, Macaco, Amparanoia, Quinto Parpadeo, El Puchero del Hortelano, Los Aslandticos… Muzyka, która szukając nowych dźwięków, zachowała jednak swoje stare, ogniste brzmienie. Do tego wszystkiego szczere, płynące z serca teksty, mówiące o prawdziwych, starych jak świat rzeczach; wolności, miłości, wspólnocie, równości, zabawie, albo o Bogu; nie tym kościelnym, którym ludzie są już zmęczeni, ale ludzkim i bliskim. 
     Zupełne przeciwieństwo mdłych i cukierkowych, anglosaskich produkcji, których osobiście nie jestem w stanie znieść.
     Poznając kulturę i historię Hiszpanii, znalazłem kolejną rzecz, która mnie zafascynowała. Zdałem sobie sprawę, że to nie jest jeden kraj, ale wiele, oddzielnych, dumnych państewek, z których każde czuje swoją odrębność i wyjątkowość oraz w pełni wierzy w wyższość swojego regionu nad resztą całego świata. Ta duma jest jednak tak niezachwiana, że jak pisze Laurie Lee, nie ma w niej wrogości wobec inności, a jedynie przyjazne docenienie i ciekawość.
     Doświadczyłem, że wszędzie, jeśli tylko okażesz szacunek, nie mówiąc już o podziwie i sympatii wobec prowincji, w której akurat jesteś, czy w ogóle wobec Hiszpanii, a do tego pokażesz, że zadałeś sobie trochę trudu, żeby poznać ich język (choć kilka słów), ludzie przyjmą cię z otwartymi ramionami i będą traktować jak swojego.

     Byłem jeszcze w drodze, ale już nie mogłem doczekać się powrotu. Myślałem o tym, że następnym razem chciałbym poznać zachodnią część Andaluzji z Sevillą, Cadizem i Jerez de la Frontiera.
     Na razie jednak, wracałem do domu i z tego cieszyłem się najbardziej. Czym byłaby podróż, bez własnego miejsca i czekającej tam na nas bliskiej osoby?

     Za oknem widać już było tylko błękitne morze, a gdzieś z przodu czekały na mnie mokre, zielone brzegi Anglii. Adios.