Dzień zaczął się wcześnie. Obudził mnie o piątej rano intensywny sen. Mogłem od razu zasnąć, ale obawiałem się, że zapomnę, więc trochę siłą wyrwałem się ze snu i nagrałem go na dyktafon. W tym śnie umarła moja mama. Ale nie ta, którą mam, tylko ktoś zupełnie inny. Ja też byłem zupełnie kimś innym, tak samo jak moi bracia. Czułem ogromny żal, smutek i samotność. Staliśmy cała rodziną w kręgu, wraz z przyjaciółmi. Powstrzymywałem łzy. Obok mnie stał młody chłopak, który bardzo się wzruszył moim smutkiem. Niezgrabnie mnie objął i ten jego ludzki gest sprawił, że coś we mnie się przełamało. Też go objąłem i zacząłem mocno płakać. Moi bracia i reszta przyjaciół dołączyła, stworzyliśmy jedno wielkie objęcie, pełne miłości i jedności. Był w tym smutek, ale piękny, wypełniający serce szczęściem i jednością. Obudziłem się ogarnięty tą emocją, płacząc na głos ze szczęścia i smutku. Cudowne to było.
Friday, 21 January 2022
Sen o czystej miłości oraz wizyta w studiu nagrań
Dzień zaczął się wcześnie. Obudził mnie o piątej rano intensywny sen. Mogłem od razu zasnąć, ale obawiałem się, że zapomnę, więc trochę siłą wyrwałem się ze snu i nagrałem go na dyktafon. W tym śnie umarła moja mama. Ale nie ta, którą mam, tylko ktoś zupełnie inny. Ja też byłem zupełnie kimś innym, tak samo jak moi bracia. Czułem ogromny żal, smutek i samotność. Staliśmy cała rodziną w kręgu, wraz z przyjaciółmi. Powstrzymywałem łzy. Obok mnie stał młody chłopak, który bardzo się wzruszył moim smutkiem. Niezgrabnie mnie objął i ten jego ludzki gest sprawił, że coś we mnie się przełamało. Też go objąłem i zacząłem mocno płakać. Moi bracia i reszta przyjaciół dołączyła, stworzyliśmy jedno wielkie objęcie, pełne miłości i jedności. Był w tym smutek, ale piękny, wypełniający serce szczęściem i jednością. Obudziłem się ogarnięty tą emocją, płacząc na głos ze szczęścia i smutku. Cudowne to było.
Wednesday, 22 December 2021
Herkulesowskie prace i chorwacki cypel
- Ale proszę pana, pan ma palec złamany w dwóch miejscach, z przesunięciem i jeszcze kawałek kości odłamanej.
- Ups... I co teraz?
- Kiedy pan to zrobił?
- Jakieś 6 tygodni temu...
- No pięknie... - zaczął coś wypisywać. - Będzie operacja. Założą panu druty i jakoś to się zrośnie. Eh... Gdyby pan przyszedł od razu, to wystarczyłaby szyna na palec i po kłopocie.
- Myślałem, że tylko stłukłem...
Jutro mam wizytę w szpitalu, żeby się umówić na zabieg.
Później w domu zrobiłem sobie frytki i malowałem. Zapełniłem świat sznurkami z praniem, balkonami, kwietnikami. Teraz zostały postacie, charaktery, osoby. Będę ich sobie po trochę dokładał. Przyjaciół, kochanki, dziadków, dzieci, koty i psy, postmodernistyczne nawiązania do postaci z pop kultury...
W domu rodzinnym Borysek (4 lata) zażądał obcięcia włosów na chłopaka, bo koledzy w przedszkolu się z niego śmieją, że wygląda jak dziewczynka. Zachwyciła mnie jego powaga, determinacja, zaprosiłem go jutro, obiecałem, że zrobię mu fryzurę, jaką ma tata. Jak ja kocham tego chłopczyka. Mam nadzieję, że będzie zadowolony.
Dziś wziąłem przypominającą dawkę szczepionki. Ulga, patrząc na to, co się dzieje. Miałem na FB mały atak antyszczepionkowców, ale jakoś to ogarnąłem. Nie wdaję się w dyskusję. Z dogmatami się nie da dyskutować.
Samotność, samotność, samotność... Nie daję sobie z tym rady. Czytam "Zadbaj o swoje wewnętrzne dziecko" i próbuję się pogodzić, odbudować. Z czymś, co wydaje się wszechogarniające i niebotyczne. Nauczyć się być szczęśliwym samemu... Fuck...:) Jak być szczęśliwym, nie mogąc klepnąć w dupkę swojej najukochańszej, nie mogąc przytulić się wieczorem, po zjebanym dniu, nie mogąc wiedzieć, że jest ona, która jest na zawsze, aż rak albo zawał serca nie pozbiera mnie albo jej z planszy. To jest jakaś herkulesowska praca. Ale podobno możliwe, więc próbuję. Chyba że wcześniej zjawi się ta, z którą odnajdziemy w sobie dom, na zawsze, forever.
Chorwacka wysepka - sen
Ten sen był chyba przedwczoraj. Z kumpelą przechadzamy się wzdłuż słowackiej granicy.
- Wpadniemy na Chorwacki cypel? - pyta.
- Gdzie?
- No jak to gdzie? Przecież tutaj jest cypel.
- Jaki cypel? - patrzę na nią nierozumiejąco.
- Nie mów, że nie wiesz...
- Nie...
- No przecież to jest tutaj od czasów Tito. Dał Słowakom kawałek wybrzeża Adriatyku, a oni mu dali kawałek Słowacji przy granicy z Polską... No chodź.
Po kilkuset metrach za przejściem granicznym ze Słowacją stoją bramki. Chorwaccy strażnicy sprawdzają nam paszporty i przepuszczają. Po drugiej stronie słoneczna plaża, babcie z rakiją, warzywa z rusztu.
- Ale czad! - wołam. - Jak to możliwe, że jest tu Adriatyk? Kilometr od granicy z Polską? Nie panimaju.
- Tito miał jakichś naukowców, ogarnęli to. Coś z tunelem czasoprzestrzennym... Sama nie wiem. Ale fajnie, co?
Rozglądam się dookoła. Cieszę się jak głupi. Już nie muszę przejeżdżać przez Węgry, żeby wylądować w raju. Wypijam kieliszek rakiji i odwracam się do przyjaciółki. Nagle widzę ją z innej perspektywy. Nie przyjaciółka, ale piękna, pociągająca kobieta. Jest już w bikini i wskakuje do morza.
- Ej, Marcelino! Nie ociągaj się! Ten sen nie będzie trwał wiecznie.
I śmieje się jak szalona.
Myślę, że tak będzie wyglądała śmierć. Napięcie i lęk zniknie, tylko ktoś bliski, znajomy będzie się śmiał i wołał. Żeby popływać po drugiej stronie i napić się piwa.
Saturday, 11 December 2021
Teorie spiskowe - sen
Terapjutik Love - sen
Friday, 3 December 2021
Gigantyczna dłoń i nowe perspektywy
Kiermaszów udało się załatwić sporo, prawie cały grudzień będę w ruchu, najwięcej w Tychach. No i tyle, kości zostały rzucone.
A oprócz tego? Nastrój w miarę ok. Czasami łapie mnie smutek, nuda, bezsens, ale znam to na tyle, że pozwalam temu płynąć, wiem że przejdzie. Zaczął się nowy rozdział życia, człowiek potrzebuje chwilę, żeby się zsynchronizować. A tak naprawdę coraz częściej czuję radość i nadzieję. Tyle jest jeszcze rzeczy, które mnie czekają, ludzi, uczuć, wyzwań, perspektyw. Fajne to.
Miałem dziś mocny, mistyczny sen. Jeden z tych, że trochę wiem, że śnię i czuję, że dzieje się coś mistycznego, ważnego. Nie wiem, czy było w nim głębsze znaczenie, ale takie właśnie było odczucie. Spałem i nagle poczułem, że ciągle śpię, ale jestem świadomy, w swoim pokoju, w ciemności, z mrozem za oknem. Porzuciłem ciało i pofrunąłem przez okno, zachłyśnięty wolnością, lataniem, pędem. Później zgubiłem wrażenie świadomego snu, ale i tak było ciekawie. Byłem w Londynie, na imprezie z ludźmi z pracy. Po którymś drinku popatrzyłem na wieczorne chmury i poczułem zachwyt pomieszany z niepokojem. Były piękne, dziwne, nietypowe. Popatrzyłem wtedy wyżej, widać już było gwiazdy, a one też były dziwne, łączyły się w pradawne wzory. Przypomniało mi to mój trip po grzybach sprzed lat. Popatrzyłem na resztę paczki.
- Czy ktoś wrzucił mi coś do drinka?
Chloe popatrzyła na mnie speszona.
- Trochę grzybów...
- Fuck... Ja nie mogę brać grzybów, miałem kiedyś bardzo złego tripa, zbyt potężnie to na mnie działa.
Chloe wzruszyła ramionami.
- Sorry.
No nic, będę musiał dać sobie z tym radę. Niebo stawało się coraz bardziej szalone, kolorowe, zacząłem tracić kontrolę. Bałem się, ale równocześnie traciłem dech z zachwytu nad pięknem tego wszystkiego. W którymś momencie pośród gwiazd pokazała się gigantyczna dłoń i pogroziła mi palcem...
Taki miałem sen.
PS. Zdjęcie z pewnego pięknego jesiennego dnia.
Tuesday, 17 March 2020
Ukośnicy - sen
Akurat wczoraj wieczorem powiedziałem sobie, że chcę znowu pracować nad pamiętaniem snów. A tu taka niespodzianka. Obudziłem się około drugiej w nocy i nagrałem całość na dyktafon, żeby nic nie umknęło. Dla uściślenia - nie istnieją żadne Prawa Wilsona (a przynajmniej nic o tym nie wiem:) To samo odnosi się do Wymiarów Ukośnych.
Ukośnicy - sen
Idę leśną ścieżką. Jest środek lata. Ścieżka wznosi się powoli do góry. Znam te tereny. Trochę dalej jest przecież przysiółek, w którym się urodziłem. Nie czuję jednak spokoju. Czeka mnie spotkanie, które budzi we mnie niepokój.
Rano dostałem wiadomość. Krótki list, który ktoś wsunął pod drzwi.
„Idź na Kotrysią Polanę. Po drodze zobaczysz coś, co nie będzie pasowało do całości. Tam się spotkamy.”
Więc idę.
Wreszcie widzę skrzyżowanie ścieżek. Nie przypominam sobie, żeby było tutaj wcześniej. Jedna droga prowadzi w prawo, do miejsca, które dobrze znam. W końcu tam się urodziłem. A druga? Niepewnie wchodzę na zaniedbaną ścieżynkę. Po kilku minutach czuję zapach wody. Skąd? Odsuwam krzaki i moim oczom ukazuje się jezioro. To niemożliwe... Nad brzegiem jeziora stoją trzej mężczyźni. Nie znam ich, ale jednak budzą we mnie wrażenie znajomości. I lęku.
- Witaj, Marco – mówi jeden z nich. – Czekaliśmy na ciebie.
Nie odzywam się i obserwuję ich z bezpiecznej odległości. To jezioro nie daje mi spokoju. Przecież tutaj nigdy nie było żadnej wody, co najwyżej leśny strumyk.
- Mamy mało czasu, podejdź do nas – mówi ten sam mężczyzna.
Kręcę głową.
- Nie chcę...
Jeden z nich prycha ze zniecierpliwieniem i rusza w moją stronę. Cofam się.
- Marco, naprawdę nie mamy czasu...
Wyciągam z kieszeni pistolet i skierowuję go na zmierzającego w moją stronę mężczyznę. Zatrzymuje się w pół kroku. Odwraca się do swoich towarzyszy.
- I co teraz? – pyta. – Ten gamoń przyniósł broń.
Skupiając się na moim rozmówcy, nie zauważam czwartego mężczyzny, który zaszedł mnie od tyłu. Coś uderza mnie w rękę, pistolet spada na ziemię. Wszyscy czterej rzucają się na mnie i przyciskają mnie do ziemi. Czuję paniczny strach. Nie przed przemocą, ale przed czymś strasznym, niewyobrażalnym, czego nie chcę wiedzieć.
- Nie nazywam się Marco – udaje mi się wydusić.
- Nazywasz, nazywasz... Zaraz zobaczysz.
Czuję jak jeden z napastników wbija mocno palec w bardzo specyficzny punkt na moim karku. Skądś znam ten dotyk. Wydaje mi się bardzo znajomy. Szarpię się, jak zwierzę.
- Nie chcę! – wołam, ale jest za późno. Palec napastnika robi coś dziwnego. Moje ciało wykręca się w makabryczny sposób. Nie. Wykręca to złe słowo. Przenicowuje się. Wyrywa z tego wymiaru.
I nagle wszystko pamiętam. Przestaję się szarpać.
- Już? – pyta któryś z mężczyzn.
Chrząkam potakująco. Ciągle jestem w szoku po przejściu, mam trudności z mową.
- Jak masz na imię – pyta badawczo.
- Marco – udaje mi się wykrztusić. To prawda. Kiedy jestem tutaj, nazywam się właśnie Marco. Każdy z nas, kiedy wchodzi tutaj, nazywa się inaczej. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Nie pamiętamy nawet naszych prawdziwych imion.
Puszczają mnie.
Podnoszę się na nogi. Jezioro ciągle tam jest. Pokryte grubą warstwą lodu. Po letnim, pogodnym dniu nie został nawet ślad. Zmarznięty śnieg skrzypi pod nogami. Zimno. Dawno tu nie byłem.
- Przesadziłeś z tym pistoletem, Marco – mówi Kotryś.
- To wy przesadziliście z tym durnym listem. Co sobie wyobrażaliście?
Kotryś wzrusza ramionami.
Ciągle mam szum w głowie. Rozglądam się dookoła. Cały świat jest ukośny. Drzewa, krzaki, promienie słońca, nawet zapach śniegu. Wzdrygam się z obrzydzeniem i próbuję przechylić głowę, żeby naprostować rzeczywistość.
- To zaraz minie – ktoś mówi.
- Wszystko jest ukośne – mówię ze wstrętem.
- Wszystko jest proste. To ty jesteś ukośny – śmieje się Zamróz.
Brakująca wiedza wraca na miejsce.
Jestem Ukośnikiem. Cała nasza piątka jest Ukośnikami.
Co to Ukośnik? Istota, która potrafi poruszać się w wymiarze ukośnym do naszego. No właśnie. Jesteśmy naukowcami. Odkryliśmy sposób przechodzenia do innego wymiaru. Robiąc nasz eksperyment, oparliśmy się na badaniu słynnych Praw Wilsona – teoretyka kwantowego. Okazało się, że do przemieszczania się między wymiarami, niepotrzebny jest żaden sprzęt. Człowiek to istota kwantowa, urodzony podróżnik. Cała tajemnica polega na odblokowaniu wrodzonego talentu. Problem jest w tym, że po powrocie do własnego wymiaru, wszystko się zapomina. Kilkakrotnie na nowo odkrywaliśmy, że jesteśmy Ukośnikami, aż w końcu doszliśmy do wniosku, że jeden z nas zawsze musi pozostawać w Ukośnym Wymiarze (Ukos Pierwszy), żeby w odpowiedniej chwili nas wezwać . Oszczędzało to dużo czasu i pozwalało na to, żebyśmy zmienili na warcie tego, któremu przypadła dana zmiana i wspólnie kontynuować badania.
- Czekajcie... – mówię. – To przecież nie jest czas na zmianę. Co ja tutaj robię? Co wy tu wszyscy robicie?
Moi przyjaciele patrzą na mnie niepewnie.
- Wiesz, co Wilson mówił o dodatkowych wymiarach ukośnych? – pyta Boguc.
- Oczywiście. Jest ich cztery... – zapiera mi oddech. – Odkryliście kolejny Ukos???
- Nie... Nie my. To znaczy... – zaczyna Kotryś.
- Odkryliśmy drugi Ukos, tak – przerwał mu zniecierpliwiony Boguc.
- To w końcu odkryliście, czy nie? – pytam. Ciągle męczy mnie Ukośność. Jak zwykle. Chyba będę rzygał.
- Tak. Okazało się, że Drugi Ukos różni się od Pierwszego.
- Jak? – pytam.
- Jest zamieszkały...
To szokująca informacja. Ukośny świat faluje i nieprzyjemnie buczy. Nigdy nie przyzwyczaiłem się do tego miejsca. Drugi Ukos ma swoich mieszkańców. Fuck.
- Wiecie coś więcej?
- Kotryś przypadkiem znalazł blokadę Drugiego Ukosu. Jest tutaj – Boguc zakreślił skomplikowaną linię ciągnącą się od obojczyka do lewego ucha.
- I co? – pytam.
Boguc jest wyraźnie przerażony. Reszta też.
- Oni tam są. Zawsze byli. Wyglądają trochę jak my. Ale są zupełnie inni. Mniejsi. Drugoukośni. Ale to nawet nie to. Oni są zupełnie nieludzcy. Jacyś źli... Puści. I oni zawsze nas widzą. Nauczyli się blokować cały Drugi Ukos przed Prostopadłami.
Prostopadły... Czyli my, ludzie. Nie wiem, kto wymyślił tę nazwę, ale się przyjęła.
- To jak ci się udało? – pytam Kotrysia. Ale kiedy to mówię, już wiem... Nie zablokowali Pierwszego Ukosu, ponieważ tutaj nikt nie mieszka. Nie spodziewali się, że ludzie znajdą ich drogą dookoła.
- I co teraz? - pytam.
- Musimy dostać się do Instytutu – mówi Boguc. – Drugoukośni są bardzo wkurwieni. Boimy się, czy nie stanie się coś złego. Wiesz... - urywa. – Ich jest chyba o wiele więcej niż ludzi.
Patrzę na niego.
- Ty też tam zajrzałeś? – pytam.
Krzywi się z niesmakiem i lękiem.
- Tak. Może na 30 sekund. Ale wystarczyło. Nigdy więcej nie chcę tam pójść.
Nie ma czasu do stracenia. Zakładamy na buty narty i szybko zjeżdżamy w dół. Po drodze mijamy ludzi, którzy nas nie dostrzegają. Nieprzyjemnie jest na nich patrzeć. Wydają się być dwuwymiarowi, nierzeczywiści, ukośni. Muszę sobie przypomnieć, że to nie oni, to ja. Oni są typowymi Prostopadłami. Tak samo jak ja i cała nasza paczka, kiedy nie badamy Pierwszego Ukosu.
Budzę się.
Wednesday, 22 February 2017
Rudera Ducha, Oświecenie i Przyjaciel - sen
Czasami, jak już wiecie, mam mocne, realistyczne sny, układające się w spójną akcję. Jednak raz na kilka lat zdarzy się szczególny sen. Sen pełen głębokich znaczeń, mądrości, inspiracji i drogowskazów. To był właśnie jeden z nich.
Zagubienie
Jestem w drodze. Towarzyszy mi przyjaciółka. Podróżujemy po małym, azjatyckim kraju, pełnym nędzy i przemocy. Mam już dosyć i chciałbym się wydostać, ale nie mam pieniędzy, nie wiem nawet gdzie dokładnie jestem.
Nadchodzi noc. Idziemy wystraszeni przez dzielnicę slumsów. Palą się małe kupki śmieci, przy których grzeją się nędzarze, przy stoiskach ze śmierdzącym jedzeniem targują się krzykliwie skośnoocy przechodnie, żebrzą dzieci. W ciemnych bramach stoją groźnie wyglądające indywidua. Boję się. Moja towarzyszka zaczyna płakać ze strachu i głodu.
Pomocna dłoń
Naprzeciwko pojawia się postać. Jest ubrany w łachmany, ale emanuje od niego pogoda ducha. Patrzy prosto na nas i przyjaźnie macha kolorowym skrawkiem materiału.
- Wyglądacie na zagubionych.
Przytakuję załamany. Mężczyzna uśmiecha się jeszcze szerzej i pokazuje, żebyśmy szli za nim. Nastrój snu się zmienia. Pojawia się nadzieja i dreszcz przygody.
Dochodzimy do wielkiego budynku. Wydaje się, że cudem stoi. To wielopiętrowy zlepek kawałków blachy, cegieł, drewna, folii, śmieci. Ale jednak bije od niego coś monumentalnego, uduchowionego.
- Jesteście głodni?
Przytakujemy żarliwie. Wchodzimy do środka.
Na miejscu nieznajomy podaje nam chleb i pokazuje na wielki słoik z marynatami, żebyśmy sobie coś wybrali. Spomiędzy marynowanych żab i chrząszczy wybieram kilka ogórków. Jem z lekkim wstrętem, ale głód jest silniejszy niż obrzydzenie.
Przenika mnie uczucie, że to miejsce jest szczególne, najniezwyklejsze na całym świecie. Postanawiam zostać.
Rudera Ducha
Mieszkam w Ruderze Ducha już jakiś czas. Moja towarzyszka odeszła. Podoba mi się tutaj, choć panujący chaos wzbudza niepokój. Jeszcze nie do końca należę do tego świata.
Spotykam Kaffa, starego duńskiego rastamana, którego znam w rzeczywistości. Widzę, że jego oczy pokrył rodzaj bielma. Nie wygląda jednak na niewidomego. Bielmo jest koloru cętkowanego bursztynu i nadaje jego oczom głębi. Jakby widział więcej, niż ludzie z normalnymi oczami. Pytam się go o żonę, pamiętam, że niedawno się ożenił. Odpowiada, że ona na razie robi swoje rzeczy, a on mieszka tutaj. Patrzę na jego podarte ubrania, bród i głęboki uśmiech.
- Jak możesz tak żyć i być szczęśliwym? – pytam z zazdrością. – Ja próbuję, ale czuję się dziwnie, nieswojo, ciągle mam w sercu strach.
Kaff śmieje się głośno.
- Po prostu płynę z nurtem rzeki, stary. Po prostu płynę. Nie walczę, nie buduję, nie próbuję zmieniać rzeczywistości. Rozkładam ręce, patrzę w niebo i daję się unosić Rzece. I to jest szczęście, man, czyste szczęście. Nie ma nudy, zmartwień, strachu. Jesteś jednym z Rzeką.
Jego słowa uderzają mnie głęboką mądrością. Ich przekaz wpływa we mnie jak obietnica. Rozumiem, że muszę się tego nauczyć, dlatego trafiłem do Rudery Ducha. Tutaj trafiają ci, których nic nie trzyma już w Świecie Wyścigu.
Nauka
Zostaję adeptem Ścieżki Nurtu. Jest nas wiele osób, ale nikt nie wie ile dokładnie, bo każdy z nas praktykuje osobno. Mieszkańcy Rudery Ducha traktują nas ze szczególnym szacunkiem. Nikt nas nie zaczepia, nie próbuje rozmawiać, jakbyśmy byli częścią innego świata.
Nauki dotyczące praktyki przychodzą z serca, są jasne i konkretne, jakby wypowiedział je żywy nauczyciel. Czuję spokój i ekscytację. Wiem, że jestem na ścieżce do poznania tajemnicy.
Egzamin
Wiem, że kiedy będę gotowy, nadejdzie moment egzaminu. Nie wiem, na czym miałoby polegać to moje „bycie gotowym”, ale nie przejmuję się. Kiedy nadejdzie czas, będę wiedział.
I nadchodzi.
Pewnego ranka budzę się wypełniony przenikliwą energią. Energia ta unosi mnie nad ziemię. Uczucie jest takie, jakbym to nie ja ją miał, ale ona mnie. Wypełnia mnie euforią, mocą, lekkością, bezpieczeństwem, poczuciem nieograniczonych możliwości. Wiem, że nadszedł czas.
Z trudem (czuję się, jak pijany, zataczam się, czasami lewituję kilka stóp nad ziemią) udaję się do schodów, które odgrodzone są wysoką ścianą, na której szczycie stoi strażnik. Patrzy na mnie groźnie. Nie zwracam uwagi na jego spojrzenie. Po prostu podnoszę stopę i nagle unoszę się w powietrze i miękko ląduję po drugiej stronie. Strażnik posłusznie odsuwa się na bok. Wie, że nadszedł czas mojego egzaminu.
Wchodzę po schodach. U ich szczytu są drzwi do zagraconego pokoju. Jest tam kilka osób. Siedzą na podartych fotelach, na matach rozłożonych na podłodze, panuje półmrok, spod bambusowych zasłoń przenika kilka promieni słońca, na których tańczy kurz. Niektórzy rozmawiają, niektórzy patrzą w pustkę. Czuję, że każdy z nich przepełniony jest energią, ale u każdego jest to indywidualna rzecz, objawiająca się inaczej.
Miłość
Siadam przy stole. Naprzeciwko siedzi dziewczyna, Muzułmanka. Poznaję ją, to Hind. Jej głowa jest okryta hidżabem, jej ciemne oczy patrzą na mnie żartobliwie, z mądrością i przyjazną drwiną.
- Ty też tu jesteś? – pytam z radością. – Jak to możliwe?
Hind śmieje się.
- Do tego pokoju prowadzą różne ścieżki.
Tonę w jej oczach.
- Kocham cię tak bardzo – mówię.
Dziewczyna śmieje się jeszcze głośniej. Nie szydzi. Jej śmiech ma głębsze znaczenie, muszę je tylko uchwycić. To znaczenie jest blisko, tuż zaraz…
Nagle czuję olśnienie. Wstaję z plecionego z wikliny krzesła i pozwalam przepełniającej energii unieść mnie pod sufit. Ona leci obok mnie. Śmieję się jak szaleniec. Mądrość tej chwili przepełnia mnie i wylewa się na cały świat.
- Teraz rozumiesz? – pyta Hind przez łzy śmiechu.
- Tak! Tak!
Rozumiem doskonale. Miłość do kobiety to piękna rzecz. Ale kiedy skażona jest ego, zamienia się w chęć posiadania. Staje się głupia. Kiedy jednak wznosisz się ponad ego, nagle widzisz harmonię. Miłość jest częścią wszystkiego i wszystko jest częścią miłości. Wszyscy jesteśmy jednym. Jesteśmy kroplami uczucia płynącymi w oceanie miłości.
- Teraz kocham cię naprawdę – mówię.
- Teraz kocham cię naprawdę – powtarza.
I nadal śmiejemy się jak szaleńcy.
Misja
Nagle z serca przychodzi polecenie. „Dla zakończenia egzaminu, musisz iść w pewne miejsce i coś zrobić”. Dostaję dokładne wskazówki.
Miejsce znajduje się na skraju slumsów, poza Ruderą Ducha, w najbrudniejszym, najuboższym kącie. Za wrakiem autobusu, z którego stary Chińczyk sprzedaje szczury pieczone na patyku, znajduje się góra śmierdzących śmieci. Moim zadaniem jest kopać, aż znajdę.
Odurzenie przepełniającą mnie wcześniej energią zamieniło się w trzeźwość i przejrzystość. Kopię w cuchnących odpadkach, ufając Wszechświatowi.
Znalezisko
Nagle wśród śmieci coś się porusza. Odsuwam się zaskoczony. Z odpadków wysuwa się pomarszczona ręka trzymająca plastykowy widelec i nóż. Po chwili wynurza się postać niemożliwie starej kobiety. Jej bezzębne usta wykrzywione są kpiącym uśmiechem, jej oczy, czarne jak nocne niebo, przewiercają mnie na wylot. Podaje mi nóż i widelec.
- Tego szukałeś, młodzieńcze?
Kręcę głową.
- Nie. Szukałem ciebie.
Staruszka przestaje się śmiać, choć ciągle czuję wypełniający ją żartobliwy nastrój. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest zwykła staruszka, ale szamanka, joginka, być może bogini, która mieszka w innym świecie, wymiarze, a ta góra śmieci, to tylko portal.
Kobieta przytakuje moim myślom.
- Dobrze to sobie wymyśliłeś, młody człowieku.
Zastanawiam się, gdzie prowadzi tunel, którym weszła do naszego świata. Znów odpowiada moim myślom.
- Tuneli jest wiele, łączą się w sieć pod warstwą dotykalnej rzeczywistości. Ten konkretny prowadzi do Jaypur.
- Do Jaypur w Indiach? – pytam.
- W pewnym sensie. Do Jaypur, które znajduje się tuż pod indyjskim Jaypur. Ty nazwałbyś to innym wymiarem.
- A jak ty byś to nazwała?
- Wymiar jest jeden. Ludzie dotykają tylko skrawka.
Patrzę łakomie na kupę śmieci.
Staruszka uśmiecha się zagadkowo.
- Na twoim miejscu bym nie próbowała. Cała droga jest broniona przez śmierć i choroby. Od setek lat nikomu się nie udało. Ostatnim razem zrobiła to grupka joginów, ale teraz nikt nie ma potrzebnej do tego mocy.
Cichnie na chwilę.
Czuję bijąca od niej moc. Kryje się w niej coś więcej…
Przemiana
Wreszcie kobieta wstaje i otrzepuje się ze śmieci.
- No dobra – mówi. – Czas na porzucenie tej nudnej formy.
I w jednej chwili zmienia się w olbrzymiego starca-wojownika, w zbroi samuraja. Ma chyba z trzy metry. Zaśniedziałe łuski zbroi pokryte są misternymi rzeźbami, spod ogromnego hełmu wypływają siwe, uplecione w warkocze włosy, z pochwy na plecach wystaje rękojeść miecza. Zapiera dech w piersiach.
Patrzy na siebie krytycznie.
- To jeszcze nie to – mówi.
Starzec zaczyna młodnieć, kurczyć się do bardziej ludzkich rozmiarów. Wreszcie mam przed sobą uśmiechniętego, dwudziestokilkuletniego chłopaka. Ubrany jest w dżinsy i białą (choć lekko zakurzoną) koszulę o szerokim kołnierzu. Mruga do mnie zawadiacko i klepie mnie po ramieniu.
- Tak chyba lepiej, co?
Nie mogę oderwać od niego oczu. Uświadamiam sobie, że kocham go, jak nikogo wcześniej. Wiem, że to nie jest zwykły chłopak. Wiem, że jest starożytną istotą, mądrą, potężną, kochającą. Oddałbym dla niego życie.
Podróż
Ruszamy w drogę. Nie wiem, gdzie. Jest nas kilku. Naszym przywódcą jest mój nowy przyjaciel. Wszyscy czują wobec niego respekt i miłość, ale wiem, że w jakiś sposób nasz związek jest najsilniejszy.
Dochodzimy do jeziora. Przyjaciel krzywi się z niesmakiem.
- Nie cierpię wody – mówi i mruga do mnie.
Patrzę, ciekaw, co zrobi. Domyślam się, że będzie w stanie iść po wodzie. On jednak patrzy żartobliwie na mnie, po czym unosi stopę… i nagle staje się olbrzymem, który jednym krokiem przekracza jezioro. Następnie pochyla się, kładzie mnie sobie na dłoni i stawia obok siebie, po drugiej stronie. Jednak nikt nic nie zauważa, bo tak naprawdę nie zmienił rozmiaru. Równocześnie stał się olbrzymem i pozostał w ludzkim rozmiarze. Patrzę na niego. W jego oczach widzę czystą przyjaźń, miłość, zawadiackość i obietnicę nieskończoności. Przyjaciel na wieczność
Ruszamy w drogę.
Koniec
***
Obudziłem się około czwartej rano. Wypełniony szczęściem i uczuciem ważności tego snu, wstałem i zapisałem każdy zapamiętany szczegół, co nie było trudne, bo sen był bardzo jasny, silny, prawdziwy.
Mam własną interpretację wydarzeń i słów z tego snu, ale zachowam ją dla siebie. Zostawiam wam wolną rękę do własnej:)
Saturday, 3 December 2016
Salam Alejkum. Boginie i bogowie - sny
Zakochałem się w młodej muzułmance. Znam ją na jawie, pracujemy razem, słodkie dziewczę:) No więc we śnie podszedłem do niej i wyznałem miłość. Maryam (tak się nazywała), oblała się rumieńcem.
- Nie wypada się tak zachowywać. To haram (grzech) - I uciekła.
Z czasem jednak zaczęliśmy się spotykać w tajemnicy. Nic zdrożnego: tylko trzymaliśmy się za rękę i woziłem ją moim motocyklem (!). Któregoś dnia zagapiliśmy się i zrobiło się późno. Wiedzieliśmy, że Maryam nie da rady zataić dłużej przed rodzicami, że się z kimś widuje. Zmartwiony zawiozłem ją do domu.
Przez kilka dni się nie widzieliśmy. We śnie zobaczyłem scenę z jej punktu widzenia. Jej brodaty, rozgniewany ojciec chodził w tę i z powrotem po pokoju, mamrocząc do siebie arabskie przekleństwa. Maryam siedziała z opuszczoną głową przy stole. Wreszcie ojciec zatrzymał się i spojrzał na dziewczynę.
- Moja córka nigdy nie poślubi ateisty! - krzyknął.
- On nie jest ateistą - odpowiedziała. - Wierzy w Boga, modli się.
- Uznaje proroka? - przerwał jej ojciec.
Maryam zamilkła i opuściła głowę.
- A może złamałaś śluby czystości?!
Maryam zaczerwieniła się mocno.
- Nie! Nigdy!
- Chociaż tyle dobrze. W takim razie znajdziemy ci dobrego męża i to już.
Znów mój punkt widzenia. Maryam przesłała mi smsa, w którym opisała, co się dzieje. Załamałem się. Ale po chwili wiedziałem, co muszę zrobić.
Ubrałem się w garnitur i pojechałem motocyklem do rodzinnego domu Maryam. Drzwi otworzył jej ojciec. Popatrzył na mnie z niechęcią, ale wpuścił mnie do środka.
- Dear sir - zacząłem od razu. - Wiem, że ma pan wątpliwości, co do mnie i je rozumiem. Ale musi pan wiedzieć, że kocham pańską córkę z całego serca. Byłbym dla niej dobrym mężem, byłaby szczęśliwa.
- Nie o to chodzi - ojciec Maryam przerwał mi, ale zobaczyłem, że zmiękł. - Moja córka jest muzułmanką i ...
- Właśnie o tym przyszedłem porozmawiać. Jestem gotów przyjąć Islam, żeby poślubić pańską córkę.
Na te słowa wbiegła radośnie Maryam, która ukrywała się w pokoju obok. Popatrzyła na ojca z nadzieją.
I dostaliśmy błogosławieństwa.
Boginie i bogowie
Drugi sen był zupełnie inny, szalony i monumentalny.
Odwiedzam znajomych na skłocie. To nie jest zwykły skłot. Ogromna fabryka skrzyżowana ze średniowiecznymi zamkami i ulicami. Wszystko rozpadające się, w ruinie; krzywe wieżyczki, ściany, kościoły. Przeraża mnie ta monumentalność i wrażenie rozkładu. Nie czuję się dobrze.
Mieszka tam wiele grup skłotersów. Niektórzy to hipisi, inni to punkowcy, albo pijacy, narkomani. Emanują lenistwem, frustracją i samouwielbieniem.
Rozmawiam z kilkoma. Okazuje się, że skłot jest do likwidacji. Teren wykupił developer i niedługo mają zrównać wszystko z ziemią.
Kiedy rozmawiamy, nagle czuję drżenie gruntu. Moi znajomi wpadają w panikę. Widzę, jak zapadają się budynki w oddali, odcinając nam drogę ucieczki. Wszyscy rozsypują się w panice. Biegnę za kimś, kto wydaje się znać drogę. Uciekamy, a budynki wokół nas rozpadają się w pył i błoto. Cudem unikam śmierci.
Zaczynamy się wspinać po kupie gruzu. Jesteśmy coraz wyżej. Z wysoka mogę widzieć aż po horyzont. Wszystko staje się poruszającą się, brązową masą ziemi i cegieł. Wiem, że już nie ma ucieczki. Osoba, za którą biegnę nagle znika za futrynami bez drzwi. Rzucam się za nią.
I nagle wszystko cichnie. Patrzę ze zdziwieniem.
Stoję na podwórzu miłego pałacu z białego kamienia. Dookoła misternie rzeźbione ławki, stoliki, zieleń. Podchodzę do krawędzi dachu (podwórze znajduje się na dachu) i spoglądam w dół. Zapiera mi dech w piersiach.
Budynek, w którym jestem znajduje się na szczycie niebosiężnej góry. Chmury przesuwają się poniżej. Spomiędzy nich widać jeziorka, wzgórza, prostokąciki budynków. Gdzie jestem?
Słyszę jakieś głosy. Chowam się za załomem muru. Na placu zjawiają się olśniewające postacie. Mężczyźni i kobiety. Każda ma około czterech, pięciu metrów. Są cudownie piękni, szlachetni, ich twarze promieniują siłą, mądrością i boskim poczuciem humoru:) Ubrani są w stroje osiemnastowiecznej Francji.
Nagle dostrzegam skłotersa, który zjawił się tutaj przede mną. Jego twarz wykrzywiona jest nienawiścią. Trzyma w ręce włócznię. Chcę go powstrzymać, ale za późno. Rzuca włócznią, która zbliża się do jednej z pięknych kobiet. Z gardła wydziera mi się krzyk. Nie chcę, żeby coś jej się stało.
Kobieta odwraca się. Czas zwalnia. Kobieta patrzy ze zdziwieniem na zbliżający się pocisk. Jej towarzysze też się odwracają. Kobieta robi ręką znak w powietrzu. Włócznia nagle rozbłyska światłem, rośnie i zawraca, zamieniając się w ognistą linę. Lina uderza w skłotersa, paląc go żywcem.
Wszyscy się śmieją, a ja stoję oniemiały. Podchodzą do mnie. Kobieta, czy raczej bogini, pochyla się nade mną i patrzy przychylnie.
- Oh, kochaniutki, czy ty nie próbowałeś właśnie ocalić mi życia? - pyta.
Jej towarzysze śmieją się znowu, tym razem z sympatyczną drwiną.
- Mam wrażenie, że nie musiałem - odpowiadam.
- Ależ wręcz przeciwnie - protestuje bogini. - Gdybyś tego nie zrobił, nie wiedziałabym, że mam tak odważnego wielbiciela.
- A poza tym musielibyśmy cię zrzucić ze skały - dodaje jeden z jej towarzyszy i znów wszyscy wybuchają śmiechem.
Wcale się nie boję. Prawdę mówiąc czuję się tam cudownie. Niezwykłość sytuacji, piękno tego miejsca, oraz nastrój bogów i bogiń bardzo mi odpowiada. Delektuję się wrażeniem, że otaczają mnie istoty, które są mądrzejsze i potężniejsze niż ja. Czuję, że w ich towarzystwie mogę być sobą, że nie czeka mnie już ani nuda ani rozczarowanie trywialnością i głupotą ludzi. Wiem, że zaczęła się dla mnie nowa, niesamowita przygoda.
Koniec snu
Saturday, 19 November 2016
Chile, biegun południowy i dziewczynka w śpiączce - sen
Ostatniej nocy nieźle pojechałem we śnie. Mógłby być niezły film, albo książka.
Akcja rozpoczyna się w Chile w niedalekiej przyszłości. Świat ogarnia niezrozumiała histeria. Zamieszki, wojny, rozwijają się dziwne sekty. Na południu Chile w jednej z grup religijnych matka trójki dziewczynek ćwiczy z nimi długie przebywanie w lodowatej wodzie, wierząc, że osiągną w ten sposób zbawienie, przechodząc do równoległego świata. W czasie jednej z tych prób matka tonie. Dziewczynki ocalały, ale jedna znich wpada w śpiączkę. Kontaktuje się z nimi daleki krewny ze Stanów, który ma się nimi zająć. Tak naprawdę to milioner uważający, że w wierzeniach matki tych dziewczynek było coś więcej niż szaleństwo.
Dziewczynki czekają na lotnisku w Chile w prywatnym samolocie. Ta w śpiączce ma zapewnioną profesjonalną opiekę medyczną. Mają już startować, ale nagle kapitan umiera na serce. To trucizna. Zjawiają się czarno ubrani ludzie, porywają dziewczynki.
Kolejna scena na biegunie południowym. Chilijska wyprawa archeologów odkrywa doskonale zachowane miasto wśród lodu. To dziwne miejsce, niepodobne do niczego, co stworzył człowiek. Bania wskazują, że miasto ma miliony lat. To odkrycie może unieważnić całą dotychczasową naukę. Ekspedycja próbuje połączyć się radiowo z kontynentem, ale coś zakłóca łączność. Nagle zjawiają się postacie na czarno i jednego po drugim rozstrzeliwują archeologów. Zabójcy pracują dla tego samego tajemniczego człowieka, który zabił kapitana samolotu i porwał dziewczynki.
Następne ujęcie jest w mieście wśród lodu. Tylko że tym razem miasto jest zamieszkałe. Ludzie, którzy tam żyją, choć fizycznie nam podobni, są zupełnie inni. Całe spłeczeństwo ma rozwinięte zdolności parapsychiczne, są w stanie poruszać się między wymiarami, zaginać przestrzeń, a przede wszystkim są zupełnie nieludzcy, ich emocje nie mają nic wspólnego z emocjami ludzi współczesnych. Są bardziej obcy, niż mogliby być mieszkańcy innej planety.
W mieście panuje wzburzenie: pojawił się gość z innego wymiaru i innego czasu: dziewczynka (ta która jest w śpiączce). To zetknięcie obydwu światów grozi czymś niewyobrażalnie złym.
Koniec.
Tylko, ze to nie mógłby być film hollywoodzki. Widzę Jodorowskiego.
Tuesday, 8 November 2016
Między światami - sen
Ostatniej nocy miałem sen. Mistyczny, interesujący, ale umknął mi tak bardzo, że zostały tylko skrawki.
Spaceruję nocą przez moją wieś. Za jej granicą jest jeszcze jedna miejscowość, do której wracam czasami w snach, która tak naprawdę nie istnieje, w rzeczywistości jest tam tylko las. No więc idę w świetle księżyca. Czasem idę, a czasami lekko unoszę się nad mokrym asfaltem. I myślę sobie, że to przecież takie łatwe, tak sobie lewitować. Wystarczy tylko spaść i nie trafić w ziemię. Muszę to robić częściej. Czasami przechodzę przez podwórka żydowskich kamienic, zaglądam do mieszkań przez okna ciemne, albo rozświetlone lampką nocną, delektuję się nocną ciszą, spokojem, wolnością, mocą. mam wrażenie, jakby napełniał mnie blask księżyca, dzięki któremu mogę fruwać, pływać w rzece w środku zimy i rozumieć tajemnice. Teraz wszystko rozumiem lepiej, jakby to ten sen był rzeczywistością, a stan jawy dziwnym, chaotycznym snem. Kocham to tak bardzo, że z rozkoszy aż drży mi serce.
Na jednym z podwórek dostrzegam młodą dziewczynę na huśtawce. Kiwa mi z lekką nieufnością i nastoletnią arogancją, ale czuję w niej dobrą duszę. Uśmiecham się i zapraszam ją na spacer. Z lekkim wahaniem podchodzi do mnie i pyta:
- Gdzie idziemy?
Pokazuję ręką.
- Tam, pokażę ci mój świat.
Patrzy zdziwiona.
- Ale przecież tam nic nie ma, tylko las.
Uśmiecham się szerzej.
- To samo myślą ludzie z mojego świata o twoim.
- Tam naprawdę coś jest? - pyta.
Chwytam ją za rękę.
- Pokażę ci.
Unosimy się w powietrze i w srebrzystym blasku płyniemy pomiędzy świerkami, kamienicami i starymi psimi budami.
***
Uwielbiam ten sen, chciałbym móc tam wracać co noc.
Tuesday, 1 December 2015
Dziewczyna z bielmem na oku (sen)
Góry. Moje rodzinne strony. Postanowiłem zostawić dom na jakiś czas i ruszyć na wędrówkę po sąsiednich krainach. Zdaję sobie sprawę, że na jawie te miejsca nie istnieją, ale w snach znam je mniej lub bardziej. Miasteczko z groźnym burmistrzem i jego córką, z którą kiedyś byliśmy blisko, wioska Żydów-muzykantów, gdzie Jankiel na zawsze gra na cymbałach, inne miasteczko, gdzie mieszkają wampiry i gdzie zawsze czeka na mnie pewna wampirzyca, pole kozich łbów na palach, które zawsze omijam szerokim łukiem, polana z prastarą galerią kamieni...
Nagle między drzewami widzę jakieś postacie. Ciemna skóra, nerwowe ruchy, przygarbieni. To uchodźcy. Lekkie ukłucie lęku. Przecież to obcy na mojej ziemi. Szybko otrząsam się z atawistycznego, genetycznego strachu. Macham do przybyszów, pozdrawiam ich uśmiechem. Zatrzymują się i patrzą nieufnie. Wreszcie podchodzą. Jakieś trzydzieści osób. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Podajemy sobie ręce. Patrzą badawczo, wreszcie się rozluźniają. Mówią coś w obcym języku. Nie rozumiem.
Thursday, 22 October 2015
Jaskółki
Piszę piosenkę. Myślę o niej już od tygodnia, śni mi się, z moich nieporadnych brzdękań w snach rodzi się porywające arcydzieło, które roztkliwia duszę, rodzi harmonię, wyciska łzy, pozwala nawiązać kontakt z innymi statkami kosmicznymi zagubionymi w mroźnym kosmosie, smutek i radość, miłość i samotność.
A na jawie męczę się z każdym słowem, nic nie łączy się w spójną całość, nieporadne to, żałosne. Nie wiem, czy bardziej mnie wkurzają częstochowskie rymy, czy koncepcyjna niespójność. A przecież tuż tuż, pod cienką warstwą rzeczywistości dokładnie wiem, co chcę powiedzieć. No to czemu tak jest? Nie chcę zginąć w trywialności i zwyczajności.
Jutro ostatni dzień w pracy przed urlopem. Męczy mnie każda godzina. Pomijając obiektywną wartość mojej pracy: pomoc ludziom, którzy tej pomocy potrzebują, to subiektywnie patrząc, czuję się, że tracę tam życie. Od dziewiątej do szesnastej sprzedają swój czas, a w środku chcę czegoś zupełnie innego. Chcę to z siebie zrzucić, być wolnym, tworzyć, podróżować, płynąć z nurtem życia, a nie tak, na pół gwizdka.
Plan jest, żeby dotrwać do lata, a później wziąć rok bezpłatnego urlopu i odetchnąć, zastanowić się, co dalej.
Śniło mi się dzisiaj, że spotkałem Obcych. Ich intelekt nieporównywalnie przewyższał ludzki. Przejęli ciało mojej bratanicy, Nadii (czym złamali mi serce) i zajęli się badaniem ludzkości. Chciałem ich pokonać, uratować małą dziewczynkę, ale moje wysiłki były dla nich, jak brzęczenie komara. I na koniec, w desperacji powiedziałem im: "Macie swój intelekt, potęgę, technikę, ale nie rozumiecie, że to wszystko jest niczym w porównaniu z miłością. To nie wiedza stworzyła wszechświat. To miłość. My ludzie potrafimy kochać, wy nie. To wy jesteście niczym, nie my. Choćbyście nas całkiem zniszczyli, to i tak my wygramy". Zatrzymali się. Obcy w ciele Nadii, dziecięcym głosem, martwą, choć teraz lekko zaciekawioną intonacją zapytał mnie, czym jest miłość. I odpowiedziałem, jak mogłem najlepiej. O tym, co rodzi się z miłości: oddanie, poświęcenie, radość, ból, siła, ciekawość, jedność. Mówiłem i mówiłem, jąkając się, wiedząc, że od moich słów zależy przyszłość ludzkości. I nagle odeszli. Mała Nadia, teraz wolna, rozejrzała się zdziwiona dookoła, podbiegła do mnie i przytuliła się. "Co się stało, wujku?" zapytała. Rozpłakałem się z ulgi i obudziłem się.
Po drodze z pracy spotkałem dwóch czarnych nastolatków. Patrzyli na mnie drwiąco, agresywnie. Przechodząc obok, jeden z nich potrącił mnie ramieniem. Zwlnili kroku, czekając, czy wdam się w burdę. Oczywiście się nie wdałem. Ale w środku poczułem złość i przez chwilę pomyślałem sobie, że z chęcią bym im skopał dupy, ale to tak porządnie, żeby polała się krew.
I tak to idzie, w górę i w dół, od piękna do brzydoty, od miłości do samotności, od natchnienia do trywialności. Jak te jaskółki w piosence, bez gniazda, bez domu, z miejsc, któreśmy opuścili, smoki z papieru, z mięsa i kości, jesteśmy tylko gośćmi, nie ma nikogo, kto czeka na nasz powrót.
A może?
PS. Adam, nie chce mi się typować. Wiesz, że jestem aspołeczny. Ale odpowiem dla ciebie:)
- Twoja ulubiona książka i dlaczego właśnie ta?
Mistrz i Małgorzata. Bo to najpiękniejsza miłość, z jaką się spotkałem. I najwolniejsza wolność. I najcudniejszy diabeł.
- Jakie jest Twoje najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa?
Mój pradziadek, dziadek i tata i całe multum wujków śmieją się, jedzą i zapijają wódką, a mama popycha moją huśtawkę zawieszoną na futrynie drzwi w kuchni.
- Kiedy ostatnio i z jakich powodów czułaś/eś się (choć przez chwilę) szczęśliwa/y?
Kiedy grałem z dziewczyną w chińczyka w pubie przy kuflu guinessa. Bo wszystko było zwykłe i miłe.
- Pierwsza rzecz, którą robisz po wstaniu z łóżka?
Sprawdzam fejsa na komórce:)
- Masz możliwość poznania trzech postaci historycznych – jakie to postaci i dlaczego właśnie one?
Kropotkin, bo miał piękny umysł i niesamowite przygody.
Che Guevara, bo nie wierzę, że był mordercą. Z całych sił próbował zmienić świat na lepsze i zginął w trakcie.
Neandertalczyka, który zakochał się w dziewczynie homo sapiens i założył z nią rodzinę. To musiała być niesamowita sprawa, prawie jakby pokochali się mieszkańcy dwóch planet.
Wednesday, 14 October 2015
Ucieczka z Krainy Snów (sen)
Wreszcie udaje mi się uciec z rzeczywistości do Krainy Snów. Mam towarzysza/towarzyszkę (czasami jest to mój brat, czasami Tania albo Petra). Najpierw jestem podekscytowany wolnością. Ale okazuje się, że Kraina Snów rządzi się swoimi prawami. Jest tam władca/władczyni i rząd. Każdy ze śniących ma swoje jasno określone role. Nam przypada rola więźniów. Mieszkamy w wielkim, wielopiętrowym domu. Gotujemy, sprzątamy. Chcemy uciec, ale w labiryncie korytarzy, z wieloma bezdusznymi strażnikami, jest to niemożliwe.
Spotykamy inną śniącą, której rola polega na podróżach, spełnianiu swoich marzeń, wolności. Ma swoją paralotnię, którą włóczy się gdzie chce. Dla niej nie ma żadnego wielkiego domu, ale bezkresne przestrzenie i wolność. Dziwi się, że chcemy uciec z raju, ale wskazuje nam drogę. Udaje nam się wydostać z budynku, do Bramy Snów jest jednak długa droga. Musimy się spieszyć, zanim władca/władczyni zda sobie sprawę, że się wydostaliśmy.
Po drodze natykamy się na małą przyjemną chatkę, z sympatycznym skrzatem. Karmi nas cudnymi serami i szynką. Jest tak miło, że nie chce nam się odchodzić, zapominamy powoli o ucieczce. Coś jednak mnie nurtuje, coś nie do końca mi pasuje w tym skrzacie. Mówię mu, że na nas już czas. Próbuje nas przekonać, żeby zostać na herbacie. Moja towarzyszka się dziwi, że chcę odejść, opiera się mi, ale coraz bardziej czuję, że coś jest nie tak. Kiedy wychodzimy, widzę kątem oka, że skrzat szybko biegnie do drugiego pokoju. Wiem, że poszedł zadzwonić do władcy'władczyni. Nie zostało nam wiele czasu.
Próbujemy biec, ale jak to we śnie, stopy zapadają się w mulistej ziemi, powietrze stawia opór. Biegniemy pochyleni prawie poziomo do przodu i pomagamy sobie, ciągnąc trawę. W tak żółwim tempie docieramy wreszcie do bramy. Są to wielkie obrotowe drzwi z przedpokojem.
W drzwiach stoi niemy strażnik w kominiarcena twarzy. Jego oczy są chłodne, ale przyjazne. Pozwala nam wejść do przedpokoju. Jesteśmy o krok od wolności.
Wtedy pojawia się władca/władczyni. Pełen/pełna furii wrzeszczy, że nie udało nam się jednak i teraz zostaniemy ukarani. Jest gigantyczny/gigantyczna. Chwyta nas za kark, jak dwa bezbronne kocięta i chce wyjść. Na jego/jej drodze staje jednak strażnik.
- Wiesz kim jestem?!! - krzyczy władca/władczyni. Strażnik stoi jednak bez ruchu, jego oczy patrzą zimno, pewnie. Władca/władczyni kładzie nas na podłodze i zamierza się do ciosu.
Wtedy zdaję sobie sprawę, że jego/jej moc nic tu nie znaczy. Strażnik jest ważniejszy. Kiedy władca/władczyni uderza strażnika pięścią w pierś, cała moc wraca i władca/władczyni znika.
Budzę się.
***
Jeden z tych mocnych, realistycznych snów, które zwykle zapisuję. Obudziłem się w nocy i nagrałem na komórkę, żeby nie zapomnieć.
***
A w rzeczywistości jest w porządku. Wczoraj długi dzień w pracy, ale w dobrym nastroju. Dziś przyjeżdża w gości Aga z córką, zostają do soboty. Jutro przyjęcie pożegnalne dla Katii, będzie też Petia. No a później weekend i jeszcze tylko tydzień do urlopu!
Wednesday, 23 September 2015
Narodziny (sen)
Jestem z moją kobietą gdzieś na odludziu. Zdaje się w górach. Nie pamiętam za bardzo jak wygląda. Czarne kręcone włosy, tylko tyle. Miłość mocna, bezwarunkowa.
Dziewczyna rodzi. Boję się, bo nikt nam nie pomaga, nie udało nam się dotrzeć do szpitala, sam muszę odebrać poród. Nachylam się między jej nogami. Rozpiera mnie niepokój, odpowiedzialność, czułość. Ona krzyczy, prze, wspieram ją całym sercem.
Wtedy pojawia się główka dziecka, po sekundzie jego ramiona i reszta. Jest pomarszczone, brązowe, brudne i najpiękniejsze na świecie. Delikatnie biorę je na ręce. Dziwi mnie jego siła i ruchliwość. Podaję je matce. Patrzę na nie obie i zdaję sobie sprawę, że miłość, którą czułem do dziewczyny, ekspanduje, rozprzestrzenia się na nie obie jak ogień, prawie nie mogę tego uczucia pomieścić. Wyciągam nóż i przecinam delikatnie pępowinę. Kładę się obok i grzeję się miłością naszej trójki.
Tuesday, 17 March 2015
Ragnar Lothbrok, magiczne moce i amory (sen)
Szalony, super sen. Obudziłem się w środku nocy i zrobiłem szybkie notatki, żeby nie zapomnieć. Miałem z notatek zrobić małe streszczenie, ale stwierdziłem, że dobrze jest, jak jest:)
No więc:
Ragnar Lothbrok, magiczne moce i amory
1. Ragnar, młodszy niż w serialu. Zadziorny i przyjacielski.
2. Wyrywa młodą, tłuściutką (w normie:), śliczną dziewczynę z sąsiedniego mieszkania (to chyba Irene, Chorwatka z pubu w Lewisham). Jej okno jakimś cudem wychodzi na jego pokój. Ragnar łakomie przygląda się przebierającej się dziewczynie. Kiedy go dostrzega, udaje że go nie widzi, nie przerywa przebierania się. Po chwili zaczynają rozmawiać. umawiają się na noc, ale muszą być ostrożni, bo rodzice dziewczyny mieszkają w pokoju obok.
3. Przeddzień wojny. Następnego dnia rano ma się odbyć wielka bitwa.
4. Ale póki co relaks. Nasze miasteczko znajduje się blisko morza. nastrój Francuskiej Riviery z lat pięćdziesiątych. Piję piwo pod parasolami na plaży. Jestem najbliższym przyjacielem Ragnara. Czekam na niego, mamy się rozerwać przed bitwą.
5. Wreszcie widzę go w oddali. Frunie z metr nad ziemią. Trzyma za rękę dziewczynę. Śmieję się i macham. Też unoszę się w powietrze i podfruwam. Ludzie patrzą z otwartymi ustami. Widok przyciąga wzrok: Wiking w towarzystwie raczej nieletniej dziewczyny oraz chudy artysta (ja), unoszący się z wiatrem.
6. Nagle wyczuwamy, że szykuje się zamach na Ragnara. Ragnar przygotowuje się do walki, ale mówię mu, że dam sobie z tym rady, a on jest teraz bardzo potrzebny, żeby wygrać bitwę. Z oporem się zgadza. Próbujemy sie unieść, co udaje się z trudem. Chcemy wznieść się wyżej, żeby nie dosięgnęli nas ludzie, ale wiatr znosi nas w stronę baru. Krzyczę do Rangara, żeby leciał pierwszy, ja będę krył tyły.
7. Tymczasem woda w morzu coraz bardziej wzburzona. To znaczy, że zabójcy nie są zwykli. W grę wchodzi magia. Widzę ich: dwie dalekie postacie, które też umieją latać. Pędzimy jak wiatr. Nie udaje nam się jednak uciec do domu. Dolatujemy do starego kościoła. Tam ja i dziewczyna walczymy z Demonem. udaje nam się go pokonać i lecimy dalej za Ragnarem.
8. Oglądamy się za siebie. Choć pokonaliśmy demona, to ciągle nas ktoś ściga; krasnolud. Zdaję sobie sprawę, że to Gimli.
9. Walczę z Gimlim na topory. Udaje mi się go pokonać, ale darowuję mu życie. Wtedy spada z niego czar i zdaje sobie sprawę, że wcale nic przeciwko nas nie ma.
10. Dolatujemy do domu. Ragnar ściska mnie mocno i dziękuje za uratowanie życia.
11. Jestem bardzo szczęśliwy i dumny. Wszyscy mieszkamy na skłocie. Szalona zbieranina: Wikingowie, krasnoludy, anarchiści, postacie z baśni i filmów. Dziewczyna z wypiekami opowiada wszystkim o naszej przygodzie. Reszta śmieje się i klepie nas po plecach. Duch w nas mocny, gotowy do jutrzejszej rozprawy.
Wednesday, 15 May 2013
Sanatorium (sen)
Sanatorium
(sen)
Wyglądam zmęczony za okno, gdzie nad głową wzeszła już zielononiebieska Ziemia. Ciężki dziś był dzień. Sporo turystów, których trzeba było oprowadzić po księżycowej bazie. Tania kończy sprzątać korytarze i pokoje z papierków po batonach, niedojedzonych hot-dogów, butelek po coli. Słyszę, jak ktoś otwiera zewnętrzne drzwi. Zastygam ze strach, kiedy tlen z bazy ucieka z hukiem, a do środka wdziera się kosmiczny mróz. Trwa to tylko chwilę, drzwi się szybko zamykają, ale wystarczy, żebym prawie stracił przytomność. Drzwi zamykają się i powietrze wraca do normy. Idę sprawdzić, czy wszystko w porządku z Tanią. Jest. Siedzi na ławce i ciężko dyszy.
- Co za idiota projektuje kosmiczną bazę bez śluzy powietrznej? – mówię chyba już po raz milionowy. Za każdym razem kiedy ktoś wchodzi, czy wychodzi, tracimy atmosferę. A co, jeśli ktoś w ogóle zapomni zamknąć drzwi? Będzie po nas.
W tym momencie znów słyszę syk rozsuwających się drzwi. Znów tracimy powietrze. Tym razem trwa to długo, zbyt długo. Przewracam się na podłogę, obok pada Tania. Leżymy, próbując złapać choć łyk powietrza. Czuję, że tym razem to koniec. Mróz ścina moje oczy. Tuż zanim umieram, widzę kilka postaci w mundurach. Nie mają skafandrów. Jak udaje się im przeżyć?
Ku swojemu zdziwieniu odzyskuję przytomność. Klęczę na wielkim placu, otoczony tłumem podekscytowanych ludzi. Rozglądam się dookoła. Za mną stoi jakiś człowiek. Elegancki garnitur, na głowie kaptur kata. Z głośników rozlega się głos:
„Witamy wszystkich na egzekucji groźnego kryminalisty. Po latach więzienia Zapomnienie, w makiecie księżycowej bazy, gdzie przechodził karę ciągłego zagrożenia, dziś nadszedł dzień zakończenia wyroku. Śmierć przez rozstrzelanie. Niech umrze z godnością!”
Tłum odpowiada entuzjastycznym rykiem. Skandują coś. Z trudem rozróżniam słowa: „Z godnością! Z godnością!”
Boże, jak bardzo się boję. Zaczynam płakać, kładę się na ziemi i błagam o litość, czuję ciepło w kroku – oddałem mocz. Tłum wrzeszczy z dezaprobatą. Kat podnosi mnie na kolana i szepce do ucha:
- Pokaż, że jesteś mężczyzną. I tak umrzesz, ale umrzyj z godnością.
Dochodzi do mnie, że to koniec. Zmuszam się do opanowania. Głęboko oddycham. Skoro i tak po mnie, to równie dobrze mogę to przyjąć z odwagą. Wstaję i wyprostowuję się dumnie. Uspakajam oddech. Tłum cichnie. Rozglądam się dookoła, tym razem spokojnie. Czuję z tyłu głowy nacisk lufy pistoletu.
- Mogę mieć chwilę na modlitwę? – pytam. Kat odsuwa pistolet. Mówię tylko „Hare Kryszna” i odwracam się do mężczyzny. – Już.
Tłum mruczy z aprobatą.
Znów dotyk lufy na głowie. Jestem gotowy.
Zamiast strzału, czuję nagle ogromną ulgę, oczyszczenie. I nie tylko to – wraca pamięć.
Tłum znika. Zostaję tylko ja, mój kat, który wcale nie jest katem i kilku zatroskanych lekarzy. Ze smutkiem przypominam sobie, kim jestem i co tutaj robię. Nie jestem żadnym kryminalistą. Jestem po prostu chory – żyję w świecie swojej wyobraźni, jestem szaleńcem, nie pamiętającym nic ze swojego prawdziwego życia. Mieszkam w sanatorium, gdzie jest nas wielu. Do niedawna nasza choroba wydawała się nieuleczalna, lecz ktoś wymyślił eksperymentalną terapię – kontakt ze śmiercią. Okazało się, że kiedy pacjent przezwycięży strach przed śmiercią, wraca mu pamięć i normalność. Niestety nie na zawsze. „Wyleczenie” trwa zaledwie od kilku minut do kilku godzin. Przypominam sobie kilkadziesiąt ostatnich razy, kiedy w ten sam sposób – przezwyciężając śmierć, udało mi się przez chwile znów być sobą.
Podchodzi lekarz. Klepie mnie po plecach.
- Jak się pan czuje?
Wzruszam ramionami.
- Jak zwykle. Dobrze. - Patrzę na niego z nadzieją. – Udało się wam?
Jak wiele razy wcześniej, lekarz opuszcza wzrok i kręci głową.
Znów wzruszam ramionami. Przyzwyczaiłem się trochę. Choć rozczarowanie pali.
- Zaprowadźcie mnie do niej.
Idziemy długim korytarzem, mijając w większości otwarte pokoje. Siedzą tam ludzie. Patrzą w ścianę pustym wzrokiem, poruszając bezgłośnie ustami, dając dowód widmowym rozmowom w ich małym, wewnętrznym świecie. Wreszcie dochodzimy.
W jednym z pokojów siedzi Tania i patrzy martwo przed siebie. Siadam obok.
- Jak z nią? – pytam.
- Przywróciliśmy ją.
- Kiedy?
Lekarz milczy przez chwilę.
- Kiedy? – powtarzam.
- Jeszcze pół godziny temu była tutaj.
Patrzę na jej nieobecną twarz. Za każdym razem, kiedy próbują ją ściągnąć, próbują też ze mną, żebyśmy mogli się spotkać, zsynchronizować, ale nigdy się nie udaje. Zawsze mijamy się o parę chwil.
Chcę coś powiedzieć, ale zapominam co. Chcę powiedzieć coś innego, ale też mi ucieka. Czyli to już. Głaszczę ją po policzku. Nie reaguje. Odwracam się do lekarza.
- To chyba już - mówię.
Chwyta mnie za łokieć i podnosi na nogi. Nie opieram się. Chwiejnie stawiam krok za krokiem. Odwracam się. Na łóżku siedzi jakaś dziewczyna. Wydaje się dziwnie znajoma. Ładna. Wychodzimy z pokoju. Patrzę na mężczyznę, który mnie prowadzi.
- Kim pan jest? – pytam.
Odpowiada coś, czego nie rozumiem. Idziemy powoli przez to obce miejsce.
Wednesday, 27 February 2013
Rzeczywistości alternatywne (sen)
Rzeczywistości alternatywne
(sen)
Jestem w domu, w mojej rodzinnej wiosce. Nagle tracę przytomność, by po chwili się obudzić. Patrzę na zewnątrz, na podwórko i widzę, że wszystko jest inne, jakby biedniejsze – ściany z odłupanym tynkiem, rozlatujący się płot, wyschnięte badyle na klombach, jakieś deski z gwoździami oparte o ścianę. Czyżbym cofnął się w czasie? Może to koniec lat ’70, zanim się tu sprowadziliśmy? Zauważam jednak kilka anachronizmów: współczesna zabawka w piaskownicy, nowoczesny rower. Zdaję sobie sprawę, że to nie przeszłość, ale rzeczywistość alternatywna. W którymś momencie coś poszło inaczej, niż w mojej rzeczywistości i z tej małej (bądź dużej) zmiany wyrosła odrębna realność.
Odczuwam ogromną ciekawość. Kim jestem w tym świecie? Jak potoczyło się moje życie? Czy jestem z Tanią? Co z rodziną? Przyjaciółmi? Wszyscy zdrowi? Żyją? Wychodzę na zewnątrz, ale zanim udaje mi się kogokolwiek spotkać, znów tracę przytomność. Kiedy dochodzę do siebie, nadal jestem na podwórku. Tym razem jednak sceneria jest inna – wszędzie drzewa owocowe, niemożliwie dorodne jabłka, śliwki, gruszki, inne owoce, których nawet nie znam, pełno grządek z wielkimi warzywami, nie mieszczącymi się w czarnej, tłustej ziemi, ściany domu porasta winorośl, wiszą okazałe, pękające w słońcu winogrona. Brzęczą pszczoły, świergotają ptaki, powietrze przenika słodki, odurzający zapach owoców i kwiatów.
Z domu wychodzi uśmiechnięta mama. Macha mi ręką, po czym zaczyna zbierać do koszyka owoce i warzywa. Podchodzę.
- Skąd to wszystko? – zataczam łuk ręką. – Jak to możliwe? Coś z klimatem?
Patrzy na mnie dziwnie.
- Jak to skąd? To twoje dzieło. Od lat nad tym pracujesz – nawozisz, krzyżujesz, eksperymentujesz. Nikt w ciebie nie wierzył, ale miałeś swoją wizję, trzymałeś się jej, i teraz nikt nie ma takiego ogrodu. To cud.
Rozglądam się po moim Edenie. Czuję radość i dumę, ale zaraz ogarnia mnie smutek. Przecież to nie moja praca. W mojej własnej rzeczywistości, nigdy nie miałem wizji, nigdy nic nie osiągnąłem, nie ma niczego, z czego mógłbym być dumnym.
Chciałbym dowiedzieć się więcej, lecz znów tracę przytomność.
Tym razem budzę się w domu rodziców. Meble są inne, niż pamiętam, ściany inaczej pomalowane. Mama się krząta przy garnkach, Szymon z Łukaszem oglądają coś w telewizji. A tata? Może w tej rzeczywistości ciągle żyje? Fajnie byłoby się znów spotkać.
- Gdzie ojciec? – pytam niby od niechcenia.
Wszyscy podnoszą głowy ze zdziwieniem.
- Co to masz za dowcipy? Tata umarł w 1989. Atak serca w wannie – mówi mama z wyrzutem.
W moim świecie zmarł w 2008.
Rozglądam się po kuchni z ciekawością. Nie widzę żadnych zdjęć Ani. Widać w tej rzeczywistości nigdy nie przyszła na świat.
Chciałbym mieć więcej czasu, zbadać ten świat dokładnie, ale nie dostaję szansy, znów tracę przytomność.
Tym razem nie przenoszę się do rzeczywistości alternatywnej, ale wpadam do całkiem innego snu. Główny motyw to latanie. Wiem, że śnię, więc mogę robić, co chcę, nie ma granic. Jak zwykle w świadomym śnie, chcę sobie najpierw pofruwać. Unoszę się trochę, ale coś trzyma mnie przy ziemi. Kilka metrów do góry, z wielkim wysiłkiem i znów w dół, jakby ściągał mnie potężny magnes. Wkurza mnie to, bo wiem, że to tylko sen, nie mam tu wagi, co w takim razie trzyma mnie przy ziemi? To muszę być ja sam.
Budzę się.
Monday, 25 February 2013
Pięć głupiutkich snów
Pięć głupiutkich snów
Kosmiczna awaria
Mieszkam w bazie kosmicznej. W poszyciu kadłuba zrobiła się dziura. Ubieram skafander i wychodzę na zewnątrz. Mróz jest tak wielki, że pomimo skafandra parzy mnie cała twarz, usta, nos, skóra od razu pokrywa się warstewką lodu. Na granicy śmierci szybko udaje mi się załatać dziurę od środka. Robię to w ten sposób, że przykładam rękę do otworu, a uciekające powietrze zamarza, w końcu całkowicie blokując wyciek. Teraz muszę wyjść na zewnątrz i założyć łatkę. Na zewnątrz okazuje się, że ktoś już to zrobił. A przecież na stacji jestem tylko ja. Podejrzewam, że to jakiś obcy.
Jakiś czas później jestem na nieznanej planecie. Mieszkam w szczelnym, tlenowym namiocie, na zewnątrz którego panuje straszliwy mróz, a powietrze nie nadaje się do oddychania. Napada mnie lokalne zwierzę, podobne do tygrysa. Nie mogę do niego strzelić, bo otwarcie namiotu oznaczałoby śmierć (a gdzie skafander? Bez sensu:)
Flirt z Sigourney Weaver
Jestem w autobusie pełnym dzieci, wybierających się na wycieczkę. Ich opiekunką jest Sigourney Weaver. Rozmawiamy w zrelaksowanej atmosferze. Żartuję sobie z niej, nazywam ją „Alien”, ale wreszcie przyznaję, że jako nastolatek byłem w niej zakochany. Śmieje się zadowolona, pochlebiłem jej. Później opowiadam jej o Camino de Santiago, ale w trakcie opowieści Sigourney zamienia się w inną kobietę, którą w ogóle nie interesują moje hiszpańskie przygody.
Szafot
Jestem w Kopenhadze. Za jakieś przestępstwo zostaję skazany na śmierć. Czuję wielki smutek i bezsilność w zetknięciu z potężną, biurokratyczną machiną prawa. Ogarnia mnie rozżalenie, że zostanę zabity, aby spełnić wymogi martwego prawa, nie ma znaczenia kim jestem, co myślę, co czuję, o czym marzę, za czym tęsknię. Nie ma żadnego wyjścia, już po mnie. Uświadamiam sobie bezsens i nieludzkość idei, że przepisy prawa mogą być ważniejsze od żywej materii duszy, osobowości. Leżę na pryczy i płaczę.
MelancholiaSpaceruję z Tanią po dziwnym, niepokojącym mieście. Spomiędzy drzew wygląda nienaturalnie wielka tarcza księżyca. Patrzę na nią z lękiem. Boję się nie tylko jej rozmiarów, ale też tego, że całkowicie inna jest rzeźba kraterów, które układają się w niesympatyczny uśmiech. To druga strona księżyca, do tej pory odwrócona do nas plecami. Ten uśmiech zawsze tam był. Zdaję sobie sprawę, że czeka nas koniec. Księżyc wypadł z orbity i zbliża się do Ziemi, w bezwładności odwracając do nas ciemną dotychczas stronę. Pokazuję Tani.
- Widzisz?
Potakuje i przytula się mocno, jakbym mógł ją ochronić. Boję się i jest mi przeraźliwie smutno.
Niedźwiedź
Jestem w domu na wsi. Pod okno przyplątuje się niedźwiedź. Nie za wielki, i nie otwarcie wrogi, ale uparty, silny i obcy. Wiem, że jeśli zechce, może wyrządzić mi krzywdę, nie ma w nim strachu, a dla mnie nie ma ucieczki. Zerkam za okno. Niedźwiedź już wspina się po rynnie. Słyszę, że coś do mnie mówi. Jest to starożytny język niedźwiedzi. Wiem, że to gatunek bardzo nam obcy w swojej świadomości, ale jednak rozumny. Żałuję, że nie znam języka, choć coś mi mówi, że bariera gatunkowa jest zbyt wielka, żebyśmy mogli się porozumieć.

Thursday, 16 June 2011
Zły sen

Czarny rasta podał mi skręta. Wziąłem go między kciuk a palec wskazujący i zaciągnąłem się głęboko. Gęsty, wilgotny dym wypełnił mi nie tylko płuca, ale całe ciało, aż do samych stóp. Stałem się balonem nadętym odurzającą mgłą. Poczułem ciepło i wszechogarniającą słabość.
Rasta zaśmiał się ochryple i odwrócił do swoich przyjaciół, mrugając porozumiewawczo.
Siedzieliśmy w ciasnym, mrocznym barze. Drewniane, ciemnobrązowe od dymu i upływu czasu ściany sprawiały, że atmosfera była posępna i groźna. Nie wiedziałem ani gdzie jestem, ani kim są ci ludzie, przyglądający mi się z drwiną. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego siedzę tutaj z nimi, zamiast uciec do jakiegoś bezpiecznego i jasnego miejsca.
Spróbowałem wstać, ale silna ręka mojego towarzysza osadziła mnie na miejscu.
- Gdzie ci się tak śpieszy, man? Posiedź jeszcze z nami. Jest fajnie, nie? - powiedział. W pozornie niewinnych słowach usłyszałem groźbę. Rozejrzałem się dookoła i uświadomiłem sobie, że jestem jedynym białym w lokalu.
Lubię reggae, ale dźwięki sączącej się z głośników muzyki były zbyt agresywne i mroczne, żeby dodać mi otuchy. Po chwili byłem w stanie rozróżnić jej słowa. Mówiły o pustych pokojach, twarzach namalowanych cieniem, głupiej śmierci i gwałcie, długich lekcjach w dawno spalonej szkole, snach o różowych i jaskrawo-żółtych ciastach, upieczonych na czyjąś stypę.
Chciałem znaleźć się na zewnątrz, z daleka od tej chorej, koszmarnej piosenki, sam nie wiem, czy śpiewanej, czy szeptanej, ale z całą pewnością, nie pochodzącej z ust człowieka. Rasta podał mi jointa.
- Twoja kolej - w jego głosie znów zabrzmiała nutka groźby.
- Nie, dzięki stary, już mam dosyć. - Spróbowałem brzmieć jak najbardziej naturalnie i obojętnie, ale z ust wydobył się przerażony skrzek, który zdradził mój strach.
Rasta wcisnął mi skręta pomiędzy palce i znów odwrócił się do przyjaciół.
- Słyszeliście? Ma dosyć – zarechotał, po czym spojrzał mi głęboko w oczy. Miał czarne źrenice i żółte białka. Głośniki zachrypiały o tym, że śmierć pachnie lizolem i gównem, a miłość ma kolor zabrudzonego prześcieradła. Nie mogłem już słuchać tego monotonnego, martwego głosu.
Rasta, ciągle patrząc mi w oczy, wyszeptał:
- Zabajdurzyła cię twarz na suficie, w różowym kremie zgubiłeś siebie...
- Dobre - spróbowałem sztuczki z przytakiwaniem i fałszywym uśmiechem.
- Pamiętasz, jak w snach, próbowałeś wyłączyć telewizor, w którym mieszkał skrzat... - kontynuował.
Pot oblał mi twarz. "Czy drewno, z którego zbudowano ten pub, było kiedykolwiek żywe?" - pomyślałem, przyglądając się czarnym słojom widocznym na meblach i ścianach. Miałem jednak wrażenie, że tu gdzie jestem, nic, nigdy nie miało kontaktu ze słońcem i wiatrem.
- Za starymi magazynami, w kącie leżało dziecko. Wpatrywało się w stronę żywopłotu, gdzie kotłowały się szepty. Pamiętasz strużkę śliny na brodzie, gdy ze strachu zapomniałeś o przełykaniu?
- Dosyć! - Wstałem, wywracając stolik. Brzęk rozbijających się szklanek zabrzmiał głucho, jakby stłumiony grubą ścianą, ale wystarczyło to, żeby mnie otrzeźwić. - Wychodzę – powiedziałem i skierowałem się w stronę odległych drzwi. Wiedziałem, że nie wolno mi biec. Gdy zaczynasz biec, to tak, jakbyś jawnie uderzył kogoś w twarz. Idąc powoli, ciągle mogłem udawać, że wszystko jest w porządku, a wywrócony stolik, to tylko wypadek pijanego barowicza.
Chciałem znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, dziwnych, nieszczerych ludzi i piosenki, dotykającej tych regionów mojej duszy, które musiałem zakopać dawno temu, razem z ofiarami, popełnionych w snach, przypadkowych morderstw.
Wreszcie, gdy stanąłem przed samymi drzwiami i wyciągnąłem rękę w stronę matowej od tłuszczu i brudu klamki, odwróciłem się, żeby po raz ostatni spojrzeć na wnętrze baru. Zobaczyłem tępo wpatrzone we mnie puste krzesła, zakurzone szklanki i starą maszynę grającą, wylewającą z siebie reggae upiorów.
Jednym ruchem otworzyłem drzwi i wypadłem na zewnątrz. Przewróciwszy się o próg, upadłem na twarz. Natychmiast poderwałem się na nogi i dopiero teraz zacząłem biec, płacząc ze strachu i obrzydzenia.
Panowała noc. Biegłem po uliczkach obcego miasta, próbując zorientować się, gdzie jestem, ale nie byłem w stanie rozpoznać żadnego miejsca, żadnej ulicy, czy parku. Biegnąc, oglądałem się za siebie, drżąc przed pościgiem, a jedynym świadkiem mojej ucieczki był głuchy tupot butów (mych własnych).
Modliłem się o światło w jakimś oknie. Niestety miasto było martwe i ciemne. Przez chwilę chciałem schronić się w jednym z budynków. Zatrzymałem się przed drzwiami. Ze środka dobiegł mnie stłumiony dźwięk tej samej piosenki, którą słyszałem w barze.
Wreszcie zabudowania skończyły się, jakby miasto zostało ucięte nożem - stałem na plaży, oświetlonej bladym i mętnym blaskiem księżyca.
Przez chwilę poczułem ulgę. Już zamierzałem położyć się na piasku i wsłuchać w uspakajający szum morza, kiedy zauważyłem w tej scenie coś nienaturalnego.
Podszedłem trochę bliżej do linii wody, wypatrując załamań jej powierzchni, białej piany, czy ziarenek piasku, poruszanych uderzeniami fal. Morze było martwe, niczym ogromny zbiornik czarnego, nieruchomego oleju.
Poczułem zapach zwietrzałego paliwa i zapomnianych, nie lubianych potraw z najwcześniejszego dzieciństwa. Do tej pory wyparte z pamięci, teraz zaatakowały moje nozdrza zepsutym fetorem grysików, zimnej herbaty z mlekiem i żylastego mięsa, którym próbowały uszczęśliwiać mnie ogromne, tłuste, uśmiechnięte ciocie...
Zwymiotowałem na piasek. Co to za miejsce?! Czy można stąd uciec?
Od strony miasta doszedł mnie jakiś hałas. Umęczone serce znów mocniej zabiło. Wbiłem wzrok w ciemność. Wielki, ciemny kształt wynurzył się spomiędzy budynków. Długie macki sięgnęły w moją stronę...
Sunday, 15 May 2011
Na Camino (sen)

Na Camino
(sen)
Rozkoszny powrót na Camino. Ulga i radość, wrażenie, że problemy zostały za mną, pozostaje tylko wędrówka, powrót do znajomych, barwnych miejsc.
To Camino ze snu jest zupełnie inne od tego prawdziwego, które przeszedłem. Ciągnie się nie marne 800 kilometrów, ale tysiące, droga wije się przez Europę, Azję, lato, zimę, Himalaje i dziwaczne jaskinie, wilgotne, ciemne lasy, pustynie, huczące jak grzmot wodospady a jednak wszystko to jest znajome, swojskie, bo przecież już raz tę trasę przeszedłem.
Pokazuję Tani niknącą wśród obsypanych śniegiem wzgórz wstęgę drogi.
- Zaraz dojdziemy do albergue – mówię z podekscytowaniem, delektując się rolą przewodnika. W równoległej rzeczywistości tego snu, pierwszy raz byłem na Camino sam i teraz mogę wziąć na siebie odpowiedzialność i przyjemność bycia znawcą trasy, dla Tani właśnie.
Dochodzimy do schroniska. Podaję Tani łopatę do odśnieżania.
- Na trasie panuje taki zwyczaj – wyjaśniam – że każdy pielgrzym odgarnia choć troche śniegu, w ten sposób albergue pozostaje odśnieżone.
Odrzucamy kilka łopat białego puchu, a z lśniących złotym światłem okien dobiega przytlumiony gwar rozmów, muzyki i śmiechu. Zaraz dołączymy do reszty pielgrzymów.
A rano zabieram Tanię do spiżarni i pakuję nam do plecaka kostki masła.
- Jest taki zwyczaj na Camino, że pielgrzymi przenoszą do następnego schroniska różne potrzebne towary, w ten sposób pomagając w prowadzeniu albergue.
Ach, jak miło być znawcą zwyczajów z Camino!:)
Po drodze pokazuję jeszcze Tani podziemne jaskinie z gorącymi źródłami, gdzie można się wymoczyć, a nawet zrobić pranie, odwiedzamy wioskę Mongołów, gdzie o mały włos nie porywa ją do haremu lokalny kacyk, ale udaje nam się wybronić muszlą świętego Jakuba, uciekamy przed watachą wilków, w połowie drogi zawracamy do domu, w Polsce, żeby sobie odpocząć, ale już następnego dnia, tunelem czasoprzestrzennym dochodzimy w sekundę do tego miejsca, w którym przerwaliśmy Camino...
Kolejność uczuć w trakcie budzenia się i już po przebudzeniu:
1. Radość i beztroska
2. Wrażenie (pozytywnej) nieobliczalności rzeczywistości
3. Relaks
4. Eee… co się dzieje?
5. Widok czerwonego koca pod nosem i poduszki w kratkę nie pasuje mi jakoś do Camino. Niepokój. Przecież na trasie mamy śpiwory, a nie koce i kołdry.
6. W mojej głowie pojawia się straszne podejrzenie.
7. Zaciskam powieki, „jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze trochę”
8. Przez chwilę myślę, że może się udać, kilka oderwanych obrazów pojawia się pod powiekami, sen nie rozpuścił się jeszcze do końca…
9. Gone
10. Back to reality:)












