Monday, 24 January 2022

Ambroży, Mirabelka, śnieg trzeszczy pod gumiakami

 



Skończyłem obraz. "Ambroży i Mirabelka". Afrykańskie maski nie były zamierzone, ale tak spieroliłem kompozycję, że musiałem to jakoś spiąć. Ale i tak fajnie wyszło. Większość moich obrazów wynika z takich pomyłek i błądzeń, chyba nigdy nie trzymam się planu.

Rano miałem terapię. Choć trochę się martwiłem, że przez telefon, to nie było źle. Bardzo miła pani terapeutka, profesjonalistka. Dobrze było się wygadać i być wysłuchanym. Pierwsze trzy sesje będą diagnostyczne. Później zaczniemy pracować nad konkretnymi problemami.

Zamówiłem sobie dziś pizzę i wino, bo doszła kasa od Iggiego na moją podróż do Szwajcarii. Jutro jadę do Cieszyna spotkać się z klientem, mam nadzieję, że dobrze pójdzie i pooddaję drobne długi, zapłacę też prąd mamie i kupię trochę franków szwajcarskich, żeby nie siedzieć tam z pustymi rękami.

Kiedy przyjechała pizza musiałem wyjść na zewnątrz i podejść kawałek do drogi. Piękna zima. Śniegu po kolana, noc, mróz trzeszczący pod gumiakami. Dawno czegoś  tak pięknego nie widziałem. Poczułem jednak złość. Że nie mogę się tym cieszyć, zamiast tego siedzę w domu, zabijam czas serialami, malowaniem i alkoholem. Chciałbym się z tego wyrwać. Ale to chyba jakaś przekora wewnętrzna. Że skoro życie nie idzie tak, jak chcę, to fuck off, będę jarał, pił, nie dbał o siebie. Pokażę wszystkim:) Eh, dziecinada. To jest w ogóle ciekawe: że rzeczy, które są piękne, cudowne, nie smakują mi, jeśli nie  mogę się nimi dzielić. Czy to jest jakaś uniwersalna prawda, czy tylko indywidualne uwarunkowanie? Nie wiem. 

Dobrze, że jadę w pizdu, przyda mi się takie otrząśnięcie. W podróży zawsze odżywałem. Podróż pomaga mi wyjść poza własną skórę. 

Saturday, 22 January 2022

Powolny dzień


Powolny dzień. Problem z brakiem kasy, nie jest ilość rzeczy, jakie sobie można kupić, ale po prostu wolność. Chciałbym spędzić weekend na jakiejś podróży, pojechać że sto, dwieście kilometrów, zatrzymać się w hoteliku, połazić po mieście, które dla kogoś jest nudnym więzieniem, utknieciem, a dla mnie czymś ciekawym, to uczucie, które tylko włóczędzy znają - obserwowanie z boku, połączenie, jedność w zrozumieniu, że wszyscy jesteśmy tacy sami i wolność, bo nic nas gdzieś nie wiąże, jesteśmy tylko gośćmi. Tym jest dla mnie kasa.
No a że jej nie ma, to dzień w domu. Mógłbym pójść gdzieś połazić, ale nie chce mi się. Znam to miejsce od czasów, kiedy byłem małym dzieckiem. Jest dla mnie zupełną pustką. Czytam czasem w książkach, jak bohater opisuje silne uczucie związane z jego miejscem narodzin, rodzina, przyjaciółmi z dzieciństwa. Fascynuje mnie to. Zupełnie obce mi uczucie. Moimi przyjaciółmi i rodziną były książki. Verne, Lem, Zajdel, Pan Kleks, Tolkien, Asimov, Hugo, Dickens, Strugaccy, Pan Samochodzik... No i przez kilkanaście lat Tania, która już jest w innym życiu. Poza tym wewnętrznym światem, literaturą, rzeczy są pustką. Nudą, trywialnością, głupotą. Zdaję sobie sprawę, że to kwestia psychologiczna, że to tylko moje subiektywne spojrzenie na pewien odcinek rzeczywistości, w pewnym ograniczonym urywku czasu (czas zawieszenia, samotności, rewaluacji). Ale to nie ma znaczenia. Każdy z nas jest Wszechświatem. I choć szukamy połączenia, to te nasze wszechświaty siłą rzeczy są trochę soliptyczne (czy solipsystyczne).
Takie przemyślenia weekendowe. Po prostu zupełny brak połączenia. 

Malowalem dzisiaj. Zacząłem nowy obraz na jednej z tych długich, ciężkich desek, których jeszcze kilka mi zostało z zamówienia aniołów w lecie. Kolory pastelowe, złocisto brązowe. Księżyc, gwiazdy, chmury, fruwający dom wyrwany z korzeniami, most, drzewo, wisielec, upiory, człowiek skulony pod mostem, dwójka ludzi spadająca z parasolami. Taki mój typowy kolaż nadziei, koszmarów, głębi i niegłębi, tęsknot, fruwania...

W poniedziałek pierwsza sesja terapii. Z powodu Covida niestety przez telefon. Szkoda, wolę jednak osobisty kontakt. We wtorek spotkanie z klientem w Cieszynie. W środę wyciąganie drutu z palca, a w czwartek wyjazd do Szwajcarii (na to najbardziej się cieszę). Nie byłoby mnie stać, ale kumpel wysyła kasę na paliwo i winiety.

Zacząłem dziś oglądać dwa filmy, żadnego nie doogladalem. Skończyłem książkę-wywiad że Stasiukiem. Później próbowałem jego sztuki (Las i Noc), ale nie dałem rady. Po pierwsze nie lubię czytać sztuk, sztuki się ogląda na scenie. Po drugie jakieś to było za dalekie, za abstrakcyjne, czyli odwrotność tego, co cenię u Stasiuka, czyli surowe zbliżenie, życie na wyciągnięcie ręki. Jak będę miał parę groszy, kupię pozostałe z jego powieści. 

Hmm, chyba wszystko wygadałem o tej sobocie. 

Lista bez sensu, bo przecież w chuj już napisałem:

1. Ugotowałem cały gar kitri (indyjska potrawka z soczewicy, ryżu i warzyw), będzie jeszcze na jutro.
2. Myszka od kilku dni hałasuje i nie chce wpaść w żywołapkę. No ale może nie uśmiecha się jej suchy kawałek chleba, który tam włożyłem. Kiedy dwa tygodnie temu dałem tam cheddar, to od razu się złapała. No ale teraz to sam bym cheddara zjadł.
3. Staję się chyba niechcący mizantropem i dziwakiem. A za miesiąc stuknie mi 46 lat. Fuck... Przeleciało za szybko.
4. Ktoś na fejsie w komentarzu użył nazwy mojego bloga. Może miał to być miły gest, nie wiem. Ale nie rób tego więcej. Fejs, a to miejsce, to dwie różne sprawy. To moja prywatna przestrzeń, o której mało kto wie. Chciałaś być miła, rozumiem, ale jednak nie, nie lubię tego. 

Friday, 21 January 2022

Sen o czystej miłości oraz wizyta w studiu nagrań


Dzień zaczął się wcześnie. Obudził mnie o piątej rano intensywny sen. Mogłem od razu zasnąć, ale obawiałem się, że zapomnę, więc trochę siłą wyrwałem się ze snu i nagrałem go na dyktafon. W tym śnie umarła moja mama. Ale nie ta, którą  mam, tylko ktoś zupełnie inny. Ja też byłem zupełnie kimś innym, tak samo jak moi bracia. Czułem ogromny żal, smutek i samotność. Staliśmy cała rodziną w kręgu, wraz z przyjaciółmi. Powstrzymywałem łzy. Obok mnie stał młody chłopak, który bardzo się wzruszył moim smutkiem. Niezgrabnie mnie objął i ten jego ludzki gest sprawił, że coś we mnie się przełamało. Też go objąłem i zacząłem mocno płakać. Moi bracia i reszta przyjaciół dołączyła, stworzyliśmy jedno wielkie objęcie, pełne miłości i jedności. Był w tym smutek, ale piękny, wypełniający serce szczęściem i jednością. Obudziłem się ogarnięty tą emocją, płacząc na głos ze szczęścia i smutku. Cudowne to było.

Posprzątałem dom, należało mu się. Wykąpalem się, bo mi też już się należało. Pożyczylem od mamy dwie stówy (trochę zastój w biznesie). Za 130 zatankowałem i pojechałem do Bielska do przyjaciela. Jest inżynierem dźwięku, ma własne studio nagrań. Posiedzieliśmy nad miksem. Miałem ciary, co on potrafił zrobić z moją muzyką. Umówiliśmy się, że do końca lutego zrobi cały album. Akurat kiedy wrócę ze Szwajcarii, więc od razu będę mógł wysłać to do tłoczni. No i po powrocie będę chciał z nim zrobić z dwa teledyski, żeby wypromować ten album. Mówiłem już, że to będzie podwójne wydawnictwo? Jedna płyta to nowe, studyjne kawałki, a druga zremasterowane nagrania archiwalne.

Droga powrotna była trudna. 50 km po oblodzonych, zaśnieżonych drogach, po ciemku. Ekspresówką jechałem 50 na godzinę, szybciej bym się bał. Dojechałem szczęśliwie.
Po drodze zrobiłem zakupy za resztę kasy: chleb, wino, ser, pomidor, ogórki kiszone, takie fajne, z ziołami, smakujące jak domowe, a na deser riso karmelowe. Weekend bez kasy, ale dam radę jakoś. We wtorek odwiedzam w Cieszynie klienta, jest zainteresowany kilkoma z moich oryginalnych prac. Być może uzbierałoby się na miks płyty. 
Z jednej sfery swojej działalności artystycznej finansuję drugą. Długo tak nie pociągnę ;)

A teraz już noc. Łóżko, kominek, rozkminiam wybór przed snem: książka Stasiuka, czy odcinek House'a. Ale mam już lenia, chyba zdecyduję się na serial. 

Dobrej nocy, internetowe duchy. 

Wednesday, 19 January 2022

Lista... Bo dawno nie było



1. Obejrzałem trzeci sezon After Life. Cudne. Potrzebowałem tego ciepła, liryczności i człowieczeństwa.
2. Palec już w ogóle nie boli. Za tydzień będę wyciągał drut, ale później jeszcze z 2 tygodnie będę miał szynę. Po prostu z powodu mojego wyjazdu zagranicznego ortopeda się zlitował i wyciągnie mi drut trochę wcześniej. 
3. Z kasą trochę bida. Czekam na klienta. Zadzwonił do mnie w piątek, jest zainteresowany kilkoma oryginałami, więc wpadłaby lepsza gotówka. Póki co wygrzebałem z szafek, co udało mi się znaleźć. Makaron razowy, który kupiłem rok temu, kiedy chciałem się zdrowo odżywiać, słoiczek sosu cukiniowego, który kiedyś zrobiła szwagierka. A na deser mały słoiczek konfitury truskawkowej, która dostałem kiedyś od Panny D. Tak wyczyszczonej lodówki jeszcze nie miałem:) Został jeszcze ketchup, musztarda, pół słoiczka pomidorów suszonych w oleju, ćwierć marchewki (już tak pomarszczona, że chyba się nie nada do niczego) oraz powidła śliwkowe. 
4. Dzień bez wina. Po części z powodów oczywistych (patrz punkt trzeci). Ale też i chciałem sobie zrobić przerwę. Łaknienia nie mam jakiegoś wielkiego, ale włącza mi się lekki niepokój, lęki. After Life pomogło.
5. Sprzątałem w komputerze i znalazłem kilka zdjęć z M. Obserwowałem swoje uczucia. Nie jest źle. Wspomnienie coraz bardziej blaknie. Emocje to już bardziej echo.
6. Cieszę się na wyjazd do Szwajcarii. Oj, potrzebuję zmiany otoczenia i przygody. Tutaj na wiosce czuję się w pełni odizolowany społecznie. Obcy w obcym kraju. 
7. Dzisiejszy sen wpłynął na mnie pozytywnie. Widzę, że nieraz w snach dzieją się ważne rzeczy, które rozluźniają pewne węzły. Myślę że to ukryte Ja autentycznie samo się leczy w snach.
8. Za kilka dni pierwsza sesja terapii. Szkoda, że będę musiał mieć później przerwę, ale po powrocie od razu zarezerwuję kolejną wizytę. 
9. Aha, znalazłem inwestora na wydanie płyty! Będzie to wydawnictwo dwupłytowe, więc na bogato;) W marcu album już powinien być gotowy. 
10. W piątek zrobiłem koncert online. Wszyszlo super. Grałem, recytowałem swoje poezje, gadałem 2 godziny. Miałem ponad 50 widzów i jeszcze uzbierałem na mechanika. Mam tremę przed występami, ale kiedy już zacznę, to czuję się wspaniale. 

Policjantka - sen

Śniłem, że poznałem dziewczynę. Była policjantką. Z wyglądu przypominała Basię (znajomą z pewnej telewizji) oraz Asię z Katowic (która naprawdę jest policjantką). Atmosfera snu była lekka, wesoła. Dziewczyna miała na sobie mundur, chyba ciągle była na służbie, albo właśnie zakończyła. Szliśmy przez miasto i żartowaliśmy, wypytywaliśmy się o życie. W którymś momencie wyszło, że jest w ciąży. Zasmuciłem się. Nie z powodu dziecka per se, ale dlatego, że oznaczało to, że kogoś ma. Choć po cichu liczyłem, że to ciąża przypadkowa. W którymś momencie temat zszedł na życie miłosne i okazało się, że nie ma nikogo, rozstała się z ojcem dziecka. Ufff... 
Poszliśmy jeszcze do kawiarni. Usiedliśmy. Nie mogłem przestać choć na chwilę chlonac jej wzrokiem, uszami i intelektem. Czułem do niej ogromny pociąg. Nie tylko z powodu urody, ale podobała mi się jej niezależność, energia, moc, jak również wesołość, szczerość.
W pewnym momencie zaczęliśmy iść do jej domu. Ciągle nie byłem pewny, co to oznacza, ale w pewnym momencie powiedziała coś, z czego wynikało, że dopiero rano stamtąd pójdę. Była pewna siebie, ale też lekko nieśmiała, prowadząc mnie do domu. Podobnie jak ja. Poczułem bardzo mocno, że zakocham się w niej na 100 procent. To nie ten przypadek, że trochę świadomie i na siłę znajdujemy w poznanej dziewczynie zalety, żeby jakoś się zmobilizować, żeby coś poczuć, ale raczej na odwrót: kiedy czujemy taki pociąg i magnetyzm, że próbujemy uruchomić rozsądek i zmusić się, żeby zobaczyć, co jest nie tak. Ale to i tak nie ma sensu, bo nawet jeśli coś by było "nie tak", to i tak mielibyśmy to zupełnie gdzieś. 

Wednesday, 12 January 2022

Jest w pytę

Dałem sobie dziś spokój z wystawianiem obrazów, skupiłem się na muzyce. Zrobiłem plakat na piątkowy koncert online, ćwiczyłem stare kawałki, bo trochę zardzewiałem, zrobiłem coś nowego, w piątek będzie debiut na żywo. W cholerę ludzi się zapowiedziało. Przygotowałem też zrzutkę, może uzbiera się na mechanika. Dziś dostałem wycenę, brakuje mi 500, ale mechanik, kochany Garik z Armenii powiedział, że resztę mogę dosłać, jak będę miał. Dlatego lubię Wschód. Polak by tak nie zrobił. 
Odezwał się koleś ze Szczecina, organizuje koncerty w społecznym centrum kultury, zwracają za dojazd, dają nocleg, jedzenie i parę groszy. Może zagram tam w kwietniu. W ogóle postanowiłem nie odmawiać już koncertów, nie peszyć się, brać wszystko, na co mnie zapraszają. To oznacza kontakty, przyjaźnie, przygodę. Będę miał wyjebane na ego, biorę ukulele i  brzdękam, jak umiem:)
Tak że dobry dzień. 
Jutro kolega zaprasza mnie na wycieczkę po górach i obiad w karczmie, z chęcią się wyrwę. Wieczorem zrobię sobie jeszcze próbę na pojutrze. I kupię jakieś wino na koncert, albo dwa. 
Wczoraj skończyłem autobiografię Stasiuka i wziąłem się za wywiad z nim (Życie to jednak strata jest). Fuck, ale go uwielbiam. Nie zgadzam się w wielu sprawach, mam inne podejście do spraw społecznych, duchowości, Polski, ale uwielbiam to, że jest człowiekiem z krwi i kości, a nie jakimś inteligencikiem. Już wiem, że przeczytam wszystko.
A tak w ogóle czuję się wolny. Wisiałem na M. długo, ale kontakt z tą dziewczyną w weekend mocno mnie podleczył. Może ją się po prostu miałem zniechęcić do kobiet w ogóle? ;) W każdym razie działa, jestem szczęśliwszy, spokojniejszy i bezpotrzebowy.

Tuesday, 11 January 2022

Jak smakują ziemniaki

Stasiuk to jest dla mnie wytchnienie. Chciałoby się pisać tak jak on. Z dystansem, bez tych wynurzeń, nie pisać o uczuciach, ale o faktach, wpierdolić gdzieś dialog, czym śmierdział koleś z którym się piło wódkę, jak smakują ziemniaki.

Ostatnie dwa posty usunąłem z bloga. Takie ecie pecie, o randce, nadziejach. Niby nie lubię się cenzurować, ale głupio tak, kiedy po słodziakowaniu okazuje się, że laska ma nierówno pod sufitem i znienacka poznaję opinie na temat miniaturowych części mojej anatomii, że inni byli lepsi i że mam wypierdalać. Nie będę się żalił, że mam pecha, ot proza życia, wielu ludzi w tym oceanie tonie, albo już się utopiło, tylko jeszcze chodzą, jedzą, oddychają, wydają dźwięki. No mi się to nie przytrafi. A przynajmniej dopóki będę czytał Stasiuka i miał dystans do siebie i tych wszystkich rozkmin. Nie zatonę. A jeśli już, to na pewno nie będę dalej chodził, dychał i wkurwiał ludzi (choć na to akurat mam wyjebane). 

Kolega, którego niedawno poznałem, namawia, żebym przyjechał do Szwajcarii. Jakąś fuchę mi tam załatwił, miejsce do spania, stawia paliwo i udostępnia cały barek win i czeskich wódek. Pojadę. Już nawet nie dla tej fuchy, ale żeby się wyrwać z tej zapyziałej wiochy. Drut będę miał jeszcze w palcu, ale chyba nic się nie stanie, jeśli wyciągnę go 3 tygodnie później.

Coś mi się tam śniło dzisiaj, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. Rano pamiętałem, ale odzwyczaiłem się od zapisywania. Będę musiał się trochę przyłożyć, bo te odjechane sny, to fajny materiał.

Zacząłem na wieczór drugą butelkę wina. Psychiatra mi powiedział, że jeszcze nie jestem alkoholikiem, że mam dopiero żółte światło. Na żółtym jeszcze można jechać, nic nie dupnie. Dopiero na czerwonym trzeba się zatrzymać.

Kurde, nie da się ukryć, że odrobina cynizmu ma jednak wyzwalający wpływ. Z chęcią jeszcze poeksperymentuję w tym kierunku. A co z babami i tęsknotą za miłością? Dam sobie na razie spokój. Szukanie miłości to jakiś oksymoron. Z popędem można sobie dać radę samemu. A reszta sama przyjdzie, jeśli ma przyjść. Na razie zresztą nie mam ochoty. Wolę czytać, podróżować, pić wino, malować, nie myć się, nie przystrzygać brody, jeść ziemniaki podsmażane na oleju, oglądać serial w łóżku, gadać do siebie, włączyć w telewizji kanał z disco polo (trochę dla beki, a trochę bo to jednak fascynujące jest). 

W piątek mam odebrać samochód od mechanika. Braknie parę stów, jestem spłukany. Jeśli jutro i pojutrze nic z mojej sztuki nie zejdzie, będę musiał pożyczyć. Na obiad zrobię zupę z soczewicy i ryż. O pojutrzejszym posiłku pomyślę jutro. 

Saturday, 1 January 2022

1 stycznia

Pierwszy stycznia 2022 roku. Wczoraj zasnąłem około dwudziestej drugiej. Obolały, dopiero co wyszedłem ze szpitala. Godzinę po operacji jechałem już swoim vanem. Starałem się nie urazić palca, z którego wystaje drut. Zagięty na końcu. Zrobiłem wpisa na FB, jakżeby nie. Dziesiątki ludzi zareagowało, serduszka, lajki, piłem wino. Żeby się pocieszyć, mówiłem sobie: o, pierwszy Sylwester od 4 lat bez wojen, zarzutów, karania ciszą, awantur, spania na mrozie... 
Dziś od rana zacząłem malować, na czerwono, jak czasami Chagall mój ukochany robił, nie skończyłem, jutro powinienem uchwycić objęcie, miłość, jedność. Ze Spotify ambient chill out. Kolejny dzień w mroźnej pustce wszechświata, czas umyka, łapię ostatnie szanse, marzenia, wierzę w reinkarnację, ale mam z tym problem: nic się nie pamięta. Mimo to chcę wierzyć w sens.
Nowy rok. Chciałbym uwierzyć, że jeszcze w tym roku uda się znaleźć przystań, miłość, spokój. Jeśli ktoś nie uwierzy we mnie, to choć będę próbował, to ja sam nie uwierzę. Uznam się za ducha, bez treści, mocy, esencji. Ot, taki duszek, chudy, z piwnym brzuchem, siwym włosem, ambicjami, rozczarowaniami, za które najbardziej winię siebie, brakiem wiary w Boga, w ludzi.
Loneliness.