Powolny dzień. Problem z brakiem kasy, nie jest ilość rzeczy, jakie sobie można kupić, ale po prostu wolność. Chciałbym spędzić weekend na jakiejś podróży, pojechać że sto, dwieście kilometrów, zatrzymać się w hoteliku, połazić po mieście, które dla kogoś jest nudnym więzieniem, utknieciem, a dla mnie czymś ciekawym, to uczucie, które tylko włóczędzy znają - obserwowanie z boku, połączenie, jedność w zrozumieniu, że wszyscy jesteśmy tacy sami i wolność, bo nic nas gdzieś nie wiąże, jesteśmy tylko gośćmi. Tym jest dla mnie kasa.
No a że jej nie ma, to dzień w domu. Mógłbym pójść gdzieś połazić, ale nie chce mi się. Znam to miejsce od czasów, kiedy byłem małym dzieckiem. Jest dla mnie zupełną pustką. Czytam czasem w książkach, jak bohater opisuje silne uczucie związane z jego miejscem narodzin, rodzina, przyjaciółmi z dzieciństwa. Fascynuje mnie to. Zupełnie obce mi uczucie. Moimi przyjaciółmi i rodziną były książki. Verne, Lem, Zajdel, Pan Kleks, Tolkien, Asimov, Hugo, Dickens, Strugaccy, Pan Samochodzik... No i przez kilkanaście lat Tania, która już jest w innym życiu. Poza tym wewnętrznym światem, literaturą, rzeczy są pustką. Nudą, trywialnością, głupotą. Zdaję sobie sprawę, że to kwestia psychologiczna, że to tylko moje subiektywne spojrzenie na pewien odcinek rzeczywistości, w pewnym ograniczonym urywku czasu (czas zawieszenia, samotności, rewaluacji). Ale to nie ma znaczenia. Każdy z nas jest Wszechświatem. I choć szukamy połączenia, to te nasze wszechświaty siłą rzeczy są trochę soliptyczne (czy solipsystyczne).
Takie przemyślenia weekendowe. Po prostu zupełny brak połączenia.
Malowalem dzisiaj. Zacząłem nowy obraz na jednej z tych długich, ciężkich desek, których jeszcze kilka mi zostało z zamówienia aniołów w lecie. Kolory pastelowe, złocisto brązowe. Księżyc, gwiazdy, chmury, fruwający dom wyrwany z korzeniami, most, drzewo, wisielec, upiory, człowiek skulony pod mostem, dwójka ludzi spadająca z parasolami. Taki mój typowy kolaż nadziei, koszmarów, głębi i niegłębi, tęsknot, fruwania...
W poniedziałek pierwsza sesja terapii. Z powodu Covida niestety przez telefon. Szkoda, wolę jednak osobisty kontakt. We wtorek spotkanie z klientem w Cieszynie. W środę wyciąganie drutu z palca, a w czwartek wyjazd do Szwajcarii (na to najbardziej się cieszę). Nie byłoby mnie stać, ale kumpel wysyła kasę na paliwo i winiety.
Zacząłem dziś oglądać dwa filmy, żadnego nie doogladalem. Skończyłem książkę-wywiad że Stasiukiem. Później próbowałem jego sztuki (Las i Noc), ale nie dałem rady. Po pierwsze nie lubię czytać sztuk, sztuki się ogląda na scenie. Po drugie jakieś to było za dalekie, za abstrakcyjne, czyli odwrotność tego, co cenię u Stasiuka, czyli surowe zbliżenie, życie na wyciągnięcie ręki. Jak będę miał parę groszy, kupię pozostałe z jego powieści.
Hmm, chyba wszystko wygadałem o tej sobocie.
Lista bez sensu, bo przecież w chuj już napisałem:
1. Ugotowałem cały gar kitri (indyjska potrawka z soczewicy, ryżu i warzyw), będzie jeszcze na jutro.
2. Myszka od kilku dni hałasuje i nie chce wpaść w żywołapkę. No ale może nie uśmiecha się jej suchy kawałek chleba, który tam włożyłem. Kiedy dwa tygodnie temu dałem tam cheddar, to od razu się złapała. No ale teraz to sam bym cheddara zjadł.
3. Staję się chyba niechcący mizantropem i dziwakiem. A za miesiąc stuknie mi 46 lat. Fuck... Przeleciało za szybko.
4. Ktoś na fejsie w komentarzu użył nazwy mojego bloga. Może miał to być miły gest, nie wiem. Ale nie rób tego więcej. Fejs, a to miejsce, to dwie różne sprawy. To moja prywatna przestrzeń, o której mało kto wie. Chciałaś być miła, rozumiem, ale jednak nie, nie lubię tego.