Tuesday, 30 December 2025

Wspólna Kruchość

 

Trzeci dzień we Wro. Z nikim się nie spotkałem nigdzie nie wyszedłem, tyle co do pracowni. Większość czasu zajęło mi robienie zina, część kreatywna, a bardziej część techniczna, przy której czasami chciałem wyrywać sobie włosy:) Spiracone programy rozpadające się w pył, składanie tekstów, edycja kolaży, kalkulowanie rozkładu stron do druku, etc. A ostatecznie nawet nie wiem, czy to jest fajne. Tak jest, jak się za długo i za intensywnie nad czymś siedzi.

Ogromna samotność. Dzisiaj kilka razy się rozpłakałem z tego. Przez trzy dni nie zamieniłem z nikim ani słowa. To już kolejne zakończenie roku w takim odłączeniu. Martwię się, czy coś jest nie tak ze mną, że nie mam bliskich relacji. W święta i przed Sylwestrem bardziej to odczuwam. Wszyscy ze swoimi przyjaciółmi, partnerkami, bliskimi, a ja siedzę na parkingu nad Odrą sam we Włóczędze, robię zina o przynależności, społeczności i otwieraniu się do ludzi. Trochę to smutne, a trochę urocze. Ale bardziej smutne.

Coś bym wymyślił, jakiś wyjazd, czy imprezę, ale jestem zupełnie spłukany. 

Sunday, 28 December 2025

Back home

 Już Wrocław. Przyjechałem wczoraj pod wieczór. Zaparkowałem na moim ulubionym parkingu nad Odrą i zaraz na wstępie wdepnąłem w psie gówno:)

Wczorajszy wywiad w Bielsku wyszedł moim zdaniem świetnie. Atmosfera była przyjacielska, luźna, żartowaliśmy, poruszaliśmy tematy poważne, ale też śmieszne, był flow. To jest naprawdę moja nisza i mam nadzieję, że ten projekt zostanie ze mną na dłużej.

Dziś rano zedytowałem materiał, dołożyłem muzykę i drugi odcinek Nagrywania w Vanie jest gotowy. Poprawiłem też trochę jingla, muzyka była za cicho w porównaniu z głosem.

Resztę dnia spędziłem na przygotowywaniu materiału do pierwszego zina. Temat to vulnerability czyli Wspólna Kruchość (spodobał mi się ten przekład). Napisałem większość tekstu, zrobiłem kilka kolaży, jutro będę kończył graficzną część i będę mógł się wziąć za składanie. W środku tego pierwszego zina będzie mała "kieszonka", w której schowa się mini-zin "13 miejsc, w których płakałem w 2025 roku". Taki odsłaniający się zestaw:) No a później poważniejszy zin - mój przekład dwóch esejow Adrienne Maree Brown - "Nie scancelujemy się" oraz "Myśli, których się boję". Chcielbym, żeby wszystkie trzy wyszły razem. To będzie mocna inauguracja Czułego Anarchizmu Press.

No i tak przeleciał pierwszy dzień po powrocie. Trochę mam satysfakcję, ale też czuję samotność. W którymś momencie gałąź uderzyła o dach vana, a ja pomyślałem, że ktoś puka. Dopiero w tym momencie poczułem, jak bardzo brakuje mi bliskich ludzi. Takich, którzy po prostu by przyleźli, żeby ze mną pobyć, pogadać.

Wczoraj nie spotkałem się z A. Zadzwoniła wieczorem, żebym wpadł do niej na noc, ale już się zakocykowałem, nie miałem energii. Zresztą opiła się na smutno, a ja nie czułem klimatu. Rozczarowana zadzwoniła do swojego kochanka, żeby zjawił się na noc. No a dziś rano poskarżyła się, że złapała anginę. 

Friday, 26 December 2025

Czuły Anarchizm Press

 

Ostatni dzień na wsi. Jutro ruszam w drogę powrotną. Najpierw odwiedzę Bielsko, umówiłem się z ludźmi z Przestrzeni Wolności, żeby nagrać pogaduchy do audycji, będę miał drugi odcinek gotowy. Lubię ich entuzjastycznyny, niewinny klimat.


A stamtąd już Wro. Zaprosiła mnie A., może odwiedzę ją po drodze, pogadamy, pogramy w karty. Polubiłem ją. Jest chaotyczna i impulsywna, ale ma dobre serce i dużo rozumie. Czuję się przy niej swobodnie.


I co z resztą roku? Nie mam planów, ani na te kilka dni, ani na Sylwestra. Może coś się wykluje, ale nie mam parcia. Pojawił mi się w głowie nowy projekt artystyczno-literacko-publicystyczny: chcę zacząć robić ziny. Od kilku dni studiuję Indesigna, żeby mieć jakieś narzędzia do składania, spisuję pomysły. Więc będę miał zajęcie. Moje wydawnictwo nazwałem Czuły Anarchizm Press - CzAPa ("a" nic nie oznacza, ale pasowało mi do akronimu xd). Będę dotykał tematów wewnętrznych-społecznych, psychologicznych, osobistych. Już się nie mogę doczekać:) Nie wiem, czy znajdą się nabywcy, ale o Rebel Boxach też tak myślałem, a okazały się sukcesem.


Tak że kolejna nisza, na którą się rzucam z entuzjazmem. Trzy projekty, które zacząłem przed końcem roku:
- Rebel Boxy
- Nagrywanie w Vanie
- Czuły Anarchizm Press


Lubię to w sobie:) Pomysły nigdy się nie kończą i jedyne co żałuję, to że nie jestem młodszy, żeby mieć więcej czasu na to wszystko. 

Wednesday, 24 December 2025

Święta i harmonia

Dobrze mi robi pobyt w domu. Po tamtym ostatnim strasznym dniu, zaczęło robić się lżej. Najbardziej poczułem ubieranie choinki. Nie wiem, co w tym jest, ale bardzo mnie wycisza, wszystko się uspokaja, czuję ciepło w sercu.

Następnego dnia spędziliśmy cały wieczór na planszówkach. A dzisiaj przed Wigilią wziąłem pół grama Golden Teacherów, co okazało się bardzo dobrym pomysłem:) Lubię grzyby, mam odczucie, że nie zniekształcają świadomości, ale sprawiają, że widzi się więcej, harnonijniej, piękniej, spokojniej. Przy kolacji i później pod choinką przy rozdawaniu prezentów, obserwowałem wymiany miłości. Dużo nas tu jest. Jestem wdzięczny za swoją rodzinę. 

Sunday, 21 December 2025

Dzisiaj ciemność (i List pisany dynamitem)

Nikt prawie nie czyta tego bloga (oprócz Ciebie, Adam:), więc mogę napierdalać szczerze.

Jestem strasznie zmęczony. To jak czuję się dzisiaj, to praktycznie powrót do stanów z przełomu wiosny/lata. Myśli rezygnacyjne i...

Przyjechałem do swojej wioski na Święta. Kuba napalił mi w kominku, ale zanim się rozgrzeją mury, to minie trochę czasu, więc dzisiaj zostaję na noc we Włóczędze.
Posiedziałem na chwilę z mamą, pokazała mi nowe panele na ścianę i jak ktoś tam odnowił pięknie piec w kuchni. I jeszcze nową lampkę nocną koło łóżka i termofor w kształcie pieska.
Zrobiłem sobie kanapkę z serem i pomidorem, mama zalała barszczyk w proszku i poczęstowała krokietem z pieczarkami.


Nie dałem rady posiedzieć długo. Ciemność rozlewa się dziś we mnie od rana. Najgorzej było w trasie, pod koniec, kiedy zaszło słońce. Przełączałem prawie każdą piosenkę na Spotify, szukajac czegoś, co rozproszyłoby mrok, ale bez skutku. Nie wiem, jak to się stało, ale niechcący zjechałem z trasy i przez pół godziny błąkałem się po jakichś wioskach, nawigacja odmówiła współpracy, więc musiałem szukać drogi na oko. Jakoś się udało. Ale i tak mam wrażenie, że całą drogę z Wrocławia byłem w jakimś półśnie. W ogóle nie pamiętam momentu zjazdu z ekspresówki.


Teraz siedzę u siebie. Nie włączyłem nawet muzyki do pisania. I'm raw dogging it. Lęk, niepokój, poczucie samotności i izolacji. Nie chcę, żeby ktoś widział mnie w tym stanie. Za jakieś dwie godziny przyjeżdża z Krakowa siostra z rodziną, myślę, że dam rady z kwadrans pobyć z nimi. Spróbuję się nawet uśmiechnąć. Nie chcę, żeby się martwili. I tak zrobiłem błąd, że powiedziałem jej ostatnio, jak była we Wro, że miałem Próbę w lecie. Niepotrzebnie.


Próbuję intelektualnie zrozumieć, skąd taki regres. Podejrzewam, że to kontakt z Z. Kilka wymian na grupie w sprawie używania sprzętu radiowego. Przedwczoraj to zimne, bezsłowne spotkanie na ulicy, a wczoraj przy jednym stole na wigilijce dla aktywistów.


Usiadłem z grupką outsajderów, ludzi, którzy z jakiegoś powodu trzymają się na uboczu środowiska: z Eryk, Anabel i Nitka. Każde z nas wzięło Xanax (Anabel pregabalinę), żeby jakoś przetrwać. Po kolacji szybko się zwinąłem, wsiadłem na rower, wróciłem do Włóczęgi i korzystając, że byłem na lekach uspakajających, spróbowałem szybko zasnąć, ale się nie udało.


Ale to nie tylko Z. Ciężar ostatnich miesięcy jest ze mną cały czas. Jestem osobą wrażliwą, czułą, potrzebującą akceptacji, uczucia, przyjaźni, a zamiast tego muszę większość czasu być silny, niezależny, niedotknięty społeczną atmosferą wokół mnie. A jak mam być niedotknięty? Wszyscy chcemy być widziani takimi, jakimi jesteśmy naprawdę.


A nawet te przychylne relacje nie są tak głębokie, jakbym chciał.
Wiem, że to przejściowe. Mam ostatnio więcej dobrych momentów i rzeczy wyglądają jaśniej. No ale dzisiaj jest tak. 

Nagrałem ostatnio piosenkę: List pisany dynamitem

 

Saturday, 20 December 2025

173737sjdjx99

Siedzę w Kali, czytam "1491 - Ameryka przed Kolumbem".

Senny nastrój. Pogadaliśmy chwilę z Paszą. Później przyszedł jakiś naćpany koleś, który bardzo chciał rozmawiać, więc schowałem się do loży. Kiedy spróbował się dosiąść, powiedziałem, że nie chce mi się z nim gadać i sobie poszedł. 

Może podjadę do Kasi na Marinę Kleczków, ciągle trwa jarmark świąteczny. 

Wczoraj spotkałem się z dziewczynami z HGW, pojawił się też Eryk. Trochę nie miałem nastroju, prawie (albo wiecej niż prawie) pokłóciłem się z Dorotą. Później część osób poszła do Czułej, a ja wziąłem ubera do siebie. 

Wczoraj w drodze na tramwaj natknąłem się na Z. Przeszliśmy obok siebie, popatrzyliśmy zimno, bez słowa i tyle. 

W poniedziałek albo wtorek jadę do siebie w góry. Pewnie wrócę jakoś przed Sylwestrem.





 

Tuesday, 16 December 2025

Wybaczysz mi?

Za oknem Włóczęgi jeszcze ciemno. Grzejnik przyjemnie dmucha.

Śniłem dzisiaj o Z. Ale nie tak jak ostatnio, nie z lękiem, z żalem, z poranieniem.

Była jakaś duża impreza. Z. siedziała na fotelu, ładnie ubrana, wymalowana, dumna, wyglądała pięknie. Podszedłem i powiedziałem, że ciągle mam serce pełne uczuć do niej, ale wiem, że nie może mi dać tego, co potrzebuję.

Jej rysy twarzy zmiękły i nagle zaczęła płakać. Pierwszy raz od zerwania popatrzyła na mnie bez zimna, obojętności i wyniosłości. Poczułem ogromną ulgę. Jakby świat wrócił na normalne tory, jakby skończył się zły sen.

Odszedłem pełny zarówno ulgi i miłości, jak i żalu, że mimo wszystko i tak nasz związek się skończył.

Ale ona poszła za mną i zaczęliśmy rozmawiać. Rozmawialiśmy jak dawniej, bez ścian, bez urazy. Dzieliliśmy się najgłębszymi myślami, nawet tymi trudnymi i nie musieliśmy się bać, że wyniknie jakieś nieporozumienie i powstanie konflikt.

W pewnym momencie powiedziała, że musi już jechać, jest gdzieś umówiona z grupą przyjaciół. Zrobiło mi się smutno, bo w czasie rozmowy zacząłem mieć nadzieję, że znów będziemy razem.

- A chciałbyś po mnie przyjechać później? - spytała.

- Odebrać cię z imprezy?

- Tak... Obiecałam wszystkim, muszę tam być. Ale chciałabym później wrócić do naszej rozmowy, do ciebie.

- Dobrze.

Tutaj się obudziłem. Poleżałem przez chwilę, zanurzony w uczuciach, żalu, wspomnieniu miłości. A kiedy zasnąłem, znowu tam byłem.

Przyjechałem po nią. Była głęboka noc. Wyszła z budynku, uśmiechnięta, szczęśliwa, że mnie widzi. Podbiegła, wtuliła się mocno.

- Jezu ale tęskniłam. Jedźmy do ciebie. Chcę, żebyśmy byli już tylko we dwójkę.

Chciałem jej powiedzieć, że ja też, ale bałem się, że jeśli pokażę jej za dużo uczuć, to znowu odejdzie. Powiedziałem jej to. Wtuliła się jeszcze mocniej.

- Nie, przysięgam. Teraz już będzie dobrze.

Przez chwilę nic nie mówiliśmy.

- Wybaczysz mi? - spytała cicho.


 

Monday, 15 December 2025

Takie tam zwykłości

No więc dostałem zielone światło, jeśli chodzi o audycję. Przeszła przez redakcję Zamku i wszystko ok. Od stycznia dostanę miejsce w ramówce, jeszcze nie wiem, którego dnia, ale wieczorem, tak jak chciałem. Tak że "Nagrywanie w Vanie" leci niedługo do ludzi!

Zrobilem grupę na Signalu, żeby ludzie korzystający z radiostacji mogli się jakoś koordynować. Trochę mnie to kosztowało. Komunikacja z Z. jest dla mnie w chuj trudna, no ale ok, dałem radę. Tylko teraz to odchorowuję zwiększonym anxiety. Nie mogłem też zasnąć. No ale przejdzie. Zresztą jak już wybierzemy miejsce i zrobimy grafik, to tego kontaktu nie trzeba będzie mieć w ogóle. Ta osoba budzi we mnie niepokój i lęk. Chyba z nikim tak nie miałem wcześniej, nawet z Moniką.

Usiadłem dzisiaj dla odmiany w Vedze na rynku. W Kali barmanuje Kacper, a z nim nie mam wajbu (ani zniżek;). A tu w Vedze na piętrze jest przytulnie, a herbata kosztuje 10 zeta, więc nie jest źle. Może częściej tu będę wpadał? Pracuje tutaj fajna barmanka. Widziałem ją gdzieś ostatnio na mieście, nie pamiętam gdzie, ale zwróciła wtedy moją uwagę. Pomyślałem, że ma coś w sobie. No a dzisiaj zobaczyłem ją za barem. Wrocław jest taki mały, czy w każdym dużym mieście po dłuższym czasie ludzie zaczynają wpadać na siebie?

Po terapii może przyjdzie Alisa na kawę, powymieniamy się ploteczkami.

Więcej planów nie posiadam. Wczoraj skończyłem kolejne Rebel Boxy, sprzedały się prawie wszystkie, więc mam parę groszy na życie. Kupiłem sobie papierosa elektronicznego, bo ostatniego zgubiłem, a na zwykle fajki nie mogę już patrzeć. Zamówiłem nową nerkę od Maruny, w mojej ukochanej zepsuł się zamek. No a u niej jest tak fajnie, że jeśli odeślesz swoją starą, to następną dostajesz za pół ceny. To będzie moja trzecia. Pierwszą dostałem na prezent od Marty, w środku naszego honeymoon. Może dlatego jestem tak do niej przywiązany?:)

Saturday, 13 December 2025

Wieczorne flirty przy grzańcu

Wieczorny dopisek

Uff, na szczęście weltschmertz minął:) Napisała Kasia, żebym wpadł na jarmark świąteczny na Marinie Kleczków, gdzie siedzi z czapkami. Kupiła mi wegańskie szaszłyki i pożyczyła dwie stówy. Bardzo to było miłe i urocze z jej strony. Posiedzieliśmy chwilę, ale głównie spędziłem czas z Dorotą. Dżizas, ale nam kliknęło z tą dziewczyną. Rozmawialiśmy trochę na poważnie, ale też poczucie humoru mamy podobne, żarty nam fajnie płynęły. Powiedziałem jej, że mam wrażenie, jakbym spotkał siebie, tylko ładniejszego.

- Ja mam dokładnie to samo wrażenie - powiedziała ze śmiechem.

- Tak w ogóle to mam ogromnego crasha na ciebie - dodałem w tym samym, żartobliwym (ale nie do końca) nastroju. 

Zasłoniła twarz dłońmi, zaśmiała się zawstydzona, ale widziałem, że była zadowolona z komplementu.

- Mi się zawsze podobali wysocy i chudzi chłopacy... 

No ale nie zarywam do niej na poważnie, wiem że jest w fajnym związku. Ona zresztą też podchodzi do tego na luzie. Po prostu pozwoliliśmy sobie na niewinny flirt. 

Potrzebowałem tego. Żeby po prostu poczuć to połączenie, o którego braku pisałem w poprzednim poście.

Wreszcie pożegnałem się z dziewczynami, opuściłem kolorowy, głośny jarmark i popiratowałem rowerem przez nocny, mroźny Wrocław. 



 

Pognieciona torebka po pączku z różą

 

Mam potrzebę pisania, ułożenia sobie myśli i uczuć. Mam trudny dzień. Czuję ogromną samotność i oddzielenie od ludzi. Siedzę w Kali i zerkam smutno na grupki przyjaciół i pary rozmawiające, uśmiechające się. Barman włączył jakąś skandynawską dziwną muzykę, pasuje. 

Rano pojechałem rowerem na Fooda do Irka, pomogłem w obieraniu warzyw, pogadałem z Anabel. Ale nie zostałem do końca. Czasami bycie w towarzystwie ludzi sprawia, że jest mi jeszcze samotniej.

Ja ogólnie, całe życie czułem się trochę z boku, nie pasująco. Przerywnikiem takiego odczuwania świata była dla mnie miłość. 

Ale po ostatnich wydarzeniach odczuwam to silniej. Rozgrywa się to we mnie w taki sposób, że kiedy ją spotkałem, to otworzyłem serce na oścież, chyba mocniej niż kiedykolwiek. Miałem wrażenie, że spotkałem kogoś zupełnie, w stu procentach właściwego, mojego człowieka. I kiedy okazało się, że to nie było prawdziwe, to coś we mnie się mocno uszkodziło. Trywialność tej sytuacji, brutalność rzeczywistości, wstrząsnęły mną do samego rdzenia. Nie wiem, czy brak mi słów, żeby to opisać, czy po prostu nie chcę, bo to jest ciągle żywe. Nie tak bardzo jak w lecie, kiedy na poważnie rozważałem samobójstwo, ale jednak siedzi we mnie. To, co się wydarzyło, zwiększyło jeszcze przepaść między mną, a resztą ludzi.

No i staram się teraz zbudować jakiś most. Czasami udaje mi się na chwilę, kiedy spotkam się z kimś zaprzyjaźnionym, żeby pogadać, albo pograć w karty, czasami mam to na scenie. Dlatego lubię grać koncerty. Ale jednak to poczucie oddzielenia nie znika.

Nie potrafię tego za bardzo wyjaśnić nawet ludziom, z którymi jestem blisko. Wiedzą, że miałem ciężkie zerwanie, że przeżyłem wykluczenie społeczne, ale chyba nie chcę opisywać im tego głębiej.

Taki mam dzisiaj dzień. Wiem, że minie. Tylko teraz muszę w tym pobyć.

Tęsknię za przynależnością do drugiej osoby. Za zrozumieniem, akceptacją i po prostu byciem z kimś w taki swojski, zwykły sposób. Jednocześnie na myśl o otworzeniu się znowu przed kimś, całe moje ciało się napina, czuję lęk. 

Zielona herbata zaparza się w imbryku. Na stole leży tomik opowiadań Kinga i pognieciona torebka po pączku z różą. 

Thursday, 11 December 2025

Plot twist i radio

Ciekawie rozwijają się sprawy:)
Plot twist na koniec roku.


No więc wspomniałem, że być może będę miał swoją audycję w pewnym radiu (Radio Zamek Nadaje). Wydaje się, ze jest duża szansa, że to przejdzie, będę wiedział po weekendzie. W sobotę Pastor ma puścić moj odcinek pilotażowy w trakcie swojej audycji.

Gadałem dzisiaj z nim i okazuje się, że radio będzie otwierało swoją placówkę we Wro. Zaproponował, żebym pomógł to rozkręcić. Oprócz mnie, mieszka tutaj też Julia z Hanią, które też mają tam swoją audycję oraz... Z., dziewczyny też będą mieć swój blok anarchistyczny na antenie. Więc jakoś tak się wydarza, że nas połączył los, hihi. Ciekaw jestem jak się to ułoży. Najciekawsze jest to, że nie przytłacza mnie to, ale ekscytuje:) Lubię kiedy życie płynie z energią, wyzwaniami i niespodziankami.
Tak czy inaczej nie musimy mieć dużo do czynienia ze sobą, ale jednak będą nam się krzyżować ścieżki, przy planowaniu grafika, organizowaniu miejsca (bo jeszcze tego nie wiadomo), etc.
Podchodziłem do tego tak, że po prostu będę miał swoją audycję, ale okazuje się, że to będzie coś grubszego - dołączenie do większej rodziny, grubszego projektu, współpracy, spraw organizacyjnych. Jestem bardzo za.
Pastor powiedział, że fajnie byłoby zorganizować mój koncert na Zamku, żeby jakoś poznać się z resztą załogi radiowej.

No ale ok, krok po kroku. Będę wiedział po weekendzie, czy dostanę miejsce w ramówce. Trzymajcie kciuki. 
 

Wednesday, 10 December 2025

Przytulny poranek

Coraz lepsze są te dni. Nawet kiedy budzę się wcześnie, jak dzisiaj, to nie są to już te zimne, szare poranki sprzed kilku tygodni, ale jest mi przytulnie, bezpiecznie.

Zdecydowałem jednak, że nie wynajmę tego pokoju. Byłoby mi bardzo szkoda zostawić mieszkanie we Włóczędze. Trochę jakbym zostawiał za sobą ważny kawałek siebie. Kiedyś przyjdzie na to czas, ale jeszcze nie teraz. Dzisiaj ciągle jestem artystą - anarchistą mieszkającym w metalowej puszce, pokazującym fucka światu. To tak żartobliwie piszę. A tak naprawdę to jest mój dom. Tutaj kochałem się z moimi dwoma miłościami, tutaj zasypiałem, czasami szczęśliwy i podekscytowany, a czasami smutny i samotny, tutaj się chowam, kiedy mam już dosyć ludzi i świata. 

Na dzisiaj nie mam żadnych planów. Pracownia zajęta, więc nie podziałam nic z Rebel Boxami ani z obrazem, który jakiś czas temu zacząłem. Pewnie siądę na chwilę na tekstem, który zacząłem wczoraj tłumaczyć. Adrien Maree Brown "Myśli, których się boję" - o cancel culture w ruchach wolnościowych. Tłumaczę to trochę dla siebie, żeby poukładały się jeszcze bardziej te sprawy, ale też na przyszłość, dla innych ludzi, żeby mieli wsparcie. 

Patrzę na prognozę pogody. 14 stopni i słońce. No to będę się dzisiaj włóczył z rowerem i muzyką. 

Wczoraj powrzucałem wszędzie posty sprzedażowe, ale nie było dużego odzewu. Kilka zachwyconych komentarzy, ale komentarzami się nie najem:) Wpadła stówa na zrzutkę, co oznacza jakieś 2 dni życia. Też fajnie ❤️ No i jeszcze jedna pani ma dosłać zaległą stówę za obraz. 

A teraz zrobię sobie kawy i skręcę papierosa. 


Have a nice day, guys 




 

Monday, 8 December 2025

Nagrywanie w vanie

 

Wczoraj wieczorem jednak zmobilizowałem się i nagrałem pierwszy odcinek swojej audycji. Tytuł to "Nagrywanie w vanie". Zeszło mi kilka godzin, łącznie z postprodukcją. Musiałem powycinać, wszystkie "eeee", "yyyy" - nie zdawałem sobie sprawy, że aż tyle tego się wrzuca do swoich monologów:) Jestem zadowolony z efektu końcowego. Mam miły, głęboki głos, gadałem szczerze, z serca, z zapałem, wrzuciłem też kilka kawałków muzycznych. Wysłałem gotowy odcinek do Zamek Nadaje i czekam teraz, co powiedzą. Mam nadzieję, że dostanę to miejsce w ramówce. Takie cotygodniowe zobowiązanie  dałoby mi fajny cel, zmobilizowałoby mnie do głębszego wchodzenia w tematy bliskie mojemu sercu. No i lubię dzielić się z ludźmi:)

Później podziałałem w pracowni z nowymi Rebel Boxami, żeby coś przed świętami jeszcze stworzyć.

Odezwała się Kasia, czy nie pojechałbym z nią wymienić opon. Dopiero od niedawna ma prawko i się jeszcze stresuje. No ale okazało się, że przez miesiąc nie odpalała auta, więc akumulator padł, przełożyliśmy więc na kiedy indziej.

Po południu odwiedziłem Zagatkę. Zwalnia pokój w swoim shared housie i zastanawiam się, czy go nie przejąć. Waham się mocno. Z jednej strony miło byłoby pomieszkać trochę pod dachem, z ludźmi. Z drugiej strony vanlajf to trochę nałóg. Mam swój kąt, nie muszę się martwić czynszem, innymi ludźmi. Przyzwyczaiłem się do mojej ciasnej kapsuły kosmicznej:) No i tutaj jestem praktycznie w samym centrum, a tam trochę zadupie. No ale zmiany... Zmiany są dobre, odświeżają, odgracają duszę. 

Aaaa, nie wiem!:)

Sunday, 7 December 2025

Wernisaż, Food Not Bombs, zmiany nastrojów

Dobre były te ostatnie dni.
Po tamtym wtorkowym paskudnym spotkaniu Federacji, na którym oczekiwałem rozmowy, komunikacji i rozwiązań, a natknąłem się na twardą ścianę i wrogość, na poważnie zacząłem rozważać zmianę miasta, rozpoczęcie gdzieś od zera.
Podzieliłem się tym na terapii w czwartek. Pani Kasia spytała, czy cały Wrocław mnie nienawidzi? Nie, mam tutaj przyjaciół, bliskich. Ludzie, którzy mnie znają, nie odwrócili się. No właśnie, więc zamiast skupiać się na tych pierwszych, lepiej osadzić się w swoich ludziach.
Bardzo to poczułem.

W piątek miałem wernisaż w Kalaczakrze. Rano rozwiesiliśmy obrazy, pięknie się wkomponowały. Wieczorem trochę się martwiłem, bo knajpa była pełna, ale ani śladu przyjaciół. Zrobiło mi się przykro. Ale nagle wszyscy się zeszli, nawet tacy, których się nie spodziewałem. Kiedy przyszedł czas na speech, puścił mnie stres. Opowiedziałem o mojej sztuce, życiu, potrzebie wolności osobistej i społecznej. Goście słuchali uważnie, później posypały się pytania.
Po przemowie siedliśmy wspólnie - rozmowy, wino, radość.
To był piątek.

W sobotę rano poszedłem pomóc przy Food Not Bombs. Irek namawiał mnie już od dłuższego czasu, no i wreszcie się zebrałem. Ugotowaliśmy gar zupy, kompot, surówkę, mieliśmy też sporo ubrań zimowych i kosmetyków. Wszystko to rozdaliśmy potrzebującym na Dworcu Nadodrze.
Wróciłem do siebie szczęśliwy, spokojny, z poczuciem, że się przydałem, że zrobiłem coś dobrego.

No ale ostatniej nocy wymęczyły mnie koszmary. Śniła mi się Z., była wstrętna, wyniosła, fałszywa. Obudziłem się w złym humorze. Miałem zaplanowane nagrywanie audycji na dzisiaj, ale dałem sobie spokój, to nie był ten dzień. Założyłem na uszy ostry hiszpański hip hop feministyczny i pojechałem się powłóczyć rowerem. Przypomniałem sobie, że Kasia jest na Marinie Kleczków na stoisku świątecznym ze swoimi czapkami. Pojechałem ją odwiedzić. Postawiła mi obiad (szaszłyki wegańskie), pogadaliśmy.

No ale nastrój się zmienił dopiero, kiedy zacząłem gadać z jej sąsiadką ze stoiska obok. Uwielbiam ludzi, którzy od razu się odsłaniają, otwierają, opowiadają o życiu, nie mają filtrów i ścian. W towarzystwie takich osób czuję się bezpiecznie. Marzy mi się, żeby wszyscy ludzie tacy byli:)
A oprócz tego bardzo mi się spodobała, nie mogłem się napatrzeć xd 
Przypominała Polę Raksę, moją pierwszą miłość:) 

No i fajnie było pogadać z kimś starszym (39 lat). Po ostatnich przygodach z młodszymi osobami, to ulga rozmawiać z kimś, kto ma za sobą lata doświadczeń i dojrzałość.
Dwie godziny przeleciały błyskawicznie. Widziałem, że też się jej fajnie ze mną gada.
- Jezu, jaka miła rozmowa. Aż żałuję, że masz chłopaka - powiedziałem pół żartem, zbierając się do wyjścia.
Zaśmiała się.
- Zobaczyłbyś, że na dłuższą metę jest ze mną dużo problemów.
- Może właśnie to mi się w tobie podoba? - też się zaśmiałem. 
Objęła mnie na pożegnanie.
Teraz już siedzę w Kali. Piję grzańca. Zerkam z dumą na ściany ozdobione moimi obrazami.
Humor lepszy:)