Saturday, 26 October 2019

Twoje szepty - Księżycowy Terrorysta



Twoje szepty

1
Czasami wstanę rano,
czasem długo gniję,
czasami się umyję,
a czasem mam to gdzieś.

Gdy smutek puka do drzwi,
to wódki się napiję,
a że on puka często,
to flaszki często brzdęk.

Więc chodź ma ukochana,
co z książek cię stworzyłem,
wyśniona, nierealna,
ja proszę, mocno pieść.

Ty widzisz mnie od środka,
ty mówisz do mnie cześć,
ja sam do siebie mówię.
ty dajesz słowom treść.

2
Ja kiedyś marzeniami
pomalowałem świat,
Bóg zesłał to i tamto,
przeżyłem życia szmat.

Dziś smutek puka do drzwi,
choć po co pukać ma,
już dawno moim kumplem,
jest, niech wchodzi raz dwa.

Więc chodź ma ukochana,
ty nie dostrzegasz dna,
i przytul się do drania
ten drań to właśnie ja.

Wyśniłem cię o świcie,
tuż zanim zniknął świat,
ty mnie uratowałaś,
bo życie to jest żart.

3.
Gdy w nocy demonami
rozdrażni głupi sen,
kołdra rozkopana,
mam dosyć już tych scen.

Ty wchodzisz mi do łóżka,
twych pocałunków tlen
otuli mnie do rana,
odgoni stada hien.

Ja ciebie wyśniłem,
a ty stworzyłaś mnie,
ja jestem mięsem skórą,
a ty boginią w szkle.

Choć wiem że nieprawdziwy
twych pocałunków smak,
to wolę wierzyć w ciebie,
niż w twoich szeptów brak.

Thursday, 24 October 2019

Lista powakacyjna




















1. Bałkany wydają się odległym wspomnieniem. Po powrocie wskoczyłem  w wir pracy. Miałem trochę wydatków: samochód był do remontu, poszło 2000. Musiałem jeszcze kupić drewno do kominka i trochę węgla, więc kolejne wydatki. Dlatego oprócz etatu, sporo weekendów dorabiałem w schronisku. Powoli wychodzę na prostą.

2. Jak praca? Zajęcie redaktora bardzo mi odpowiada. Pisanie artykułów, robienie wywiadów ze sławami, tematy muzyczne, duża niezależność, praca po części z biura, a po części z domu. Nie mogę narzekać. Mam takie dni, że czuję prawdziwą satysfakcję z pracy. Rzadko przytrafiały mi się  w życiu takie wrażenia. No a w niektóre dni, jak dzisiaj, kiedy muszę skupić się na stronie biznesowej, a poza tym osobiście też nie czuję się najlepiej, to w takie dni otwieram sobie butelkę wina i jakoś też idzie robota.

3. Słucham Putamayo "French Cafe". Koją mnie francuskie szansony. Jest w nich pewien smutny, ale i lekki dystans do rzeczywistości. Francuzi smucą się inaczej niż Rosjanie. Mówię w oparciu o literaturę i muzykę, bo osobiście wielu nie spotkałem. Rosjanin smuci się Wszechświatem, a Francuz złamanym Sercem. Rosjanin leczy się wódką i mrokiem, a Francuz winem i kobietami. Rosjanin napisze czterotomową epopeję, a Francuz krótkie opowiadanko egzystencjalne;)

4. Po raz pierwszy od 4 dni wziąłem prysznic. Miałem po prostu kiepski tydzień, nie osądzam się. Ale dzisiaj się zmobilizowałem, napaliłem w piecu, żeby ogrzać wodę w podkowie i zmyłem z siebie kilka dni.

5. Znów wciągnąłem się w Doctora Who. Lubię Time Lorda w każdym z jego wcieleń. Podróże, mocne zasady moralne, dobro zawsze zwycięża, ekstrawagancja, humor, smutek i angielskość. Czego tu nie lubić? (A jak się smuci Anglik? Hmm, musiałbym się zastanowić... Anglik smuci się sam, ukrywa uczucia za chłodną uprzejmością i uważa smutek za niegodny dżentelmena. A kiedy już bardzo, bardzo pogrąży się w smutku, to tworzy imperium, aby światłem cywilizacji oświecić barbarzyńskie ludy.)

6. Kupiłem "Purezento" Joanny Bator i "Opowiadania Bizarne" Tokarczuk. Tylko nie mogę na razie zebrać inspiracji do czytania. Może w weekend wybiorę się gdzieś na wycieczkę, może w góry, a może nad jezioro i wtedy, odcięty od codzienności, pozwolę sobie na zanurzenie w literaturze.

7. Ilustracja niezwiązana z niczym. No, może trochę z pracą:)



Wednesday, 9 October 2019

Bałkany po raz czwarty - część siódma

Bałkany po raz czwarty - część siódma

Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019









19. Pizza i góry w pełni księżyca

(12.09.2019, 6 rano, 1 godzina od Ljubljany, Słowenia)

streszczenie wczorajszego dnia:

   Dojazd na plażę we Włoszech miał nam zająć 40 minut. Po kilku godzinach jazdy, ciągle bez powodzenia szukaliśmy odpowiedniego miejsca. Okazało się, że po wyjechaniu z Chorwacji, zaczęło robić się tylko gorzej. Przed Triestem nie było żadnej plaży, tylko szosa i wąski pasek z dostępem do morza, sam Triest był wielki, brudny, głośny i chaotyczny, odetchnąłem z ulgą, kiedy przejechaliśmy miasto. Za Triestem też nie wyglądało lepiej. Zjechaliśmy do jakiejś kafejki, zamówiliśmy po kawałku ciasta i wyciągnęliśmy mapę. Nasza mapa Bałkanów sięgała do małego cypelka o nazwie Grado – półwyspu połączonego ze stałym lądem mostem. Zauważyliśmy czarne namiociki oznaczające kemping. No to spróbujemy.















   Plaża okazała się okropna. Brzydka, śmierdząca, zamulona, rozległa. Musiałem wejść chyba z pół kilometra w morze, żeby mieć wodę po szyję. M. opalała się przez chwilę, później zbierała muszelki.
   Na szczęście samo miasteczko okazało się bardzo ładne i przyjemne. Tętniło życiem, pełne było ciasnych uliczek, małych sklepików z ciekawostkami, knajpek. Zjedliśmy pizzę (w końcu to Włochy!), połaziliśmy po mieście i około dwudziestej pierwszej wyjechaliśmy w stronę Ljubljany.
   Jadąc w ciemności, ciężko znaleźć miejsce na obóz. Dopiero koło dwudziestej trzeciej zjechaliśmy z głównej drogi i zatrzymaliśmy się na górskiej łące, z widokiem na zalane światłem księżyca góry. Zimno było niemiłosiernie, ubrałem nawet czapkę. Ale jeszcze usiedliśmy opatuleni przy samochodzie i oglądaliśmy góry i księżyc. Bardzo to było przyjemne.
















A dzisiaj:

   Po szalonych snach (coś o jeździe wśród gór, zagubionej drodze, lęku), obudziłem się około piątej rano. M. przez chwilę też była przytomna, zrobiła siku i wróciła do spania, ale ja już byłem całkiem rozbudzony i postanowiłem napisać parę słów.

20. Pożegnania

(14.09.2019, wieczór, Village, Polska)

   Dojechaliśmy do domu. Wczoraj nie dałem rady już nic napisać, a dzisiaj jestem tak zmęczony, że tylko w punktach chociaż streszczę.

Ostatnia lista:

   1. Po wyjeździe z gór, dotarliśmy szybko do Ljubljany. Bałem się, że moje wspomnienia były zbyt barwne i sentymentalne, a w kontakcie z rzeczywistością, pierzchną. Ale nie – kocham to miasto. Czuję z nim jakąś magiczną więź. Jakby żył tam w poprzednim wcieleniu. Niestety nie weszliśmy na wzgórze zamkowe, ani do Tivoli. M. wpadła w nastrój zakupowy, a ja nie chciałem jej zostawić. Kiedy wreszcie doszła do wniosku, że wystarczy, to było już zbyt późno. Trochę żałowałem, ale z drugiej strony fajnie, że mam te ulubione miejsca tylko dla siebie. Wrócę tam jeszcze.





   2. Długa droga na północ. Wreszcie koło 23:00 dotarliśmy na jakiś parking w Chorwacji. Byliśmy tak wykończeni, że padliśmy chyba w minutę.

   3. Dziś cały dzień drogi: Chorwacja, kawałek Słowenii, Węgry, Słowacja. Dotarliśmy do domu około 21:00. Rozpakowaliśmy prezenty. M. trochę podłamana, że kupiła za dużo alkoholu, zamiast pamiątek. Dałem jej na pocieszenie dwie piękne miseczki, które kupiłem w Blagaju w Bośni.



 











4. Challenge Bałkański prawie się udał. Piszę „prawie”, bo wczoraj nic nie narysowałem. Ale naprawię to. Poniżej kubeczek, jaki kupiłem sobie w mojej ukochanej Ljubljanie. To będzie mój ulubiony kubek do herbaty.


















   5. To była... ważna wyprawa (zresztą każda taka dłuższa wędrówka jest dla mnie ważna). Dużo rzeczy znów się dowiedziałem o sobie, o M., zrozumiałem wiele, ale tak na pozytywną nutę: Boże, jak ja lubię Bałkany. Chcę tam wracać całe życie. Mam ciągle w głowie te wszystkie miejsca, ludzi, widoki, drobiazgi, wrażenia. Jest to dla mnie, jak zbieranie skarbów. Cieszę się, że codziennie pisałem i rysowałem. Nic mi nie umknie dzięki temu. Smutno mi jednak, że się skończyło. Bo wiem, że nie tylko podróż dobiegła końca, ale również inne rzeczy.




Thursday, 3 October 2019

Bałkany po raz czwarty - część szósta

Bałkany po raz czwarty - część szósta

Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019




15. Ruiny o kolorze piasku

(08.09.2019, rano, Podstranica, Chorwacja)

   Plażujemy. M. leży obok i się opala. Jej wysmukłe zgrabne ciało wygląda uroczo. Pragnę jej. Jest leniwie, sennie, niby błogo, a niby niepokojąco. Sam nie wiem, co napisać. Dziwny, onirystyczny poranek.
   Za łukiem bioder M. widzę bloki mieszkalne niedalekiego Splitu. Z tej odległości wyglądają jak starożytne ruiny o kolorze piasku. Wieje mocno wiatr, prawie jak nad Bałtykiem. Nieliczni turyści przechadzają się w milczeniu. Uciekł im ostatni pociąg lata, więc błąkają się zagubieni. Czasami jest mi gorąco, a czasami wiatr przejmuje dreszczem. Pływałem przez chwilę.

(południe, Podstranica, Chorwacja)

   M. szykuje się już do drogi: kąpiel, mycie włosów, suszenie. Ja schowałem się w cieniu i brzdękam na ukulele. Dawno tego nie robiłem. Gra mi się całkiem przyjemnie. Myślę, że w przeciągu godziny uda nam się wyjechać. Kierujemy się na północ wzdłuż wybrzeża.

(wieczór, Grebaštica, Chorwacja)

   Obozujemy dziś na dziko. Choć nie do końca. Spytaliśmy gospodarza, czy możemy zaparkować i przespać się w samochodzie na jego ziemi. Zgodził się bez problemu. Więc nie ma co narzekać na wszystkich Chorwatów.
   Byliśmy na spacerze po miasteczku. Bardzo miłe, spokojne, typowo turystyczne, czyli pełne knajpek, pensionatów, plaż. W czasie przechadzki trafiliśmy na miejsce, gdzie pewna rodzina oprócz pensjonatu ma sklepik z własnymi wyrobami. Kupiłem butelkę prošeku (słodkie wzmocnione wino z winogron), a jutro dokupię kilka słoików fig w rakiji, będą fajnym prezentem. Później M. zaprosiła mnie na pizzę, piwo i rakiję. Siedzieliśmy dosyć długo w knajpce, patrząc na morze i przeglądając w sieci informacje o tym miejscu. A później poszliśmy na spacer, już w ciemności. Po dwóch kilometrach doszliśmy do końca plaży. Z jachtu na środku zatoki dobiegał głośny śmiech i lekko bełkotliwe rozmowy po polsku.
   Zaraz nadejdzie sen, już czuję, jak się zbliża. Lubię spać w samochodzie i patrzeć na gwiazdy przez tylną szybę. Myślę trochę o naszej podróży, o nas, o życiu i o nadchodzących dniach: jeszcze jeden wieczór gdzieś na plaży, później Słowenia, Ljubljana, a jeszcze później dom.

   Zerwał się wiatr, a na horyzoncie zobaczyłem błyski. Czekam na kolejną burzę. Lubię spać w samochodzie, kiedy trzaskają pioruny i leje. Jest mi wtedy dobrze i bezpiecznie.  No chyba, że zaraz samochód zostanie porwany przez fale, ale to nam dzisiaj nie grozi: do morza mamy z trzydzieści metrów.

16. Namiętności Istryjskie

(09.09.2019, wieczór, Lovran, Istria, Chorwacja)

   Już wieczór, ale dopiero teraz mam chwilę, żeby napisać kilka słów.
   Dojechaliśmy aż na Istrię. Po drodze do Rijeki nie udało nam się znaleźć żadnego przyjemnego miejsca na obóz. Od Zadaru była pustka: skały, szosa, malutkie, nieturystyczne miejscowości, gdzie  nawet zaparkowanie okazałoby się trudne. Przejechaliśmy ogromną Rijekę i skręciliśmy na Zachód, na półwysep Istria. Po sprawdzeniu kilku wiosek w końcu zdecydowaliśmy się na nocleg w niewielkiej, ale naprawdę nastrojowej miejscowości o nazwie Lovran. Wynajęliśmy mały apartament w samym centrum starego miasta. M. stwierdziła, że flirtowałem z recepcjonistką i się obraziła. Nie pomogły tłumaczenia, że byłem po prostu miły i w ogóle nie byłem zainteresowany tamtą kobietą. Rozeszliśmy się więc każde w swoją stronę.
   Czuję smutek, że tak się to wszystko kończy. Jakoś trywialnie i głupio. Bez poezji. A może jest w tym poezja, ale odkryję ją później?
   A teraz czas na rysunek. Balkan Challenge trwa mimo przeciwności!:) Tylko co wymyślić w takim galimatiasie?



 















   Siedzę w pubie tak na marginesie. Pizza była średnia, obsługa na +3, piwo dobre (San Servolo), rakija bardzo dobra. Mam wrażenie, że rakija w Chorwacji jest słabsza niż w reszcie Bałkanów. Koło 30%, nie więcej. W Czarnogórze trzy kieliszki potrafiły zwalić z nóg, szczególnie w upał. Tutaj wchodzi jak woda.
   Temperatura w ciągu dnia to około 16 stopni. Chyba koniec z plażowaniem.  Jutro Ljubljana. Jeśli znowu rozdzielimy się na mieście, to poszukam Parku Tivoli, gdzie pobłądziłem w zeszłym roku. To było dla mnie magiczne miejsce. Poproszę tam boginię lasu o pokazanie mi nowych ścieżek. Zastanawiam się czasami, jak długo można być zagubionym? Podejrzewam, że to konkretne życie już takie będzie do końca. Ale nie skarżę się. Jestem astronautą. Poznaję obce planety. Zimne, gorące, błękitne, różowe... Nie czuję się tutaj w domu, ale widzę piękno. A pewnego dnia, po tysiącach lat odysei wrócę do domu, usiądę przy kominku i odpocznę. A ile będę miał opowieści!
   Robi się późno. Wrócę zaraz do hotelu. Włączę na chwilę telewizor. Wyciszają mnie te nieznane sprawy, ważne dla nich, a zupełnie błahe dla mnie.

17. Byłoby doskonale, gdyby... 

(10.09.2019, rano, Lovran, Chorwacja)

   Obudziły mnie dzwony kościoła. O piątej zaczęły walić, jak gdyby flotylla piratów dobiła do brzegu. Przez chwilę myślałem, że jestem w domu i nie rozumiałem skąd ten hałas. Zajęło mi dobre kilkanaście sekund, zanim sobie przypomniałem: Chorwacja, Bałkany, kamienne nadmorskie miasteczko, ona, ja.
   Nie miałem ochoty już leżeć. Wyszedłem z kawą i papierosem na zaspaną jak ja uliczkę. Jest tutaj uroczo. Wąski przesmyk między starożytnymi budowlami, seledynowe okiennice, odrapane mury, czerwone zmurszałe dachówki, muszle wiszące na ścianach, skrzek nierozpoznawalnego ptaka.
   Zrobię sobie spacer. Lubię uliczki obcego miasta, zanim obudzą się turyści.

















(około 14:00, Bašanija, Istria, Chorwacja)

   Mała zmiana planów: nie pojechaliśmy jeszcze do Słowenii. Postanowiliśmy spędzić jeszcze jeden dzień na plaży. O poranku zapłaciliśmy za hotel i wyruszyliśmy w poprzek Istrii (ze wschodu na zachód). To była dobra decyzja. Droga wiła się serpentyną przez zielone, piękne i górzyste okolice. Jechaliśmy powoli, spokojnie, ciesząc oczy soczystymi barwami, których tak mało w południowej części Chorwacji.
   W końcu znaleźliśmy wielki (innych tutaj nie ma) kemping nad morzem za 21 euro.
   Samochód już przygotowany (rzeczy przepakowane, śpiwory rozłożone). Siedzimy pod sosnami. Piję wino, M. robi kanapki. Tak planuję spędzić dzień. Do tego książka, dziennik. Nic więcej mi nie brakuje.

***

   Czas snuje się leniwie. Moczyłem się w morzu i smażyłem w słońcu. Obok pięknie i chłodnie leżała M. Większość czasu milczeliśmy. W końcu zostawiłem ją tam i wróciłem na kemping. Poprosiłem sympatyczną, starszą Niemkę w kamperze, żeby włożyła do zamrażalki butelkę wina. Fajnie będzie napić się lodowatego trunku w tym gorącu.
   Jestem na tyle blisko morza, że słyszę, jak fale rozbijają się o skalisty brzeg. Słońce prześwituje spoza gałęzi sosen. Śmiech dziecka. Maszeruje mężczyzna z synkiem i córką. Wszyscy tłuściutcy i poważni. Starsza pani (ta od zamrażalki) czyta z zainteresowaniem książkę. Odrobinę dalej, ale już za horyzontem Włochy. Gdybym miał jeszcze tydzień urlopu i z 300 euro, jechałbym dalej.

   Wszystko byłoby doskonale, gdyby:
   1. mieć pieniądze.
   2. nie musieć pracować. (Nie żeby nie pracować, ale żeby nie musieć tego robić)
   3. M. była prostsza, bardziej wyrozumiała... miększa.
   4. nie palić papierosów
   5. mieć większy samochód. Najlepiej Volksvagena z namiotem na dachu.
   6. nie łysieć.
   7. mieć własną chatkę w lesie.

(północ, Bašanija, Istria, Chorwacja)

   Poszliśmy wieczorem na długi spacer. W pewnym momencie ta cisza towarzysząca nam od jakiegoś czasu pękła. Powiedzieliśmy sobie sporo niemiłych rzeczy.





18. Kierunek - Italija

(11.09.2019, Bašanija, Istria, Chorwacja)

   Może to kłótnia, a może seks, ale rano mieliśmy lepszy nastrój. I postanowiliśmy, że przedłużymy wyprawę o jeszcze jeden dzień. Mamy stąd jakieś pół godziny drogi do Włoch. Spróbujemy znaleźć tam jakąś plażę i zostać jedną noc.

   1. Olej ciągle cieknie (a co, miał sam z siebie przestać?!:) Dolewam na bieżąco.
   2. Wczoraj na spacerze odkryliśmy jakieś 2 km od nas rozległy, spokojny kemping, bez tego tłoku, który mamy tutaj, o wiele piękniejszy, no wymarzony.
   3. W pobliskim warzywniaku załatwiłem dwa kartony, żeby spakować prezenty, bo poprzednie się rozwaliły.
   4. Czuję ekscytację. Zawsze tak mam, przed pierwszą wizytą w jakimś kraju. Włochy!