Showing posts with label Anna Słota. Show all posts
Showing posts with label Anna Słota. Show all posts

Tuesday, 14 December 2021

Panna Anna, odwyk i malowanie

Robię sobie mały odwyk. Spróbuję nie pić do piątku włącznie. Poza tym picie nie cieszy mnie ostatnio, nie wycisza, jak kiedyś, a tylko lekko otępia. Czuję brak, łaknienie, ale póki co, nie jest to bardzo kłopotliwe. Zobaczę jutro. 
Żeby jakoś zająć czas postanowiłem zrobić coś twórczego i od samego rana zabrałem się za malowanie. Wybrałem spore płótno, żeby namalować coś większego. Noc, księżyc, ciche miasteczko, pełne przyjaznych mieszkańców, którzy kochają się, albo są samotni, albo się bawią, albo ukrywają, robią coś zwykłego, albo pochłaniają ich sprawy niezwykłe. Malowałem do trzeciej, zrobiłem niebo, księżyc, zarysy budynków, dachy i kominy. Jutro popracuję nad szczegółami domów: okna, anteny, balkony, drzwi, sznurki na pranie, koty. Zejdzie przy tym kilka godzin. 
Brak alkoholu sprawia, że jestem bardziej twórczy. Nie tylko dlatego, że próbuję zabić czas, żeby nie męczyły mnie czarne myśli, ale po prostu taki mały wysiłek ku lepszemu życiu napędza pozytywne myśli. Nie mówię, że mnie ogarnęła radość życia znienacka, ale pośród smutku zjawiło się kilka dobrych chwil.

***

Dobry wieczór panie Redaktorze
Wybaczy pan moją długą nieobecność, ale pochłonęły mnie sprawy życia codziennego. Nie jest to wytłumaczenie, ponieważ mogłam w każdej chwili usiąść i napisać list, ale nie chodzi o to. Po prostu byłam gdzieś indziej.
Moje miasteczko spowite śniegiem i mrozem. Dołożyłam właśnie do piecyka kawałek brzozy i trochę zadymiłam pokój. Ambroży patrzy na mnie z wyrzutem i pokasłuje po psiemu. Usiadłam przy biurku i zerkam z mojego poddasza na dymiące przytulnie kominy (pal licho smog:). 
Przybyło mi kilka siwych włosów, ale uważam, że całkiem mi w nich do twarzy. Czas i tak jest dla mnie łaskawy. Moje ciało jest zaokrąglone tam, gdzie powinno, a wysmukłe tam, gdzie trzeba, a z moich oczu nie znika ciągle blask. Haha, zabrzmiałam strasznie kokieteryjnie, przepraszam, nie zamierzałam reklamować swoich wdzięków. Ot, po prostu się chciałam pochwalić. 
Praca też w porządku, zleceń mam dokładnie tyle, ile trzeba: wystarczająco, żeby nie głodować, ale też i nie tyle, żebym czuła się przytłoczona. Ostrożnie wybieram zlecenia, bo uwielbiam rysować i nie chciałabym stracić przyjemności z tego, co robię. 
A co u pana? Ucieszyłam się, kiedy przeczytałam w gazecie, że oficjalnie rozwija pan swoją artystyczną działalność. Wiem, że to bardzo dobra decyzja, nigdy nie wyobrażałam sobie pana na dłuższą metę na jakimś etacie. Ja już kilka lat po tej decyzji i nigdy nie żałowałam. Wiem, że tak samo będzie u pana. Co nie znaczy, że nie będzie czasami trudno, wiem coś o tym. Ale jeśli nie możemy spełniać swoich marzeń, to po cholerę się tutaj znaleźliśmy? Więc życzę panu z całego serca powodzenia.
Nie obrazi się pan, że na tym zakończę ten krótki przypominający o mojej skromnej osóbce list? 
Serdecznie pozdrawiam i mocno ściskam
Pana na zawsze przyjaciółka
Anna Słota

***

Pani Aniu!
Jak ja się cieszę!
Oczywiście, że się nie gniewam za tę długą przerwę, przecież sam mogłem w każdej chwili napisać. No ale podobnie jak pani to ujęła, byłem gdzieś indziej. Gdzie? Ach, nie chce mi się dzisiaj o tym pisać. Chcę się po prostu pocieszyć pani listowną obecnością.
Ale po kolei.
1. Moja wioseczka również obsypana śniegiem. I również dymią kominy, ale że nie mam okazji romantycznie ich oglądać z poddasza, jak pani, to ciężko mi nie myśleć o dymnym smrodzie, który zasnuł naszą dolinę żółtawą mgłą. Założę się, że do pani okna smog nawet nie dochodzi:)
2. Jestem pewny, że te kilka siwych włosów jedynie dodało pani uroku. Choć nigdy się nie widzieliśmy, to wiem, jak pani wygląda. Nie tylko z pani słów, czy z autoportretu, który kiedyś łaskawie mi pani przysłała. Mam wrażenie, że widzieliśmy się w snach. Właśnie tam, podczas nieważkich spacerów pod uśmiechniętym księżycem trzymałem panią za rękę i opowiadaliśmy sobie anegdotki i sprawy poważne. Wiem jak działają sny: to o czym się myśli na jawie, łączy się tam w pewną sensowną całość, która wydaje się prawdą. Ale kto powiedział, że czasami nie dzieje się tak, że dwie śniące osoby tworzą światy, które łączą się na chwilkę? Nie są już zamkniętą kapsułą tylko naszych własnych myśli, ale stają się chwilowym wspólnym balonem na nocnym niebie? Kto nam tego może zabronić?:)
3. Dziękuję za słowa wsparcia, dotyczące mojego biznesu. Też czuję, że to był jedyny słuszny wybór. Zbyt mało życia już zostało, aby siedzieć gdzieś w ciasnym biurze, spełniając czyjeś ciasne sny za kilka groszy. Wolę te kilka groszy zarobić pędzlem, snem i marzeniem. 

Pani Aniu, powtórzę się: bardzo, bardzo cieszę się, że zdecydowała się pani napisać. Przypomniało mi to, że pani listy zawsze były dla mnie wyjątkowo ważną sprawą w moim życiu. Pośród głupich, trywialnych rzeczy, obojętnych ludzi, mechanicznych obowiązków, z pani słowami, zawsze czułem się jak prawdziwy człowiek - pełny, rozumiany i mający sens.
Mam nadzieję, że nasza korespondencja znów ożyje.
Całuję panią w oba policzki, na trzy razy (jak kiedyś się robiło).
Pani na zawsze
Marcelino Smutasiński

Wednesday, 6 November 2019

Matka Boska Pijaków i Bombadillo

Droga Pani Anno

Nie chcąc zatrzymać naszej ożywionej na nowo korespondencji, pozwolę sobie znów na napisanie kilku słów. Proszę jednak nie czuć się zobowiązaną: niech Pani odpisuje tylko, kiedy będzie Pani czuła taką potrzebę.

Dzisiejszy dzień nie był ani zły ani dobry. Ot, taki zwykły. W nowym biurze mam okno z widokiem na góry. Świeciło jesiennie słońce. Rano przez parking przekicał zajączek. W biurowcu znajduje się bufet w starym komunistycznym stylu, ale z jedzenia wege mają tylko krokiety z kapustą i grzybami oraz sałatki. Barszcz niestety na kościach. Tuż obok bufetu jest palarnia, ale śmierdzi w niej tak okrutnie, że wolę już cierpieć zimno i deszcz na zewnątrz.
W drodze powrotnej było już prawie zupełnie ciemno. Lubię tak jeździć. Jest ciepło, cicho gra muzyka, czasami Nohavica, a czasami jakiś spokojny elektroniczny ambient. Czerwone i złote światła samochodów wyglądają prawie że świątecznie. W nocy jeżdżę bardzo ostrożnie i spokojnie. Droga do domu trwa godzinę. Cieszy mnie ta godzina relaksu.

Po powrocie zaniosłem dzieciakom czekoladę studencką, a później, już u siebie, napaliłem w kominku. Już taki czas roku, że robię to codziennie. Zanim jeszcze rozpakuję się po podróży i przebiorę, rozpalam w piecu, żeby jak najszybciej wygnać z domu ziąb.

Lubię mój domek, ale smutno mi tu często samemu. Włączam telewizor, żeby cicho sobie brzęczał w kącie, robię sobie herbatę (też uwielbiam Earl Grey!), oglądam odcinek jakiegoś serialu, czasami czytam książkę. Jest to miłe, ale brakuje mi bliskich rozmów, czyjegoś krzątania się... Jestem pewny, że mnie Pani rozumie.

Tak więc wygląda mój przeciętny dzień. Pewnie zanudziłem Panią na śmierć:)

Co do Pani ostatniego listu... Tak, u mnie było bardzo podobnie. Pani słowa (szczególnie te o współczuciu) pomogły mi spojrzeć na to wszystko inaczej. Bardzo dziękuję.

Pani oddany przyjaciel
i dłużnik

Marcelino Bombadillo

***

Szanowny Panie Redaktorze
Opis Pana zwykłego dnia wcale nie wydał mi się nudny. Przez chwilę czułam się jak pasażer w Pana samochodzie. Słyszałam piosenkę Jarosława ("Kometę":), widziałam choinkowe światełka aut i drzemałam sobie, czerpiąc radość z poczucia bezpieczeństwa, jakie budził we mnie Pana styl prowadzenia (zakładając, że Pan mówił prawdę o tym, jak spokojnie Pan prowadzi, ale zakładam, że tak:). Opis biura też mi się spodobał, a że z okna widzi Pan prawdziwe zajączki i góry, to ma Pan naprawdę wielkie szczęście!

To może ja też się podzielę swoim dniem?

Dziś może nie był taki zupełnie typowy, ale i tak opowiem.

1. Obudziłam się o piątej rano i nie potrafiłam już zasnąć. Zapaliłam małą lampkę przy łóżku i wystawiając tylko nos, bo zimno (też grzeję piecem, więc nad ranem zwykle już wygaszone), czytałam sobie przez dwie godziny książki. Najpierw "Trumf Pana Kleksa" (proszę się nie śmiać, uwielbiam!), a później "Opowiadania Bizarne" pani Olgi.

2. Po porannej toalecie - bardzo prostej: umycie zębów i spryskanie twarzy zimną wodą - zrobiłam sobie kawę zalewajkę z mlekiem i posiedziałam chwilę na parapecie, patrząc z góry na budzące się powoli miasto. To taki mój codzienny rytuał. Lubię moją miniaturową garsonierkę na poddaszu.

3. Na śniadanie odgrzałam sobie wczorajszy ryż, do którego dodałam kilka plasterków jabłka, rodzynki i szczyptę cynamonu. Aha, i jeszcze łyżeczkę miodu.

4. No i teraz, jak przystało na dorosłą kobietą, którą podobno jestem, też zabrałam się za pracę. Moje miejsce pracy znajduje się bardzo blisko, dojazd do niego z pewnością nie zajmuje godziny. A tak dokładnie zajmuje około 2 sekund: jak się Pan domyślił, pracuję z domu. Biurko pełne jest arkuszy papieru, kredek, cienkopisów, linijek, ekierek, gumek, strugaczek... Jestem ilustratorką-freelancerką (hmm, nie lubię tego angielskiego słowa, ale nie wiem, jaki jest polski odpowiednik. Może sobie jakiś wymyślę? Ilustratorka-Wolnarączka. Ot co.)

5. Miałam rysować do 16, mam trochę zaległości, ale o 14 zmierziło mnie to siedzenie. Poza tym Ambroży (pamięta Pan mojego kundelka? Wspominałam kiedyś) wyjątkowo uporczywie upominał się o spacer. Ubrałam więc moje ulubione zielone palto, beret, kalosze i poszliśmy na przechadzkę. Byłam już trochę głodna, więc najpierw zjadłam dużą porcję pierogów ze szpinakiem i fetą u pani Basi na Rynku. Ambroży wyżebrał ode mnie jednego. Tak posilona zdecydowałam się na spacer nad rzeką. Dawno już tam nie byłam. Chciałam sprawdzić, co u moich znajomych kaczek: pani Fiony, jej męża Kwakwaka i ich maleństw, którym imion jeszcze nie wymyśliłam, czekam aż podrosną choć trochę. Nazywam je po prostu Maleństwa. Po drodze spotkałam pana Franka Żulańczyka. Ukłonił się grzecznie, uśmiechnął nieśmiało i spytał o pięć złotych, bo zbiera na wino. Poratowałam pana Franka, żeby jakoś rozgrzał się w ten chłodny listopadowy dzień. A co do kaczuszek, to nie znalazłam. Najpierw się zmartwiłam, że coś je zeżarło, ale potem sobie przypomniałam, że przecież dzikie kaczki lecą na zimę do ciepłych krajów! Gapa ze mnie.

6. Po powrocie do domu napaliłam porządnie w piecu. No tak, zapomniałam dodać, że całe rano siedziałam w trzech swetrach, rajtuzach, spodniach i grubych skarpetach oraz z termoforem na kolanach. Po prostu oszczędzam drewno (jak na razie moje rysunki nie starczą na całodobowe palenie) i obiecałam sobie, że nie będę rozpalała przed godziną szesnastą. Panie Redaktorze, proszę przypadkiem się nie litować, ani nie patrzeć ze zgrozą: naprawdę wszystko u mnie w porządku, nie przymieram głodem, to po prostu niewielka niedogodność, która zresztą ma swój urok. Kiedy tak siedzę na starym poddaszu i z rękawiczkami bez palców rysuję jakieś dziwy, to czuję się jak bohaterka z Victora Hugo, albo innego Dickensa. Bardzo mi to schlebia:)

7. Nie chciało mi się już rysować. Z brzuchem ciągle napełnionym pierogami pani Basi i z ciepłem emanującym od piecyka, nalałam sobie wstydliwie lampkę swojskiego wina porzeczkowego (prezent od pani Tereski, mojej sąsiadki, która próbuje o mnie dbać jak o córkę, co czasami jest kłopotliwe, ale nie chcę jej sprawiać przykrości) i wróciłam do przerwanej rano lektury Tokarczuk. Niestety trochę mnie znudziło, więc odłożyłam książkę, włączyłam jakąś audycję w radiu i trochę się zdrzemnęłam. Myślę, że to ciepło i wino, a pewnie też to, że tak wcześnie się obudziłam dziś rano.

8. Z drzemki wyrwało mnie pukanie do drzwi. Kiedy zobaczyłam listonosza, to baaardzo się ucieszyłam i po miłej lekturze Pana listu bez zwłoki odpisuję.

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Pana tymi głupotkami:)

Odpisuję zawsze z przyjemnością i zawsze czekam na Pana listy. Sprawiają mi wielką radość i dzięki nim czuję się kimś ważnym. Bo skoro potrafi Pan siąść, zapisać swoje myśli na papierze, pójść na pocztę, zakleić kopertę, zaadresować, polizać znaczek (wiem, że teraz już się nie liże, bo są naklejki!:), to znaczy, że jestem dla Pana ważna. A to niezmiernie miłe uczucie.

Na dzisiaj już kończę.

Pozdrawiam Pana serdecznie i ściskam koleżeńsko
Pana Przyjaciółka i Matka Boska Miejscowych Pijaków

Anna Słota



Monday, 4 November 2019

Zmysł miłości

























Drogi Panie Redaktorze

Dzisiejszy jesienny dzień już nie był złocistoczerwony. Był szary, dżdżysty i wietrzny. Dlatego postanowiłam nie wychodzić z domu. Cały dzień wrzucałam do pieca świerkowe szczapki i co rusz dolewałam gorącej wody do imbryka z Earl Grey (moja ulubiona herbata:)

Dużo myślałam. Mam nadzieję, że mi Pan wybaczy, ale myślałam o Panu i czy mogę jakoś pomóc w tych trudnych chwilach. A że w grę wchodzi tylko pomoc na odległość, więc musiałam myśleć dosyć intensywnie. Sięgnęłam do swoich doświadczeń i postanowiłam się nimi podzielić. Nie wiem, czy Pana sytuacja jest taka, jak była moja, prawie na pewno nie, ale może znajdzie Pan jakieś punkty styczne (o Boże, brzmię jak jakaś psychoterapeutka! Trochę mi głupio:).

Wspominałam w poprzednim liście o swoim złamanym sercu. Czas wyleczył mnie z ran. Cieszę się jednak z tego całego doświadczenia. Ale może w skrócie opowiem.

Miałam kiedyś chłopaka. Bardzo się zakochałam. Czułam, że też mnie kocha. Okazało się, że pomyliłam się, ale nie zarzucam tego sobie. Lepiej wierzyć w miłość, niż nie wierzyć. Nawet jeśli dojdzie do czegoś takiego...

Mój chłopak był taki:

- Kiedy chciał, potrafił być najsłodszym i najbardziej opiekuńczym człowiekiem na świecie.
- Potrafił mnie słuchać i okazywał mi oddanie i ciepło.
- Przynajmniej na początku...
- Później zaczął się oddalać. Jednego dnia był taki jak dawniej, a następnego zimny i wyniosły.
- Zaczęłam się martwić. Coraz częściej łapałam go na mniejszych lub większych kłamstwach. Najpierw przypadkiem, a później zaczęłam szukać dowodów... Wiem, głupie, ale chciałam wierzyć, że się mylę. Ale dowodów było coraz więcej.
- Spotykał się ze swoimi byłymi, a czasami z nowymi kobietami. Kiedy mówiłam mu, że źle mi z tym, to śmiał się i mówił, żebym się zrelaksowała, to tylko znajome.
- Był mną coraz bardziej znudzony.
- Jednocześnie był chorobliwie i bezsensownie zazdrosny.
- Kiedy byliśmy w towarzystwie, to dla wszystkich kobiet był czarujący, a dla mnie oschły i poirytowany. Kiedy mówiłam mu delikatnie, jak się z tym czuję, to stawał się jeszcze bardziej nieprzyjemny i zarzucał mi paranoję... Wiem, okropne. I będąc taką, jaka jestem dzisiaj, to odeszłabym bez wahania.
- Czasami na chwilę znów był dla mnie taki jak dawniej. Ale te momenty trwały coraz krócej i krócej. Czasami przez kilka tygodni, a nawet miesięcy czekałam choć na mały cień dawnego ciepła i uczucia.
- Kiedy już miałam dość i decydowałam się odejść (wiele razy), wtedy przychodził i najsłodszymi słowami prosił, żebyśmy jeszcze raz spróbowali, bo bardzo mnie kocha.
- Chciałam, żebyśmy się pobrali, stworzyli sobie dom. Mówiłam mu o tym. Patrzył na mnie wtedy zachmurzony i z niechęcią mówił, że nie potrzebuje niczego więcej. Może kiedyś w przyszłości, sam nie wie kiedy... I że mam przestać zawracać mu tym głowę, bo psuje mu to humor.














Wiem, dzielę się bardzo dużą ilością osobistych informacji. I troszkę mi wstyd. Boję się, Panie Redaktorze, że źle Pan o mnie pomyśli i to byłaby dla mnie naprawdę coś przykrego. Ale mam nadzieję, że tak nie będzie. Trochę się znamy, choć tylko korespondencyjnie i czuję w Panu bratnią duszę.

No i jak się to wszystko skończyło? Sytuacja stała się nie do wytrzymania. Nie wierzyłam już w żadne jego słowo. Byłam zmęczona jego flirtowaniem z innymi, zimnem, wybuchami złości, kolejnymi znajomościami, o których przypadkiem się dowiadywałam, unikaniem spotkań i jego niechęcią do bycia ze mną na dobre. On też miał już tego dość. Pewnego dnia, po kolejnej kłótni przestał się do mnie odzywać, dzwonić, pisać. Jakiś czas jeszcze próbowałam nawiązać kontakt, ale w końcu zrezygnowałam... Nie miało to już sensu.

Było mi źle i smutno. Nie potrafiłam przestać myśleć o tych złych rzeczach, które mi zrobił, o tym, jak mnie traktował, ale też i o dobrych wspomnieniach. Jakoś tak mi się to dziwnie mieszało. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, prawie nie sypiałam, błąkałam się trochę nieprzytomna po uliczkach mojego miasteczka, sama, bo pozrywałam kontakty z dawnymi przyjaciółmi i znajomymi. Czułam się oszukana, głupia, mała i żałosna. Trwało to kilka miesięcy...

Nie wiem, Panie Redaktorze, czy znajduje Pan tutaj jakieś punkty styczne ze swoją sytuacją. Mam nadzieję, że nie za wiele, bo doskonale zdaję sobie sprawę, jaka to nieprzyjemna sprawa i nie życzyłabym tego Panu.

I wie Pan co mi pomogło? Poczułam nagle wobec niego już nie tęsknotę, żal, czy nawet złość, ale ogromne współczucie. Samo jakoś to przyszło. I to dosyć nagle, choć wiem, że musiałam dojrzeć do tej myśli. Pewnego dnia, samotnego i smutnego, jak wiele poprzednich, wspominałam jakiś drobiazg z nim związany. Spacer po parku w jego mieście. Z ciepłem przypomniałam sobie, jak trzymaliśmy się za ręce i jak słuchałam jego wspomnień ze studiów. I nagle mnie to uderzyło: on tego nie ma.
Ja mogę z czułością wspominać kolor jego szczoteczki do zębów, wycieczkę w góry, teksturę jego ulubionej bluzy. Zarówno ja, jak i Pan, Panie Redaktorze, mamy głęboko zakorzeniony instynkt bliskości. Czas sprawia, że nasze uczucie staje się coraz silniejsze, przywiązanie głębsze, związek coraz bardziej złożony i mocny. Dla niego coraz więcej wspólnego czasu oznaczało coraz większą nudę i chęć zmiany. Uderzyło mnie to bardzo silnie. W życiu tego biednego chłopaka wydarzyło się kiedyś, może w dzieciństwie coś, co pozbawiło go możliwości bliskości (a może taki się urodził).

Pan, ja i większość osób, mamy zmysł miłości, pragnienie i umiejętność budowania więzi. Jest jednak mała grupka ludzi, którzy nie mogą. I nawet nie wiedzą, że pozbawieni są czegoś najcenniejszego. Pan wie, o czym mówię: empatia, współczucie, troska i opiekuńczość, szacunek, podziw... To są składniki miłości. Mój chłopak nie potrafił tego odczuwać. Miał w sobie głód, ale objawiał się on pragnieniem adoracji, rozrywki, nowości. I tylko tyle.

Ta myśl i uczucie, uderzyły mnie bardzo mocno. Puściła tęsknota i poczucie zranienia. I zrobiło mi się go bardzo, ale to bardzo szkoda. Wyobraża Pan sobie: nigdy nie kochać, ani nawet nie podejrzewać, że tego nie mamy i nigdy nie będziemy mieć? Straszne, prawda? Być pozbawionym najważniejszego zmysłu i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy! To współczucie napełniło mnie tak mocno, że aż się popłakałam, a te złe uczucia odeszły.

Co dalej? Nic. Jakiś czas później się odezwał. Zaprosił mnie na kawę. Przyjęłam zaproszenie. Miło porozmawialiśmy. Mówił, że tęskni, że chciałby do mnie wrócić, że teraz będzie już dobrze. Uśmiechnęłam się, uściskałam go, poszłam na dworzec i już nigdy więcej się nie zobaczyliśmy.

Ufff, ale się rozpisałam:) I to tak poważnie. Ale musiałam. Ciężko mi było patrzeć na Pana stan. Niech się Pan nie gniewa, jeśli przestrzeliłam i Pana sytuacja jest zupełnie inna. Wiem, że jest tyle opowieści, ile ludzi. Ale jeśli choć trochę byłam w stanie Panu pomóc tą historią, to będę bardzo szczęśliwa.

U mnie już ciemno, ale nie zapalam światła. Tylko mała świeczka rozjaśnia mój pokój. Gdzieś w oddali przejeżdża tramwaj, a w kamienicy naprzeciwko ktoś cichutko gra na trąbce. Lekko fałszuje, ale to miła melodia. Wypiję jeszcze ostatnią filiżankę herbaty - chyba dziesiątą (pewnie będę pięć razy wstawała dziś w nocy na siku:) i już się kładę.

Życzę Panu przyjemnych snów. Mam nadzieję, że dzisiaj Pan się wyśpi.

Pana Przyjaciółka i Dobrzeżycząca
Pogodna Dziewczyna z Liściem Klonu w Berecie
Anna Słota

***

Kochana Pani Aniu.
Bardzo dziękuję za ten list. Muszę sobie to wszystko przemyśleć. Dziś powiem tylko, że bardzo się cieszę, że Pani napisała.
Marcelino


Sunday, 3 November 2019

Przedprzebudzenie



Pani Aniu!
Co za niespodzianka. Kiedy listonosz podał mi seledynową kopertę z nagryzmolonym żuczkiem, od razu wiedziałem, że to od Pani. Zresztą nikt inny nie pisze już listów na papierze.

Na początku chciałbym Panią serdecznie przeprosić za swoje milczenie. Porwał mnie wir codzienności. Pieniądze, praca, a przede wszystkim owa długa niefortunna znajomość, która odcisnęła na mnie silne piętno. Było to jak ciągnący się w nieskończoność, chaotyczny i niezrozumiały sen. Ale nie chcę o tym zbyt dużo pisać. Było, minęło...

Przykro mi słyszeć, że doświadczyła Pani złamanego serca i z tego, co Pani napisała, złamanego w wyjątkowo zimny sposób. Z drugiej strony, widząc, jak udało się Pani dojść do siebie i pozostać tą ciepłą i dobrą osobą, cieszę się bardzo. Dodaje mi to otuchy.

Wyobraziłem sobie Panią na tym spacerze po parku. Jak siedzi Pani na zboczu wzgórza, wśród zmurszałych grobowców i obserwuje skąpane w jesieni ulice. Poczułem, że chciałbym tam z Panią sobie usiąść i wspólnie patrzeć. Nie musielibyśmy nawet nic mówić. Chciałbym czuć Pani obecność i pogodny spokój. Jak to możliwe, że tak młoda osoba może sprawiać wrażenie takiej mądrości? (To nie pusty komplement - ja naprawdę odbieram Panią w taki sposób).
Widok, który Pani opisała, przypomniał mi Ljubljanę. Na wzgórzu koło zamku jest taka ławeczka koło wiekowego dębu, skąd widać stare miasto. Byłem tam w piękny jesienny dzień rok temu. Utkwiło mi to miejsce w sercu bardzo mocno.

W Pani śnie stałem w zimnym, zasypanym śniegiem lesie i płakałem. Może faktycznie byliśmy tam wspólnie. Wierzę, że niektóre dusze mogą spotkać się w snach. Jeśli tak było naprawdę, to dziękuję. Cieszę się, że nie stałem tam sam.

A ja przez 3 dni prawie nie wychodziłem z domu. Żadnych spacerów, podróży. Paliłem w kominku, piłem wino, oglądałem Doctora Who i bawiłem się akrylami i drewnem. Dziś wieczorem nagrzałem wody w bojlerze, podciąłem brodę i włosy, bo zacząłem wyglądać jak syberyjski drwal, wykąpałem się i teraz siedzę i myślę, co jeszcze Pani napisać...

O, proszę sobie zerknąć na mojego akrylowego bazgroła. Nazwałem go "Przedprzebudzenie".

Przedprzebudzenie - akryle na drewnie




















Bardzo polubiłem tę nową pasję. Wie Pani, co cieszy mnie w niej najbardziej? To, że jestem zupełnym nowicjuszem i żadne wielkie dzieło nie wyjdzie spod mojej ręki, więc mogę robić to, co chcę i nie martwić się opiniami. Bardzo oswobadzające uczucie.

Pani Aniu, będę już kończył, późno się zrobiło.
Jeszcze raz: bardzo, bardzo się cieszę, że zdecydowała się Pani odnowić naszą korespondencję. Te listy są dla mnie, jak gwiazdki spadające z nieba.

O Pani również przynajmniej jedna osoba ciepło i przyjaźnie myśli.

Ściskam i pozdrawiam serdecznie
Na zawsze Pani

Marcelino Smutalino

Zimowa noc

Zimowa noc - obraz akrylami na drewnie

















Drogi Panie Redaktorze
Myślę, że minął już prawie rok, odkąd przerwaliśmy korespondencję. Przyznam, że zerkałam czasami i sprawdzałam, czy wszystko u Pana w porządku. Ale tak delikatnie, żeby Pana nie niepokoić. Trzymałam kciuki, żeby Pana sprawy się ułożyły jak najlepiej. Przykro mi, że nie wszystko poszło tak, jak Pan chciał...

Ostatniej nocy miałam sen. Stał Pan w nocy w lesie opatulony w gruby kożuch. Padał śnieg, wiatr wył, a Pan po prostu stał i patrzył przed siebie. Wydawało mi się, że Pan płacze, ale nie byłam pewna.
Obudziłam się  bardzo smutna. Usiadłam na parapecie i długo paliłam papierosy. Patrzyłam na dachy mojego miasteczka, na księżyc i myślałam o Panu.

Panie Redaktorze, proszę się nie gniewać, ale odniosę się do Pana życia osobistego. Wiem, że to trochę nieelegancko, zważywszy na to, że nie znamy się osobiście, ale pal to licho, muszę coś powiedzieć. Może mi Pan nie uwierzy, bo staram się w moich listach być wesoła i beztroska. I większość czasu taka jestem. Ale też przeżyłam pewne trudne sytuacje. Wiem, co to znaczy doświadczyć kłamstwa, zdrady, zimna, odepchnięcia od osoby, którą uważało się za bliską. Znam to uczucie zranienia, niezrozumienia, wiem jak to jest być małą i zagubioną, pozbawioną wiary w ludzi, w miłość, w szczęście. Ale choć trudno w to uwierzyć, to minie. Światło, które ma Pan w sobie znów zacznie lśnić. Znów poczuje Pan w sobie nadzieję i radość. Miłość jest jedynym transcendentalnym faktem w materialnym uwikłaniu (że tak powiem filozoficznie:).

Wróciłam właśnie z jesiennego spaceru po parku na wzgórzu. Na samym końcu, za siatką jest malutki żydowski cmentarz. Przeszłam przez dziurę w płocie i posiedziałam sobie chwilkę na trawie. Widać stamtąd ratusz i kawałek kościoła. Wyglądają jak z bajki, szczególnie dzisiaj, kiedy wszystko jest złocisto-czerwone. Później zbierałam liście, z których zrobiłam jesienny bukiecik i postawiłam na biurku. Leży tuż obok Pana obrazka (dziękuję za ten prezent, lubię na niego patrzeć, kiedy piję herbatę i słucham Charlotte Gainsbourg).

Proszę, niech Pan pamięta, że choć czasami może się Pan czuć samotny jak palec, to tak nie jest: przynajmniej jedna osoba o Panu myśli i codziennie śle przyjazne i ciepłe uczucia.

Ściskam najmocniej!
z serdecznymi pozdrowieniami

najmądrzejsza i najsprytniejsza
Bogini dobrych rad i pocieszycielka strapionych
Anna Słota

Thursday, 15 November 2018

Pilot Pirx i Jesienna Dziewczyna

 
   Pani Aniu
   Przepraszam za tak długą przerwę w korespondencji. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, oprócz okresowego introwertyzmu. Mam nadzieję, że u pani wszystko dobrze. Ciekaw jestem, jak rozwija się pani kariera, jak życie uczuciowe i co nowego pani czyta. No i wszystko, cała reszta, cokolwiek jest ważne.
   Czuję się dzisiaj zmęczony. Poprzedni tydzień w pracy był raczej intensywny, zarówno jeśli chodzi o wysiłek, jak i o nadmiar alkoholu. W tym tygodniu natomiast w podróży zabrnąłem kolejny raz w ślepą uliczkę. Za każdym razem wydaje mi się, że na końcu zobaczę szeroki horyzont, a okazuje się, że trafiam na litą ceglaną ścianę. Ponownie się wycofałem, z silnym postanowieniem, że nie zabłądzę w tamte rejony na nowo. No ale dość o tym. Kontynuujemy zabawę w Trzy Rzeczy? Teraz moja kolej.

   Trzy postacie z książek, którymi chciałem kiedyś być:
   1. Pilot Pirx. Wiadomo – podróże kosmiczne:) Ale nie tylko to. Pamiętam opowiadanie „Test Pilota Pirxa”. Kiedy underdog wygrywa, a śmiały, pewny siebie, silny as idzie w zapomnienie. Postanowiłem wtedy, że zostanę underdogiem. Jak na razie idzie mi wyśmienicie,
   2. Tutejszy. Hmm... Mam takie przeczucie, że pani, jako jedyna z ludzi, których znam, może wiedzieć, o kogo mi chodzi. Była kiedyś taka książka „Kluska, Kefir i Tutejszy”. O trójce dzieciaków, których spotykają niesamowite przygody w różnych wymiarach, miejscach i czasach. O ile pamiętam Kluska i Kefir to było rodzeństwo, a Tutejszy, to tajemniczy chudzielec, który pojawia się znikąd i wydaje się wiedzieć, o co chodzi w tym dziwnym świecie. Kiedy byłem już trochę starszy, dojrzałem tę książkę w bibliotece i ją ukradłem. Zaginęła. Drugi raz znalazłem ją na Allegro. I znów zgubiłem. To chyba jakaś klątwa.
   3. Jean Valjean. Mój tata, polecając mi lektury, nie zwracał uwagi na mój wiek. Czasami nie było to mądre (czytanie Edgara Alana Poe w wieku lat 10 może skończyć się długoletnimi koszmarami i fantazją przyciąganą na zawsze w mroczne rejony), ale w przypadku Nędzników, których przeczytałem, kiedy miałem 14 lat, to był dobry wybór. Jean Valjean, prześladowany bohater, który pomimo niesprawiedliwości, porażek, złych ludzi i nieludzkiego systemu, pozostaje człowiekiem, nie traci dobroci i prawego charakteru.

    Trzy postacie to za mało... Co z Mistrzem? Z bohaterami Strugackich? Z Arjuną? Z Williamem Foggiem? Winnetou? :)

   Teraz pani. Zapraszam.
   Z wyrazami szacunku
   Redaktor Marceli Szpak

***

   Drogi panie Redaktorze
   Bardzo dziękuję za list. Przyznam, że już zaczęłam się martwić. Czytając między wierszami, chyba wiem, do czego się pan odnosi. Proszę się nie zniechęcać. Wiem z całą pewnością (nie powiem skąd), że czeka na pana długa, interesująca i z pewnością nie ślepa uliczka. Kiedy obejrzy się pan któregoś dnia za siebie, zobaczy pan ze zdziwieniem i wielkim zadowoleniem, że dzięki tym peregrynacjom, skrótom, błędom i poszukiwaniom, zaszedł pan dalej, niż jeśli starałby się pan iść tylko prostymi, jasno oświetlonymi ścieżkami. Tak więc głowa do góry!
   (Wiem, kto to Tutejszy!!! Jest pan pierwszą osobą, która go zna. Mam ochotę podskakiwać pod sam sufit z dzikiej radości!:)
   U mnie wszystko w miarę spokojnie. Również mam swoje ślepe uliczki i tak jak pan, czasami na nie zbaczam, ale na szczęście uodporniłam się na ceglane ściany i nawet nie próbuję już przebijać ich głową. Wystarczy, że mignie mi z daleka ich ceglano-ruda czerwień, odwracam się na pięcie i nie poświęcam im zbędnej uwagi. Pyta pan o uczucia. Na tym polu bez fajerwerków. Ale nie narzekam. Fajerwerki są przereklamowane. Cieszę się swoim przytulnym pokoikiem, malutką pracą, którą jestem w stanie zapłacić za dach nad głową, trzy w miarę smaczne posiłki i kilka książek (jeśli nie ma ich jeszcze w bibliotece). Oprócz tego przyznam z lekkim rumieńcem, że nasza korespondencja również wypełnia ciepłem mały kącik w moim sercu.
   A teraz przejdźmy do gry:)

   Trzy postacie z książek, którymi chciałam kiedyś być:
   1. Milady. Proszę się nie bać. Nie jestem mroczną morderczynią (nawet w marzeniach;). Wiem, że to nie była najprzyjemniejsza postać. Ale kiedy Atos obciął jej głowę, to krew mnie zalała! Nadęty hipokryta! Może i nie miała zasad i była okrutna, ale będąc kobietą w świecie mężczyzn, musiała sobie jakoś radzić. Czy będąc skazaną na bycie kobiecą postacią w starej powieści, musiała przyjąć rolę romantycznej, słodkiej i niewinnej niewiasty?;)
   2. Alicja Sielezniewa. Tak jak pan, uwielbiałam fantastykę. Książki o Alicji były moimi pierwszymi. Kiryła Bułyczowa też polecił mi tata. Na szczęście Z Edgarem Alanem Poe czekałam do osiemnastki:) Z Alicją zakochałam się w kosmosie i podróżach w czasie. Forever.
   3. Tytus... Proszę się nie śmiać! Bardzo go lubiłam. Był o wiele sympatyczniejszy od Romka i A’tomka, miał najlepsze pomysły, niczego się nie bał i gdyby nie on, to ci dwaj harcerze mieliby nudne i głupie życie. I wyrośliby pewnie na polityków, albo programistów. Wie pan, czego nie znoszę? Kiedy w radiu puszczają reklamy Mediamarkt  i „Tytus” brzmi tam jak zupełny idiota. Udusiłabym własnymi rękami copywritera, który wpadł na ten świętokradczy pomysł (to mówi Milady:).

   Bardzo dziękuję, że jednak podjął się pan gry. Sprawia mi to ogromną przyjemność.
   Życzę panu spokojnego weekendu. Kiedy będę przechadzać się po Kopcu Kościuszki (wybieram się tam w sobotę z Ambrożym - moim najbliższym przyjacielem i najbrzydszym kundelkiem w Polsce), będę myślała o panu, otoczonym opadłymi z liśćmi, szaro-burymi Beskidami.
   Z ciepłymi uściskami
   Anna Słota
   znana również jako Jesienna Dziewczyna

   PS. Proszę tyle nie pić. Ale naprawdę!
   PPS. Załączam zdjęcie Alicji ze starej radzieckiej adaptacji. Nigdy nie widziałam. Może kiedyś będzie okazja obejrzeć to wspólnie? Jeśli nie w tym życiu, to może w następnym. Co pan na to?


Sunday, 28 October 2018

Gra w Trzy Rzeczy

 












   Dobry, wyciszony dzień. W piątek po południu wróciłem z Bałkanów. W sobotę nie odpocząłem, ponieważ wciągnął mnie proces twórczy. Od dziewiątej rano do drugiej rano dzisiaj pisałem, nagrywałem, edytowałem i dopiero kiedy skończyłem (zadowolony z efektu:), padłem do łóżka.
   Dziś za to zrobiłem sobie dzień relaksu i nicnierobienia. Napaliłem w kominku, ogień tli się od rana, wygonił słotę i chłód ze ścian. Rozpaliłem też w kuchni, żeby nagrzać wodę w bojlerze. Wziąłem długą kąpiel z pianą, prawie zasnąłem w wannie. Później przy szepcie telewizora (leciała powtórka Wielkiej Gry z lat dziewięćdziesiątych) czytałem gotyckie opowiadanie z osiemnastego wieku „Dusze czyśćcowe”, o zepsuciu i nawróceniu Don Juana.
   Czuję się spokojny. Ucichły zawirowania ostatniego roku, pragnienia, rozczarowania, dysonanse. Z ulgą odkrywam, że jestem ciągle sobą, nie popsułem się. Ufff...:)

*** *** ***
 
   Panie Redaktorze
   Zagramy w pewną grę? Proszę, niech się pan nie boi, nic poważnego. Sama ją dzisiaj wymyśliłam i stwierdziłam, że wypróbuję na panu, jeśli oczywiście nie ma pan nic przeciwko. No więc tak. Ta gra się nazywa trzy rzeczy i nigdy się nie kończy. Temat na dzisiaj:
   „Trzy rzeczy, które widzisz, leżąc w wannie.”
   W sumie to nie wiem, czy można nazwać to grą, ale byłam ciekawa, co (i jak) pan napisze. Oczywiście, skoro to wymyśliłam, zacznę od siebie. Mam nadzieję, że nie weźmie pan tego za oznakę mojego egocentryzmu i arogancji (choć trudno zaprzeczyć, że jak większość z nas, w jakimś tam stopniu cierpię na te dolegliwości:).
   Zaczynam.
   Trzy rzeczy, które widzę, leżąc w wannie:
   1.  Moje kolana!:) W mojej mini kawalerce zmieściła się tylko mini wanna, która stoi wciśnięta między wysłużoną pralkę i przyrdzewiały kaloryfer. Nad prawym kolanem mam malutkie, jasnobrązowe znamię. Mama mówiła mi zawsze, że jest kształtu ziemniaka, ale ja uważam, że to dokładna mapa Australii.
   2. Franka. Franek to mój dziki pająk. Próbowałam go oswoić, ale myślę, że pająki to małe narcyzy, które nie są w stanie nawiązać głębszej emocjonalnej relacji. I tak go lubię. Franek od miesięcy rozbudowuje swoją pajęczynę za pralką. Nie mam sumienia, żeby mu ją wymieść. Czasami, kiedy leżę w wannie (albo siedzę na wiadomym miejscu), wychodzi sobie na mnie popatrzeć.
   3. Niemiecką, przedwojenną maszynę do szycia. To bardzo malutka maszyna, mieści się na pralce. Jest czarna, ma złoty napis „Serata”, który otaczają złote frezje. Bardzo ją lubię, choć czasami budzi we mnie niepokój myśl, że może jakaś niemiecka szwaczka naprawiała na niej kiedyś mundur Hitlera. Mam nadzieję, że nie.
   Czy ta gra jest dla pana głupia i dziecinna? Niech pan szczerze powie. Czekam na list.

   Z serdecznymi pozdrowieniami
   Szmuglerka ukraińskich rowerów
   Anna Słota 
   Kraków (jednak trochę tutaj jeszcze pobędę, więc śmiało, niech pan pisze, jeśli tylko będzie pan miał ochotę)



   Pani Anno
   Bardzo dziękuję za  krótki, ale treściwy list. Ta garstka osobistych informacji sprawiła mi ogromną radość. Szczerze mówiąc jestem zaszczycony, że obdarzyła mnie pani takim zaufaniem. A gra wcale nie wydaje mi się głupia ani dziecinna. Obawiam się jednak, że moja łazienka jest trochę trywialna. No ale spróbuję popatrzeć na nią magicznym okiem. No więc...
   Trzy rzeczy, które widzę, leżąc w wannie:
   (o kolanach nie piszę, bo nie chcę dublować:)
   1. Duże zdjęcie Cziburaszki zwanego Kiwaczkiem. Wisi nad pralką. Kiedy jest mi źle i sobie patrzę na tego futrzatego smutnego nie wiadomo co, to robi mi się lepiej. Nie jestem pewny, dlaczego... W jakiś dziwny sposób przypomina mi, kim byłem i jestem. Głupie, co? Czy nie?
   2. Pianę. Lubię się kąpać w pianie. Prawie zawsze wlewam za dużo płynu do bąbelków i kiedy wanna napełnia się wodą to kłęby piany zaczynają spadać na podłogę. Zerkam wtedy zza pienistej zasłony, czy nie zostawiłem w kontakcie kabla od pralki, albo czegoś innego, żeby wymykająca się spod kontroli piana nie skróciła mi niespodziewanie życia.
   3. Półkę z książkami:) Tak, mam w łazience małą, wiszącą półeczkę, na której zawsze leży kilka tomów. Mam coś takiego, że leżąc w wannie lubię czytać klasykę. Obecnie na regaliku znajdują się: „Opowieści Niesamowite” Edgar Alan Poe, „Martin Eden” Jack London, „Dzienniki Gwiazdowe” Stanisław Lem i „Na srebrnym globie” Żuławski. „Opowieści niesamowite” leżą na samym spodzie, żeby nie straszyły mnie okładką, kiedy chcę zrelaksować się w kąpieli, a nie pomaga w tym widok trumny z odsuniętym wiekiem i wysuwającą się dłonią kościotrupa.

   Z jakiegoś powodu kontakt z panią stał się dla mnie bardzo ważny.
   Pozdrawiam panią bardzo serdecznie.
   Marcycho del Urviho

Saturday, 20 October 2018

Zielony groszek

 
 Dzień dobry, panie Redaktorze. Dziś rano czekała mnie na blogu miła niespodzianka. Jednak pan żyje. I proszę nie mówić "co to za życie" (tak, ja już znam to pana podejście :). Szczerze mówiąc, zazdroszczę. Większość ludzi w życiu się nudzi. Idą utartym torem, unikają wyzwań, boją się zmian, zadawala ich przeciętność. Pan, w swoim poszukiwaniu doskonałości i Domu (zawsze pisze pan "Dom" z dużej litery, zauważyłam) nigdy nie jest usatysfakcjonowany nijakością, kłamstwem, byle czym. Nie jest to łatwa droga, wymaga dużej wytrzymałości, tolerancji i optymizmu. Ktoś, kto nie rozumie, mógłby spytać "jaki optymizm?! Ten facet wpada z jednej kabały w drugą, jak tak można żyć?". Ale ja, choć nie znamy się osobiście, myślę, że pana znam bardzo dobrze. Czasami czytając kogoś albo o kimś, nie znając tej osoby twarzą w twarz, można go zrozumieć lepiej, niż kogoś z kim rozmawia się codziennie. Przecież nigdy nie spotkałam Ijona Tichego, a znam go jak brata. Z Anią z Zielonego Wzgórza mogłabym konie kraść. A Skrzetuskiego mogę wziąć na męża już dziś. Dlatego mogę powiedzieć z przekonaniem: pana optymizm, Redaktorze, jest głęboki, zarażający i uwodzący. Czasami myślę, że tylko pan go nie dostrzega.
   Na tym zakończę mój krótki list. Mam nadzieję, że zastał pana w dobrym zdrowiu. Pozdrawiam serdecznie.
 
   Była kierowniczka sklepu "Lewiatan", obecnie poetka i hodowca zielonego groszku na pół etatu.

   Anna Słota
   Kraków (tylko w tym tygodniu, więc raczej proszę nie odpisywać)

*** ***

   Pani (panno?) Anno
   Bardzo dziękuję za miłe słowa. To nie pierwszy raz, kiedy wyciąga mnie pani z odmętów melancholii. Nie wiem, jak pani to robi. Urzeka mnie pani trzeźwość i rzeczowość, i to mocne stąpanie po ziemi. Myślę, że tych cech mi trochę brakuje. Postaram się wziąć pani słowa do serca. Jeżeli mój list nie zastanie pani w Krakowie (wyobrażam sobie niewielką, czyściutką garsonierkę, zieloną od groszku), mam nadzieję, że jakaś dobra dusza dostarczy go gdzieś tam w pani peregrynacjach.
   Ja za dwa dni będę w drodze, Bałkany znów mnie wzywają. Liczę na to, że moja relacja z podróży pani nie rozczaruje. Pozdrawiam i całuję pani dłoń.
   Redaktor

Grzeszne myśli



 Długa przerwa. Po intensywnymni dobrym lecie przyszła jesień. Opadły liście i mgły, znów skończyło się z M. I znow jestem w punkcie wyjścia. Bogatszy o kilka mądrości oraz nowych siniaków. Trochę zmęczony, ale gdzieś tam świta promyk nadziei: że zła passa dobiegła końca, a ostatni rok przyniósł kilka konkretnych i ważnych lekcji. 2019, przybywaj,  I'm ready (or not;)

Pięć Grzesznych Myśli:

   1. Chciałbym być kochany bezwarunkowo. 
   2. Chciałbym się zakochać z serca, a nie z ciała. Ale też chciałbym, żeby ona była tak (dla mnie) piękna, żeby zapierało mi dech.
   3. Chciałbym mieć trzykołowego Harleya za 100 000 zł.
   4. Chciałbym być jednym z tych sławnych artystów, którym nie zależy na sławie.
   5. Chciałbym mieć przyjaciela, który byłby starszy, silniejszy, przystojniejszy i mądrzejszy ode mnie. Czasami położyłbym mu głowę na kolanach, on wyłożyłby się wygodnie i zawadiacko rozmarzony opowiadałby mi, co zrobimy i jak świat jest nasz.



   Szanowny Panie Redaktorze
   Piszę zmartwiona, ponieważ zauważyłam, że ostatnio zgubił pan radość życia. Oczywiście rozumiem: jako artysta i poszukiwacz może pan czasami (a nawet powinien) oddać się egzystencjalnym falom. Ale jednak nie popadajmy w przesadę. Wszechświat potrzebuje balansu. Z moich obserwacji wynika:


 - Zakochał się pan w dziewczynie o kamiennym sercu, która podkopała, i to znacznie, pana poczucie wartości i w ogóle tożsamość. No cóż, zdarza się, że tak okrutnie powiem i to z pewnością nie panu pierwszemu, jak zaświadczy na przykład taki Wokulski. No ale kto jak kto, ale pan powinien być zadowolony, że udało się mu doświadczyć, a na dodatek ujść cało, z sytuacji, o jakiej od wieków piszą poeci.
   - Coraz częściej zdaje pan sobie sprawę, że ma już 42 lata. Rozumiem, może przytłoczyć, ale z drugiej strony, Panie Redaktorze, niech pan popatrzy w lustro! Młody, przystojny człowiek, o marzycielskim, głębokim spojrzeniu, pełen ideałów, doświadczeń, pomysłów. Wstyd tak się smucić. Tu się trzeba cieszyć!
   - Często wspomina pan o samotności. Trudno ukryć, że ludzie pana pokroju nie są znani z powierzchownych znajomości, a te głębokie trudno nawiązać. Ale spójrzmy trzeźwo: naprawdę nie ma pan bliskich przyjaciół, bratnich dusz? Choć jednej? Nie wierzę. A kto wie, co czeka za zakrętem. No a nawet jeśli miałby pan pozostać samotny do końca: czy to aż takie straszne? Kilka na pół głębokich znajomości, odrobina zażyłości z w miarę dobrymi osobami i kompania Tołstoja, Bradburego, Kazantzakisa, Kropotkina, Bakunina i wielu innych. This is sublime, Mr. Editor. Piszę to bez złośliwości. Ot tak, do przemyślenia.

   Na koniec chciałabym napisać panu, Panie Redaktorze, że jestem wierną fanką i czekam z niecierpliwością i przyjazną chciwością na kolejne porcje pana życiorysu.

   Z szacunkiem i sympatią
   Kierowniczka Sklepu "Lewiatan"

   Anna Słota, Basznia Dolna