Na Ulicy wiosna, choć wcześnie, co za ulga. Rano obudziłem się w Tychach. Miał być kiermasz, a wieczorem dowiedziałem się, że odwołany, więc trochę była załamka, "nic mi się nie udaje kurwa", ale zjadłem, odetchnąłem, poskrolowałem, zasnąłem.
Spałem jak dziecko. Rano obudziłem się w dobrym humorze, sam nie wiem dlaczego. Pożyczyłem kasę na paliwo z powrotem do Wro. Droga się nie dłużyła. Było mi lekko, silnie, odczuwałem miły wkurw na tamtych ludzi, sprawczość, poczucie siebie, bez wstydu, bez spin. Później zostawiłem Włóczęgę pod Orbitą i popiratowałem z wiosną na rowerze.
W Kali Pasza nalał mi szklankę wody. Była Basia, dawno jej nie widziałem. Podoba mi się. Trochę smutna, trochę wesoła, trochę zagubiona, trochę miękka, trochę twarda. Ma też coś, co mnie pociąga po prostu damsko-męsko. Pogadaliśmy przy fajce o nowych początkach w życiu i o wieczornym ravie, w Transfo grają psytrance, może się wybiorę, dawno nie pląsałem. Wyciągam Martę, mam jeszcze trochę grzybów, pobawiłbym się z nią i w ogóle z ludźmi.
Lubię, kiedy układ nerwowy jest taki. Że daje mi się wyspać, że nie wyolbrzymia, że lubi sam siebie, że mogę jeść, gadać, doceniać, nie wstydzić się, cieszyć towarzystwem, seksualnością, rozmowami.


















