Thursday, 31 January 2019

Ciąg dalszy

 

   Trzyma mnie ciężar, już kolejny dzień (albo tydzień). Dużo wewnętrznej pracy, wcale nie łatwej. Mam nadzieję, że coś z niej wyniknie.

   Kiedy jechałem dziś samochodem (śnieg poschodził z szos, ale poza tym wszędzie pełno śniegu, szczególnie na szczytach gór), pomyślałem, że są różne rodzaje zerwania. Na przykład, kiedy zerwałem z Petrą, to było łatwe. Wygasło między nami uczucie, chciałem być już sam, a później dużo o niej już nie myślałem. Ot, koleżeńsko, życząc jej wszystkiego dobrego.

   Z M. jest inaczej. Zerwałem z nią wbrew sercu. Ciągle ją kocham, ale po prostu zdałem sobie sprawę, że muszę zerwać, ponieważ ten związek nie jest dla mnie dobry. Chciałem stworzyć nam dom, żyć razem, zbliżyć się, mieć tę szczególną, jedyną osobę, najbliższą duszę. Na ten moment, patrząc, co się stało, nie mam pojęcia czego ona chciała, ale na pewno nie tego. Po półtora roku, zamiast być bliżej, byliśmy coraz dalej. Ona odcinała się coraz bardziej, była skryta, miała tajemnice nie zwierzała się, a ja w sumie też przestałem, bo nieraz mi się oberwało, kiedy jakąś myślą ją niespodziewanie obraziłem. Nie rozumiem dlaczego była między nami taka dysharmonia. Czuję, że nie z mojej winy, bo przecież właśnie szczerość i bezpośredniość zawsze były moimi priorytetami. Uwielbiam to uczucie jasności i przejrzystości. Szczególnie między partnerami.Nie wyobrażam sobie relacji bez tego. Ale może ja też coś zawiniłem. Nie mam pojęcia. Może kiedyś to jaśniej zobaczę. Tak czy inaczej tęsknię za nią i tymi dobrymi chwilami, które przecież też się zdarzały. Ale nawet w tych najlepszych chwilach zawsze wisiała jakaś chmura; tą chmurą było oczekiwanie, kiedy coś się znów spieprzy, i jeśli się spieprzy (nie jeśli, ale kiedy), to czy nie będzie to przypadkiem ostatni raz. Nawet kiedy się kochaliśmy, to za każdym razem robiłem to tak, jakby to miał być ostatni raz. Plusem takiego nastawienia na pewno była intensywność, ale na pewno nie poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Tego nie udało nam się osiągnąć.

   Czy naprawdę myślę, że to już koniec-koniec? Przecież wcześniej były inne zakończenia. Tak. Już nigdy nie wrócę do niej. Zaczynam nowy etap. Choć jego początki są ciężkie, przyznaję się.

   Słucham sobie babskiej muzyki. Piję drinka z soku jabłkowego z białym rumem. Wypuszczam gęste obłoki pary z mojego elektronika, jak prawdziwy hipster. Jutro mam jeszcze wolne, ale na weekend wracam do pracy. Potrzebuję gotówki na podróż, więc wziąłem dodatkowe zmiany, choć 9 dni na górze to będzie wyczerpujące. Co jeszcze? Kiepsko sypiam. Budzę się nad ranem i już nie daję rady zasnąć. Odkryłem piękny serial, "Derek". Szkoda, że tak mało odcinków, bo naprawdę rozgrzewał serce. Dziś na obiad kiełbaski sojowe i liście winogron nadziewane ryżem.

   Jesteście gdzieś tam, Moi Ludzie?


 

Wednesday, 30 January 2019

Reminiscencje

Friday, 23 April 2010



Dziewięć dni obfitości 1

Gdybym był ornitologiem, wiedziałbym, co to za ptak. A tak to nie wiem. Słucham tylko płaczliwych nawoływań i wyobrażam sobie, że woła kolegę. Leżę z nosem w trawie. Jedenasta rano, pierwszego dnia urlopu. Po raz pierwszy od tygodnia niebo przecinają smugi samolotów, którym niestraszny już islandzki wulkan. Wszystko powoli wraca do normy. A ja się cieszę wolnością.

Postanowiłem przez te kilka dni prowadzić dziennik. W ten sposób być może zmobilizuję się do świeżego postrzegania świata.
Rano spakowałem do torby:
- piłeczki do żonglowania
- „Księgę Jesiennych Demonów” Grzędowicza
- „Write Great Fiction” – gdyby chciało mi się postudiować
- butelkę wina z RPA
- komórkę – gdybym doszedł do etapu szukania kompana
- dyktafon – żeby nie zmarnować dobrych pomysłów
i przyjechałem na rowerze na Downsy. Coś w rodzaju wielkiej łąki za miastem, zakończonej klifem. Słońce już prawie wakacyjne, miło przygrzewa plecy. Ludzi prawie nie ma. Garstka starszych pań oprowadzająca psy i zbierająca psie gówienka do woreczków, grupka małolatów, pewnie na wagarach, pijąca piwo i popisująca się na cały głos. Przebiegła dziewczyna opleciona kablami, słuchawkami i miernikami pulsu, temperatury ciała, poziomu soli i przebytego dystansu. Trochę relaksującego joggingu z rana to sama radość.

***

Natomiast wewnątrz – tak, jak mówiłem, cieszę się wolnością. Jest jeszcze przed południem, czeka mnie więc cały dzień robienia tego, co chcę. Niech żyje słodkie nieróbstwo. Kiedy już się wyleżę na łące, pojadę rowerem wzdłuż klifu, wypatrując wspinaczy, postoję na moście wiszącym, zjem nuddle w chińskim fastfudzie, wypiję piwo w portowym pubie dla staruszków, usiądę na ławce w centrum i będę przyglądał się ubranym na lato dziewczynom.
A może nie zrobię nic z tego i przeleżę cały dzień na łące.

* * *

Zabrałem się za żonglowanie i uświadomiłem sobie, że zapomniałem zabrać mp3jki. A niech to. Trzeba będzie poszukać wewnętrznej muzyki. Szczekanie psa, warkot helikoptera, szelest liści poruszanych (niespodziewanie) chłodnym wiatrem, skrzypienie drzewa, krakanie wrony, melodia busika z lodami. Brakuje basów.

* * *

Zadzwoniła Tania. Spytała kiedy będę, bo tęskni. Powiedziała też, że zostawi mi gary do umycia, bo ona robi pranie, musi więc być sprawiedliwie.

* * *

A później odwiedził mnie John. Przyjechał samochodem. Zadzwonił. Chciałem wyjaśnić mu, gdzie leżę. Nie mogliśmy się dogadać. Wreszcie stanął na dachu samochodu. Zobaczyłem go, ale nie udało się wyjaśnić mu, gdzie jestem. Podjechałem rowerem. Napił się łyka wina, porozmawialiśmy o jego doświadczeniu z ayahuasca w Londynie trzy dni temu. Nie podobało mu się. Zamiast duchowych odlotów, utknął w wizjach przemocy i koszmarów. O drugiej miał zacząć pracę. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy mógłby się wykręcić, ale zwyciężyło poczucie obowiązku. I znów jestem sam. Do tego głodny.

* * *

Przekąsiłem co nieco, po czym popedałowałem do naleśnikarni Kristoffa. Jak zwykle budka otoczona była znajomymi twarzami. Bee – wietnamska francuska, z wielkim brzuchem (ciążowym, nie tłustym), David – wokal i gitarzysta z Vamos, poznałem też Carlosa z Barcelony, który od niedawna gra w Vamos na cajonie. Miło się rozmawiało. Może jutro zagramy razem. Zaproszono ich na dużą imprezę prywatną. Kilka razy przymierzaliśmy się już do wspólnego koncertu, ale nigdy nie było okazji spróbować.
Po cappuccino i pogawędce, odwiedziłem kibel w McDonaldzie i wróciłem do domu.
Gary czekały. Zaraz wstawię wodę i wezmę się za jedyną dzisiaj robotę.




Tuesday, 29 January 2019

Rozmowa


 

   - Dzień dobry, Marcelino.
   - Dzień dobry, dziewulino.
   - Ej! Nie mów mi tak, wiesz, że nie lubię.
   - No to przepraszam. Dzień dobry księżniczko.
   - Jaki miałeś dziś dzień? Spotkałeś jakieś skrzaty albo wróżki?
   - Chyba nie, przynajmniej nie zauważyłem. Ale byłem u barbera.
   - Barber, to taki fryzjer, nie?
   - Oh, jakaś ty nieświadoma! To tak jakbyś smażacza frytek w McDonaldzie nazwała szefem kuchni. Barber to coś więcej. Takie spa dla facetów. Siadasz w skórzanym fotelu, jak z filmu. Dostajesz szklaneczkę whiskey i otatuowany barber z tunelami w uszach zabawia cię męską rozmową...
   - Jaka to jest męska rozmowa? Rozmawiacie o pistoletach i ujeżdżaniu koni? Hi, hi...
   - Nie mogę ci powiedzieć. Kiedy wchodzisz do barbera podpisujesz dokument, w którym przysięgasz na Pana Boga, że żadna dziewczyna nigdy nie pozna od ciebie tajemnicy barberskich rozmów...
   - Phi...
   - A później zaczyna się rozkosz. Gorące ręczniki na twarzy, ostra, przerażająca brzytwa, wonne balsamy, toniki i pomady...
   - Prawdziwa brzytwa?! Nie boisz się pozwolić obcemu człowiekowi przyłożyć ci do szyi śmiercionośne narzędzie?
   - Hmm... Przyznaję, jest to trochę dziwne...
   - To teraz wszystko rozumiem. Oddając swoje życie barberowi, pozwalasz, żeby nawiązała się między wami głęboka więź... Stąd te tajemnice...
   - Nabijasz się?
   - Nie, mówię całkiem poważnie. Fajne to. Powiesz mi coś jeszcze o tym?
   - Nie. Już i tak za dużo ci powiedziałem, mademoiselle. A później poszedłem do księgarni, żeby kupić sobie jakąś książkę. Do pięćdziesięciu złotych, nie więcej. Ale już wchodząc, wiedziałem, że popełniłem błąd. Ponieważ przypomniałem sobie, że wyszły dzieła zebrane Jeremiego Przybory. I wiedziałem, że muszę je mieć. Miałem przy sobie trzysta złotych. Po wizycie w Empiku zostało mi dwadzieścia. Nawet nie wystarczyło, żeby zatankować samochód.
   - I jak wróciłeś do domu?
   - Na oparach.
   - Lubię to w tobie, Marcelino kochany.
   - Co takiego?
   - Że jesteś taki niepraktyczny czasami.
   - Nie zawsze!
   - No przecież mówię, że czasami, nie zjeżaj się. I tak cię kocham.
   ...
   - A ciebie co dzisiaj spotkało?
   - Ty mnie spotkałeś.
   - I nic więcej?
   - Dzień jeszcze młody. Zobaczymy...
   - Posłuchasz ze mną muzyki? Znalazłem takiego pianistę.
   - Chcę, bardzo. Uwaga, przytulam się.



Monday, 28 January 2019

Reminiscencje

Friday, 15 April 2011


 

Uliczne wędrówki
(Kopenhaga)

Co za miłe spotkanie. Usiadłem na ławce na Højbro Plads, to chyba mój ulubiony placyk jak do tej pory. Siedział tam już starszy pan – siwa, bujna broda, lekko wyświechtane ubrania, widać upływ czasu, ale nie brudne, no i oczy; mądre i uśmiechnięte.
- Będzie panu przeszkadzało, jak sobie zapalę? – spytałem.
- To wolny kraj, tylko sam sobie szkodzisz – odpowiedział wzruszając ramionami.
- Ogólnie to ja nie palę, ale ostatnio dużo stresu, zmiana kraju, szukanie pracy, bariera językowa...
- Kiepskie wytłumaczenie, młodzieńcze - uśmiechnął się i machnął ręką, że w końcu nic mu do tego.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, obserwując przechodniów. Tłumy ludzi wyległy na ulice, przyciągniete wiosną, ponętne dziewczyny ubrane skąpiej niż jeszcze tydzień wcześniej, rodziny z głośnymi dziećmi, dorożki, riksze…
- Jesteś z Niemiec? – zapytał mężczyzna. Bardziej, aby zagaić rozmowę, niż z faktycznej ciekawości.
- Nie, Polak, a pan?
- Chorwat. Ale mieszkam tu już czterdzieści lat.
- O, to kawał czasu. I jak pan to ocenia po tylu latach?
- Lubię ten kraj. Mądrze zorganizowany. System jest tu dla ludzi, a nie ludzie dla systemu, jak w Chorwacji, czy u was w Polsce, jak się domyślam. Tylko teraz zaczęło się zmieniać. Prawicowy rząd, kapitalizm wolnorynkowy coraz bardziej atakuje, socjaliści wycofują się.

Od słowa do słowa okazało się, że Frank jest starym lewicowcem. Porozmawialiśmy nad obecną sytuacją, o polityce, pochwaliliśmy Chaveza i Moralesa za ich odwagę w postawieniu się Stanom, oceniliśmy coraz bardziej budzący się nacjonalizm, którym ludzie chcą walczyć z europejskim imperializmem. Później zeszliśmy na bardziej osobiste tematy. Frank jest na emeryturze. Powiedział, że jest szczęśliwy i wolny. I uwierzyłem mu, to się czuło.

- Wstajesz rano, kiedy chcesz, nie martwisz się pracą, żoną, bo jestem rozwiedziony – powiedział to z prawdziwie radosnym błyskiem w oczach. – Biorę mój aparat i chodzę sobie po ulicach, a później, wieczorem, w moim mieszkanku komponuję muzykę…
- Jaki rodzaj muzyki?
- Dubstep… - zawiesił głos, patrząc na mnie z łotrzykowsko przymkniętymi oczyma.
- Dubstep? Nigdy bym pana nie posądził – zaśmiałem się.
- Zawsze się ludzie dziwią. Ale naprawdę to lubię. A ty?
- Czy ja wiem… Czasami. Ale zbyt mroczne, a ja już i tak zbyt łatwo wchodzę w ciemność. Tak jak z Kierkegaardem – uwielbiam go, ale nie mogę przeczytać więcej niż dziesięć stron naraz, bo zbyt szybko zatapiam się w jego myślach, egocentryzmie, egzystencjalizmie.
- Ja na szczęście tak nie mam; zarówno Kierkegaarda jak i dubstep wchłaniam bez ograniczeń i niestrawności.
Znów chwila milczenia.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę i oczywiście rozmawialiśmy więcej, niż te kilka zdań, które tu opisałem. Naprawdę czerpałem radość z tej rozmowy. A później poszedł robić zdjęcia królewskiej parze. Dziś są chrzciny ich dzieci – bliźniaków.

Brakuje mi tego – rozmów z mądrymi, spokojnymi ludźmi. Mam wrażenie, że jest ich coraz mniej. Czasami czuję, że sam należę do tej starszej epoki, z której pochodzi Frank, a nie do tej nowej – nastawionej na karierę, krzykliwej i bezmyślnej. W każdym bądź razie doładowałem się tą rozmową.

* * *

Czytam „Albo albo” Kierkegaarda. Wchodzi jak narkotyk – słodkie, oszałamiające i wciągające, a jednocześnie cały czas uważasz, aby nie przesadzić, aby nie dać się wciągnąć za głęboko, gdzie znana rzeczywistość rozkłada się na kawałki, pojawia się wyobcowanie i przenikliwe, paniczne pragnienie powrotu do normalności. Nawet jeśli ta normalność jest nijaka i trywialna, w takich momentach jest lepsza od absolutnej obcości, jaka ogarnia człowieka, kiedy przecina pępowinę i wznosi się wysoko, zbyt wysoko, wyżej niż wolno ludziom. Może dlatego nigdy w pełni nie zostanę artystą – choć szukam i tęsknię za niewiadomym, to równocześnie zbytnio boję się porzucenia normalności.

Najbardziej uświadomiłem to sobie w zeszłym roku, kiedy wziąłem grzyby. Psylocybina wysłała mnie daleko, zbyt daleko poza ograniczenia tego trzywymiarowego continuum, jak dziecko wyleciałem poza orbitę ziemską, bez skafandra, tlenu, statku kosmicznego – po prostu ja i kosmiczna, lodowata przestrzeń, wypełniona przeraźliwie obcymi formami, bez żadnego wspólnego mianownika ze mną.

Wcześniej myślałem, że jestem gotowy na wszystko, żeby dojść do sedna rzeczy, żeby złuszczyć warstwy zastałej rzeczywistości i zobaczyć, co jest pod nimi. Od tamtej nocy wiem, że nie jestem jednak gotowy. Marzę o przekroczeniu granic, jednak okazuje się, że chcę je przekroczyć na moich warunkach, a to niemożliwe – inaczej nie byłoby przekroczeniem granic, a jedynie kolejną małą podróżą wewnątrz mojego (pół)światka…

Ha, ha, taki właśnie wpływ ma na mnie Kierkegaard! Zamiast cieszyć się wiosną, zielenią, śpiewającymi ptakami, furkotem dorożek, to zaczynam analizować wszechświat, swoją w nim pozycję (czy raczej jej brak) i bać się swojego cienia. Dlatego pozostanę przy ograniczeniu dziesięciostronicowym. Zdrowiej dla mnie.

* * *

Pojechałem na Christianię. Znalazłem małą uliczkę z boku, gdzie nie ma za dużo ludzi. Przede mną stoi mały sklepik, jedyne miejsce na Christiani, gdzie piwo jest po 10, nie po 20 koron. Obok na murze wielkie grafiti – groźnie patrzący Meksykanin z wielkim sombrerem i karabinem, i słowa nawołujące do jedności ludu w walce o wolność i autonomię.

Lubię tu siadywać. Ogólnie na Christiani (nawet pomimo gangsterów z ciężkimi złotymi łańcuchami na szyi, basebolowymi czapeczkami i spodniami od dresu, którzy sprzedają haszysz i marihuanę na Pusher's Street), ale szczególnie w tym kąciku. Po lewej grupka podpitych facetów o czerwonych nosach i szyjach śmieje się gromko i opowiada coś z zacięciem. Zbyt słabo znam duński, żeby zrozumieć coś z sensem. Obok siedzi również zapijaczony pan, wydaje się, że czeka na coś… Tak. Zza rogu wybiega szczerbata dziewczynka o zadziwiająco białych włosach i ze śmiechem radości rzuca się mu na szyję.
- Dziadzio! Dziadzio! – woła (woła "dziadzio" w mej artystycznej wizji, lecz równie dobrze mogłaby wołać „wujek” albo cokolwiek). Widać, że wszyscy się znają. Od grupki mężczyzn odłącza się jeden, najniższy i najbardziej zapijaczony, podchodzi do dziewczynki i dziadka. Wyciąga ręce.
- Powąchaj – mówi do dziewczynki. – No dalej, nie bój się.
Dziewczynka wącha i krzywi się niemiłosiernie.
- Błeee…
Mężczyzna się śmieje i podnosi spod ławki zakrwawioną reklamówkę.
- Złapaliśmy dzisiaj rybę rękami! – ogłasza z dumą i wyciąga reklamówkę do dziadka. – Popatrz.
Dziadek i zafascynowana wnuczka zerkają do środka, mężczyzna tymczasem pokazuje uniwersalnym gestem rozmiar rzeczonej ryby. Ponad metr.
- Piliśmy sobie piwko nad kanałem, kiedy dojrzeliśmy tego olbrzyma. Niewiele myśląc skoczyliśmy, woda w tym miejscu płytka i jakimś cudem złapaliśmy potwora. Dziś wieczorem uczta!
Większość z tego wywnioskowałem po gestach, mimice i kilku słowach, które zrozumiałem – fisk, vand, øl, kokker.

Temu lubię tu siadywać. Jakby się człowiek cofnął w czasie o sto lat, mała wioska, społeczność, ktoś złowił rybę, naje się rodzina i przyjaciele. Mimo wszystkich swoich wad, to właśnie ma w sobie Christiania – autentyczność i subtelną patynę. Kiedy ludzie nie są zmuszeni do udziału w wyścigu szczurów, nie muszą akceptować neoliberalnych warunków gry, wracają do podstaw, ich życie opiera się, tak jak powinno, na najprostszych, bezpośrednich relacjach z ludźmi, gdzie wszystkie sprawy rozwiązują się w społeczności, bez udziału systemu, instytucji. Fakt - wszyscy tutaj popijają, palą hasz, ale ciężko być mieszkańcem wyspy w samym środku Babilonu, niełatwy kawałek chleba.

Dziewczynka dostała od dziadka loda w polewie czekoladowej, którym później dzieliła się solidarnie z psem (chyba nawet nie jej własnym, ale ulicznym), przysiadła się kobieta, prosząc, żebym otworzył jej butelkę z piwem, dwóch Eskimosów usiadło z murzynem i zaczęli rozmawiać o czymś szybko i głośno, co chwila wybuchając śmiechem, zawołali dziewczynkę i dali jej lizaka, sklepowa wyszła zapalić, zaraz zaczepił ją pan z rybą, dyskutowali przez chwilę, wreszcie sklepowa machnęła ręką i wzięła od niego zakrwawiona reklamówkę, domyśliłem się, że do sklepowej lodówki na przechowanie, grupka niemieckich turystów przepłynęła przez ulicę, przyglądając się ludziom, jak z batyskafu, z zafascynowaniem i lekkim wstrętem, nikt ich nie zauważył, jakby byli duchami, pies skończywszy loda podszedł do mnie i zanim zareagowałem polizał puszkę z Redsem, którego kupiłem w pobliskim polskim sklepie, zawahałem się przez chwilę, ale nie poszedłem w ślady dziewczynki, mój duch nie był wystarczająco niewinny – puszka wylądowała w koszu, zresztą ponad połowę już wypiłem, posiedziałem jeszcze chwilę, aż wreszcie ukłoniłem się dziadkowi, wsiadłem na rower i pojechałem.

Mój dzień






















Mój dzień


W ziemniakach z cebulą
szukałem ciepła w żołądku,
które choć na chwilę można pomylić
z ciepłem w sercu.

W starym polskim filmie o miłości
szukałem tkliwych wrażeń,
którymi można sobie wyobrazić,
że te rzeczy są możliwe.

W króciutkich filmikach na fejsie
szukałem tego wrażenia lekkości i zapomnienia,
które z pewnością musi czuć
bzyczący bez celu komar.

W medytacji szukałem ciszy,
oraz źródła wstydu,
którego odnalezienie pozwoliłoby
się przytulić do siebie.

W poezji szukałem kontaktu
z drugim umysłem,
który to kontakt dałby mi poczucie,
że nie jestem sam,
nawet chociaż poetka 
umarła pięćdziesiąt lat temu.

Leżąc z rana w łóżku

   I nigdzie się wczoraj nie wybrałem. Z popołudnia zrobił się wieczór, i dzień przeleciał.
   Dziś też nie wiem, czy się pozbieram. Pruszy śnieg. Może po prostu nagotuję coś dobrego i poczytam książkę. Po Wojnie i pokoju nabrałem smaku na Tołstoja. Zastanawiam się nad Anną Kareniną.
   Jutro mam wizytę u barbera, którą odkładałem już za długo; zarosłem jak leśny dziad:)
   Odczuwam silnie samotność. Jest to nieprzyjemne, zimne uczucie, ale staram się pozostać otwarty i z pokorą asymilować lekcję. Nie chcę szukać na siłę nowych znajomości. Po pierwsze męczą mnie powierzchowne relacje, w tym momencie szukam czegoś głębszego. Po drugie jestem wyczerpany emocjonalnie po świeżym wyjściu z toksycznego związku. Nie potrafię wyobrazić sobie w tym momencie, że mógłbym otworzyć serce przed kimś. Muszę najpierw wyleczyć emocje.
   Najbardziej pomaga mi w tym podróż. Zastanawiałem się, czy już w ten weekend nie pojechać do Wenecji, ale ma tam cały czas lać, więc bez sensu.
   Zaprosiła mnie Sibila. Fajna osoba. Chorwatka, była kiedyś moją szefową w restauracji w Birmingham. Jak wszyscy kucharze, darliśmy ze sobą koty, ale polubiliśmy się i pozostajemy w kontakcie. Mieszka we Włoszech, wyszła tam za mąż. Jej mąż to stary hipis, który wygląda jak Michael Caine w Children of Men:)

   Odczucia na dziś:
   1. Samotność.
   2. Smutek.
   3. Ulga: że już nie muszę robić śledztw, chodzić na palcach, bo lada moment coś może wybuchnąć, walczyć o akceptację, odkrywać coraz to nowych kłamstw, czuć się jak petent ubiegający się o audiencję, a nie jak kochany partner, być lekceważonym, poprawianym, krytykowanym, taken for granted. Piszę to bez złości (choć może tak zabrzmiało). Główne uczucie w związku z tym, co napisałem, to właśnie smutek. I paradoksalnie tęsknota. Ale to jest naturalne na tym etapie. Nie można spłukać z siebie w ciągu kilku dni tych uczuć, energii, nadziei i planow, ktore zainwestowało się w bliską osobę. To zajmie trochę czasu.
   4. Głód (leżę w łóżku i jeszcze się nie zebrałem, żeby zrobić śniadanie:).
   5. Rozczarowanie ludźmi.
   6. Bardzo mała, ale jednak jakaś tam nadzieja, że najlepsze przede mną i po ostatnim dysonansie wreszcie los się odmieni.
 

Sunday, 27 January 2019

ot tak

 

   Dziś zszedłem z gór wcześnie. Już w południe byłem w domu. Poczułem ogromne zmęczenie ludźmi, gwarem, rozmowami. Kiedy na granicy rozstałem się z Marcinem, którego czekała jeszcze droga do Warszawy, i wsiadłem w samochód, to poczułem, że chcę jechać przed siebie, daleko, wyciszyć się jazdą. Ale stwierdziłem, że najpierw zajadę do domu. Umyć się, przeprać, odpocząć choć na chwilkę. Ale w tym cieple zrobiło mi się leniwie i zmęczenie po tygodniu pracy dopadło mnie jeszcze intensywniej. Siedzę przy kominku, piję herbatę i słucham którejś z moich playlist na youtubie.
   Wezmę kąpiel i się zastanowię. Chyba wybiorę się na tę popołudniową przejażdżkę. Oczyścić głowę z brzęczących wspomnień śmiechu, stukania garnków, skwierczenia tłuszczu, akordów gitarowych.

Friday, 25 January 2019

Szczerości trochę

Jeszcze trochę mam ochotę popisać. Skończyłem Wojnę i pokój. Mam po tej książce jakąś tkliwość w sercu oraz pokorę. Myśli i obserwacje Tołstoja, opis bohaterów, idee... Czuję się mały w porównaniu z duszą Tołstoja. Ale jednocześnie wiem, że te moje małe z szerszej perspektywy przeżycia są takie, że on też by coś napisał o tym, ująłby to, jakoś tak mądrze i głęboko.
Jeszcze wcześnie, ale już leżę w łóżku. Marcin B. gra na świetlicy, Mateo mu akompanjuje na basie, turyści śpiewają, miła atmosfera. Posiedziałem, dopóki czułem, że jestem tego częścią, ale szybko poczułem, że chcę być sam ze swoimi myślami. Jest wiele rzeczy, które chciałbym napisać. Ale czasami nie chcę, żeby wszyscy wiedzieli, co myślę. Przyznaję się. Wydzielam tutaj siebie. Nie jestem zupelnie otwarty. Na przykład nie piszę o swoich małostkach, albo co lubię w łóżku. Nie piszę o momentach desperacji i miłości, ani o niechęci i rozczarowaniu. Tzn. czasami o tym piszę, ale tylko trochę. Bo nie potrafię w taki postmodernistyczny, odwiązany sposób pisać, na chłodno. A wstydzę się pisać w rosyjskim, Dostojewskim klimacie.

Znajoma zaprosila mnie do siebie do Wenecji. Chyba pojadę. 1000 km to nie jest za dużo. Zobaczę kawałek karmawalu, zjem włoskiej pizzy, napiję się wina, czerwonego, wytrawnego i wrócę do mojej małej, zasypanej śniegiem wioski.


Mgnienie

Taka myśl na piątek wieczór. Schronisko, gitary, kominek. Urwałem się z towarzystwa, żeby zapisać myśl.
Miłość. Która się kończy. Wydaje ci się, że umrzesz, kiedy ta osoba zniknie z twojego życia. Tysiące minut. Rozmów, spojrzeń, spacerów, seksu, kłótni, godzenia się. Wydaje się, że po tym wszystkim świat się skończy, jeśli to zniknie.
Ale to jest trochę inaczej. Kiedy zakochujesz się, to tworzysz pewna opowieść. Twoje marzenia, pragnienia i lęki, układają się w pewna historię. Ta druga osoba ma tak samo. Jej wymarzony chłopiec zjawił się nagle znikąd i wszystko będzie już dobrze. Tajemnica powodzenia tej wspólnej historii leży w tym, żeby te dwie historie się połączyły w jedną. Opowiadamy swoją baśń w tej samej tonacji, a kiedy coś nie pasuje, jesteśmy w stanie doszlifować szczegóły. Ale może tak być, że okaże się, że nasze historie są coraz bardzo różne. Smutno się wtedy robi. Bo każdemu z nas się wydaje, że to drugie zepsuło, zdradziło, odeszło na inną ścieżkę.
I to przeczucie, że człowiek umrze, jeśli nie będzie z tym drugim człowiekiem, jest silne, obezwladniajace, ale wtedy, powoli, odzywa się rozsądek, rozum. I nie czujesz już żalu, złości, zazdrości. Tylko smutek. Że ta opowieść się skończyła. Ale równocześnie wiesz, że nic się nigdy nie kończy. I po tym rozdziale, nastąpi inny. I bardzo możliwe, że będzie jeszcze ciekawszy i piękniejszy niż ten. Dla ciebie i niej.
A za sto lat, już nawet tego żalu nie będzie. Wypijecie lampkę wina w paryskiej Café, czerwone krople popłyną po zmarszczkach i zaśmiejecie się z tego wszystkiego. A dla gwiazd to będzie tylko mgnienie.

Friday, 18 January 2019

Różowe pantofelki





















Różowe pantofelki

Zaprosiłem cię do podnóża
ciemnego, groźnego, jak zielona pierzyna lasu.
Chciałem pokazać ci ścieżki ze snów.
Te piękne, zachwycające,
ale nawet te obce i dziwne.
Byłabyś ty i ja,
i niczego byśmy się nie bali.
Gdyby na przykład spadło słońce,
to w oceanie nicości,
siedzielibyśmy sobie na tratwie,
jak u Pana Boga za piecem,
a nasza miłość stworzyłaby nowy świat.

Nie zdążyłem opowiedzieć do końca,
a ona zachichotała lekko, 
jak srebrzysta garść leśnych dzwoneczków,
i jeszcze lżej podbiegła
do lśniącego, 
z pustki utkanego dziwu.
„Zaczekaj” zawołałem.
Bo przecież plany był taki,
że razem będziemy patrzeć na dziwy.
Zatrzymała się z niechęcią
i niecierpliwie przebierała stópkami
w różowych pantofelkach.

Chciałem w twoich ustach
zaśpiewać piosenkę,
na którą czekałaś całe dziewięć żyć.
Zapadłyby się wtedy miasta,
skruszyły rdzą atomowe elektrownie,
a samochodowa blacha porosłaby mchem.
Czas zacząłby się na nowo.

Zacząłem śpiewać. 
Klasnęła delikatnymi dłońmi
i podskoczyła na jednej nodze.
Przy drugiej zwrotce dyskretnie ziewnęła.
Powiedziała: „Naprawdę ładne. To dla mnie?”
Pobiegła znowu
do kolejnego lśniącego, z pustki utkanego dziwu.
Policzki pałały jej jak czerwony bursztyn.
Zacząłem coś wołać,
ale nie słyszała.

Thursday, 17 January 2019

Drobiazgi

   Pojechałem do Bielska. Odwiedziłem mój sklep z papierosami elektronicznymi i kupiłem zapasową grzałkę. Później zakopałem się w księgarni na godzinę. Postanowiłem, że kupię sobie książkę za ostatnią kasę. Zdecydowałem się na tomik poezji Haliny Poświatowskiej. Ale i tak mnie serce zabolało, bo okazało się, że wyszło trzytomowe wydanie dzieł zebranych Jeremiego Przybory. Wszystkie piosenki, wiersze, listy z podróży i inne rzeczy. No ale nie było mnie stać na wydanie prawie trzystu złotych. To będzie mój następny zakup, kiedy wpadnie trochę gotówki.
   Wracałem już po ciemku, słuchając Trójki i ciesząc się ciepłym schronieniem złotej od świateł autostrady.
   Teraz już w domu. Słucham Adama Struga przy kominku (amana mana mana ma:). Ciągle mi smutno. Przydałoby się niedługo rozebrać choinkę. Może jutro się zmobilizuję.
   Odczuwam dziś mocno samotność. Zrobiłem cały półmisek suszonych pomidorów z czosnkiem, oliwkami i ziołami. Wyszły przepyszne. Chcesz spróbować, dziewczyno? Posmaruję ci do tego chleba masłem i ukroję kawałeczek sera z dziurami. Tak smakuje najlepiej. Do tego gorąca herbata, albo lampka reńskiego wina, co wolisz. W telewizji puszczają Gordona Ramseya, obejrzymy tego sympatycznego gbura. Mówisz, że jemu też by smakowały moje suszone pomidory na lekko czerstwym chlebie? Ja też tak myślę. Pojedziemy jutro na Słowację? Pooglądamy z oddali Tatry, a później zjemy coś w karczmie, wydamy moje zaoszczędzone euro, co ty na to? Że nic z tego? Bo nie istniejesz? To nic, głuptasie. Takie drobiazgi nigdy mi nie przeszkadzały.

Hopefully

 
    Mam kilka dni wolnego. Pełny bak w Xsarze, kilka groszy i nastrój na wycieczkę. Na drogach trochę zelżało, nie muszę się tak stresować.
   Jest mi trochę smutno. Przyzwyczaiłem się do weekendów z dziewczyną. Radości codzienności: wspólne ugotowanie sobie czegoś, spacer, rozmowa, oglądanie głupotki w telewizji, krótka wycieczka w jakieś ukryte miejsce w górach, paskudny obiad w drewnianej karczmie, rozmowy o niczym, czułość. Takie zwykłe rzeczy sprawiają mi radość, dają poczucie sensu i spokoju. Brak tych drobiazgów obudził we mnie smutek. Siądę więc w samochód, włączę mój podróżny miks i powłóczę się bez celu.
   Chcemy z chłopakami znów zacząć razem grać. Mam trochę nowego repertuaru, a i stare kawałki też trzeba przećwiczyć, może trochę wzbogacić muzycznie. Maro kupił nowego cajona, jest zainspirowany, Mateo też ma ochotę na granie. Przydałby nam się gitarzysta z okolic. Marcin jest świetny i miło się z nim gra, ale dojazdy z Warszawy są nierealne na dłuższą metę. Coś się wyklaruje.
   Chciałbym w weekend zrobić coś innego. Nie chce mi się siedzieć w domu. Nie wiem jeszcze co. Może kolejną wycieczkę?
   No dobra, ubieram się i jadę łapać subtelne nastroje i głębokie (hopefully) myśli.

Gwiazdy im śpiewały - Księżycowy Terrorysta




Gwiazdy im śpiewały

Przyniosła mu wiśni,
on jej narwał kwiatów,
wiśnie jak krwi krople,
kwiaty jak złe fatum.
Chodźże mój Stasienku,
księżyc zaraz wzejdzie,
mało mamy czasu,
rano cię nie będzie.

Ściągnął jej sukienkę,
rozłożył na trawie,
księżyc patrzył smutno,
było im wspaniale.
„Nie bój się Stasienku,
nie patrz z takim lękiem,
Bóg cię uratuje,
a ja czekać będę.”

Wojna, wojna, wojna,
jaka to głupota,
brat do brata strzela,
czołgają się w błotach,
a nad nimi świnie,
w pozłacanych szatach,
pieniądze i chwała,
a dla chłopców piach.

Drugi raz już wolniej
kochał się z dziewczyną,
gwiazdy im śpiewały,
do umarłych hymn,
jej biodra szerokie,
mokre, ciasne łono,
w niej by chciał utonąć,
ale musi iść.

Wojna, wojna, wojna,
jaka to głupota,
dla ambicji garstki,
płynie rzeka krwi.
„Stasienku kochany,
w lesie wyje wilk,
przytul mnie najmocniej,
Nie chcę już stąd iść.”

Księżyc na minutę
zdrzemnął się nad nimi,
kiedy znów popatrzył,
bardzo się zadziwił.
No bo chłopiec i dziewczyna
na niebie tańczyli,
a ich ciała piękne dwa,
z rzeką popłynęły.

Wednesday, 16 January 2019

Bez prądu. Przysypany. Wojna i pokój.

 















   Plusy awarii elektryki w domu:
   - Czytanie: w ciągu wieczoru przeczytałem prawie cały drugi tom Wojny i pokoju Tołstoja (pierwszy przeczytałem w schronisku – wreszcie udało mi się przebrnąć przez kilka pierwszych rozdziałów, które od lat były dla mnie zaporą nie do przejścia). Czytałem w wannie przy świeczce, a później w łóżku z czołówką.
   - Odpoczynek od mediów społecznościowych: to była ogromna ulga. Najpierw jeszcze zerkałem na komórkę, ale kiedy wyczerpała mi się bateria, byłem już zupełnie wolny.
   - Spokój i zwolnienie czasu, możliwość skupienia się na jednej rzeczy.

   Tydzień pracy w schronisku dłużył mi się niemiłosiernie. Zaczęło chwytać mnie choróbsko, czułem się słaby i rozdrażniony. Podobało mi się, że zasypał nas śnieg. Kilkumetrowe zaspy i szarawa biel, nie było widać, gdzie kończy się śnieg, a zaczyna mgła. To było przyjemne. Schodzenie w dolinę trochę mniej. Kilka razy wpadłem w zaspę po pachy. Cały szlak zawalony połamanymi świerkami. Trasę, którą normalnie pokonuję w 40 minut, tym razem przeszedłem (przeczołgałem) w 2 godziny.

   M. Mam trochę smutnych refleksji na ten temat. Nie udało się nam zbudować nic trwałego. Moim zdaniem największym problemem był brak komunikacji z jej strony. M. z jakiegoś powodu odmawiała komunikowania problemów. Zamiast tego wyłączała się, okazując mi przy tym niezadowolenie i opryskliwość. Kiedy ja próbowałem nawiązać kontakt, wyjaśnić nieporozumienie, ona wycofywała się jeszcze bardziej i traktowała mnie jeszcze gorzej. I tak to trwało regularnie przez półtora roku. Przyciąganie, odpychanie, przyciąganie, odpychanie. Do tego inne rzeczy, ale nie chcę tego rozwijać.
   Pozostawiło to we mnie pewną pustkę. Przywiązuję się bardzo do partnerki.  M. potrafiła być wyjątkowo urocza, interesująca, miła. Próbowałem przez długi czas sprawić, żeby to działało, dałem z siebie wszystko. Przez chwilę myślałem, że może to jest to, że znalazłem przystań. Teraz, kiedy w końcu się rozsypało, czuję dziwną mieszankę ulgi i próżni. No ale życie się nie zatrzymuje. Jestem nastawiony optymistycznie. Wiem już, że tam gdzie kończy się jedna rzecz, tam powstaje miejsce na rozpoczęcie nowego etapu. W gruncie rzeczy czuję się lekko podekscytowany tym wszystkim: zmianami, nowymi horyzontami, nieokreślonością przyszłości.

   Jeszcze nie ma 9 rano. Zadzwoniłem po elektryka. Choć fajnie było spędzić wieczór bez prądu, to co ma zrobić moja lodówka, albo pralka, w której kiśnie niedokończone pranie? Wyłożyłem stopy przed kominkiem. Trochę mnie parzy, ale nie chce mi się przestać. Myślę o lekkim śniadanku, do którego otworzę książkę i poznam dalsze losy księcia Andrzeja (czy ożeni się z Nataszą i będą szczęśliwi? Przeczuwam, że nie), Pierra, Rostowskiego. Klasyka mnie uspokaja.

   Słyszę, że na plac zajeżdża jakiś samochód. To pewnie elektryk.

Saturday, 5 January 2019

Tam na rzece

 

   Twórczy dzień. 2019 zaczyna się dobrze. Spokojnie, świeżo, refleksyjnie. Pożegnanie z M. (kolejne z kolejnych, wiem, ale tym razem to już na poważnie). Spędziliśmy wspólnie święta i Nowy Rok, przez chwilę miałem nadzieję, ale później wszystko padło. I wiem, że już nie chcę. To fajna dziewczyna. Piękna, potrafi być miła, urocza, słodka, potrafi sprawić, ze w domu jest domowo. Ale nie pasujemy do siebie. Rzeczy, które są dla mnie naturalne i ważne irytowały ją. Moja spontaniczność, czasami rubaszna wulgarność, duchowość, błądzenie w chmurach. Potrzebowała czegoś innego. Ja zresztą też. Nie mam wobec niej złych uczuć. Lubię ją. Mam nadzieję, że się jej ułoży w życiu, że znajdzie swoją harmonię.

   Dobrze mi zrobił dzień w samotności. Słuchając Adama Struga i Raz Dwa Trzy nabrałem twórczej weny, zacząłem nowy obrazek. Ciężko było mi zacząć, ale szybko wskoczyłem na falę i znów poczułem magię i wewnętrzną przestrzeń. Lubię to uczucie, kiedy z codzienności i trywialności powoli wynurza się pulsujące życie i wolność. Na obrazku mężczyzna tonie/śpi/frunie, w każdym razie jest neutralnie szczęśliwy. Na łodzi dziewczyna rzuca sieć. Może chce go uratować. A może po prostu łowi ryby. Może przypadkiem go wyłowi, a może rozminą się i nawet siebie nie zauważą. On w swoim słodkim śnie, w podwodnym mieście, a ona w swoim skupieniu w mieście naziemnym. Cokolwiek się nie stanie, rzeczy będą takie jakie mają być, harmonia wszechświata obejmuje w sobie wszystkie scenariusze, kwantowa nieokreśloność nigdy nie zostanie zakłócona. Enjoy the ride.

   W kominku strzela ogień. Śnieg sypie i sypie, na podwórku już ponad metr. Z garażu na pewno bym się nie wydostał, ale to nie ma znaczenia, bo nigdzie się nie wybieram. Przy piecu drewna na dwa dni. Choinka dyskretnie błyszczy w kąciku. Po kąpieli pachnę lotosowym balsamem. Nikt niczego ode mnie nie chce, ani ja nie chcę niczego od nikogo. Rozkoszność.