Sunday, 8 December 2019

To był potwornie długi dzień. W sumie weekend. Tydzień:) Ale dziś było wyjątkowo ciężko. Tak sobie mówię, ze to koniec roku, akumulują się wszystkie zaległe rzeczy i musi teraz się zakotłować, żeby nowy rok mógł się zacząć czysto, na świeżo. Wiem, piszę enigmatycznie, ale nie chcę wchodzić w szczegóły. Trochę się wstydzę, że tkwię utknięty w czymś, co wiem, że nie jest dla mnie dobre, mam tysiąc powodów, żeby nie tkwić, ale z jakiegoś dziwnego, niezrozumiałego mi powodu, nie umiem po prostu się wyrwać i zacząć nowy rozdział.

Friday, 8 November 2019

Radziecka kosmonautka

Kosmonautka, akryle na drewnie





















Miły dzionek. Miałem pójść dziś do pracy w bacówce, ale okazało się, że chłopaki nikogo dziś nie potrzebują. A zresztą miałem lekkiego kaca po wczorajszej imprezie integracyjnej z biura, więc wyszło na dobre. Cały dzień malowałem. Bałem się, że szybko mi przejdzie inspiracja i okaże się, że wyrzuciłem w błoto kupę kasy, ale wiem już, że akryle zostają. Po prostu lubię.

Jakoś rzeczy wyglądają dziś jasno. Uśmiecham się w środku, bo czuję, że otwierają się dookoła nowe drzwi. A to fajna sprawa: nie wiedzieć, w jaką stronę pójdą rzeczy, równocześnie czując, że pójdą dobrze. I to w sumie wszystko, co chciałem napisać.

Namalowałem dzisiaj radziecką kosmonautkę.


Wednesday, 6 November 2019

Matka Boska Pijaków i Bombadillo

Droga Pani Anno

Nie chcąc zatrzymać naszej ożywionej na nowo korespondencji, pozwolę sobie znów na napisanie kilku słów. Proszę jednak nie czuć się zobowiązaną: niech Pani odpisuje tylko, kiedy będzie Pani czuła taką potrzebę.

Dzisiejszy dzień nie był ani zły ani dobry. Ot, taki zwykły. W nowym biurze mam okno z widokiem na góry. Świeciło jesiennie słońce. Rano przez parking przekicał zajączek. W biurowcu znajduje się bufet w starym komunistycznym stylu, ale z jedzenia wege mają tylko krokiety z kapustą i grzybami oraz sałatki. Barszcz niestety na kościach. Tuż obok bufetu jest palarnia, ale śmierdzi w niej tak okrutnie, że wolę już cierpieć zimno i deszcz na zewnątrz.
W drodze powrotnej było już prawie zupełnie ciemno. Lubię tak jeździć. Jest ciepło, cicho gra muzyka, czasami Nohavica, a czasami jakiś spokojny elektroniczny ambient. Czerwone i złote światła samochodów wyglądają prawie że świątecznie. W nocy jeżdżę bardzo ostrożnie i spokojnie. Droga do domu trwa godzinę. Cieszy mnie ta godzina relaksu.

Po powrocie zaniosłem dzieciakom czekoladę studencką, a później, już u siebie, napaliłem w kominku. Już taki czas roku, że robię to codziennie. Zanim jeszcze rozpakuję się po podróży i przebiorę, rozpalam w piecu, żeby jak najszybciej wygnać z domu ziąb.

Lubię mój domek, ale smutno mi tu często samemu. Włączam telewizor, żeby cicho sobie brzęczał w kącie, robię sobie herbatę (też uwielbiam Earl Grey!), oglądam odcinek jakiegoś serialu, czasami czytam książkę. Jest to miłe, ale brakuje mi bliskich rozmów, czyjegoś krzątania się... Jestem pewny, że mnie Pani rozumie.

Tak więc wygląda mój przeciętny dzień. Pewnie zanudziłem Panią na śmierć:)

Co do Pani ostatniego listu... Tak, u mnie było bardzo podobnie. Pani słowa (szczególnie te o współczuciu) pomogły mi spojrzeć na to wszystko inaczej. Bardzo dziękuję.

Pani oddany przyjaciel
i dłużnik

Marcelino Bombadillo

***

Szanowny Panie Redaktorze
Opis Pana zwykłego dnia wcale nie wydał mi się nudny. Przez chwilę czułam się jak pasażer w Pana samochodzie. Słyszałam piosenkę Jarosława ("Kometę":), widziałam choinkowe światełka aut i drzemałam sobie, czerpiąc radość z poczucia bezpieczeństwa, jakie budził we mnie Pana styl prowadzenia (zakładając, że Pan mówił prawdę o tym, jak spokojnie Pan prowadzi, ale zakładam, że tak:). Opis biura też mi się spodobał, a że z okna widzi Pan prawdziwe zajączki i góry, to ma Pan naprawdę wielkie szczęście!

To może ja też się podzielę swoim dniem?

Dziś może nie był taki zupełnie typowy, ale i tak opowiem.

1. Obudziłam się o piątej rano i nie potrafiłam już zasnąć. Zapaliłam małą lampkę przy łóżku i wystawiając tylko nos, bo zimno (też grzeję piecem, więc nad ranem zwykle już wygaszone), czytałam sobie przez dwie godziny książki. Najpierw "Trumf Pana Kleksa" (proszę się nie śmiać, uwielbiam!), a później "Opowiadania Bizarne" pani Olgi.

2. Po porannej toalecie - bardzo prostej: umycie zębów i spryskanie twarzy zimną wodą - zrobiłam sobie kawę zalewajkę z mlekiem i posiedziałam chwilę na parapecie, patrząc z góry na budzące się powoli miasto. To taki mój codzienny rytuał. Lubię moją miniaturową garsonierkę na poddaszu.

3. Na śniadanie odgrzałam sobie wczorajszy ryż, do którego dodałam kilka plasterków jabłka, rodzynki i szczyptę cynamonu. Aha, i jeszcze łyżeczkę miodu.

4. No i teraz, jak przystało na dorosłą kobietą, którą podobno jestem, też zabrałam się za pracę. Moje miejsce pracy znajduje się bardzo blisko, dojazd do niego z pewnością nie zajmuje godziny. A tak dokładnie zajmuje około 2 sekund: jak się Pan domyślił, pracuję z domu. Biurko pełne jest arkuszy papieru, kredek, cienkopisów, linijek, ekierek, gumek, strugaczek... Jestem ilustratorką-freelancerką (hmm, nie lubię tego angielskiego słowa, ale nie wiem, jaki jest polski odpowiednik. Może sobie jakiś wymyślę? Ilustratorka-Wolnarączka. Ot co.)

5. Miałam rysować do 16, mam trochę zaległości, ale o 14 zmierziło mnie to siedzenie. Poza tym Ambroży (pamięta Pan mojego kundelka? Wspominałam kiedyś) wyjątkowo uporczywie upominał się o spacer. Ubrałam więc moje ulubione zielone palto, beret, kalosze i poszliśmy na przechadzkę. Byłam już trochę głodna, więc najpierw zjadłam dużą porcję pierogów ze szpinakiem i fetą u pani Basi na Rynku. Ambroży wyżebrał ode mnie jednego. Tak posilona zdecydowałam się na spacer nad rzeką. Dawno już tam nie byłam. Chciałam sprawdzić, co u moich znajomych kaczek: pani Fiony, jej męża Kwakwaka i ich maleństw, którym imion jeszcze nie wymyśliłam, czekam aż podrosną choć trochę. Nazywam je po prostu Maleństwa. Po drodze spotkałam pana Franka Żulańczyka. Ukłonił się grzecznie, uśmiechnął nieśmiało i spytał o pięć złotych, bo zbiera na wino. Poratowałam pana Franka, żeby jakoś rozgrzał się w ten chłodny listopadowy dzień. A co do kaczuszek, to nie znalazłam. Najpierw się zmartwiłam, że coś je zeżarło, ale potem sobie przypomniałam, że przecież dzikie kaczki lecą na zimę do ciepłych krajów! Gapa ze mnie.

6. Po powrocie do domu napaliłam porządnie w piecu. No tak, zapomniałam dodać, że całe rano siedziałam w trzech swetrach, rajtuzach, spodniach i grubych skarpetach oraz z termoforem na kolanach. Po prostu oszczędzam drewno (jak na razie moje rysunki nie starczą na całodobowe palenie) i obiecałam sobie, że nie będę rozpalała przed godziną szesnastą. Panie Redaktorze, proszę przypadkiem się nie litować, ani nie patrzeć ze zgrozą: naprawdę wszystko u mnie w porządku, nie przymieram głodem, to po prostu niewielka niedogodność, która zresztą ma swój urok. Kiedy tak siedzę na starym poddaszu i z rękawiczkami bez palców rysuję jakieś dziwy, to czuję się jak bohaterka z Victora Hugo, albo innego Dickensa. Bardzo mi to schlebia:)

7. Nie chciało mi się już rysować. Z brzuchem ciągle napełnionym pierogami pani Basi i z ciepłem emanującym od piecyka, nalałam sobie wstydliwie lampkę swojskiego wina porzeczkowego (prezent od pani Tereski, mojej sąsiadki, która próbuje o mnie dbać jak o córkę, co czasami jest kłopotliwe, ale nie chcę jej sprawiać przykrości) i wróciłam do przerwanej rano lektury Tokarczuk. Niestety trochę mnie znudziło, więc odłożyłam książkę, włączyłam jakąś audycję w radiu i trochę się zdrzemnęłam. Myślę, że to ciepło i wino, a pewnie też to, że tak wcześnie się obudziłam dziś rano.

8. Z drzemki wyrwało mnie pukanie do drzwi. Kiedy zobaczyłam listonosza, to baaardzo się ucieszyłam i po miłej lekturze Pana listu bez zwłoki odpisuję.

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Pana tymi głupotkami:)

Odpisuję zawsze z przyjemnością i zawsze czekam na Pana listy. Sprawiają mi wielką radość i dzięki nim czuję się kimś ważnym. Bo skoro potrafi Pan siąść, zapisać swoje myśli na papierze, pójść na pocztę, zakleić kopertę, zaadresować, polizać znaczek (wiem, że teraz już się nie liże, bo są naklejki!:), to znaczy, że jestem dla Pana ważna. A to niezmiernie miłe uczucie.

Na dzisiaj już kończę.

Pozdrawiam Pana serdecznie i ściskam koleżeńsko
Pana Przyjaciółka i Matka Boska Miejscowych Pijaków

Anna Słota



Tuesday, 5 November 2019

Rodzinna posiadówka
















Dziś miałem wieczór rodzinny. Sytuacja wygląda tak, że kilkanaście metrów od mojej chatki znajduje się dom moich braci, mamy i ich dzieci. Jest to dom otwarty, gościnny, hałaśliwy i wesoły. Czasami tam wpadam, żeby doładować baterie.
Dziś pracowałem z domu. Przygotowywałem plakat na festiwal jazzowy, który organizujemy na wiosnę. Redagowałem również wywiad z  Turnauem oraz wywiad z Karłowskim. Ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolony z dnia pracy. Bardzo owocny i twórczy.
Po południu jednak znów zaczął mnie ogarniać smutek egzystencjalny, więc postanowiłem wpaść w odwiedziny do moich braci i sióstr krwi. To było bardzo sympatyczne. Łukasz spał po pracy. Spytałem, czy ma jakieś swojskie wino do zdegustowania. "Ależ oczywiście! Nie jedno." I znienacka zrobiła się akcja przelewania win do butelek. Czarny bez, aronia i dzika róża. Nie przypuszczałem, że spędzę tam 2 godziny. Degustowaliśmy trunki, wspominaliśmy stare czasy, mama dołożyła trochę swoich historii, które ciekawie było skonfrontować z naszymi wersjami. I jeszcze słodkie dzieciaczki Łukasza ze swoimi komentarzami. No nie mogłem się oderwać.
To zdjęcie oddaje klimat. Zwracam uwagę na zaangażowanego w przelewanie wina dwuletniego Boryska:)
Fajnie było oderwać się na chwilę od przykrych myśli.
A jeszcze fajniej poczuć, że te złe chwile przeminą, skończą się, a zostanie esencja. Miłość, przyjaźń, ludzie.

Plakat na festiwal jazzowy

Monday, 4 November 2019

Zmysł miłości

























Drogi Panie Redaktorze

Dzisiejszy jesienny dzień już nie był złocistoczerwony. Był szary, dżdżysty i wietrzny. Dlatego postanowiłam nie wychodzić z domu. Cały dzień wrzucałam do pieca świerkowe szczapki i co rusz dolewałam gorącej wody do imbryka z Earl Grey (moja ulubiona herbata:)

Dużo myślałam. Mam nadzieję, że mi Pan wybaczy, ale myślałam o Panu i czy mogę jakoś pomóc w tych trudnych chwilach. A że w grę wchodzi tylko pomoc na odległość, więc musiałam myśleć dosyć intensywnie. Sięgnęłam do swoich doświadczeń i postanowiłam się nimi podzielić. Nie wiem, czy Pana sytuacja jest taka, jak była moja, prawie na pewno nie, ale może znajdzie Pan jakieś punkty styczne (o Boże, brzmię jak jakaś psychoterapeutka! Trochę mi głupio:).

Wspominałam w poprzednim liście o swoim złamanym sercu. Czas wyleczył mnie z ran. Cieszę się jednak z tego całego doświadczenia. Ale może w skrócie opowiem.

Miałam kiedyś chłopaka. Bardzo się zakochałam. Czułam, że też mnie kocha. Okazało się, że pomyliłam się, ale nie zarzucam tego sobie. Lepiej wierzyć w miłość, niż nie wierzyć. Nawet jeśli dojdzie do czegoś takiego...

Mój chłopak był taki:

- Kiedy chciał, potrafił być najsłodszym i najbardziej opiekuńczym człowiekiem na świecie.
- Potrafił mnie słuchać i okazywał mi oddanie i ciepło.
- Przynajmniej na początku...
- Później zaczął się oddalać. Jednego dnia był taki jak dawniej, a następnego zimny i wyniosły.
- Zaczęłam się martwić. Coraz częściej łapałam go na mniejszych lub większych kłamstwach. Najpierw przypadkiem, a później zaczęłam szukać dowodów... Wiem, głupie, ale chciałam wierzyć, że się mylę. Ale dowodów było coraz więcej.
- Spotykał się ze swoimi byłymi, a czasami z nowymi kobietami. Kiedy mówiłam mu, że źle mi z tym, to śmiał się i mówił, żebym się zrelaksowała, to tylko znajome.
- Był mną coraz bardziej znudzony.
- Jednocześnie był chorobliwie i bezsensownie zazdrosny.
- Kiedy byliśmy w towarzystwie, to dla wszystkich kobiet był czarujący, a dla mnie oschły i poirytowany. Kiedy mówiłam mu delikatnie, jak się z tym czuję, to stawał się jeszcze bardziej nieprzyjemny i zarzucał mi paranoję... Wiem, okropne. I będąc taką, jaka jestem dzisiaj, to odeszłabym bez wahania.
- Czasami na chwilę znów był dla mnie taki jak dawniej. Ale te momenty trwały coraz krócej i krócej. Czasami przez kilka tygodni, a nawet miesięcy czekałam choć na mały cień dawnego ciepła i uczucia.
- Kiedy już miałam dość i decydowałam się odejść (wiele razy), wtedy przychodził i najsłodszymi słowami prosił, żebyśmy jeszcze raz spróbowali, bo bardzo mnie kocha.
- Chciałam, żebyśmy się pobrali, stworzyli sobie dom. Mówiłam mu o tym. Patrzył na mnie wtedy zachmurzony i z niechęcią mówił, że nie potrzebuje niczego więcej. Może kiedyś w przyszłości, sam nie wie kiedy... I że mam przestać zawracać mu tym głowę, bo psuje mu to humor.














Wiem, dzielę się bardzo dużą ilością osobistych informacji. I troszkę mi wstyd. Boję się, Panie Redaktorze, że źle Pan o mnie pomyśli i to byłaby dla mnie naprawdę coś przykrego. Ale mam nadzieję, że tak nie będzie. Trochę się znamy, choć tylko korespondencyjnie i czuję w Panu bratnią duszę.

No i jak się to wszystko skończyło? Sytuacja stała się nie do wytrzymania. Nie wierzyłam już w żadne jego słowo. Byłam zmęczona jego flirtowaniem z innymi, zimnem, wybuchami złości, kolejnymi znajomościami, o których przypadkiem się dowiadywałam, unikaniem spotkań i jego niechęcią do bycia ze mną na dobre. On też miał już tego dość. Pewnego dnia, po kolejnej kłótni przestał się do mnie odzywać, dzwonić, pisać. Jakiś czas jeszcze próbowałam nawiązać kontakt, ale w końcu zrezygnowałam... Nie miało to już sensu.

Było mi źle i smutno. Nie potrafiłam przestać myśleć o tych złych rzeczach, które mi zrobił, o tym, jak mnie traktował, ale też i o dobrych wspomnieniach. Jakoś tak mi się to dziwnie mieszało. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, prawie nie sypiałam, błąkałam się trochę nieprzytomna po uliczkach mojego miasteczka, sama, bo pozrywałam kontakty z dawnymi przyjaciółmi i znajomymi. Czułam się oszukana, głupia, mała i żałosna. Trwało to kilka miesięcy...

Nie wiem, Panie Redaktorze, czy znajduje Pan tutaj jakieś punkty styczne ze swoją sytuacją. Mam nadzieję, że nie za wiele, bo doskonale zdaję sobie sprawę, jaka to nieprzyjemna sprawa i nie życzyłabym tego Panu.

I wie Pan co mi pomogło? Poczułam nagle wobec niego już nie tęsknotę, żal, czy nawet złość, ale ogromne współczucie. Samo jakoś to przyszło. I to dosyć nagle, choć wiem, że musiałam dojrzeć do tej myśli. Pewnego dnia, samotnego i smutnego, jak wiele poprzednich, wspominałam jakiś drobiazg z nim związany. Spacer po parku w jego mieście. Z ciepłem przypomniałam sobie, jak trzymaliśmy się za ręce i jak słuchałam jego wspomnień ze studiów. I nagle mnie to uderzyło: on tego nie ma.
Ja mogę z czułością wspominać kolor jego szczoteczki do zębów, wycieczkę w góry, teksturę jego ulubionej bluzy. Zarówno ja, jak i Pan, Panie Redaktorze, mamy głęboko zakorzeniony instynkt bliskości. Czas sprawia, że nasze uczucie staje się coraz silniejsze, przywiązanie głębsze, związek coraz bardziej złożony i mocny. Dla niego coraz więcej wspólnego czasu oznaczało coraz większą nudę i chęć zmiany. Uderzyło mnie to bardzo silnie. W życiu tego biednego chłopaka wydarzyło się kiedyś, może w dzieciństwie coś, co pozbawiło go możliwości bliskości (a może taki się urodził).

Pan, ja i większość osób, mamy zmysł miłości, pragnienie i umiejętność budowania więzi. Jest jednak mała grupka ludzi, którzy nie mogą. I nawet nie wiedzą, że pozbawieni są czegoś najcenniejszego. Pan wie, o czym mówię: empatia, współczucie, troska i opiekuńczość, szacunek, podziw... To są składniki miłości. Mój chłopak nie potrafił tego odczuwać. Miał w sobie głód, ale objawiał się on pragnieniem adoracji, rozrywki, nowości. I tylko tyle.

Ta myśl i uczucie, uderzyły mnie bardzo mocno. Puściła tęsknota i poczucie zranienia. I zrobiło mi się go bardzo, ale to bardzo szkoda. Wyobraża Pan sobie: nigdy nie kochać, ani nawet nie podejrzewać, że tego nie mamy i nigdy nie będziemy mieć? Straszne, prawda? Być pozbawionym najważniejszego zmysłu i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy! To współczucie napełniło mnie tak mocno, że aż się popłakałam, a te złe uczucia odeszły.

Co dalej? Nic. Jakiś czas później się odezwał. Zaprosił mnie na kawę. Przyjęłam zaproszenie. Miło porozmawialiśmy. Mówił, że tęskni, że chciałby do mnie wrócić, że teraz będzie już dobrze. Uśmiechnęłam się, uściskałam go, poszłam na dworzec i już nigdy więcej się nie zobaczyliśmy.

Ufff, ale się rozpisałam:) I to tak poważnie. Ale musiałam. Ciężko mi było patrzeć na Pana stan. Niech się Pan nie gniewa, jeśli przestrzeliłam i Pana sytuacja jest zupełnie inna. Wiem, że jest tyle opowieści, ile ludzi. Ale jeśli choć trochę byłam w stanie Panu pomóc tą historią, to będę bardzo szczęśliwa.

U mnie już ciemno, ale nie zapalam światła. Tylko mała świeczka rozjaśnia mój pokój. Gdzieś w oddali przejeżdża tramwaj, a w kamienicy naprzeciwko ktoś cichutko gra na trąbce. Lekko fałszuje, ale to miła melodia. Wypiję jeszcze ostatnią filiżankę herbaty - chyba dziesiątą (pewnie będę pięć razy wstawała dziś w nocy na siku:) i już się kładę.

Życzę Panu przyjemnych snów. Mam nadzieję, że dzisiaj Pan się wyśpi.

Pana Przyjaciółka i Dobrzeżycząca
Pogodna Dziewczyna z Liściem Klonu w Berecie
Anna Słota

***

Kochana Pani Aniu.
Bardzo dziękuję za ten list. Muszę sobie to wszystko przemyśleć. Dziś powiem tylko, że bardzo się cieszę, że Pani napisała.
Marcelino


Sunday, 3 November 2019

Przedprzebudzenie



Pani Aniu!
Co za niespodzianka. Kiedy listonosz podał mi seledynową kopertę z nagryzmolonym żuczkiem, od razu wiedziałem, że to od Pani. Zresztą nikt inny nie pisze już listów na papierze.

Na początku chciałbym Panią serdecznie przeprosić za swoje milczenie. Porwał mnie wir codzienności. Pieniądze, praca, a przede wszystkim owa długa niefortunna znajomość, która odcisnęła na mnie silne piętno. Było to jak ciągnący się w nieskończoność, chaotyczny i niezrozumiały sen. Ale nie chcę o tym zbyt dużo pisać. Było, minęło...

Przykro mi słyszeć, że doświadczyła Pani złamanego serca i z tego, co Pani napisała, złamanego w wyjątkowo zimny sposób. Z drugiej strony, widząc, jak udało się Pani dojść do siebie i pozostać tą ciepłą i dobrą osobą, cieszę się bardzo. Dodaje mi to otuchy.

Wyobraziłem sobie Panią na tym spacerze po parku. Jak siedzi Pani na zboczu wzgórza, wśród zmurszałych grobowców i obserwuje skąpane w jesieni ulice. Poczułem, że chciałbym tam z Panią sobie usiąść i wspólnie patrzeć. Nie musielibyśmy nawet nic mówić. Chciałbym czuć Pani obecność i pogodny spokój. Jak to możliwe, że tak młoda osoba może sprawiać wrażenie takiej mądrości? (To nie pusty komplement - ja naprawdę odbieram Panią w taki sposób).
Widok, który Pani opisała, przypomniał mi Ljubljanę. Na wzgórzu koło zamku jest taka ławeczka koło wiekowego dębu, skąd widać stare miasto. Byłem tam w piękny jesienny dzień rok temu. Utkwiło mi to miejsce w sercu bardzo mocno.

W Pani śnie stałem w zimnym, zasypanym śniegiem lesie i płakałem. Może faktycznie byliśmy tam wspólnie. Wierzę, że niektóre dusze mogą spotkać się w snach. Jeśli tak było naprawdę, to dziękuję. Cieszę się, że nie stałem tam sam.

A ja przez 3 dni prawie nie wychodziłem z domu. Żadnych spacerów, podróży. Paliłem w kominku, piłem wino, oglądałem Doctora Who i bawiłem się akrylami i drewnem. Dziś wieczorem nagrzałem wody w bojlerze, podciąłem brodę i włosy, bo zacząłem wyglądać jak syberyjski drwal, wykąpałem się i teraz siedzę i myślę, co jeszcze Pani napisać...

O, proszę sobie zerknąć na mojego akrylowego bazgroła. Nazwałem go "Przedprzebudzenie".

Przedprzebudzenie - akryle na drewnie




















Bardzo polubiłem tę nową pasję. Wie Pani, co cieszy mnie w niej najbardziej? To, że jestem zupełnym nowicjuszem i żadne wielkie dzieło nie wyjdzie spod mojej ręki, więc mogę robić to, co chcę i nie martwić się opiniami. Bardzo oswobadzające uczucie.

Pani Aniu, będę już kończył, późno się zrobiło.
Jeszcze raz: bardzo, bardzo się cieszę, że zdecydowała się Pani odnowić naszą korespondencję. Te listy są dla mnie, jak gwiazdki spadające z nieba.

O Pani również przynajmniej jedna osoba ciepło i przyjaźnie myśli.

Ściskam i pozdrawiam serdecznie
Na zawsze Pani

Marcelino Smutalino

Zimowa noc

Zimowa noc - obraz akrylami na drewnie

















Drogi Panie Redaktorze
Myślę, że minął już prawie rok, odkąd przerwaliśmy korespondencję. Przyznam, że zerkałam czasami i sprawdzałam, czy wszystko u Pana w porządku. Ale tak delikatnie, żeby Pana nie niepokoić. Trzymałam kciuki, żeby Pana sprawy się ułożyły jak najlepiej. Przykro mi, że nie wszystko poszło tak, jak Pan chciał...

Ostatniej nocy miałam sen. Stał Pan w nocy w lesie opatulony w gruby kożuch. Padał śnieg, wiatr wył, a Pan po prostu stał i patrzył przed siebie. Wydawało mi się, że Pan płacze, ale nie byłam pewna.
Obudziłam się  bardzo smutna. Usiadłam na parapecie i długo paliłam papierosy. Patrzyłam na dachy mojego miasteczka, na księżyc i myślałam o Panu.

Panie Redaktorze, proszę się nie gniewać, ale odniosę się do Pana życia osobistego. Wiem, że to trochę nieelegancko, zważywszy na to, że nie znamy się osobiście, ale pal to licho, muszę coś powiedzieć. Może mi Pan nie uwierzy, bo staram się w moich listach być wesoła i beztroska. I większość czasu taka jestem. Ale też przeżyłam pewne trudne sytuacje. Wiem, co to znaczy doświadczyć kłamstwa, zdrady, zimna, odepchnięcia od osoby, którą uważało się za bliską. Znam to uczucie zranienia, niezrozumienia, wiem jak to jest być małą i zagubioną, pozbawioną wiary w ludzi, w miłość, w szczęście. Ale choć trudno w to uwierzyć, to minie. Światło, które ma Pan w sobie znów zacznie lśnić. Znów poczuje Pan w sobie nadzieję i radość. Miłość jest jedynym transcendentalnym faktem w materialnym uwikłaniu (że tak powiem filozoficznie:).

Wróciłam właśnie z jesiennego spaceru po parku na wzgórzu. Na samym końcu, za siatką jest malutki żydowski cmentarz. Przeszłam przez dziurę w płocie i posiedziałam sobie chwilkę na trawie. Widać stamtąd ratusz i kawałek kościoła. Wyglądają jak z bajki, szczególnie dzisiaj, kiedy wszystko jest złocisto-czerwone. Później zbierałam liście, z których zrobiłam jesienny bukiecik i postawiłam na biurku. Leży tuż obok Pana obrazka (dziękuję za ten prezent, lubię na niego patrzeć, kiedy piję herbatę i słucham Charlotte Gainsbourg).

Proszę, niech Pan pamięta, że choć czasami może się Pan czuć samotny jak palec, to tak nie jest: przynajmniej jedna osoba o Panu myśli i codziennie śle przyjazne i ciepłe uczucia.

Ściskam najmocniej!
z serdecznymi pozdrowieniami

najmądrzejsza i najsprytniejsza
Bogini dobrych rad i pocieszycielka strapionych
Anna Słota

Saturday, 2 November 2019

Próby z malowaniem

A tu już sobota. Powolny poranek. Słucham francuskiej, starej muzyki, jeszcze mi nie przeszło. Wycisza mnie to. Troszkę posprzątałem. Naniosłem drewna do kominka. Teraz przyjemnie pachnie wilgotną brzozą.
Wpadłem przedwczoraj na pomysł, żeby spróbować malowania. Pojechałem do miasta i wydałem co do grosza wszystkie pieniądze na farby akrylowe, pędzle, bejcę i inne rzeczy. Odwiedziłem po drodze tartak, zdobyłem kilka świerkowych deszczułek, a w garażu znalazłem jeszcze piękną deskę lipową, która leżała tam od lat. Później zrobiłem małe przemeblowanie i choć myślałem, że to niemożliwe, udało mi się w mojej ograniczonej przestrzeni zrobić kącik malarski. Trochę napociłem się przy szlifowaniu desek, ale była to w gruncie rzeczy przyjemna praca. Wczoraj cały dzień spędziłem na pierwszej próbie malarskiej. Kląłem na czym świat stoi, bo pędzle i farby nie chciały się słuchać. Rysowanie to inna bajka: ma się precyzję i kontrolę. Z malowaniem jest inaczej. Ale w końcu przestałem się nastawiać na zrobienie arcydzieła i postanowiłem się tym pobawić. Na koniec dnia miałem już mój pierwszy (tragiczny:) obraz.
Rano pojechałem na cmentarz odwiedzić grób taty. A wieczorem wpadłem do rodziny. Przyjechała Ania z koleżanką, był Szymon, Aleks, dzieciaki i cała reszta. Posiedzieliśmy trochę przy bimbrze z jabłek, porozmawialiśmy o głupotkach, pośmialiśmy się.
Zastanawiam się teraz, co zrobić z weekendem. Zostać w domu i malować, czy gdzieś pojechać, może przejść się w góry?
Energetycznie trochę jestem w dole. Miałem jakieś zaproszenia na weekend, ale nie przyjąłem. Chyba na razie nie jestem w nastroju na integrowanie się z ludźmi, ani starymi, ani nowymi. Wymaga to ode mnie zbyt dużego wysiłku. Z drugiej strony czuję się samotny, więc trochę jest to paradoks, ale jeśli ktoś jest introwertykiem, to dla niego to zrozumiałe.
A może zrobię sobie po prostu dzień serialowy? Sobota z Doctor Who.




Saturday, 26 October 2019

Twoje szepty - Księżycowy Terrorysta



Twoje szepty

1
Czasami wstanę rano,
czasem długo gniję,
czasami się umyję,
a czasem mam to gdzieś.

Gdy smutek puka do drzwi,
to wódki się napiję,
a że on puka często,
to flaszki często brzdęk.

Więc chodź ma ukochana,
co z książek cię stworzyłem,
wyśniona, nierealna,
ja proszę, mocno pieść.

Ty widzisz mnie od środka,
ty mówisz do mnie cześć,
ja sam do siebie mówię.
ty dajesz słowom treść.

2
Ja kiedyś marzeniami
pomalowałem świat,
Bóg zesłał to i tamto,
przeżyłem życia szmat.

Dziś smutek puka do drzwi,
choć po co pukać ma,
już dawno moim kumplem,
jest, niech wchodzi raz dwa.

Więc chodź ma ukochana,
ty nie dostrzegasz dna,
i przytul się do drania
ten drań to właśnie ja.

Wyśniłem cię o świcie,
tuż zanim zniknął świat,
ty mnie uratowałaś,
bo życie to jest żart.

3.
Gdy w nocy demonami
rozdrażni głupi sen,
kołdra rozkopana,
mam dosyć już tych scen.

Ty wchodzisz mi do łóżka,
twych pocałunków tlen
otuli mnie do rana,
odgoni stada hien.

Ja ciebie wyśniłem,
a ty stworzyłaś mnie,
ja jestem mięsem skórą,
a ty boginią w szkle.

Choć wiem że nieprawdziwy
twych pocałunków smak,
to wolę wierzyć w ciebie,
niż w twoich szeptów brak.

Thursday, 24 October 2019

Lista powakacyjna




















1. Bałkany wydają się odległym wspomnieniem. Po powrocie wskoczyłem  w wir pracy. Miałem trochę wydatków: samochód był do remontu, poszło 2000. Musiałem jeszcze kupić drewno do kominka i trochę węgla, więc kolejne wydatki. Dlatego oprócz etatu, sporo weekendów dorabiałem w schronisku. Powoli wychodzę na prostą.

2. Jak praca? Zajęcie redaktora bardzo mi odpowiada. Pisanie artykułów, robienie wywiadów ze sławami, tematy muzyczne, duża niezależność, praca po części z biura, a po części z domu. Nie mogę narzekać. Mam takie dni, że czuję prawdziwą satysfakcję z pracy. Rzadko przytrafiały mi się  w życiu takie wrażenia. No a w niektóre dni, jak dzisiaj, kiedy muszę skupić się na stronie biznesowej, a poza tym osobiście też nie czuję się najlepiej, to w takie dni otwieram sobie butelkę wina i jakoś też idzie robota.

3. Słucham Putamayo "French Cafe". Koją mnie francuskie szansony. Jest w nich pewien smutny, ale i lekki dystans do rzeczywistości. Francuzi smucą się inaczej niż Rosjanie. Mówię w oparciu o literaturę i muzykę, bo osobiście wielu nie spotkałem. Rosjanin smuci się Wszechświatem, a Francuz złamanym Sercem. Rosjanin leczy się wódką i mrokiem, a Francuz winem i kobietami. Rosjanin napisze czterotomową epopeję, a Francuz krótkie opowiadanko egzystencjalne;)

4. Po raz pierwszy od 4 dni wziąłem prysznic. Miałem po prostu kiepski tydzień, nie osądzam się. Ale dzisiaj się zmobilizowałem, napaliłem w piecu, żeby ogrzać wodę w podkowie i zmyłem z siebie kilka dni.

5. Znów wciągnąłem się w Doctora Who. Lubię Time Lorda w każdym z jego wcieleń. Podróże, mocne zasady moralne, dobro zawsze zwycięża, ekstrawagancja, humor, smutek i angielskość. Czego tu nie lubić? (A jak się smuci Anglik? Hmm, musiałbym się zastanowić... Anglik smuci się sam, ukrywa uczucia za chłodną uprzejmością i uważa smutek za niegodny dżentelmena. A kiedy już bardzo, bardzo pogrąży się w smutku, to tworzy imperium, aby światłem cywilizacji oświecić barbarzyńskie ludy.)

6. Kupiłem "Purezento" Joanny Bator i "Opowiadania Bizarne" Tokarczuk. Tylko nie mogę na razie zebrać inspiracji do czytania. Może w weekend wybiorę się gdzieś na wycieczkę, może w góry, a może nad jezioro i wtedy, odcięty od codzienności, pozwolę sobie na zanurzenie w literaturze.

7. Ilustracja niezwiązana z niczym. No, może trochę z pracą:)



Wednesday, 9 October 2019

Bałkany po raz czwarty - część siódma

Bałkany po raz czwarty - część siódma

Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019









19. Pizza i góry w pełni księżyca

(12.09.2019, 6 rano, 1 godzina od Ljubljany, Słowenia)

streszczenie wczorajszego dnia:

   Dojazd na plażę we Włoszech miał nam zająć 40 minut. Po kilku godzinach jazdy, ciągle bez powodzenia szukaliśmy odpowiedniego miejsca. Okazało się, że po wyjechaniu z Chorwacji, zaczęło robić się tylko gorzej. Przed Triestem nie było żadnej plaży, tylko szosa i wąski pasek z dostępem do morza, sam Triest był wielki, brudny, głośny i chaotyczny, odetchnąłem z ulgą, kiedy przejechaliśmy miasto. Za Triestem też nie wyglądało lepiej. Zjechaliśmy do jakiejś kafejki, zamówiliśmy po kawałku ciasta i wyciągnęliśmy mapę. Nasza mapa Bałkanów sięgała do małego cypelka o nazwie Grado – półwyspu połączonego ze stałym lądem mostem. Zauważyliśmy czarne namiociki oznaczające kemping. No to spróbujemy.















   Plaża okazała się okropna. Brzydka, śmierdząca, zamulona, rozległa. Musiałem wejść chyba z pół kilometra w morze, żeby mieć wodę po szyję. M. opalała się przez chwilę, później zbierała muszelki.
   Na szczęście samo miasteczko okazało się bardzo ładne i przyjemne. Tętniło życiem, pełne było ciasnych uliczek, małych sklepików z ciekawostkami, knajpek. Zjedliśmy pizzę (w końcu to Włochy!), połaziliśmy po mieście i około dwudziestej pierwszej wyjechaliśmy w stronę Ljubljany.
   Jadąc w ciemności, ciężko znaleźć miejsce na obóz. Dopiero koło dwudziestej trzeciej zjechaliśmy z głównej drogi i zatrzymaliśmy się na górskiej łące, z widokiem na zalane światłem księżyca góry. Zimno było niemiłosiernie, ubrałem nawet czapkę. Ale jeszcze usiedliśmy opatuleni przy samochodzie i oglądaliśmy góry i księżyc. Bardzo to było przyjemne.
















A dzisiaj:

   Po szalonych snach (coś o jeździe wśród gór, zagubionej drodze, lęku), obudziłem się około piątej rano. M. przez chwilę też była przytomna, zrobiła siku i wróciła do spania, ale ja już byłem całkiem rozbudzony i postanowiłem napisać parę słów.

20. Pożegnania

(14.09.2019, wieczór, Village, Polska)

   Dojechaliśmy do domu. Wczoraj nie dałem rady już nic napisać, a dzisiaj jestem tak zmęczony, że tylko w punktach chociaż streszczę.

Ostatnia lista:

   1. Po wyjeździe z gór, dotarliśmy szybko do Ljubljany. Bałem się, że moje wspomnienia były zbyt barwne i sentymentalne, a w kontakcie z rzeczywistością, pierzchną. Ale nie – kocham to miasto. Czuję z nim jakąś magiczną więź. Jakby żył tam w poprzednim wcieleniu. Niestety nie weszliśmy na wzgórze zamkowe, ani do Tivoli. M. wpadła w nastrój zakupowy, a ja nie chciałem jej zostawić. Kiedy wreszcie doszła do wniosku, że wystarczy, to było już zbyt późno. Trochę żałowałem, ale z drugiej strony fajnie, że mam te ulubione miejsca tylko dla siebie. Wrócę tam jeszcze.





   2. Długa droga na północ. Wreszcie koło 23:00 dotarliśmy na jakiś parking w Chorwacji. Byliśmy tak wykończeni, że padliśmy chyba w minutę.

   3. Dziś cały dzień drogi: Chorwacja, kawałek Słowenii, Węgry, Słowacja. Dotarliśmy do domu około 21:00. Rozpakowaliśmy prezenty. M. trochę podłamana, że kupiła za dużo alkoholu, zamiast pamiątek. Dałem jej na pocieszenie dwie piękne miseczki, które kupiłem w Blagaju w Bośni.



 











4. Challenge Bałkański prawie się udał. Piszę „prawie”, bo wczoraj nic nie narysowałem. Ale naprawię to. Poniżej kubeczek, jaki kupiłem sobie w mojej ukochanej Ljubljanie. To będzie mój ulubiony kubek do herbaty.


















   5. To była... ważna wyprawa (zresztą każda taka dłuższa wędrówka jest dla mnie ważna). Dużo rzeczy znów się dowiedziałem o sobie, o M., zrozumiałem wiele, ale tak na pozytywną nutę: Boże, jak ja lubię Bałkany. Chcę tam wracać całe życie. Mam ciągle w głowie te wszystkie miejsca, ludzi, widoki, drobiazgi, wrażenia. Jest to dla mnie, jak zbieranie skarbów. Cieszę się, że codziennie pisałem i rysowałem. Nic mi nie umknie dzięki temu. Smutno mi jednak, że się skończyło. Bo wiem, że nie tylko podróż dobiegła końca, ale również inne rzeczy.




Thursday, 3 October 2019

Bałkany po raz czwarty - część szósta

Bałkany po raz czwarty - część szósta

Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019




15. Ruiny o kolorze piasku

(08.09.2019, rano, Podstranica, Chorwacja)

   Plażujemy. M. leży obok i się opala. Jej wysmukłe zgrabne ciało wygląda uroczo. Pragnę jej. Jest leniwie, sennie, niby błogo, a niby niepokojąco. Sam nie wiem, co napisać. Dziwny, onirystyczny poranek.
   Za łukiem bioder M. widzę bloki mieszkalne niedalekiego Splitu. Z tej odległości wyglądają jak starożytne ruiny o kolorze piasku. Wieje mocno wiatr, prawie jak nad Bałtykiem. Nieliczni turyści przechadzają się w milczeniu. Uciekł im ostatni pociąg lata, więc błąkają się zagubieni. Czasami jest mi gorąco, a czasami wiatr przejmuje dreszczem. Pływałem przez chwilę.

(południe, Podstranica, Chorwacja)

   M. szykuje się już do drogi: kąpiel, mycie włosów, suszenie. Ja schowałem się w cieniu i brzdękam na ukulele. Dawno tego nie robiłem. Gra mi się całkiem przyjemnie. Myślę, że w przeciągu godziny uda nam się wyjechać. Kierujemy się na północ wzdłuż wybrzeża.

(wieczór, Grebaštica, Chorwacja)

   Obozujemy dziś na dziko. Choć nie do końca. Spytaliśmy gospodarza, czy możemy zaparkować i przespać się w samochodzie na jego ziemi. Zgodził się bez problemu. Więc nie ma co narzekać na wszystkich Chorwatów.
   Byliśmy na spacerze po miasteczku. Bardzo miłe, spokojne, typowo turystyczne, czyli pełne knajpek, pensionatów, plaż. W czasie przechadzki trafiliśmy na miejsce, gdzie pewna rodzina oprócz pensjonatu ma sklepik z własnymi wyrobami. Kupiłem butelkę prošeku (słodkie wzmocnione wino z winogron), a jutro dokupię kilka słoików fig w rakiji, będą fajnym prezentem. Później M. zaprosiła mnie na pizzę, piwo i rakiję. Siedzieliśmy dosyć długo w knajpce, patrząc na morze i przeglądając w sieci informacje o tym miejscu. A później poszliśmy na spacer, już w ciemności. Po dwóch kilometrach doszliśmy do końca plaży. Z jachtu na środku zatoki dobiegał głośny śmiech i lekko bełkotliwe rozmowy po polsku.
   Zaraz nadejdzie sen, już czuję, jak się zbliża. Lubię spać w samochodzie i patrzeć na gwiazdy przez tylną szybę. Myślę trochę o naszej podróży, o nas, o życiu i o nadchodzących dniach: jeszcze jeden wieczór gdzieś na plaży, później Słowenia, Ljubljana, a jeszcze później dom.

   Zerwał się wiatr, a na horyzoncie zobaczyłem błyski. Czekam na kolejną burzę. Lubię spać w samochodzie, kiedy trzaskają pioruny i leje. Jest mi wtedy dobrze i bezpiecznie.  No chyba, że zaraz samochód zostanie porwany przez fale, ale to nam dzisiaj nie grozi: do morza mamy z trzydzieści metrów.

16. Namiętności Istryjskie

(09.09.2019, wieczór, Lovran, Istria, Chorwacja)

   Już wieczór, ale dopiero teraz mam chwilę, żeby napisać kilka słów.
   Dojechaliśmy aż na Istrię. Po drodze do Rijeki nie udało nam się znaleźć żadnego przyjemnego miejsca na obóz. Od Zadaru była pustka: skały, szosa, malutkie, nieturystyczne miejscowości, gdzie  nawet zaparkowanie okazałoby się trudne. Przejechaliśmy ogromną Rijekę i skręciliśmy na Zachód, na półwysep Istria. Po sprawdzeniu kilku wiosek w końcu zdecydowaliśmy się na nocleg w niewielkiej, ale naprawdę nastrojowej miejscowości o nazwie Lovran. Wynajęliśmy mały apartament w samym centrum starego miasta. M. stwierdziła, że flirtowałem z recepcjonistką i się obraziła. Nie pomogły tłumaczenia, że byłem po prostu miły i w ogóle nie byłem zainteresowany tamtą kobietą. Rozeszliśmy się więc każde w swoją stronę.
   Czuję smutek, że tak się to wszystko kończy. Jakoś trywialnie i głupio. Bez poezji. A może jest w tym poezja, ale odkryję ją później?
   A teraz czas na rysunek. Balkan Challenge trwa mimo przeciwności!:) Tylko co wymyślić w takim galimatiasie?



 















   Siedzę w pubie tak na marginesie. Pizza była średnia, obsługa na +3, piwo dobre (San Servolo), rakija bardzo dobra. Mam wrażenie, że rakija w Chorwacji jest słabsza niż w reszcie Bałkanów. Koło 30%, nie więcej. W Czarnogórze trzy kieliszki potrafiły zwalić z nóg, szczególnie w upał. Tutaj wchodzi jak woda.
   Temperatura w ciągu dnia to około 16 stopni. Chyba koniec z plażowaniem.  Jutro Ljubljana. Jeśli znowu rozdzielimy się na mieście, to poszukam Parku Tivoli, gdzie pobłądziłem w zeszłym roku. To było dla mnie magiczne miejsce. Poproszę tam boginię lasu o pokazanie mi nowych ścieżek. Zastanawiam się czasami, jak długo można być zagubionym? Podejrzewam, że to konkretne życie już takie będzie do końca. Ale nie skarżę się. Jestem astronautą. Poznaję obce planety. Zimne, gorące, błękitne, różowe... Nie czuję się tutaj w domu, ale widzę piękno. A pewnego dnia, po tysiącach lat odysei wrócę do domu, usiądę przy kominku i odpocznę. A ile będę miał opowieści!
   Robi się późno. Wrócę zaraz do hotelu. Włączę na chwilę telewizor. Wyciszają mnie te nieznane sprawy, ważne dla nich, a zupełnie błahe dla mnie.

17. Byłoby doskonale, gdyby... 

(10.09.2019, rano, Lovran, Chorwacja)

   Obudziły mnie dzwony kościoła. O piątej zaczęły walić, jak gdyby flotylla piratów dobiła do brzegu. Przez chwilę myślałem, że jestem w domu i nie rozumiałem skąd ten hałas. Zajęło mi dobre kilkanaście sekund, zanim sobie przypomniałem: Chorwacja, Bałkany, kamienne nadmorskie miasteczko, ona, ja.
   Nie miałem ochoty już leżeć. Wyszedłem z kawą i papierosem na zaspaną jak ja uliczkę. Jest tutaj uroczo. Wąski przesmyk między starożytnymi budowlami, seledynowe okiennice, odrapane mury, czerwone zmurszałe dachówki, muszle wiszące na ścianach, skrzek nierozpoznawalnego ptaka.
   Zrobię sobie spacer. Lubię uliczki obcego miasta, zanim obudzą się turyści.

















(około 14:00, Bašanija, Istria, Chorwacja)

   Mała zmiana planów: nie pojechaliśmy jeszcze do Słowenii. Postanowiliśmy spędzić jeszcze jeden dzień na plaży. O poranku zapłaciliśmy za hotel i wyruszyliśmy w poprzek Istrii (ze wschodu na zachód). To była dobra decyzja. Droga wiła się serpentyną przez zielone, piękne i górzyste okolice. Jechaliśmy powoli, spokojnie, ciesząc oczy soczystymi barwami, których tak mało w południowej części Chorwacji.
   W końcu znaleźliśmy wielki (innych tutaj nie ma) kemping nad morzem za 21 euro.
   Samochód już przygotowany (rzeczy przepakowane, śpiwory rozłożone). Siedzimy pod sosnami. Piję wino, M. robi kanapki. Tak planuję spędzić dzień. Do tego książka, dziennik. Nic więcej mi nie brakuje.

***

   Czas snuje się leniwie. Moczyłem się w morzu i smażyłem w słońcu. Obok pięknie i chłodnie leżała M. Większość czasu milczeliśmy. W końcu zostawiłem ją tam i wróciłem na kemping. Poprosiłem sympatyczną, starszą Niemkę w kamperze, żeby włożyła do zamrażalki butelkę wina. Fajnie będzie napić się lodowatego trunku w tym gorącu.
   Jestem na tyle blisko morza, że słyszę, jak fale rozbijają się o skalisty brzeg. Słońce prześwituje spoza gałęzi sosen. Śmiech dziecka. Maszeruje mężczyzna z synkiem i córką. Wszyscy tłuściutcy i poważni. Starsza pani (ta od zamrażalki) czyta z zainteresowaniem książkę. Odrobinę dalej, ale już za horyzontem Włochy. Gdybym miał jeszcze tydzień urlopu i z 300 euro, jechałbym dalej.

   Wszystko byłoby doskonale, gdyby:
   1. mieć pieniądze.
   2. nie musieć pracować. (Nie żeby nie pracować, ale żeby nie musieć tego robić)
   3. M. była prostsza, bardziej wyrozumiała... miększa.
   4. nie palić papierosów
   5. mieć większy samochód. Najlepiej Volksvagena z namiotem na dachu.
   6. nie łysieć.
   7. mieć własną chatkę w lesie.

(północ, Bašanija, Istria, Chorwacja)

   Poszliśmy wieczorem na długi spacer. W pewnym momencie ta cisza towarzysząca nam od jakiegoś czasu pękła. Powiedzieliśmy sobie sporo niemiłych rzeczy.





18. Kierunek - Italija

(11.09.2019, Bašanija, Istria, Chorwacja)

   Może to kłótnia, a może seks, ale rano mieliśmy lepszy nastrój. I postanowiliśmy, że przedłużymy wyprawę o jeszcze jeden dzień. Mamy stąd jakieś pół godziny drogi do Włoch. Spróbujemy znaleźć tam jakąś plażę i zostać jedną noc.

   1. Olej ciągle cieknie (a co, miał sam z siebie przestać?!:) Dolewam na bieżąco.
   2. Wczoraj na spacerze odkryliśmy jakieś 2 km od nas rozległy, spokojny kemping, bez tego tłoku, który mamy tutaj, o wiele piękniejszy, no wymarzony.
   3. W pobliskim warzywniaku załatwiłem dwa kartony, żeby spakować prezenty, bo poprzednie się rozwaliły.
   4. Czuję ekscytację. Zawsze tak mam, przed pierwszą wizytą w jakimś kraju. Włochy!



Thursday, 26 September 2019

Bałkany po raz czwarty - część piąta

Bałkany po raz czwarty - część piąta

Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019



14. Gdzieś na szczycie góry...

(07.09.2019, rano,  Lovište, Chorwacja)

   Noc była pełna wrażeń. Zaczęło się od tego, że zdecydowaliśmy się spać pod gołym niebem. Pogoda była wymarzona: ciepło, szum fal, cykady, gwiazdy. Rozłożyliśmy karimaty obok samochodu, nakryliśmy się śpiworami i oczekiwaliśmy na sen. Okazało się to jednak niewykonalne. Najpierw w krzakach łaziło jakieś zwierzę. Z pewnością niewielkie, ale jednak jego ciągłe szelesty, trzaski i jakieś dziwne odgłosy nie pozwoliły się zrelaksować. Oprócz tego warczały motorówki, brzęczały samochody i pijacko śpiewała impreza z pobliskiego hotelu. To jednak nie było najgorsze. Przyczepiły się do nas komary, perfekcyjnie wynajdujące każdy skrawek gołego ciała. No nie dało się po prostu. Wróciliśmy do samochodu.
   Ale to nas uratowało. W nocy rozpętała się gwałtowna nawałnica. To była najpotężniejsza burza, jakiejkolwiek doświadczyłem w życiu. Błyskawice i grzmoty wybuchały raz za razem, grube krople deszczu, czy raczej potoki wody uderzały o dach samochodu z hukiem. Zacząłem z niepokojem zastanawiać się, czy nie stoimy za blisko wody i czy nie dotrą do nas fale. To by było smutne. Spróbowałem coś dojrzeć za szybą, ale to było niemożliwe. Otaczała nas ściana wody, ciemności i błyskawic, nie widać było nic. Przyznam się, że choć czułem niepokój, to jednocześnie ogarnęła mnie ekscytacja i radość. Mam tak z burzami. Jest w nich coś, co sprawia, że jest mi dobrze.
   Po pół godzinie, może trochę więcej, burza zelżała i mogliśmy wreszcie zasnąć.
   Po przebudzeniu wskoczyłem popływać do chłodnego morza. Rozkosz. Po kąpieli zmyłem z siebie sól słodką wodą z butelki. Później tradycyjnie kawa i papieros.



   Przed chwilą podjechał do nas miejscowy starszy facet i zaczął nas strofować. „Wiecie, że to prywatny teren? Przyjeżdżacie tutaj, nic nie kupujecie, śpicie za darmo”. Zatkało mnie zupełnie, nie byłem przygotowany z rana na taką agresję. Starszy pan odjechał, patrząc gniewnie, a mi dopiero wtedy przyszły do głowy celne puenty. No cóż...
   Gdyby nie to, że ciągle chce mi się morza, to wróciłbym do Bośni. Mam trochę dość niegościnnych, chciwych Chorwatów... Choć to tak, jakbym oceniał Polaków po góralach z Zakopanego. No dobra, powstrzymuję uogólnienia. Nie zmienia to faktu, że tęsknię za Serbią i Bośnią.

***

   Już wiem, jakie zwierzę niepokoiło nas po nocy. Złapałem go i trzymam w słoiku. Zrobiłem mu dziurki, żeby mogło oddychać, pościeliłem też mięciutko, żeby nie było, że człowiek to świnia.

   Dalmatyński Osesek (łac. Dalmatinus Bebokus) – ssak z rodziny psowatych. Jego naturalny habitat to krzaki przy parkingach. Żywi się jeżowcami, krabami, koszmarami oraz wylizuje puszki po konserwach oraz te plastykowe pokrywki z jogurtu, gdzie zawsze zbiera się warstewka słodyczy. Lubi straszyć zabłąkanych podróżnych. Kiedy się go oswoi, zamienia się w kota. Ale tylko na chwilę.





















***

   Zjemy jeszcze jakieś śniadanko i zabieramy się na kontynent. Mam dość wyspiarzy.

(wieczór, Podstranica, koło Splitu, Chorwacja)

   Zatrzymaliśmy się na kempingu niedaleko Splitu. Plaża najładniejsza ze wszystkich, jakie do tej pory widzieliśmy – przestrzenna, czyta, szeroka, biała. Kemping może być, choć minusem jest to, że tuż obok biegnie główna droga do Splitu, więc hałas mamy nieprzerwany. Ale nie przeszkadza mi. Wczoraj w nocy było gorzej.
   Ugotowałem przepyszne spaggeti. Piję białe chorwackie wino. M. czyta w internecie o okolicach, ona lubi takie ciekawostki. Co jakiś czas dzieli się interesującym faktem. Obok nas rozbija się trójka austriackich motocyklistów. Młode chłopaki. Bardzo podekscytowani. Wyglądają ogromnie sympatycznie.



   

















Lista podsumowująca odcinek między Lovište a tutaj:

   1. Burza w Neum (bośniacki cypelek dotykający morza). Strumienie deszczu spadały po schodach jak najprawdziwszy wodospad. Pioruny waliły gęsto i blisko, gdy tymczasem jacyś szaleńcy kontynuowali pływanie. Przydały się wreszcie parasole. Poczucie swojskości, kiedy choć na chwilę w Bośni mogliśmy poczuć się bardziej bałkańsko: taniej, jakieś rudery w centrum, ludzie bardziej wyluzowani.
   2. Po południu, kiedy chcieliśmy się już zatrzymać, sprawdziliśmy jeden kemping. Był tak brzydki, zdezelowany, klaustrofobiczny i śmierdzący (ok, nie był śmierdzący, przesadziłem dla efektu), że nie mogłem uwierzyć, kto chciałby się tutaj zatrzymać nawet na jedną noc. A jeszcze zaplanować tutaj urlop?
   3. Po przyjeździe, kiedy już uporządkowaliśmy samochód, pływałem w morzu tuż po zachodzie słońca. Fale były wysokie, kołysały mną mocno ale delikatnie. Choć przed wejściem było mi zimno i niepewnie, to nagle poczułem radość i rześkość. Pomarańczowa łuna słońca, które schowało się za horyzont, kontury Splitu, mewy, spokój.
   4. Słuchamy Trójki (jest wi-fi), żeby trochę oderwać się od hałasu ulicy.
   5. Nie wziąłem prysznica po kąpieli w morzu. Jestem cały słony. Ale to w porządku, raczej nikt mnie nie będzie dzisiaj lizał.
   6. Sporo kilometrów dziś zrobiliśmy. Możemy lekko zwolnić. Dopiero sobota. Postanowiliśmy, że pojedziemy do domu przez Słowenię. Bardzo chciałbym pokazać M/ Ljubljanę. To magiczne miasto. Lubię go bardzo.
   7. A na Trójce Grubson, „Na szczycie”. Dobre zakończenie wieczoru.




Wednesday, 25 September 2019

Bałkany po raz czwarty - część czwarta

Bałkany po raz czwarty - część czwarta

Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019





















11. Orebić w śmiesznym kapeluszu
(04.09.2019, południe, Orebić, Chorwacja)

   Wreszcie wykąpałem się w morzu! Znalazłem w miarę miłą plażę niedaleko naszego hoteliku. Plaża, jak to w Chorwacji, nie urzeka urodą (żwir i cement, piasku nie uświadczysz), ale nie zależy mi. Wreszcie woda! Choć nie czuję się najlepiej, wirus, który zmógł M. też się do mnie lekko dobrał, to nie chciałem siedzieć w pokoju i oglądać chorwackiej telewizji (choć to też ciekawe).
   M. ciągle zmęczona chorobą, została, a ja wypuściłem się na samotny spacer. Widać, że sezon się skończył. Plaże są puste, niektóre bary już zamknięte, czekając na przyszłoroczny zalew rodzin z dziećmi (głównie z Polski:), w ogóle tempo życia spowolniło. Trochę smutno mi się wśród tego chodziło samemu. Czułem się lekko odłączony. Chodzi sobie taki Marcyś w śmiesznym kapeluszu, zamknięty w swojej skorupce i patrzy na Adriatyk, czasem kupi sobie rakiję, zamoczy stopy w morzu...

   Lista z Orebića:

   1. Morze uspokaja.
   2. Czekam, czy M. pozbiera się z hotelu i zjawi się tu przy mnie.
   3. Sączę cydra – proper English Strongbow!
   4. Szukam nastroju, który można by przerobić na słowa, ale ciężko mi z tym. Może to przez chorobę, ale wszystko wydaje się ogołocone. Jestem tylko ja, szum fal i powiew wiatru. Jakby cały świat był wielki, pusty, przytłaczający, a ja mały, istniejący tylko jako lampowy odbiornik radiowy.
   5. Obok na kocu siedzi wytatuowana od stóp do głowy para z chłopczykiem z downem.
   6. Dziś wieczorem do naszego hotelu przyjeżdża grupa trzydziestu Dominikańczyków.

   (wieczór, Orebić, Chorwacja)

   I dzionek przeleciał. M. poczuła się lepiej. Poszliśmy na długi spacer. Tak daleko, że nogi odmawiały mi już posłuszeństwa. Cóż to za urocze miejsce. Patrzyłem z zazdrością na domy z białego kamienia, ciasne uliczki, drzewa figowe, granaty, kwiaty i myślałem sobie, że mógłbym tutaj żyć. Zagubiliśmy się w rejonach, gdzie plażowicze się nie zapuszczają. Staruszek wyszedł na chwilę z rudery bez drzwi, popatrzył na nas bez wyrazu i schował się w środku. Z ciekawością, ale dyskretnie zerknąłem do środka. Goły stół, rozpadające się krzesło, pęk ziół wiszący spod sufitu, emaliowana, odrapana miska.
   Kiedy dla ochłody wszedłem na chwilę do wody, nagle poczułem przeszywający ból w stopie. Bolało tak, że się przewróciłem i wtedy ból odezwał się w dłoni. Co to do cholery jest! Przyjrzałem się wodzie. Dno zaścielone było czarnymi jak obsydian kritersami. Coś mi się skojarzyło... Czy to nie były te słynne jeżowce? Wyszedłem ostrożnie z wody sycząc z bólu. Wieczorem M. próbowała wyciągnąć mi kolce ze stopy i z ręki, ale bez powodzenia. Kruszyły się jak krzemień. Internet doradził moczenie okładami z oliwy. Jeżowce, nie lubię was.
   PS. Okazało się, że mój chorwacki mnie zawiódł: ta grupa 30 Dominikańczyków okazała się grupą uczniów szkoły klasztornej prowadzonej przez Dominikanów.
















12. Kolce w stopie
(05.09.2019, po południu, Orebić, Chorwacja)

   Dzień obijania się na plaży. M. już prawie zupełnie zdrowa. Plaża Trestenica nie spodobała się jej w ogóle. Niby ją rozumiem, nie umywa się to do plaż z Czarnogóry, czy z Albanii, gdzie stopy zapadały się w biały piasek, błękitne niebo zlewało się z turkusową wodą, a malownicze jaskinie i zakamarki kusiły tajemnicą. Tutaj jest inaczej. No ale mając pod ręką morze, a nie mając, to jednak potrafię się cieszyć nawet tutejszymi warunkami. Kolce, które ciągle siedzą głęboko w skórze, już tak nie bolą.

13. Na krańcu Hrvatska
(06.09.2019, południe, Lovište, Chorwacja)

   Opuściliśmy Orebić, ale zostaliśmy na półwyspie Pelješac. Szybko dojechaliśmy na koniec półwyspu, do niewielkiego miasteczka o nazwie Lovište. Planujemy rozbić się tutaj na dziko. Kwatera u Vinki w Orebiću była miła i wygodna, ale trzy dni kosztowały nas sto euro. Nie możemy przesadzać z rozrzutnością. A zresztą obozowanie na dziko ma swój urok. Zaparkowaliśmy przy samej plaży. Mam nadzieję, że nikt nas stąd nie wyrzuci. Zaraz idziemy na spacer. Może uda nam się znaleźć coś mniej wyeksponowanego. No ale to jest problem w Chorwacji: wybrzeże jest wąskie, ciasno zagospodarowane, ciężko znaleźć ustronne miejsce.
   Po przyjeździe wykąpaliśmy się w zatoczce tuż przy samochodzie. Później zjedliśmy śniadanie, a teraz M. się maluje i zaraz czas na zwiedzanie.
   Zauważyłem, że mniej piszę w Chorwacji. Upał, morze, spokój – te rzeczy sprawiają, że zmysły i umysł leniuchują. Wszystko wydaje się jednym, długim, gorącym dniem. Nie ma o czym pisać.



   












(pod wieczór, Lovište, Chorwacja)

   Siedzimy w zatoczce i patrzymy na kołyszące się jachty, miasteczka po drugiej stronie morza, błyszczące w blasku zachodzącego słońca fale. Gotuje się woda na kawę. Jachty to katamaran, a drugi zwykły z niemiecką banderą. Piję wino. M. zła, bo nie kupiliśmy mleka do kawy.

   Lista Lovištowska:

   1. Pobliska plaża z płaskim dnem, gdzie piasek jest tak drobny, że prawie można nazwać go mułem. Ale bez jeżowców! Mam uraz do tych małych skurwielin.
   2. W kafejce spotkaliśmy Boba z Nowej Zelandii, którego przodkowie pochodzą z tych okolic.  Zaprosił nas do swojego stolika i opowiedział o festiwalu, który organizuje za dwa dni w pobliskiej wiosce. Choć protestowaliśmy, zapłacił za nasze drinki. „Mam tyle pieniędzy, że nie wiem, co z nimi zrobić”.
   3. W tej samej kafejce okazało się, że barman, Kazimir, nienawidzi Polaków. Mówił o tym bez ogródek.
- Nikt nie lubi Polaków – powiedział drwiąco.
- Tak? – popatrzyłem zaczepnie. – Przejechaliśmy całe Bałkany i zgadnij, kogo wszyscy nie lubią? Chorwatów.
   M. kopnęła mnie pod stołem. Facet się wściekł i przez chwilę myślałem, że dojdzie do rękoczynów. Trochę żałowałem, że tak się nie stało. Nie chodzi o to, że byłem zły, czy urażony. Patrzyłem na to wszystko raczej z sympatią i żądzą przygody. Taka bójka we wiosce na skraju Chorwacji, z szowinistycznym barmanem... To byłoby świetne wspomnienie i historia do opowiadania w nudny zimowy wieczór. No ale Kazimir się powstrzymał.


















***

   Ten dziennik jest w tej podróży bardzo dla mnie ważny. Z M. mamy ciągle jakąś blokadę, więc czuję się samotny. Pisanie sprawia, że mam towarzystwo: swoje:) Jest to miejsce, gdzie mogę być sobą, swobodnie się wypowiadać, nie bać się oceny, że coś powiem nie tak.

   A pomijając to wszystko? Cieszę się drogą. Chorwacja nie jest tak przyjazna i gościnna jak Serbia czy Bośnia, ale i tak mi się tutaj podoba. Ma to swój urok. A poza tym Adriatyk, figi, góry, język, który coraz bardziej się ze mną zżywa. I to uczucie, kiedy siedzę wieczorem na plaży, słucham szumu fal rozbijających się o plażę, skrzeczenia mew, czuję na twarzy ciepły powiew wiatru, choć to już wrzesień i w Polsce pewnie wieje chłodem. Smak wina, kanapki z lokalnym serem, pomidorami, które tylko tutaj tak smakują, albo z powidłami śliwkowymi, które tak zasmakowały M. że kupiła sobie kilka słoików do domu. Lucky Striki – krótsze niż u nas, z flow filtrem, które stały się dla nas naszymi „bałkańskimi papierosami”.
   Co jeszcze?
   - Czasami tęsknię za Bogiem. Lubiłem mieć go w swoim życiu, w codziennych sprawach.
   - W miejscu dwa razy droższym niż reszta Bałkanów bardziej odczuwam, że nie mam pieniędzy.
   - Prawie już nie czuję kolców jeżowca w stopie.
   - Słońce nie zaszło na czerwono.
   - Najwięcej wzruszeń w czasie tej wyprawy miałem przy lekturze Vonneguta.
   - Choć minął już rok od tego wydarzenia (Czarnogóra 2018), to ciągle jestem dumny i szczęśliwy, że pokonałem lęk i zacząłem pływać w morzu po głębinie. Fobia zamieniła się w zdrowy szacunek dla żywiołu i radość z pływania.
   - M. zawołała mnie na obserwację dziwów morskich. Zobaczyliśmy kraba chowającego się w dziurze i martwego jeżowca wyrzuconego na plażę.




Wednesday, 18 September 2019

Bałkany po raz czwarty - część trzecia

Bałkany po raz czwarty - część trzecia

Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019


















9. Mostarscy ludzie

(02.09.2019 rano, Blagaj, Bośnia)

   Jesteśmy już praktycznie gotowi do dalszej drogi. Samochód spakowany, ja po prysznicu, M. w trakcie, kawa wypita, no i czekamy aż Nadžad się obudzi, płacimy i ruszamy. Kierunek: Mostar. Przypomniałem sobie, że wziąłem swoje kartki do rozdawania na pamiątkę. Zostawię mu komplet.
   Bardzo mi się podoba mój nowy kapelusz. Nakrycie głowy ma to do siebie, że dodaje człowiekowi pewien ton i wpływa na jego osobowość. Szkoda, że to kapelusz czysto wakacyjny. Kiedy wrócę do domu, będzie musiał czekać na przyszłe lato.

   A gdybym zrobił taki River Camp u siebie na wiosce? Tylko co z dojazdem dla kamperów? Miejsce nad rzeką mam świetne, tylko tam jest tylko ścieżka rowerowa. Sam nie wiem. No i moja wioseczka to nie Blagaj:)

   Ale póki co wakacje ciągle trwają. Jeszcze półtora tygodnia wędrówki. Odlično!
   Ostatnie dwa dni lepiej pomiędzy mną a M. Wydaje się bardziej zrelaksowana, otwarta.

(po południu, Mostar, Bośnia)

   Od rana mieliśmy bardzo intensywny dzień. Po przyjeździe do Mostaru, może po jakichś dwudziestu minutach dojechała z Medjugorie mama (trochę się umawialiśmy na to spotkanie, ale przy bardzo sporadycznym dostępie do sieci, nie było to nic pewnego). Grupa z autokaru mamy poszła do kościoła franciszkanów na mszę, a my porwaliśmy ją na spacer po starym mieście. Kupiliśmy jej prezent na kramikach: kolorowy plecak. M. miała fajny pomysł, mama bardzo się ucieszyła. Pochodziliśmy chwilę, weszliśmy na słynny most, gdzie jakiś śmiałek wskoczył do wody, zaprosiliśmy ją na kawę i kiedy msza się skończyła, mama dołączyła do swojej grupy. Fajnie było się tak spotkać daleko od domu. Widziałem, że jest bardzo szczęśliwa i podekscytowana, choć trochę stresowała się, że zgubi grupę. Uspokoiłem ją, że na pewno nie, a jeśli nawet, to zawieziemy ją do Medjugorie pod hotel.



 

















   Później już we dwójkę wróciliśmy na stare miasto i poszwendaliśmy się wśród kramików, kupując pamiątki i oglądając kolorowe dziwy.  M. wpadła w szał zakupów i kiedy od Cyganki kupiła „ręcznie robiony” obrus, choć nie ma w domu nawet stołu, to zacząłem ją powstrzymywać. Ja również kupiłem kilka prezentów dla domowników, mam już prawie wszystkich. No ale kasa za szybko leci, muszę zacząć się hamować.
   W końcu wyczerpani czterdziestostopniowym upałem zatrzymaliśmy się na obiad w małej, niepopularnej restauracyjce w bocznej uliczce w centrum. Byliśmy jedynymi gośćmi. Marudny, gruby szynkarz podał nam obiad. W miarę smaczny. Kiedy wyszedł na główną ulicę wabić następnych gości, dosiadła się do nas jego miła żona. Od słowa do słowa okazało się, że zna sąsiadkę, która zaraz obok ma pokoje do wynajęcia. Zadzwoniła i załatwiliśmy pokoik za 20 euro za noc. Kiedy jej mąż dowiedział się o jej inicjatywie, zaczął ją ostro ochrzaniać. „Po co się mieszasz? Ty zawsze musisz coś wymyślić! Co cię obchodzą ci ludzie? Masz coś z tego?!” Pewnie nie zdawał sobie sprawę, że wszystko rozumiem. Jego żona kiwała głową potakująco, a kiedy gospodarz się odwrócił, mrugnęła do nas z uśmiechem.
   Teraz musieliśmy jakoś wymyślić, jak dojechać tutaj z parkingu pod kościołem. To była cała przygoda. Jedno jest pewne: nawigacja w Mostarze jest zupełnie bezużyteczna. Nie orientuje się, gdzie są jednokierunkowe ulice, a gdzie w ogóle nie ma dostępu dla samochodów. Sfrustrowany krążyłem w kółko wokół centrum. Na szczęście na ratunek ruszyli nam miejscowi. Kiedy podłamany utknąłem w jakiejś miniaturowej uliczce, podeszli do nas zatroskani Mostarowicze. Starszy pan, jego żona i chyba przyjaciel. Wyjaśniłem im, jak umiałem, jaka jest sytuacja. Starszy pan próbował mi wyjaśnić, jak dojechać, ale to było zbyt skomplikowane. Wreszcie zaproponowałem, żeby wsiadł ze mną do samochodu i mnie poprowadził. M. została na miejscu i poszła do hoteliku, który znajdował się jakieś 100 metrów dalej.
   Natomiast samochodem musiałem przejechać jakieś 4 kilometry, żeby się tam dostać. Starszy pan okazał się niesamowitym człowiekiem. Bardzo inteligentnym, wykształconym, serdecznym człowiekiem. Opowiedział mi trochę o wojnie i że teraz jest na emeryturze, trochę pomaga prowadzić żonie sklepik z ekologiczną żywnością i że bardzo kocha Mostar. Kiedy dojechaliśmy na miejsce szczerze podziękowałem. Odpowiedział, że nie ma o czym mówić. Że wierzy, ze każde uczynione dobro do nas wróci. Kontakt z taką osobą, to balsam dla duszy. Dałem mu na pamiątkę ćwiartkę Soplicy, których wzięliśmy kilka na prezenty. Pomachał mi na pożegnanie i odszedł.

   Teraz mały relaks na podwórku przed hotelikiem i zaraz znów idziemy pospacerować po mieście. Tym razem zobaczymy, jak wygląda Mostar nocą. No i teraz, skoro już nie czeka mnie prowadzenie samochodu, napiję się wreszcie zimnego piwa i mrożonej rakiji!

(wieczór, Mostar, Bośnia)


















   Za nami długi spacer. Pełen kroków, zakupów, rakiji i miłych ludzi. Bardzo przypadło mi do gustu to miasto. W małej knajpce wdałem się w pogawędkę z miejscowymi, którzy tłumaczyli mi jakiś żart, którego nie zrozumiałem. Później spytałem, dlaczego rakija z winogron nazywa się „loza”. Na to jeden z klientów odpowiedział: „A dlaczego u was alkohol z ziemniaka nazywa się wódka, a nie ziemniaczanka?”. Good point.
   Teraz siedzimy w jednej z dziesiątek małych restauracyjek w centrum. Niedaleko w knajpce śpiewa dziewczyna do akompaniamentu gitary. W większości zachodnie, romantyczne piosenki. Niby nie pasuje, ale ma to swój urok. Tym bardziej, kiedy do jej śpiewu dołączyło intonowanie mułły z meczetu. Taka właśnie jest dla mnie Bośnia: łączą się tutaj dwa światy: Zachodu i Orientu. Ta mieszanka jest dla mnie odurzająca. Porozmawiałem też z przesympatycznym kelnerem. Nazywa się Ali. Gadaliśmy o jego pracy, wspomniałem, ze przez lata pracowałem w knajpach i już bym do tego nie wrócił. Fajny koleś. On też musiał poczuć do nas sympatię, bo przyniósł nam darmową kolejkę rakiji (sam nie wiem, która to już dzisiaj:). Jestem lekko podpity.
   Trochę jeszcze posiedzimy. Miło jest w tym półmroku, wśród kolorowych świateł, różnych języków, śpiewu, zapachów. Nie jestem Polakiem. Jestem mieszkańcem świata. Moja narodowość to kosmopolityzm. Najlepiej czuję się w takich miejscach, w takiej różnorodności. To jeden z tych wieczorów, które ze mną zostaną.





















10. Zatrucie i ucieczka na wybrzeże

(03.09.2019, rano, Mostar, Bośnia)

   Za oknem szaro i siąpi deszcz. M. ciągle śpi, odrabia ciężką noc. Zatruła się czymś i całą noc wymiotowała. Ja też czułem się nieswojo na żołądku, ale mnie tak bardzo nie chwyciło. Wyskoczyłem do samochodu po naszą apteczkę i oboje zjedliśmy jakieś lekarstwa na żołądek.
   Dziś nie zabawimy długo w Mostarze. Chcemy dojechać na Peljesač i wreszcie zacząć cieszyć się morzem. Mam nadzieję, ze na wybrzeżu pogoda jest lepsza.

   Myślę, że to nasz ostatni wspólny wyjazd. Coś się skończyło. Smutno mi, czuję żal. Ponad dwa wspólne lata. Ale to normalne. W tym życiu wszystko jest na chwilę. Jeśli próbujemy zatrzymać coś na zawsze, to będziemy czuli frustrację, gniew, rezygnację. Ale to nie jest dobre. Trzeba uświadomić sobie, że życie to ciągle zmieniająca się rzeka. Płyńmy z jej prądem, ale nie przywiązujmy się do tymczasowych sytuacji. Bądźmy tu i teraz, czerpmy z tego ile się da, ale musimy zrozumieć, że wszędzie jesteśmy tylko gośćmi i współpasażerami. To jest trudne zagadnienie i myślę, że możemy się uczyć tego podejścia całe życie. Dla niektórych jest to nie do przejścia. Jest to pragnienie stałości, pewności, kontroli. Ale kontrola to iluzja. No... Ale mnie wzięło na filozofowanie:)
   Poczytam jeszcze Vonneguta, a kiedy M. wstanie, to jedziemy dalej.

(wieczór, Orebić, Chorwacja)

   Po długiem, smętnym, zachmurzonym dni, dojechaliśmy do Chorwacji. Niestety biedna M. jest coraz bardziej chora. Dopadła ją silna gorączka i nie może nawet nic jeść.
   Najpierw spróbowaliśmy Żuljany, ale to miejsce zupełnie nam nie spasowało. Pojechaliśmy więc dalej, w głąb półwyspu. M. czuła się coraz gorzej, więc spróbowałem znaleźć coś blisko, ale kolejna mała miejscowość była zupełnie wymarła, żaden pensjonat nie działał. No i ostatecznie dojechaliśmy do sporego miasteczka: Orebić. To miejsce okazało się bardzo przyjemne i urocze. Od razu znalazłem miły hotelik nad samą plażą. Utargowałem z właścicielką z 35 euro do 30. Właścicielka, Vinka, bardzo przejęła się chorobą M. Przyniosła nam herbatę rumiankową, miód i rakiję własnej roboty. Blada z wycieńczenia M. nie dała się jednak przekonać, więc rakiję wypiłem ja. Trzy kieliszki, zanim Vinka zorientowała się, że lepiej zabrać butelkę ze sobą:)
   W końcu przeniosłem do mieszkanka wszystkie rzeczy. M. padła do łóżka zupełnie nieprzytomna (38 stopni gorączki!). Ja poszedłem na spacer po plaży. Też nie czułem się za dobrze, ale chciałem zobaczyć, jak tutaj wygląda. Wstąpiłem do małej knajpki. Zjadłem obiad. Od razu widać, że wyjechaliśmy z Bośni: ceny tutaj są dwa razy większe niż tam. Nawet w Mostarze było taniej.
   Mam nadzieję, ze biedna M. dojdzie do siebie szybko. To naprawdę pech zachorować na urlopie i to w takim miejscu. Zaraz do niej wrócę, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.
   Zostaniemy tutaj kilka dni.