Monday, 30 March 2020
Autoportret
Słucham muzyki (pod spodem link - boskie!). Skończyłem malować - smutny autoportret. Nie palę od 3 dni. Desmoksan, jogging, medytacja - męczy pragnienie nikotyny, w płucach siedzą wredne kritersy i wołają o dym, ale daję radę. Zapaliłem natomiast trochę zioła. Bez tytoniu, więc koszernie;) Smutek z autoportretu przerodził się we flow z nutą latynoskich hippisów.
Saturday, 28 March 2020
Androidka - sen
Dziś w nocy moja wyobraźnia zaszalała nawet bardziej niż zwykle. Myślę, że zadziałał tutaj Desmoxan. Już kolejny raz próbuję rzucić papierosy z tym środkiem. Jednym z efektów ubocznych są bardzo realistyczne, często niepokojące sny. Klimat tego snu? Ciężki, mroczny, pełen beznadziei, choć jest tam też element przygody i romansu. Myślę, że gdybym dośnił go do końca, to może nawet udałby się happy end?
Androidka - sen
Spojrzałam na mały licznik w dłoni. Udało się. Byłam w 2020 roku. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na zupełną ciszę w pokoiku, w którym wylądowałam. Na ścianie drewniana boazeria, obok tapczan i wytarty fotel. Nikt nas nie ścigał, nie słychać było krzyków, wycia, brzęku broni. Wszytko to zostało w 1720 roku. Obok mnie siedział nieruchomo mały chłopczyk. Patrzył na mnie spokojnie jednym okiem. Drugie było otwartą raną, z której wystawały kawałki metalu. Zaraz się nim zajmę.
Teraz miałam ważniejsze sprawy. On. Podniosłam do twarzy licznik i nacisnęłam przycisk. Z głośników zaatakowały mnie dźwięki bitwy, z której dopiero się wyrwałam. I nie tylko to. Usłyszałam jego oddech... Zdrętwiałam ze strachu. I z tęsknoty. Czy naprawdę już nigdy go nie zobaczę? Myśląc o tym, czułam ulgę. I żal.
- Zostawiłaś mnie - zachrypiał. Nie odpowiedziałam. Byłam przerażona. Przez chwilę czekał na moją odpowiedź. - Nie przypuszczałem, że masz to w sobie. Zaimponowałaś mi. Jak daleko się przeniosłaś? - znów zrobił pauzę.
- Daleko - powiedziałam prawie bezgłośnie. Ale usłyszał.
- Daleko... - szepnął. Czy usłyszałam w jego głosie ból? Nagle dobiegł mnie odgłos szamotaniny. Po chwili ucichł.
- Ciągle tam jesteś? - zapytał zdyszany.
- Tak... Jak wygląda sytuacja?
- Zostałem ja i może jeszcze dwóch Włóczęgów. Strażnicy zrobili kawał dobrej roboty. Wiedzieli, gdzie nas szukać, byli przygotowani - znów ucichł. - To ty zrobiłaś? - spytał. Zabrzmiał prawie dobrotliwie, zrezygnowanie. Ale wiedziałam, że to tylko fasada. Jego zło było skondensowane i czarne.
- Bałam się ciebie... I tego, co chciałeś uczynić mieszkańcom tej planety... Nie mogłam na to pozwolić. - Nie miało sensu się wypierać. Skąd wzięłabym przesuwacz temporalny? To była moja zapłata za zdradę.
- Wiesz... Ciągle cię kocham - powiedział cicho. Moje serce zatrzymało się. Boże, boże, ja też go kochałam. Tak bardzo...
- Gdzie jesteś? Który rok? - zapytał.
- Nie mogę... - całą siłą woli zmusiłam się, żeby nie odpowiedzieć. Byłam przekonana, że to jego koniec, ale jednak... Nie mogłam dać mu nawet szansy odnalezienia mnie.
- Muszę już iść - powiedziałam. Zapadła cisza.
Nagle licznik w moich dłoniach zabłysnął zielonym światłem. Równocześnie usłyszałam śmiech. Zastygłam ze zgrozy.
- 27 marca 2020 roku. Londyn - powiedział z satysfakcją. Udało mu się przebić zabezpieczenia. Jaka ja byłam głupia! Ale co mógł mi zrobić? Znajdowałam się 300 lat od niego. Muszę się rozłączyć...
- Wiesz, kochana.... Są różne sposoby podróżowania w czasie... - powiedział.
Rozłączyłam się.
Zastanowiłam się nad jego słowami. Są różne sposoby... Choć bardzo nie chciałam, to wiedziałam, co miał na myśli. Moja podróż w XXI wiek zajęła sekundę. On planował przejść ją w czasie rzeczywistym. Jeśli nie zabili go Strażnicy. Ale jeśli mu się udało to...
Nagle tknęła mnie przerażająca myśl. Spojrzałam na zamknięte drzwi. Jeśli znał dokładną datę i moje położenie... Pogłaskałam chłopca (mojego synka) po nienaruszonej części twarzy. Uśmiechnął się pogodnie jedną połową ust. Druga tylko zadrżała w kłębowisku mięsa i cienkich drucików.
- Zaczekaj chwilę.... - powiedziałam i podeszłam powoli do drzwi. Zaczęłam nasłuchiwać. Cisza. Nacisnęłam klamkę i popchnęłam. Schody niknęły w mroku. Miałam wrażenie, że ten mrok jest dotykalny, osobowy....
- Czekałaś na mnie Mon cheri?
Zachwiałam się. Z cienia powoli wynurzyła się potężna postać. W białej, pięknej twarzy żarzyły się czarne, obsydianowe oczy. Uśmiechał się. Był to uśmiech, którego bałam się bardziej od mroku kosmosu. I którego równie mocno pożądałam.
- To były bardzo długie trzy stulecia - powiedział i zaczął iść w moją stronę.
* * *
Wylądowali na tej małej planecie na peryferiach Galaktyki w 1540 roku, według kalendarza prymitywnej cywilizacji, która dała im schronienie. Francja. Było ich czterdziestu trzech - uciekinierów przed prawem. Łączyło ich jedno - wszyscy byli androidami - niewolnikami. Uciekli od swoich panów, zostawiając za sobą pas zbrodni, trupów i cierpienia. Ich przywódcą został On - najpotężniejszy, najodważniejszy i najokrutniejszy ze wszystkich. Jego towarzyszką była Ona. Jego kochanka, siostra i przyjaciółka. Nieraz była równie okrutna, jak jej ukochany, ale jej światło nie zgasło jeszcze zupełnie. I kiedy stworzyła dziecko z jego i swojego nasiona, jej pół mechaniczne a pół żywe serce zmiękło. On miał jednak dalekosiężne plany. Już nie wystarczyło mu przypadkowe okrucieństwo wobec tubylców. Chciał zniewolić całą planetę. Zamienić ją w piekło. A kiedyś - w końcu czas nie był dla ich rasy problemem - ruszyć dalej i siać zniszczenie w innych miejscach wszechświata. Wtedy go zdradziła, oddała Strażnikom w zamian za bilet w jedną stronę. W przyszłość.
* * *
W rozszarpanym ochłapie mięsa trudno było rozpoznać istotę ludzką. Przykucnął nad czymś, co najprawdopodobniej było kiedyś twarzą ofiary. Nie była to jego pierwsza sprawa. Pracował w wydziale zabójstw od dwudziestu lat. Londyn z pewnością nie był spokojnym i przyjaznym miejscem. Ale z takim bestialstwem spotkał się pierwszy raz. Nie mógł sobie nawet wyobrazić, jak fizycznie i logistycznie, ktoś mógłby w taki sposób przenicować swoją ofiarę. Podniósł się i rozejrzał po korytarzu hotelu. Większość ludzi pochowała się w pokojach. Tylko przy windzie stała kobieta z dzieckiem. Przyciągnęła jego wzrok. Nie tylko swoją urodą - choć zaparło mu dech w piersiach. Miała w sobie coś... innego. Jakby nie pochodziła z tej epoki. Nawet nie to. Wyglądała, jakby nie pochodziła znikąd. Jakby była bytem niezależnym od niczego. Jej staroświecka, długa czarna suknia jeszcze podkreślała to wrażenie.
Skierował się w jej stronę.
- Dzień dobry. Starszy inspektor Martin Connely - przedstawił się.
Kiwnęła lekko głową.
- Czy mógłbym pani zadać kilka pytań? Jest pani gościem tego hotelu?
Rozejrzała się dookoła. Jej wzrok wydawał się nieobecny, smutny.
- Proszę pani?
- Wszyscy powinni jak najszybciej stąd iść - powiedziała cicho.
- Słucham?
- Niech pan zabierze stąd wszystkich ludzi. Proszę. To dla ich dobra.
- Jeśli obawia się pani mordercy, to mogę panią zapewnić, że dookoła nas jest kilkunastu policjantów. Nic pani nie grozi.
Pokręciła głową.
- Nic pan nie rozumie.
Nagłe usłyszał przeciągły okrzyk, który przeszedł w jęk i ucichł. Dobiegał gdzieś z końca korytarza. Odwrócił się w tamtym kierunku.
- Niech pani tutaj zaczeka - powiedział do kobiety i wyciągnął broń.
* * *
Przez chwilę obserwowałam mężczyznę, który przedstawił się, jako Martin Connely. W tym stuleciu ludzie byli w jakiś sposób atrakcyjniejsi niż 300 lat temu. Bardziej inteligentni, mądrzejsi. I wyżsi. Szkoda, że tak się to dla nich kończy. On miał dla nich bardzo przykry plan. Czułam ogromny smutek. Ale wiedziałam, że to koniec. Jej towarzysz miał 300 lat, żeby przygotować swoją inwazję... I nikogo, kto próbowałby spowolnić jego pracę.
Drugi okrzyk dobiegł z pokoju obok. Po chwili następny. Mężczyźni w mundurach zdezorientowani wyciągnęli broń i z wahaniem szukali swoich spojrzeń. Wiedziałam, że nic ich już nie uratuje. Wcisnęłam guzik windy. Stary mechanizm zaczął skrzypieć, ciągnąć do góry skrzynię. W tym momencie dokładnie na przeciwko mnie otworzyły się drzwi. Czarny, niski stwór o dziesiątkach ostrych kończyn, zębów i macek rozrywał cichą, prawdopodobnie martwą ofiarę. Zobaczył mnie. Zostawił zwłoki i zaczął powoli pełznąć w moim kierunku. Za mną otworzyły się drzwi windy. Wepchnęłam do środka synka i nie spuszczając wzroku z potwora, tyłem weszłam za nim. Drzwi już się zamykały, kiedy potwór skoczył. Odbił się od drzwi, ale jedno z jego odnóży zdążyło mnie uderzyć. Ruszyliśmy w dół. Popatrzyłam na głęboką ranę i urwaną lewą pierś, wiszącą na kawałku skóry. Rana już zaczynała się zasklepiać. Popatrzyłam na synka. I znów połowa jego twarzy stała się miazgą. Biedny malec. Nachyliłam się i przesunęłam dłonią mięso, żeby choć z grubsza dopasować je do kształtu metalowej chłopięcej czaszki. Rozpoczął się proces regeneracji. Kiedy winda zatrzymała się na dole, wyglądał już jak zwykły, zdrowy chłopiec.
* * *
To była rzeź. Bardzo szybko porzucił myśl, żeby jakoś opanować sytuację. Teraz liczyło się tylko jedno - żeby wydostać się stamtąd żywym. Nie próbował nawet zrozumieć, co widzi. Czarne monstra siejące śmierć, poruszające się jak wielkie błyskawiczne pająki, których jedynym celem jest zniszczenie. Odwrócił się w stronę kobiety i jej synka, ale nikogo nie zobaczył. Miał nadzieję, że udało się jej wydostać. A może już nie żyła? Poczuł lekkie ukłucie żalu. Ale nie miał czasu, żeby zastanowić się nad tym uczuciem.
Zaczął biec. Strzelał na oślep, choć nie wydawało mu się, żeby kule raniły te koszmarne stwory. Na schodach potknął się i sturlał na sam dół. Chyba uratowało mu to życie. Turlając się podciął nogi jednemu z uciekających ludzi. Ten wywrócił się i potwór, który był tuż za nim, zajął się nieszczęśnikiem, którego potrącił. Zmartwiło go, że poczuł ulgę, że to tamtego dopadł. Nie spodziewał się tego po sobie.
Jakimś cudem znalazł się na ulicy. Spokojne zwykłe Soho. Ludzie przechadzali się jak zwykle. Czy to wszystko było tylko snem?
Wednesday, 25 March 2020
Na dobrowolnej kwarantannie
No co, siedzę w domu, unikam interakcji. Widuję się tylko z rodziną, która mieszka obok. Maluję dosyć dużo. Ściany mojego mieszkania stały się kolorowe i magiczne. Patrzę sobie wieczorami i cieszę się, że odkryłem w sobie taką pasję.
A oprócz tego? Samotność. Brakuje mi bliskości, ciepła, dotyku, objęć, pocałunków, seksu, cichych rozmów przed snem. Tęsknię bardzo za M. Żałuję, że nie udało nam się zgrać. Wspomnienia dobrych chwil, a było ich sporo, sprawiają, że bardzo mi jej brakuje. Ale wtedy zmuszam się, żeby przypominać sobie ciągłe konflikty, kłótnie, szarpaniny i jakoś siłą rozsądku powstrzymuję się od nawiązania kontaktu. Smutno mi z tym bardzo. Wiem, że to fajna dziewczyna. Nasze problemy nie były spowodowane jakąś jej wadą, ale raczej dużym niedopasowaniem charakterów. Jest mi nas obojga szkoda. Wiem, że ona też bardzo cierpi.
Czytam sporo. "Europę" Davisa, a z lżejszych rzeczy skończyłem po raz kolejny "Ulicę Marzycieli" Wilsona, a dziś zacząłem "Jak zawsze" Zygmunta Miłoszewskiego. Bardzo fajnie się czyta. Nie jest to wielka literatura, ale pomysł ciekawy (rzeczywistość alternatywna, w której po wojnie Polska dostała się w strefę wpływów Francji, a nie Związku Radzieckiego). Oglądam też serial "The Good Doctor" o lekarzu z autyzmem.
Pracę wykonuję trochę z przymusu. W tej całej sytuacji z epidemią i w osobistych problemach, nie mam serca do pracy. Ale sumiennie się nią zajmuję, czekając, aż poczuję się lepiej. Na szczęście ciągle ją mam, choć moja pensja poszła trochę w dół.
I tyle.
Ostatni obraz (miniaturka 6 centymetrów) to wspomnienie M. Nigdy nie spotkałem dziewczyny równie pięknej jak ona.
Tuesday, 17 March 2020
Ukośnicy - sen
Akurat wczoraj wieczorem powiedziałem sobie, że chcę znowu pracować nad pamiętaniem snów. A tu taka niespodzianka. Obudziłem się około drugiej w nocy i nagrałem całość na dyktafon, żeby nic nie umknęło. Dla uściślenia - nie istnieją żadne Prawa Wilsona (a przynajmniej nic o tym nie wiem:) To samo odnosi się do Wymiarów Ukośnych.
Ukośnicy - sen
Idę leśną ścieżką. Jest środek lata. Ścieżka wznosi się powoli do góry. Znam te tereny. Trochę dalej jest przecież przysiółek, w którym się urodziłem. Nie czuję jednak spokoju. Czeka mnie spotkanie, które budzi we mnie niepokój.
Rano dostałem wiadomość. Krótki list, który ktoś wsunął pod drzwi.
„Idź na Kotrysią Polanę. Po drodze zobaczysz coś, co nie będzie pasowało do całości. Tam się spotkamy.”
Więc idę.
Wreszcie widzę skrzyżowanie ścieżek. Nie przypominam sobie, żeby było tutaj wcześniej. Jedna droga prowadzi w prawo, do miejsca, które dobrze znam. W końcu tam się urodziłem. A druga? Niepewnie wchodzę na zaniedbaną ścieżynkę. Po kilku minutach czuję zapach wody. Skąd? Odsuwam krzaki i moim oczom ukazuje się jezioro. To niemożliwe... Nad brzegiem jeziora stoją trzej mężczyźni. Nie znam ich, ale jednak budzą we mnie wrażenie znajomości. I lęku.
- Witaj, Marco – mówi jeden z nich. – Czekaliśmy na ciebie.
Nie odzywam się i obserwuję ich z bezpiecznej odległości. To jezioro nie daje mi spokoju. Przecież tutaj nigdy nie było żadnej wody, co najwyżej leśny strumyk.
- Mamy mało czasu, podejdź do nas – mówi ten sam mężczyzna.
Kręcę głową.
- Nie chcę...
Jeden z nich prycha ze zniecierpliwieniem i rusza w moją stronę. Cofam się.
- Marco, naprawdę nie mamy czasu...
Wyciągam z kieszeni pistolet i skierowuję go na zmierzającego w moją stronę mężczyznę. Zatrzymuje się w pół kroku. Odwraca się do swoich towarzyszy.
- I co teraz? – pyta. – Ten gamoń przyniósł broń.
Skupiając się na moim rozmówcy, nie zauważam czwartego mężczyzny, który zaszedł mnie od tyłu. Coś uderza mnie w rękę, pistolet spada na ziemię. Wszyscy czterej rzucają się na mnie i przyciskają mnie do ziemi. Czuję paniczny strach. Nie przed przemocą, ale przed czymś strasznym, niewyobrażalnym, czego nie chcę wiedzieć.
- Nie nazywam się Marco – udaje mi się wydusić.
- Nazywasz, nazywasz... Zaraz zobaczysz.
Czuję jak jeden z napastników wbija mocno palec w bardzo specyficzny punkt na moim karku. Skądś znam ten dotyk. Wydaje mi się bardzo znajomy. Szarpię się, jak zwierzę.
- Nie chcę! – wołam, ale jest za późno. Palec napastnika robi coś dziwnego. Moje ciało wykręca się w makabryczny sposób. Nie. Wykręca to złe słowo. Przenicowuje się. Wyrywa z tego wymiaru.
I nagle wszystko pamiętam. Przestaję się szarpać.
- Już? – pyta któryś z mężczyzn.
Chrząkam potakująco. Ciągle jestem w szoku po przejściu, mam trudności z mową.
- Jak masz na imię – pyta badawczo.
- Marco – udaje mi się wykrztusić. To prawda. Kiedy jestem tutaj, nazywam się właśnie Marco. Każdy z nas, kiedy wchodzi tutaj, nazywa się inaczej. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Nie pamiętamy nawet naszych prawdziwych imion.
Puszczają mnie.
Podnoszę się na nogi. Jezioro ciągle tam jest. Pokryte grubą warstwą lodu. Po letnim, pogodnym dniu nie został nawet ślad. Zmarznięty śnieg skrzypi pod nogami. Zimno. Dawno tu nie byłem.
- Przesadziłeś z tym pistoletem, Marco – mówi Kotryś.
- To wy przesadziliście z tym durnym listem. Co sobie wyobrażaliście?
Kotryś wzrusza ramionami.
Ciągle mam szum w głowie. Rozglądam się dookoła. Cały świat jest ukośny. Drzewa, krzaki, promienie słońca, nawet zapach śniegu. Wzdrygam się z obrzydzeniem i próbuję przechylić głowę, żeby naprostować rzeczywistość.
- To zaraz minie – ktoś mówi.
- Wszystko jest ukośne – mówię ze wstrętem.
- Wszystko jest proste. To ty jesteś ukośny – śmieje się Zamróz.
Brakująca wiedza wraca na miejsce.
Jestem Ukośnikiem. Cała nasza piątka jest Ukośnikami.
Co to Ukośnik? Istota, która potrafi poruszać się w wymiarze ukośnym do naszego. No właśnie. Jesteśmy naukowcami. Odkryliśmy sposób przechodzenia do innego wymiaru. Robiąc nasz eksperyment, oparliśmy się na badaniu słynnych Praw Wilsona – teoretyka kwantowego. Okazało się, że do przemieszczania się między wymiarami, niepotrzebny jest żaden sprzęt. Człowiek to istota kwantowa, urodzony podróżnik. Cała tajemnica polega na odblokowaniu wrodzonego talentu. Problem jest w tym, że po powrocie do własnego wymiaru, wszystko się zapomina. Kilkakrotnie na nowo odkrywaliśmy, że jesteśmy Ukośnikami, aż w końcu doszliśmy do wniosku, że jeden z nas zawsze musi pozostawać w Ukośnym Wymiarze (Ukos Pierwszy), żeby w odpowiedniej chwili nas wezwać . Oszczędzało to dużo czasu i pozwalało na to, żebyśmy zmienili na warcie tego, któremu przypadła dana zmiana i wspólnie kontynuować badania.
- Czekajcie... – mówię. – To przecież nie jest czas na zmianę. Co ja tutaj robię? Co wy tu wszyscy robicie?
Moi przyjaciele patrzą na mnie niepewnie.
- Wiesz, co Wilson mówił o dodatkowych wymiarach ukośnych? – pyta Boguc.
- Oczywiście. Jest ich cztery... – zapiera mi oddech. – Odkryliście kolejny Ukos???
- Nie... Nie my. To znaczy... – zaczyna Kotryś.
- Odkryliśmy drugi Ukos, tak – przerwał mu zniecierpliwiony Boguc.
- To w końcu odkryliście, czy nie? – pytam. Ciągle męczy mnie Ukośność. Jak zwykle. Chyba będę rzygał.
- Tak. Okazało się, że Drugi Ukos różni się od Pierwszego.
- Jak? – pytam.
- Jest zamieszkały...
To szokująca informacja. Ukośny świat faluje i nieprzyjemnie buczy. Nigdy nie przyzwyczaiłem się do tego miejsca. Drugi Ukos ma swoich mieszkańców. Fuck.
- Wiecie coś więcej?
- Kotryś przypadkiem znalazł blokadę Drugiego Ukosu. Jest tutaj – Boguc zakreślił skomplikowaną linię ciągnącą się od obojczyka do lewego ucha.
- I co? – pytam.
Boguc jest wyraźnie przerażony. Reszta też.
- Oni tam są. Zawsze byli. Wyglądają trochę jak my. Ale są zupełnie inni. Mniejsi. Drugoukośni. Ale to nawet nie to. Oni są zupełnie nieludzcy. Jacyś źli... Puści. I oni zawsze nas widzą. Nauczyli się blokować cały Drugi Ukos przed Prostopadłami.
Prostopadły... Czyli my, ludzie. Nie wiem, kto wymyślił tę nazwę, ale się przyjęła.
- To jak ci się udało? – pytam Kotrysia. Ale kiedy to mówię, już wiem... Nie zablokowali Pierwszego Ukosu, ponieważ tutaj nikt nie mieszka. Nie spodziewali się, że ludzie znajdą ich drogą dookoła.
- I co teraz? - pytam.
- Musimy dostać się do Instytutu – mówi Boguc. – Drugoukośni są bardzo wkurwieni. Boimy się, czy nie stanie się coś złego. Wiesz... - urywa. – Ich jest chyba o wiele więcej niż ludzi.
Patrzę na niego.
- Ty też tam zajrzałeś? – pytam.
Krzywi się z niesmakiem i lękiem.
- Tak. Może na 30 sekund. Ale wystarczyło. Nigdy więcej nie chcę tam pójść.
Nie ma czasu do stracenia. Zakładamy na buty narty i szybko zjeżdżamy w dół. Po drodze mijamy ludzi, którzy nas nie dostrzegają. Nieprzyjemnie jest na nich patrzeć. Wydają się być dwuwymiarowi, nierzeczywiści, ukośni. Muszę sobie przypomnieć, że to nie oni, to ja. Oni są typowymi Prostopadłami. Tak samo jak ja i cała nasza paczka, kiedy nie badamy Pierwszego Ukosu.
Budzę się.
Friday, 13 March 2020
Twoje szepty...
Choć nie trzeba już palić w kominku, bo temperatura do przetrwania, to nie potrafię zrezygnować z tego przyjemnego uczucia - patrzenia w ogień, trzasku płonących szczap, ciepła. Wreszcie piątek. Z powodu zarazy w tym tygodniu byłem w biurze tylko raz, a w przyszłym tygodniu wszyscy mają pracować z domu. To dobrze, bo we wtorek zostawiam samochód w warsztacie, więc nie miałbym jak dojechać. W trakcie przeglądu okazało się, że czekają mnie spore naprawy. Ale nie mam z tym problemu. Uwielbiam jeździć, więc dla mnie taka naprawa samochodu to w sumie radość. Dzięki temu wiem, że bez problemu sobie jeszcze pojeżdżę. A na wiosnę albo w lecie będę miał mój wehikuł gotowy na długą wyprawę.
Dostałem wczoraj pocztą pudło skrajek z brzozy. Zamówiłem na próbę, żeby zobaczyć, jak się będzie malować miniaturki. Dzisiejsza próba mnie zadowoliła. Namalowałem portrecik dziewczyny. Czy to ktoś, kogo znam? Nie. Poznawałem ją w trakcie malowania. Nie wiem, jak odczuwają to profesjonalni, zaawansowani artyści, ale dla mnie malowanie kogoś, równa się z odkrywaniem tej osoby. Jeśli oczy wyjdą za blisko, to będzie ktoś inny, jeśli pędzel lekko zejdzie pod podbródkiem, to ktoś będzie miał nadwagę, a jeśli brwi wyjdą grubsze, to... itd. Więc sam mam niespodziankę, kiedy kończę. Ale akurat ta dziewczyna bardzo mi się spodobała. Mam wrażenie, że skądś ją znam. Może z jakiegoś snu? Zamalowuję swoją samotność wyśnionymi postaciami.
Jak w piosence...
Wednesday, 11 March 2020
Innuici na Wybrzeżu Zapomnienia
Dookoła szaleje zaraza (podobno). Trochę mi głupio, bo zamiast się stresować, to czuję podekscytowanie. Rozmawiałem przez telefon z siostrą. Ona ma tak samo. To pewnie lektura Stevena Kinga w dzieciństwie. Rozpadające się cywilizacje, grupa bohaterów idzie po zgliszczach świata i choć demony i diabły szaleją, a źli ludzie próbują nas zabić, to jednak świeży start inspiruje do życia. W sumie moje ulubione sny, to te z końcem świata. Ale nie takim zupełnym końcem (jak wojna atomowa, czy wybuch supernowej), ale końcem cywilizacji.
Szkoda, że to tylko sztucznie napędzana panika, która wkrótce się skończy;)
Kiedyś miałem inaczej. Kiedy jeszcze byłem z Tanią, bardzo martwiłem się stanem świata. Cierpiałem na lekką hipochondrię, stresowały mnie wiadomości, bałem się potencjalnej wojny. Kiedy nasze małżeństwo się rozpadło, przestałem się bać. Okazało się, że nie bałem się o siebie, tylko o nią.
Dziś kolejny ciężki dzień. Z wysiłkiem skupiłem się na pracy, choć z powodu zarazy jest jej o wiele mniej. Kiedy spełniłem obowiązki, to znów sypnął się nastrój. Jak co dzień, otworzyłem butelkę wina, włączyłem muzykę (dziś trance i progressive house) i zacząłem malować. Jestem teraz upaćkany farbami po łokcie, zmęczony, ale czuje ulgę. Zawsze po twórczych rzeczach czuję ulgę. Jak po sraniu (uuuu, mister zgryźliwy;).
Saturday, 7 March 2020
Ucieczka z Krainy Marionetek
Free writing. Dawno tego nie robiłem. Spróbujemy? Dwa dni w Świecie Marionetek. Nigdy nie namalowałem tylu brzydali. A w śród nich gdzieś jakaś normalność, ucieczka z krzywego świata. Trochę się bałem, kiedy to malowałem, a trochę było mi dobrze. Dziwne połączenie uczuć. Ze Spotify leci Moddi, jego klimat mi dziś wspaniale pasuje. On też gdzieś krąży po świecie marionetek i szuka wyjścia. Skąd to napięcie, Marcelino? Dużo rzeczy się złożyło. M. jest gdzieś tam, zraniona, odrzucona, boję się wszystkich rezultatów tego, że postanowiłem to wszystko obciąć, skończyć, znaleźć swoją przestrzeń. Mam też napięcie, bo ciągle brakuje kasy, bo nie wiem, jak zarobię na wakacyjną podróż (a bez tych podróży nie wyobrażam sobie życia), bo palę i piję i nie wiem, czy to nie skróci mojego życia, bo tęsknię za bliskością i zrozumieniem. Sporo jest tych napięć, nie wymieniłem nawet wszystkich.
Miałem dzisiaj dużo snów. Pamiętam, że znowu próbowałem zapamiętać czyjś telefon. Co jakiś czas spotykam we śnie kogoś ciekawego. Wiem, że to sen, ale we śnie wiem, że ta osoba istnieje na jawie i próbuję zapamiętać jej numer, albo chociaż nazwisko. Czasami mi się udaje, ale nic z tego nie wynika. Kiedyś spotkałem dziewczynę z Afryki, byłą niesamowicie sympatyczna, mądra, artystyczna i niewinna. Nazywała się Nsavica Musica (zapamiętałem, siłą się wybudziłem i zapisałem). Ale nie znalazłem jej na Facebooku. Może nie ma internetu?
Myślałem nieraz o napisaniu książki. Jajo Najstarszych zaczęte kilka lat temu, ciągle czeka na swoje odżycie. Miała być też książka o podróżach. Ale ostatnio, kiedy grzebałem po starych wpisach, zdałem sobie sprawę, że książkę już mam. Garść Drobnych jest pełna gotowych tekstów. Tylko to ułożyć, zrobić poetycko-podróżniczą-paczworkową mieszankę i jest książka. Nawet z ilustracjami. Już zacząłem to zbierać do kupy. Ułożyć teraz jakoś artystycznie, doszlifować i coś może z tego być. A może to jest interesujące tylko dla mnie, bo to przeżyłem, a dla innych nuda?
Jeśli chodzi o depresję - sam nie wiem, czy mogę to tak nazwać. Tak, jest ogromny smutek, niedopasowanie, confusion, brak energii. Ale równocześnie jest też uczucie, że znajduję siebie, że nie zależy mi na zewnętrznym świecie. Dawno nie miałem tego uczucia. Lubię. Ciekaw jestem, co z tego wyniknie. Malowanie i muzyka bardzo mi pomagają.
Wednesday, 4 March 2020
Śmierć i odrodzenie
Czytam stare wpisy na blogu. Nie planowałem robić sobie reminiscencji, przypadkowo tak wyszło, kiedy szukałem dla kolegi linka do "Egzystencjalnych aforyzmów" Kazimierza Dąbrowskiego, które dawno temu przetłumaczyłem z angielskiego. Trafiłem na okres duński, 2011/2012 rok, kiedy zmagałem się pierwszy raz z depresją. Zdziwiło mnie, że nawet w środku największej ciemności, potrafiłem znaleźć światło. A może tak to tylko wygląda z perspektywy czasu i kiedy za parę lat spojrzę na dzisiaj, to też będę myślał, że nie było tak źle? Aha, piszę o tym, bo zdaje się, mam coraz mocniejszą depresję. Próbowałem z tym walczyć, odsuwać, ale nie da się tak na siłę. No ale może to dobra sposobność, żeby właśnie poszukać tego światła, obudzić kreatywność, znaleźć wolność, poszukać siebie - swobody, naturalności, duchowości - wszystkich tych rzeczy, które ostatnio gdzieś zniknęły.
Grzebiąc w starych zapiskach, znalazłem sen...
Śmierć i odrodzenie
(sen ze stycznia 2012 roku)
Śniłem o śmierci i odrodzeniu. No więc najpierw wojna – każdy tłukł się z każdym, wszystkie kraje wystąpiły przeciwko sobie, bez ładu i składu, każde państwo ze swoją bronią, jakby wszystkim szajba odbiła, jak te małe zwierzątka, zapomniałem jak się nazywają, które nagle zaczynają biec ku morzu i toną tysiącami, jakby natura zmuszała ich do zachowania równowagi populacyjnej. No i tak było z ludźmi w moim śnie.
Cholernie nie chciałem umrzeć. Biegłem, chowałem się, uciekałem, kombinowałem, wiłem się jakbym mógł coś zmienić. Nagle złapał mnie olbrzym. Pół człowiek, pół robot, skonstruowany do walki. Chwycił mnie między dwa palce i podniósł do góry.
- Nie chcę umierać – zakwiliłem.
Olbrzym się zaśmiał.
- Możesz sobie nie chcieć. Każdy musi umrzeć.
- Połóż mnie na ziemi, proszę, daj mi jeszcze pożyć, choć chwilkę…
Olbrzym (przypominający pewnego kolegę, którego nie widziałem już od lat, z którym lubiliśmy się dosyć mocno), postawił mnie na ziemi i podał szklankę trucizny.
- To będzie mniej bolało, niż jakbym cię miał zadeptać.
- Ale… - jęknąłem, wyciągając jednak rękę. Olbrzym patrzył dobrotliwie, a dookoła nas wybuchały granaty, moździerze, spadały dzidy, strzały. No i co miałem zrobić? Wychyliłem szklankę i położyłem się w zabłoconej koleinie po czołgu. Chłód zaczął się w stopach. Lodowaty dotyk przesuwał się coraz wyżej, to było tak, jakby w wielkim budynku stopniowo gasły światła – od parteru, coraz wyżej. I tam gdzie już zgasły, znikał też budynek. Lodowatość rozprzestrzeniała się coraz bardziej, wiedziałem, że umieram, strasznie się bałem, chciałem to zatrzymać, wiedziałem, że teraz to już tylko pustka, czerń i ten bezosobowy lód na zawsze.
I umarłem.
Po drugiej stronie bramy z lodu i nicości było całkiem miło. Zielono, cicho, pachnąco. Czerwcowa jasna noc. I czekała tam na mnie dziewczyna. To była Ona, ale taka, jaka byłaby po przejściu na drugą stronę – bez strachu, bez granic, bez ego. Chwyciła mnie za rękę.
- Fajnie, że już jesteś – powiedziała.
- I co teraz? – zapytałem.
- Trzymaj mnie mocno. – Ścisnęła moją dłoń i wznieśliśmy się do góry. Najpierw powoli niezgrabnie, nie mogliśmy się nawet wzbić ponad korony drzew.
- Przestań kontrolować – powiedziała.
Zrozumiałem. Przestałem koncentrować się na fruwaniu, porzuciłem wiarę, że to ode mnie coś zależy. I dopiero wtedy poczułem prawdziwą wolność. Wystrzeliliśmy do góry jak rakiety, niczym nie skrępowani. Nad głową gwiazdy, pod stopami las, łąka, woda, jakieś domki z migoczącymi oknami, a pomiędzy tym my – zadziwieni, roześmiani, wolni i tak cholernie niematerialni, że aż rozkosz.
***
Taki to miałem sen w tamtym ciężkim okresie. Chciałbym, żeby znów mnie odwiedził Morfeusz i pozwolił dostrzec głębszy sens w tym wszystkim...
Subscribe to:
Posts (Atom)











