Tuesday, 30 December 2025

Wspólna Kruchość

 

Trzeci dzień we Wro. Z nikim się nie spotkałem nigdzie nie wyszedłem, tyle co do pracowni. Większość czasu zajęło mi robienie zina, część kreatywna, a bardziej część techniczna, przy której czasami chciałem wyrywać sobie włosy:) Spiracone programy rozpadające się w pył, składanie tekstów, edycja kolaży, kalkulowanie rozkładu stron do druku, etc. A ostatecznie nawet nie wiem, czy to jest fajne. Tak jest, jak się za długo i za intensywnie nad czymś siedzi.

Ogromna samotność. Dzisiaj kilka razy się rozpłakałem z tego. Przez trzy dni nie zamieniłem z nikim ani słowa. To już kolejne zakończenie roku w takim odłączeniu. Martwię się, czy coś jest nie tak ze mną, że nie mam bliskich relacji. W święta i przed Sylwestrem bardziej to odczuwam. Wszyscy ze swoimi przyjaciółmi, partnerkami, bliskimi, a ja siedzę na parkingu nad Odrą sam we Włóczędze, robię zina o przynależności, społeczności i otwieraniu się do ludzi. Trochę to smutne, a trochę urocze. Ale bardziej smutne.

Coś bym wymyślił, jakiś wyjazd, czy imprezę, ale jestem zupełnie spłukany. 

Sunday, 28 December 2025

Back home

 Już Wrocław. Przyjechałem wczoraj pod wieczór. Zaparkowałem na moim ulubionym parkingu nad Odrą i zaraz na wstępie wdepnąłem w psie gówno:)

Wczorajszy wywiad w Bielsku wyszedł moim zdaniem świetnie. Atmosfera była przyjacielska, luźna, żartowaliśmy, poruszaliśmy tematy poważne, ale też śmieszne, był flow. To jest naprawdę moja nisza i mam nadzieję, że ten projekt zostanie ze mną na dłużej.

Dziś rano zedytowałem materiał, dołożyłem muzykę i drugi odcinek Nagrywania w Vanie jest gotowy. Poprawiłem też trochę jingla, muzyka była za cicho w porównaniu z głosem.

Resztę dnia spędziłem na przygotowywaniu materiału do pierwszego zina. Temat to vulnerability czyli Wspólna Kruchość (spodobał mi się ten przekład). Napisałem większość tekstu, zrobiłem kilka kolaży, jutro będę kończył graficzną część i będę mógł się wziąć za składanie. W środku tego pierwszego zina będzie mała "kieszonka", w której schowa się mini-zin "13 miejsc, w których płakałem w 2025 roku". Taki odsłaniający się zestaw:) No a później poważniejszy zin - mój przekład dwóch esejow Adrienne Maree Brown - "Nie scancelujemy się" oraz "Myśli, których się boję". Chcielbym, żeby wszystkie trzy wyszły razem. To będzie mocna inauguracja Czułego Anarchizmu Press.

No i tak przeleciał pierwszy dzień po powrocie. Trochę mam satysfakcję, ale też czuję samotność. W którymś momencie gałąź uderzyła o dach vana, a ja pomyślałem, że ktoś puka. Dopiero w tym momencie poczułem, jak bardzo brakuje mi bliskich ludzi. Takich, którzy po prostu by przyleźli, żeby ze mną pobyć, pogadać.

Wczoraj nie spotkałem się z A. Zadzwoniła wieczorem, żebym wpadł do niej na noc, ale już się zakocykowałem, nie miałem energii. Zresztą opiła się na smutno, a ja nie czułem klimatu. Rozczarowana zadzwoniła do swojego kochanka, żeby zjawił się na noc. No a dziś rano poskarżyła się, że złapała anginę. 

Friday, 26 December 2025

Czuły Anarchizm Press

 

Ostatni dzień na wsi. Jutro ruszam w drogę powrotną. Najpierw odwiedzę Bielsko, umówiłem się z ludźmi z Przestrzeni Wolności, żeby nagrać pogaduchy do audycji, będę miał drugi odcinek gotowy. Lubię ich entuzjastycznyny, niewinny klimat.


A stamtąd już Wro. Zaprosiła mnie A., może odwiedzę ją po drodze, pogadamy, pogramy w karty. Polubiłem ją. Jest chaotyczna i impulsywna, ale ma dobre serce i dużo rozumie. Czuję się przy niej swobodnie.


I co z resztą roku? Nie mam planów, ani na te kilka dni, ani na Sylwestra. Może coś się wykluje, ale nie mam parcia. Pojawił mi się w głowie nowy projekt artystyczno-literacko-publicystyczny: chcę zacząć robić ziny. Od kilku dni studiuję Indesigna, żeby mieć jakieś narzędzia do składania, spisuję pomysły. Więc będę miał zajęcie. Moje wydawnictwo nazwałem Czuły Anarchizm Press - CzAPa ("a" nic nie oznacza, ale pasowało mi do akronimu xd). Będę dotykał tematów wewnętrznych-społecznych, psychologicznych, osobistych. Już się nie mogę doczekać:) Nie wiem, czy znajdą się nabywcy, ale o Rebel Boxach też tak myślałem, a okazały się sukcesem.


Tak że kolejna nisza, na którą się rzucam z entuzjazmem. Trzy projekty, które zacząłem przed końcem roku:
- Rebel Boxy
- Nagrywanie w Vanie
- Czuły Anarchizm Press


Lubię to w sobie:) Pomysły nigdy się nie kończą i jedyne co żałuję, to że nie jestem młodszy, żeby mieć więcej czasu na to wszystko. 

Wednesday, 24 December 2025

Święta i harmonia

Dobrze mi robi pobyt w domu. Po tamtym ostatnim strasznym dniu, zaczęło robić się lżej. Najbardziej poczułem ubieranie choinki. Nie wiem, co w tym jest, ale bardzo mnie wycisza, wszystko się uspokaja, czuję ciepło w sercu.

Następnego dnia spędziliśmy cały wieczór na planszówkach. A dzisiaj przed Wigilią wziąłem pół grama Golden Teacherów, co okazało się bardzo dobrym pomysłem:) Lubię grzyby, mam odczucie, że nie zniekształcają świadomości, ale sprawiają, że widzi się więcej, harnonijniej, piękniej, spokojniej. Przy kolacji i później pod choinką przy rozdawaniu prezentów, obserwowałem wymiany miłości. Dużo nas tu jest. Jestem wdzięczny za swoją rodzinę. 

Sunday, 21 December 2025

Dzisiaj ciemność (i List pisany dynamitem)

Nikt prawie nie czyta tego bloga (oprócz Ciebie, Adam:), więc mogę napierdalać szczerze.

Jestem strasznie zmęczony. To jak czuję się dzisiaj, to praktycznie powrót do stanów z przełomu wiosny/lata. Myśli rezygnacyjne i...

Przyjechałem do swojej wioski na Święta. Kuba napalił mi w kominku, ale zanim się rozgrzeją mury, to minie trochę czasu, więc dzisiaj zostaję na noc we Włóczędze.
Posiedziałem na chwilę z mamą, pokazała mi nowe panele na ścianę i jak ktoś tam odnowił pięknie piec w kuchni. I jeszcze nową lampkę nocną koło łóżka i termofor w kształcie pieska.
Zrobiłem sobie kanapkę z serem i pomidorem, mama zalała barszczyk w proszku i poczęstowała krokietem z pieczarkami.


Nie dałem rady posiedzieć długo. Ciemność rozlewa się dziś we mnie od rana. Najgorzej było w trasie, pod koniec, kiedy zaszło słońce. Przełączałem prawie każdą piosenkę na Spotify, szukajac czegoś, co rozproszyłoby mrok, ale bez skutku. Nie wiem, jak to się stało, ale niechcący zjechałem z trasy i przez pół godziny błąkałem się po jakichś wioskach, nawigacja odmówiła współpracy, więc musiałem szukać drogi na oko. Jakoś się udało. Ale i tak mam wrażenie, że całą drogę z Wrocławia byłem w jakimś półśnie. W ogóle nie pamiętam momentu zjazdu z ekspresówki.


Teraz siedzę u siebie. Nie włączyłem nawet muzyki do pisania. I'm raw dogging it. Lęk, niepokój, poczucie samotności i izolacji. Nie chcę, żeby ktoś widział mnie w tym stanie. Za jakieś dwie godziny przyjeżdża z Krakowa siostra z rodziną, myślę, że dam rady z kwadrans pobyć z nimi. Spróbuję się nawet uśmiechnąć. Nie chcę, żeby się martwili. I tak zrobiłem błąd, że powiedziałem jej ostatnio, jak była we Wro, że miałem Próbę w lecie. Niepotrzebnie.


Próbuję intelektualnie zrozumieć, skąd taki regres. Podejrzewam, że to kontakt z Z. Kilka wymian na grupie w sprawie używania sprzętu radiowego. Przedwczoraj to zimne, bezsłowne spotkanie na ulicy, a wczoraj przy jednym stole na wigilijce dla aktywistów.


Usiadłem z grupką outsajderów, ludzi, którzy z jakiegoś powodu trzymają się na uboczu środowiska: z Eryk, Anabel i Nitka. Każde z nas wzięło Xanax (Anabel pregabalinę), żeby jakoś przetrwać. Po kolacji szybko się zwinąłem, wsiadłem na rower, wróciłem do Włóczęgi i korzystając, że byłem na lekach uspakajających, spróbowałem szybko zasnąć, ale się nie udało.


Ale to nie tylko Z. Ciężar ostatnich miesięcy jest ze mną cały czas. Jestem osobą wrażliwą, czułą, potrzebującą akceptacji, uczucia, przyjaźni, a zamiast tego muszę większość czasu być silny, niezależny, niedotknięty społeczną atmosferą wokół mnie. A jak mam być niedotknięty? Wszyscy chcemy być widziani takimi, jakimi jesteśmy naprawdę.


A nawet te przychylne relacje nie są tak głębokie, jakbym chciał.
Wiem, że to przejściowe. Mam ostatnio więcej dobrych momentów i rzeczy wyglądają jaśniej. No ale dzisiaj jest tak. 

Nagrałem ostatnio piosenkę: List pisany dynamitem

 

Saturday, 20 December 2025

173737sjdjx99

Siedzę w Kali, czytam "1491 - Ameryka przed Kolumbem".

Senny nastrój. Pogadaliśmy chwilę z Paszą. Później przyszedł jakiś naćpany koleś, który bardzo chciał rozmawiać, więc schowałem się do loży. Kiedy spróbował się dosiąść, powiedziałem, że nie chce mi się z nim gadać i sobie poszedł. 

Może podjadę do Kasi na Marinę Kleczków, ciągle trwa jarmark świąteczny. 

Wczoraj spotkałem się z dziewczynami z HGW, pojawił się też Eryk. Trochę nie miałem nastroju, prawie (albo wiecej niż prawie) pokłóciłem się z Dorotą. Później część osób poszła do Czułej, a ja wziąłem ubera do siebie. 

Wczoraj w drodze na tramwaj natknąłem się na Z. Przeszliśmy obok siebie, popatrzyliśmy zimno, bez słowa i tyle. 

W poniedziałek albo wtorek jadę do siebie w góry. Pewnie wrócę jakoś przed Sylwestrem.





 

Tuesday, 16 December 2025

Wybaczysz mi?

Za oknem Włóczęgi jeszcze ciemno. Grzejnik przyjemnie dmucha.

Śniłem dzisiaj o Z. Ale nie tak jak ostatnio, nie z lękiem, z żalem, z poranieniem.

Była jakaś duża impreza. Z. siedziała na fotelu, ładnie ubrana, wymalowana, dumna, wyglądała pięknie. Podszedłem i powiedziałem, że ciągle mam serce pełne uczuć do niej, ale wiem, że nie może mi dać tego, co potrzebuję.

Jej rysy twarzy zmiękły i nagle zaczęła płakać. Pierwszy raz od zerwania popatrzyła na mnie bez zimna, obojętności i wyniosłości. Poczułem ogromną ulgę. Jakby świat wrócił na normalne tory, jakby skończył się zły sen.

Odszedłem pełny zarówno ulgi i miłości, jak i żalu, że mimo wszystko i tak nasz związek się skończył.

Ale ona poszła za mną i zaczęliśmy rozmawiać. Rozmawialiśmy jak dawniej, bez ścian, bez urazy. Dzieliliśmy się najgłębszymi myślami, nawet tymi trudnymi i nie musieliśmy się bać, że wyniknie jakieś nieporozumienie i powstanie konflikt.

W pewnym momencie powiedziała, że musi już jechać, jest gdzieś umówiona z grupą przyjaciół. Zrobiło mi się smutno, bo w czasie rozmowy zacząłem mieć nadzieję, że znów będziemy razem.

- A chciałbyś po mnie przyjechać później? - spytała.

- Odebrać cię z imprezy?

- Tak... Obiecałam wszystkim, muszę tam być. Ale chciałabym później wrócić do naszej rozmowy, do ciebie.

- Dobrze.

Tutaj się obudziłem. Poleżałem przez chwilę, zanurzony w uczuciach, żalu, wspomnieniu miłości. A kiedy zasnąłem, znowu tam byłem.

Przyjechałem po nią. Była głęboka noc. Wyszła z budynku, uśmiechnięta, szczęśliwa, że mnie widzi. Podbiegła, wtuliła się mocno.

- Jezu ale tęskniłam. Jedźmy do ciebie. Chcę, żebyśmy byli już tylko we dwójkę.

Chciałem jej powiedzieć, że ja też, ale bałem się, że jeśli pokażę jej za dużo uczuć, to znowu odejdzie. Powiedziałem jej to. Wtuliła się jeszcze mocniej.

- Nie, przysięgam. Teraz już będzie dobrze.

Przez chwilę nic nie mówiliśmy.

- Wybaczysz mi? - spytała cicho.


 

Monday, 15 December 2025

Takie tam zwykłości

No więc dostałem zielone światło, jeśli chodzi o audycję. Przeszła przez redakcję Zamku i wszystko ok. Od stycznia dostanę miejsce w ramówce, jeszcze nie wiem, którego dnia, ale wieczorem, tak jak chciałem. Tak że "Nagrywanie w Vanie" leci niedługo do ludzi!

Zrobilem grupę na Signalu, żeby ludzie korzystający z radiostacji mogli się jakoś koordynować. Trochę mnie to kosztowało. Komunikacja z Z. jest dla mnie w chuj trudna, no ale ok, dałem radę. Tylko teraz to odchorowuję zwiększonym anxiety. Nie mogłem też zasnąć. No ale przejdzie. Zresztą jak już wybierzemy miejsce i zrobimy grafik, to tego kontaktu nie trzeba będzie mieć w ogóle. Ta osoba budzi we mnie niepokój i lęk. Chyba z nikim tak nie miałem wcześniej, nawet z Moniką.

Usiadłem dzisiaj dla odmiany w Vedze na rynku. W Kali barmanuje Kacper, a z nim nie mam wajbu (ani zniżek;). A tu w Vedze na piętrze jest przytulnie, a herbata kosztuje 10 zeta, więc nie jest źle. Może częściej tu będę wpadał? Pracuje tutaj fajna barmanka. Widziałem ją gdzieś ostatnio na mieście, nie pamiętam gdzie, ale zwróciła wtedy moją uwagę. Pomyślałem, że ma coś w sobie. No a dzisiaj zobaczyłem ją za barem. Wrocław jest taki mały, czy w każdym dużym mieście po dłuższym czasie ludzie zaczynają wpadać na siebie?

Po terapii może przyjdzie Alisa na kawę, powymieniamy się ploteczkami.

Więcej planów nie posiadam. Wczoraj skończyłem kolejne Rebel Boxy, sprzedały się prawie wszystkie, więc mam parę groszy na życie. Kupiłem sobie papierosa elektronicznego, bo ostatniego zgubiłem, a na zwykle fajki nie mogę już patrzeć. Zamówiłem nową nerkę od Maruny, w mojej ukochanej zepsuł się zamek. No a u niej jest tak fajnie, że jeśli odeślesz swoją starą, to następną dostajesz za pół ceny. To będzie moja trzecia. Pierwszą dostałem na prezent od Marty, w środku naszego honeymoon. Może dlatego jestem tak do niej przywiązany?:)

Saturday, 13 December 2025

Wieczorne flirty przy grzańcu

Wieczorny dopisek

Uff, na szczęście weltschmertz minął:) Napisała Kasia, żebym wpadł na jarmark świąteczny na Marinie Kleczków, gdzie siedzi z czapkami. Kupiła mi wegańskie szaszłyki i pożyczyła dwie stówy. Bardzo to było miłe i urocze z jej strony. Posiedzieliśmy chwilę, ale głównie spędziłem czas z Dorotą. Dżizas, ale nam kliknęło z tą dziewczyną. Rozmawialiśmy trochę na poważnie, ale też poczucie humoru mamy podobne, żarty nam fajnie płynęły. Powiedziałem jej, że mam wrażenie, jakbym spotkał siebie, tylko ładniejszego.

- Ja mam dokładnie to samo wrażenie - powiedziała ze śmiechem.

- Tak w ogóle to mam ogromnego crasha na ciebie - dodałem w tym samym, żartobliwym (ale nie do końca) nastroju. 

Zasłoniła twarz dłońmi, zaśmiała się zawstydzona, ale widziałem, że była zadowolona z komplementu.

- Mi się zawsze podobali wysocy i chudzi chłopacy... 

No ale nie zarywam do niej na poważnie, wiem że jest w fajnym związku. Ona zresztą też podchodzi do tego na luzie. Po prostu pozwoliliśmy sobie na niewinny flirt. 

Potrzebowałem tego. Żeby po prostu poczuć to połączenie, o którego braku pisałem w poprzednim poście.

Wreszcie pożegnałem się z dziewczynami, opuściłem kolorowy, głośny jarmark i popiratowałem rowerem przez nocny, mroźny Wrocław. 



 

Pognieciona torebka po pączku z różą

 

Mam potrzebę pisania, ułożenia sobie myśli i uczuć. Mam trudny dzień. Czuję ogromną samotność i oddzielenie od ludzi. Siedzę w Kali i zerkam smutno na grupki przyjaciół i pary rozmawiające, uśmiechające się. Barman włączył jakąś skandynawską dziwną muzykę, pasuje. 

Rano pojechałem rowerem na Fooda do Irka, pomogłem w obieraniu warzyw, pogadałem z Anabel. Ale nie zostałem do końca. Czasami bycie w towarzystwie ludzi sprawia, że jest mi jeszcze samotniej.

Ja ogólnie, całe życie czułem się trochę z boku, nie pasująco. Przerywnikiem takiego odczuwania świata była dla mnie miłość. 

Ale po ostatnich wydarzeniach odczuwam to silniej. Rozgrywa się to we mnie w taki sposób, że kiedy ją spotkałem, to otworzyłem serce na oścież, chyba mocniej niż kiedykolwiek. Miałem wrażenie, że spotkałem kogoś zupełnie, w stu procentach właściwego, mojego człowieka. I kiedy okazało się, że to nie było prawdziwe, to coś we mnie się mocno uszkodziło. Trywialność tej sytuacji, brutalność rzeczywistości, wstrząsnęły mną do samego rdzenia. Nie wiem, czy brak mi słów, żeby to opisać, czy po prostu nie chcę, bo to jest ciągle żywe. Nie tak bardzo jak w lecie, kiedy na poważnie rozważałem samobójstwo, ale jednak siedzi we mnie. To, co się wydarzyło, zwiększyło jeszcze przepaść między mną, a resztą ludzi.

No i staram się teraz zbudować jakiś most. Czasami udaje mi się na chwilę, kiedy spotkam się z kimś zaprzyjaźnionym, żeby pogadać, albo pograć w karty, czasami mam to na scenie. Dlatego lubię grać koncerty. Ale jednak to poczucie oddzielenia nie znika.

Nie potrafię tego za bardzo wyjaśnić nawet ludziom, z którymi jestem blisko. Wiedzą, że miałem ciężkie zerwanie, że przeżyłem wykluczenie społeczne, ale chyba nie chcę opisywać im tego głębiej.

Taki mam dzisiaj dzień. Wiem, że minie. Tylko teraz muszę w tym pobyć.

Tęsknię za przynależnością do drugiej osoby. Za zrozumieniem, akceptacją i po prostu byciem z kimś w taki swojski, zwykły sposób. Jednocześnie na myśl o otworzeniu się znowu przed kimś, całe moje ciało się napina, czuję lęk. 

Zielona herbata zaparza się w imbryku. Na stole leży tomik opowiadań Kinga i pognieciona torebka po pączku z różą. 

Thursday, 11 December 2025

Plot twist i radio

Ciekawie rozwijają się sprawy:)
Plot twist na koniec roku.


No więc wspomniałem, że być może będę miał swoją audycję w pewnym radiu (Radio Zamek Nadaje). Wydaje się, ze jest duża szansa, że to przejdzie, będę wiedział po weekendzie. W sobotę Pastor ma puścić moj odcinek pilotażowy w trakcie swojej audycji.

Gadałem dzisiaj z nim i okazuje się, że radio będzie otwierało swoją placówkę we Wro. Zaproponował, żebym pomógł to rozkręcić. Oprócz mnie, mieszka tutaj też Julia z Hanią, które też mają tam swoją audycję oraz... Z., dziewczyny też będą mieć swój blok anarchistyczny na antenie. Więc jakoś tak się wydarza, że nas połączył los, hihi. Ciekaw jestem jak się to ułoży. Najciekawsze jest to, że nie przytłacza mnie to, ale ekscytuje:) Lubię kiedy życie płynie z energią, wyzwaniami i niespodziankami.
Tak czy inaczej nie musimy mieć dużo do czynienia ze sobą, ale jednak będą nam się krzyżować ścieżki, przy planowaniu grafika, organizowaniu miejsca (bo jeszcze tego nie wiadomo), etc.
Podchodziłem do tego tak, że po prostu będę miał swoją audycję, ale okazuje się, że to będzie coś grubszego - dołączenie do większej rodziny, grubszego projektu, współpracy, spraw organizacyjnych. Jestem bardzo za.
Pastor powiedział, że fajnie byłoby zorganizować mój koncert na Zamku, żeby jakoś poznać się z resztą załogi radiowej.

No ale ok, krok po kroku. Będę wiedział po weekendzie, czy dostanę miejsce w ramówce. Trzymajcie kciuki. 
 

Wednesday, 10 December 2025

Przytulny poranek

Coraz lepsze są te dni. Nawet kiedy budzę się wcześnie, jak dzisiaj, to nie są to już te zimne, szare poranki sprzed kilku tygodni, ale jest mi przytulnie, bezpiecznie.

Zdecydowałem jednak, że nie wynajmę tego pokoju. Byłoby mi bardzo szkoda zostawić mieszkanie we Włóczędze. Trochę jakbym zostawiał za sobą ważny kawałek siebie. Kiedyś przyjdzie na to czas, ale jeszcze nie teraz. Dzisiaj ciągle jestem artystą - anarchistą mieszkającym w metalowej puszce, pokazującym fucka światu. To tak żartobliwie piszę. A tak naprawdę to jest mój dom. Tutaj kochałem się z moimi dwoma miłościami, tutaj zasypiałem, czasami szczęśliwy i podekscytowany, a czasami smutny i samotny, tutaj się chowam, kiedy mam już dosyć ludzi i świata. 

Na dzisiaj nie mam żadnych planów. Pracownia zajęta, więc nie podziałam nic z Rebel Boxami ani z obrazem, który jakiś czas temu zacząłem. Pewnie siądę na chwilę na tekstem, który zacząłem wczoraj tłumaczyć. Adrien Maree Brown "Myśli, których się boję" - o cancel culture w ruchach wolnościowych. Tłumaczę to trochę dla siebie, żeby poukładały się jeszcze bardziej te sprawy, ale też na przyszłość, dla innych ludzi, żeby mieli wsparcie. 

Patrzę na prognozę pogody. 14 stopni i słońce. No to będę się dzisiaj włóczył z rowerem i muzyką. 

Wczoraj powrzucałem wszędzie posty sprzedażowe, ale nie było dużego odzewu. Kilka zachwyconych komentarzy, ale komentarzami się nie najem:) Wpadła stówa na zrzutkę, co oznacza jakieś 2 dni życia. Też fajnie ❤️ No i jeszcze jedna pani ma dosłać zaległą stówę za obraz. 

A teraz zrobię sobie kawy i skręcę papierosa. 


Have a nice day, guys 




 

Monday, 8 December 2025

Nagrywanie w vanie

 

Wczoraj wieczorem jednak zmobilizowałem się i nagrałem pierwszy odcinek swojej audycji. Tytuł to "Nagrywanie w vanie". Zeszło mi kilka godzin, łącznie z postprodukcją. Musiałem powycinać, wszystkie "eeee", "yyyy" - nie zdawałem sobie sprawy, że aż tyle tego się wrzuca do swoich monologów:) Jestem zadowolony z efektu końcowego. Mam miły, głęboki głos, gadałem szczerze, z serca, z zapałem, wrzuciłem też kilka kawałków muzycznych. Wysłałem gotowy odcinek do Zamek Nadaje i czekam teraz, co powiedzą. Mam nadzieję, że dostanę to miejsce w ramówce. Takie cotygodniowe zobowiązanie  dałoby mi fajny cel, zmobilizowałoby mnie do głębszego wchodzenia w tematy bliskie mojemu sercu. No i lubię dzielić się z ludźmi:)

Później podziałałem w pracowni z nowymi Rebel Boxami, żeby coś przed świętami jeszcze stworzyć.

Odezwała się Kasia, czy nie pojechałbym z nią wymienić opon. Dopiero od niedawna ma prawko i się jeszcze stresuje. No ale okazało się, że przez miesiąc nie odpalała auta, więc akumulator padł, przełożyliśmy więc na kiedy indziej.

Po południu odwiedziłem Zagatkę. Zwalnia pokój w swoim shared housie i zastanawiam się, czy go nie przejąć. Waham się mocno. Z jednej strony miło byłoby pomieszkać trochę pod dachem, z ludźmi. Z drugiej strony vanlajf to trochę nałóg. Mam swój kąt, nie muszę się martwić czynszem, innymi ludźmi. Przyzwyczaiłem się do mojej ciasnej kapsuły kosmicznej:) No i tutaj jestem praktycznie w samym centrum, a tam trochę zadupie. No ale zmiany... Zmiany są dobre, odświeżają, odgracają duszę. 

Aaaa, nie wiem!:)

Sunday, 7 December 2025

Wernisaż, Food Not Bombs, zmiany nastrojów

Dobre były te ostatnie dni.
Po tamtym wtorkowym paskudnym spotkaniu Federacji, na którym oczekiwałem rozmowy, komunikacji i rozwiązań, a natknąłem się na twardą ścianę i wrogość, na poważnie zacząłem rozważać zmianę miasta, rozpoczęcie gdzieś od zera.
Podzieliłem się tym na terapii w czwartek. Pani Kasia spytała, czy cały Wrocław mnie nienawidzi? Nie, mam tutaj przyjaciół, bliskich. Ludzie, którzy mnie znają, nie odwrócili się. No właśnie, więc zamiast skupiać się na tych pierwszych, lepiej osadzić się w swoich ludziach.
Bardzo to poczułem.

W piątek miałem wernisaż w Kalaczakrze. Rano rozwiesiliśmy obrazy, pięknie się wkomponowały. Wieczorem trochę się martwiłem, bo knajpa była pełna, ale ani śladu przyjaciół. Zrobiło mi się przykro. Ale nagle wszyscy się zeszli, nawet tacy, których się nie spodziewałem. Kiedy przyszedł czas na speech, puścił mnie stres. Opowiedziałem o mojej sztuce, życiu, potrzebie wolności osobistej i społecznej. Goście słuchali uważnie, później posypały się pytania.
Po przemowie siedliśmy wspólnie - rozmowy, wino, radość.
To był piątek.

W sobotę rano poszedłem pomóc przy Food Not Bombs. Irek namawiał mnie już od dłuższego czasu, no i wreszcie się zebrałem. Ugotowaliśmy gar zupy, kompot, surówkę, mieliśmy też sporo ubrań zimowych i kosmetyków. Wszystko to rozdaliśmy potrzebującym na Dworcu Nadodrze.
Wróciłem do siebie szczęśliwy, spokojny, z poczuciem, że się przydałem, że zrobiłem coś dobrego.

No ale ostatniej nocy wymęczyły mnie koszmary. Śniła mi się Z., była wstrętna, wyniosła, fałszywa. Obudziłem się w złym humorze. Miałem zaplanowane nagrywanie audycji na dzisiaj, ale dałem sobie spokój, to nie był ten dzień. Założyłem na uszy ostry hiszpański hip hop feministyczny i pojechałem się powłóczyć rowerem. Przypomniałem sobie, że Kasia jest na Marinie Kleczków na stoisku świątecznym ze swoimi czapkami. Pojechałem ją odwiedzić. Postawiła mi obiad (szaszłyki wegańskie), pogadaliśmy.

No ale nastrój się zmienił dopiero, kiedy zacząłem gadać z jej sąsiadką ze stoiska obok. Uwielbiam ludzi, którzy od razu się odsłaniają, otwierają, opowiadają o życiu, nie mają filtrów i ścian. W towarzystwie takich osób czuję się bezpiecznie. Marzy mi się, żeby wszyscy ludzie tacy byli:)
A oprócz tego bardzo mi się spodobała, nie mogłem się napatrzeć xd 
Przypominała Polę Raksę, moją pierwszą miłość:) 

No i fajnie było pogadać z kimś starszym (39 lat). Po ostatnich przygodach z młodszymi osobami, to ulga rozmawiać z kimś, kto ma za sobą lata doświadczeń i dojrzałość.
Dwie godziny przeleciały błyskawicznie. Widziałem, że też się jej fajnie ze mną gada.
- Jezu, jaka miła rozmowa. Aż żałuję, że masz chłopaka - powiedziałem pół żartem, zbierając się do wyjścia.
Zaśmiała się.
- Zobaczyłbyś, że na dłuższą metę jest ze mną dużo problemów.
- Może właśnie to mi się w tobie podoba? - też się zaśmiałem. 
Objęła mnie na pożegnanie.
Teraz już siedzę w Kali. Piję grzańca. Zerkam z dumą na ściany ozdobione moimi obrazami.
Humor lepszy:)


Saturday, 29 November 2025

Feralny wtorek i wizja nowych lądów

Uff, co za tydzień.

We wtorek poszedłem na spotkanie kolektywu, w którym kiedyś byłem i teraz chciałem wrócić. Zrobiłem sobie przerwę, kiedy rozstaliśmy się z Z. Ona też należała, nie czułem się wtedy na siłach widzieć z nią na codzień.

To była katastrofa. Nie było kilku starszych osób, ktore są dla mnie wspierające (a przynajmniej neutralne), a ta garstka, która się zjawiła, była bardzo wrogo nastawiona. Oprócz tego przyszła Z., nie patrzyła nawet za bardzo na mnie. Prawie nikt się ze mną nie przywitał. Kiedy przyszedł mój punkt spotkania, powiedziałem, że wiem, że są kontrowersje wokół mojej osoby i że jestem otwarty na rozmowę, mogę odpowiadać na pytania, chcę naprawić sytuację. No ale zanim nawet zacząłem, to patrząc na ich zimne oczy, wiedziałem, że to nie ma sensu. I miałem rację. Nie będę opowiadał szczegółów, ale straszne to było. Lincz bez żadnej prawdziwej rozmowy. 

Wyszedłem wstrząśnięty. Wrzuciłem Xanax, żeby jakoś się uspokoić i wziąłem ubera do siebie. Chyba dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że jednak będę musiał wyjechać z tego miasta. Widzę teraz, że miałem takie naiwne oczekiwanie, że wystarczy moja przejrzystość, szczerość i wszystko się ułoży. Eh...

Nie chcę wyjeżdżać stąd, ale chyba już mi wystarczy. Nie mówię tutaj nawet o połowie rzeczy, o całej tej atmosferze, która wokół mnie jest. Bycie scancelowanym to paskudna sprawa. Bezsilność w tym jest duża, ściana, brak możliwości pogadania, komunikacji. 

Zacząłem rozmowy z warszawskimi środowiskami anarchistycznymi o ewentualnym wyemigrowaniu tam. Mógłbym pojechać gdziekolwiek, w ogóle się odciąć od tych kręgów, ale chcę działać. Anarchizm, aktywizm to główny sens mojego życia. Nie mogę tego po prostu zostawić. Mam jeszcze dużo do zrobienia, a czasu coraz mniej. 

Właśnie kiedy to pisałem, odezwała się Asia. Zaprosiła mnie na wino do Czułej. Ma być jeszcze Kasia, Anabel, Eryk. Trochę nie chce mi się wyłazić na mróz, ale z drugiej strony przyda mi się przyjazne towarzystwo. Zresztą jeśli wyjadę, to nie będziemy się już widywać, chcę korzystać z tych relacji. Lubię tych ludzi. Oprócz nich mam jeszcze garstkę przyjaciół, ulubione miejsca... Marta też jest, z którą ostatnio się na nowo zaprzyjaźniliśmy. Będę tęsknił za jej ciepłem i inteligencją. 

I znów nowe lądy? Tym razem naprawdę nie chciałem. 
No ale z drugiej strony mam doświadczenie, że kiedy życie zmusza cię do zmiany, wypycha cię gdzieś, choć bronisz się rękami i nogami, to szybko okazuje się, że ma to głębszy sens i wydarzą się nowe, dobre rzeczy, spotkania, relacje. Trochę to zaczynam czuć.

W ten feralny wtorek chyba wreszcie puściłem w sercu Wrocław i Z. 



 

Sunday, 23 November 2025

Rzeszów I powrót do Wrocławia. Samotność.

Wczoraj 

Dojechałem do Rzeszowa. Droga była dobra, czułem się ciągle doładowany po wczorajszym koncercie w Zabrzu. Po drodze zatrzymałem się na parkingu, żeby dać krótki wywiad do radio Zamek Nadaje. Pojawił się temat zrobienia mojej autorskiej audycji. Chciałbym bardzo, muszę pomyśleć nad formułą, żeby to było ciekawe. 

W Rzeszowie zjadłem obiad w knajpce azjatyckiej, tofu i warzywa w gęstym, ciemnym sosie i tajski lager.

Teraz siedzę już w Undergroundzie. Przed chwilą się nagłaśniałem. Jeden z chłopaków, którzy to organizują, kupił moją płytkę. Mam stówę do wydania na barze, jest też wege jedzeniemiło, lubię, jak organizatorzy tak poważnie traktują artystów.

Dzisiaj

Wróciłem właśnie do Wrocka. Wziąłem prysznic, bo po 2 dniach już niefajnie.

Wczorajszy koncert w porządku, ale jednak wolę grywać, kiedy mam solo koncerty. Przede mną grały dwa zespoły punkowe i kiedy przyszła moja kolej, to część osób była już najebana, część miała niedosyt ostrej muzyki. No ale zebrałem mały crowd i zaśpiewałem.

Przyjechała Magda, dziewczyna z którą od dłuższego czasu korespondujemy. Miła, kochana osoba. Przenocowałem ją u siebie, bo nie miała już pociągu do Tarnowa. Ofiarowała mi dużo ciepła i przytulenia, ale chociaż czuję się pod tym względem niedożywiony, to mam blokadę, nie mogę się otworzyć na bliskość. Mam nadzieję, że to minie.

Droga powrotna nie była łatwa. Dużo smutku. W końcu włączyłem podcast Second Date Update. Zajął mi umysł (Jezu, jakie to durne, ale podoba mi się:) Gadałem też przez kamerkę z A. Obierała jabłka i gadaliśmy o wszystkim i niczym. 

A teraz już po prysznicu i grzeję się we Włóczędze. Płakałem trochę, pewnie jeszcze dziś popłaczę. Czuję się strasznie samotny. Nigdzie już chyba nie wyjdę dzisiaj. 

Tęsknię. 
 

Friday, 21 November 2025

Piwnica, Rewolucja, My People

 

Po szarym poranku, wieczorny koncert po prostu wyciągnął mnie z mroku. Kiedy jestem na scenie, wszystkie inne rzeczy stają się małe, niegroźne. Czuję się pełny, silny, w kontakcie ze swoją esencją, radością, wesołością. I z ludźmi. Po koncercie były rozmowy z ludźmi. Zjawiło się sporo osób, które znały moje piosenki, sprzedałem kilka płyt. 

Leżę już we Włóczędze. Piecyk grzeje. Wybiła właśnie północ, ale z ekscytacji jeszcze nie chcę spać.

A jutro dalszy ciąg - rano ruszam do Rzeszowa i znowu gram. I love that.

Posłuchajcie, jak pięknie śpiewała ze mną publika ❤️

Daloy Polizei (Fuck the Police)

Czwarta rano w listopadzie

Nie ma samotniejszego uczucia, niż obudzić się o czwartej rano w listopadzie na parkingu w środku obcego miasta. Blade światło latarni sprawia, że poranek jest jeszcze zimniejszy.

Skręciłem papierosa. Nie zrobiłem kawy, skończyła się przedwczoraj i zapomniałem kupić. Napiłem się coli, żeby zażyć kofeiny.

Jeszcze było ciemno, kiedy wyjechałem w kierunku Zabrza. Ulubiona lista na Spotify brzmiała głucho i smętnie, jak jakiś nudny sen.

Jechałem przez szary świt i czułem, że jestem zupełnie sam, na całym świecie. Że moje życie nie ma sensu i treści. Że próbuję desperacko nadać ten sens, jak tylko potrafię. Dzisiaj wejdę na scenę i będę śpiewał o sprawiedliwości, walce o lepszy świat, o miłości. W ten sposób wypełnię na chwilę tę nieznośną pustkę. A później, kiedy ucichną głosy i ludzie pójdą w swoją stronę, wrócę do Włóczęgi, zasunę zasłony, włączę grzejnik, włączę jakieś lekkie rolki, z trudem zasnę, a jutro znów obudzę się za wcześnie i ruszę na Wschód.

Wczoraj w Bielsku odwiedziłem Przestrzeń Wolności. Jest to bardzo przyjazna, ciepła miejscówka anarchistyczna. Grałem tam koncert na wiosnę, miałem też wernisaż. Miałem wtedy przekonanie, że ten rok przyniesie zmiany i rzeczy się ułożą. Lubię tych ludzi. Wczoraj był Muzyczny CzwARTek. Słuchaliśmy wspólnie jakiejś dziwnej muzyki na winylu, a później dyskutowaliśmy, dzieliliśmy się doświadczeniem.

Odwiedziny w domu mocno mnie strigerowały. Za dużo kontaktu ze wspomnieniami. Wszystkie te małe pierdołki pozostawione przez Z., it wasn't good for my soul. Czuję się, jakby przejechała po mnie ciężarówka. No ale wiem, że to minie. Zawsze mija. 

Potrzebuję rozgrzać jakoś serce, tylko nie wiem, jak. Pani Kasia mówi, że muszę to znaleźć w sobie. Rozumiem to logicznie, ale wewnętrznie jest mi ta idea zupełnie obca. Ciepło znajduję tylko w drugiej osobie, w jej miłości, w byciu widzianym, kochanym, chcianym. W byciu potrzebnym. Yeah, that's a biggie for me. Bez tego czuję się w chuj pusty i bezsensowny. I patrząc na ostatni rok, zaczynam wątpić, że jakakolwiek ilość terapii mogłaby to zmienić. 


 

Wednesday, 19 November 2025

The chase - fuck that

Nie mogłem wysiedzieć w domu. Najpierw wysprzątałem Włóczęgę, bo zapuścił się przez ostatnie pół roku. Pojechałem na myjnię. Później wycieczka do Bielska. Znalazłem barbera. Po barberze zawsze mam doładowanie samooceny. Chciałem kupić nowy kaszkiet, ale nie znalazłem nic ciekawego. Czułem się silny, poważny, atrakcyjny, skupiony. Bardzo lubię mój ostatni zestaw garderoby, czuję się w nim zajebiście. 

Po wczorajszym szoku oraz porannym niepokoju i tęsknocie za Z. emocje zeszły. Tzn. nie całkiem, ale jednak jest ok. Znam siebie, wiem, że przeżywam mocno relacje. Taki mój urok. 

Jutro zrobię próbę przed piątkowym koncertem. Umówiłem się w Rzeszowie z Magdą, po koncercie spędzi noc u mnie, a rano odwiozę ją do Tarnowa.

Tak w ogóle zamiast skupiać się na tej, co sobie poszła, chciałbym skupić się na tym, że praktycznie cały czas interesują się mną jakieś dziewczyny. (Tzn. najlepiej skupić się na sobie, I know xd). Nie chodzi mi o to, żeby w coś wchodzić, nie jestem jeszcze gotowy. Ale po prostu przyjąć do wiadomości, że jestem atrakcyjną, ciekawą osobą i nie żyję w jakichś niedoborach damsko-męskich:) No ale kurwa jest coś w tym, że najbardziej ciągnie nas do tych osób, które nas odrzuciły. The Chase. Fuck that.

Chodzi mi po głowie nowa piosenka. Bicik chcę pożyczyć od takiego latynoskiego hip hopowego zespołu feministycznego, który ostatnio odkryłem, tekst własny. Ale to będzie dużo pracy, pewnie zejdzie mi trochę. Temat? No jak to - La revolucion! 
 

Tuesday, 18 November 2025

Rozrzucona pościel w kształcie nas

 

Jestem u siebie na wiosce. Napaliłem w piecach, grzeję wodę na kąpiel.

Fuck... Ciężko. Jestem tu pierwszy raz od pięciu miesięcy. Wszedłem do domu. W zlewie ciągle były nieumyte kubki, które zostały po mnie i Z. No i łóżko, tak jak je zostawiliśmy w czerwcu, jakbyśmy dopiero z niego wyszli. Dopadły mnie wspomnienia. Miałem wrażenie, jakby te ostatnie pięć strasznych miesięcy się nie wydarzyło. Że dosłownie wczoraj oglądaliśmy w tym łóżku serial Marvela, że usmażyłem nam kotlety z cukini, że gadamy o przyszłości, o rewolucji i kochamy się czwarty raz dzisiaj.

Rozpłakałem się i przez godzinę nie mogłem przestać. Wreszcie pozbierałem się jakoś. Miałem terapię, a na terapii rozkleiłem się znowu.

Pani Kasia spytała, czy dbam o siebie, bo schudłem. Powiedziałem, że nie. Że mało jem, dużo palę, nie dbam o zarabianie, nie śpię. Straciłem 8 kilo w 5 miesięcy. Czasami wstaję rano i nie mam pojęcia, skąd wziąć kasę na obiad. Zresztą priorytet i tak ma tytoń. I tak w ogóle to jest mi to obojętne. Że czuję się emocjonalnie bezdomny. Że szukam czegoś, szukam tego domu, ale szukam też adrenaliny, włączyła mi się straceńczość. Kiedy pojechałem na demonstrację antyfaszystowską, to byłem autentycznie rozczarowany, że nie starliśmy się z faszystami.

- Panie Marcinie, dom najpierw powinien pan znaleźć w sobie, zadbać o siebie.

- Mam wyjebane. Kiedy byłem z nią, to czułem ten dom. Mógłbym nawet mieszkać tutaj, na tej wsi. Ale teraz to mam to wszystko gdzieś.

- Wiem, że te wszystkie uczucia skupiły się teraz na pani Z. Ale coś panu powiem. Coś, co widzę po czterech latach terapii z panem. Pan tęskni za domem. I ta tęsknota przyjęła teraz formę pani Z., bo przez chwilę pan to poczuł z nią. Tylko, że ten dom musi pan dać sobie sam. I relacja będzie dopełnieniem tego domu.

- Nie wiem jak... Nie umiem... I chyba nie chcę. 

No i taki mam dzisiaj dzień. Bardziej szczerze nie da się o tym napisać.

Po terapii ugotowałem sobie obiad. Bo jednak chcę o siebie zacząć dbać.

Opowiedziałem o tym A. na messengerze. Spytałem, czy tak w ogóle nie narzucam się jej ostatnio? Opieprzyła mnie.

- Ziom, przestań. Budujemy relację i dzielenie się, to część tego.

- Czy ja jestem too much? Czy ludzie tak kochają?

- Następnym razem poszukaj kogoś starszego, żeby znowu tak się nie skończyło. Widzisz już, jakie są gówniary.

- Ty też jesteś gówniara. A miłości się nie szuka. Miłość znajduje ciebie. I jedyne, co możesz zrobić, to się jej poddać.

- Eh, ty romantyku. W średniowieczu byłbyś kochankiem cesarzowej. Pisałbyś jej listy miłosne i przynosił brzoskwinie. 


Monday, 17 November 2025

Lina ratunkowa, hope i pogoda pod psem

 

Zadziała się dzisiaj ważna rzecz.

Pisałem już, że od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie założenie kolektywu artywistycznego. Wysłałem pomysł do kilku ludzi i odezwała się jedna osoba niebinarna ze środowiska, Nadia. Lubię ją od początku. Ma w sobie dojrzałość i ciepło. Taka normalna. Pojawił się temat mojego wykluczenia. Napisało, że coś z tym trzeba zrobić. Że nie można tak zostawić sprawy, bo nie rozmawianie jeszcze pogłębia problem. Że z jednej strony jestem ja, odcięty, scancelowany, nie mogący brać udziału w wydarzeniach, projektach, a po drugiej stronie są ludzie, którzy nie znają, czy nie rozumieją mojej sytuacji, nie wiedzą, co myśleć i czują się niekomfortowo ze mną. Że krąży po prostu news, że to jest ten starszy typ, co był z młodą laską, więc coś tu nie tegez.

Dżizas, czekałem na taki gest skądkolwiek. Bo sam nie wiem, jak do tego podejść. Z jednej strony mam opór wewnętrzny, że moje osobiste, intymne sprawy, stały się publiczne. Z drugiej jestem w stanie zrozumieć obawę społeczną. To na czym mi zależy, to żeby jednak oczyścić to wszystko. I samemu strasznie ciężko było to zrobić. Jestem otwarty na rozmowy, wyjaśnienie, próbowałem, ale natknąłem się na ścianę.

Zawsze byłem na uboczu spraw społecznych, choć była we mnie tęsknota za tym. Dopiero od kilku lat, odkąd przyjechałem do Wrocławia, zacząłem się angażować, udzielać i spełniać tę swoją potrzebę. No a później zakochałem się w dziewczynie i wybuchło mi to w twarz.

Dzisiaj od rana siedzę przy kompie, robię notatki w temacie artywizmu, zapisuję pomysły dotyczące działań, jakie moglibyśmy robić w kolektywie. Zjadłem bułkę, tofu wędzone i pomidora. Wypaliłem w pierdylion fajek. Pogoda paskudna, ale przestało lać, więc chyba pójdę na spacer. Sprzedałem w sumie wczoraj 3 wydruki, więc mam na paliwo i wymianę opon.

Poczułem ulgę po rozmowie z Nadią. Jakby w tej ścianie izolacji pojawiła się rysa. Miałem momenty, że chciałem wyjechać. Ale jednak postanowiłem walczyć o siebie i swoje miejsce tutaj. Stwierdziłem, że całe życie uciekałem, kiedy pojawiała się mała trudność. Więc może czas jednak nauczyć się zostawać. Czuję to mocno.

Sunday, 16 November 2025

Surowość

 

Zaszyłem się w pracowni. Odczuwałem niepokój i rozdrażnienie, chciałem to jakoś twórczo rozładować. Powstaje kolejny obraz zaangażowany społecznie. Ostatnio mam na to mocno fazę, co odbija się na sprzedaży (no bo kto chce rewolucyjne obrazy? xD). No ale fuck it, maluję, co czuję. Myślę, że pozwala mi się to rozładować. Będą tam góry i kwiaty a la linoryt, dziewczyna w sukience, z rozwianymi włosami, grająca na skrzypcach, drzewa i kolażowy napis stylizowany na pismo maszynowe: Art is Activism. Kolory oscylujące pomiędzy czerwienią a czernią.

W środę ruszam znowu w trasę. Najpierw moja wioska w górach, muszę wymienić opony na zimówki. Stamtąd Zabrze (gram w piątek wieczorem koncert), a w sobotę mam koncert w Rzeszowie. Póki co nie mam na paliwo, ale spróbuję coś wykombinować do środy. Trwa moja weekendowa wyprzedaż wydruków na płótnie. Może jeszcze ktoś dzisiaj się skusi na moją pracę.

Po malowaniu wziąłem rower i poszedłem do Kali. Na słuchawki wrzuciłem agresywny latynoski hip hop. Fajnie się zgrał z moją wewnętrzna energią. Kobiety strzelały pociskami słów o zniszczeniu patriarchatu i państwa. Szedłem do rytmu, stawiając mocno kroki w wojskowych butach.

Dzisiaj nie ma we mnie ciepła. Tęsknota i brak bliskości przykrył się surowością. Trochę się martwię, że tak już zostanie. Ale potem przypominam sobie, że mam tyle miękkości, że starczy mi na dwa życia. Po prostu czasami chyba tak chronię serce.

Obok usiadł Bernard, pracuje w Kali jako złota rączka. Lubię go. Bujne wąsy, dłuższe włosy, mądre oczy, jakieś 27 lat. Spytał, co piszę. Powiedziałem, że o nim. Teraz gadamy o tym, jak rozwiesimy tutaj moje obrazy, na grudniową wystawę. 

PS. Właśnie sprzedałem jeden wydruk. Jeszcze jeden i będę miał na paliwo.

Friday, 14 November 2025

Kolektyw artywistyczny, a tak ogólnie to jest w porządku

Siedzę w swojej knajpce, pierwszy raz od tygodnia. Piję wywar z imbiru. Zastanawiałem się nad lampka wina, ale przedwczoraj pierwszy raz od kilku miesięcy się upiłem, więc w sumie nie ma potrzeby. Jest mi ok. Po prostu normalnie.

Lista potrasowa

1. Koncert w Poznaniu. Wyszło idealnie. Było trochę mojej publiki, a trochę ludzi, którzy słyszeli mnie pierwszy raz. Osobiste, miłosne piosenki przeplatały się z tymi żądnymi krwi, zaczepnymi i tworzyło to idealną miksturę. Nawet jeśli ktoś się zszokował nawoływaniami do budowania szubienic dla bogaczy i polityków, to po chwili mógł się wzruszyć opowieściami o doskonałej miłości.

2. Poznałem tam miłą dziewczynę. Przyjemnie było pocieszyć się jej adoracją, zainteresowaniem, zaproszeniem na noc. Mi też się spodobała, więc tym bardziej było to fajne.

3. Demonstracja antyfaszystowska w Warszawie. Było mocno, adrenalinowo, bratersko, rewolucyjnie. Spotkałem trochę znajomych, przywitali się też ludzie, którzy znali mnie z moich piosenek. Czułem, że jestem ze swoimi ludźmi, było mi bezpiecznie i harmonijnie.

4. Po powrocie spotkałem się z kumpelą i wpadliśmy na pomysł grania w karty i picia tequili w środę o 14. Dużo śmiechu, czytanie poezji, śpiewanie piosenek, aż zastała nas północ i kumpela uberem wróciła do domu. 

5. Od tygodnia chodzi mi po głowie założenie artywistycznego kolektywu (kolektyw artystyczno-aktywistyczny:). Na razie patrzę, jak ten rodzaj kolektywu działa w innych państwach, skontaktowałem się z kilkoma, prosząc o jakieś wskazówki dla inspiracji, myślę o tym, jak ściągnąć członków, jak moglibyśmy działać. Czuję, że to jest idealny rodzaj aktywizmu dla mnie. 

6. Dzisiaj skończyły mi się pieniądze. Tzn. to nie jest jakieś wyjątkowe wydarzenie:) Po prostu dzisiaj skończyły się zupełnie. Kupiłem bułkę, paczkę tytoniu i tyle. A przed chwilą, ktoś na fejsie kupił dwa wydruki, zarobiłem 300 złotych. I tak to działa. Przestałem się nawet jakoś bardzo tym stresować. Robię normalnie wysiłki, żeby coś zarobić, stworzyć coś nowego, sprzedać jakąś moją rzecz, ale nie spinam się. Przez te lata zbudowała się we mnie ufność, że nie umrę z głodu. A wolność płynąca z tego nieprzywiązania i unikanie nadmiernych wysiłków zarobkowych, jest bezcenna. Tak sobie zawsze o tym wszystkim marzyłem. Żeby być artystą, mieć swoje miasto, jakiś większy sens w życiu, garstkę przyjaciół, wystarczająco gotówki, żeby starczyło na podstawowe potrzeby, brak szefa, godzin pracy. Lubię to. I like my life:) 

7. Za godzinę z rynku rusza demo przeciwko rosnący cenom wynajmu mieszkań, dołączę. 

Saturday, 8 November 2025

Poznań - wernisaż

Poznań. Wczoraj miałem wernisaż w pewnej artystycznej knajpce. Nie było dużo ludzi, wydaje się, że miasto opustoszało na długi weekend. Ale byłem zadowolony. Opowiedziałem o swojej sztuce, filozofii życia, aktywizmie, później były dyskusje przy drinkach, nowe znajomości, otwartość, lekkość.
Zwinąłem się do łóżka koło 23, choć znajoma wyciągała mnie na miasto. Nie miałem już energii.

Dziś zostałem w Poznaniu. O 20 gram koncert w tej samej knajpce. Cieszę się na to, lubię śpiewać dla ludzi, dzielić się sobą. Mam nadzieję, że zejdą jakieś płyty, obrazy, przyda się gotówka bardzo. Ubezpieczenie na auto, rachunek za telefon, paliwo do Warszawy na demonstrację antyfaszystowską.
Nastrój? Hmm... No, nie fruwam:) Dużo samotności, ruminacji nad przeszłością, poczucia, że jestem poza rzeczami. Ale są też fajne kawałki. Z rana odezwała się Marta (moja pierwsza wielka miłość wrocławska, długo ją odchorywałem, ale w końcu zostaliśmy przyjaciółmi:), że tęskni, była wspierająca, namawiała mnie na te słynne kołacze z Poznania, zapomniałem jak się nazywają:) Gadałem też trochę z Elą. Jest na targach w Toruniu. Być może jutro ją odwiedzę i zostanę na noc. Nie mam pośpiechu z dojazdem do Warszawy, mogę jechać na około. No ale to też zależy, jak będę z finansami stał.

Co jeszcze? Aha, prelekcja przedwczoraj. Nie było Z., ani zbyt dużo znajomych ludzi. Temat fajny, wziąłem udział w dyskusji. A później schowałem się do Włóczęgi, oglądałem jakieś rolki o kosmosie i dinozaurach, aż nie zasnąłem. 
 

Thursday, 6 November 2025

Mały regres, wyjazdy, radykalizm

Dzisiaj mam lekki regres. Zaczął się wczoraj. Nadziałem się przypadkiem na socjalach na profil Z. Zalały mnie emocje, tęsknota, zranienie. Jest to męczące. Relacja trwała niecałe 3 miesiące, a ja się zbieram już pięć. No ale nie jest to pierwszy raz, już tak mam. Przywiązuję się bardzo i zajmuje mi długi czas zerwanie więzi, choć ta druga osoba zerwała ją już dawno.

No ale nie są to już tak silne uczucia jak jeszcze miesiąc, dwa temu. Biorę głęboki oddech i mówię sobie - to minie. Tak jak minęły inne rzeczy, które kiedyś były całym moim światem. Tylko że... No chciałbym, żeby już coś było na stałe, bezpiecznie i spokojnie. To już tyle lat, odkąd płynę tymi wzburzonymi wodami, szukając przystani. Zaczynam się obawiać, że mogę jej nie znaleźć.

Jutro jadę do Poznania. Wieczorem mam wernisaż. Mam z dwadzieścia obrazów, poopowiadam o nich, o tym jak odkryłem malarstwo, czym dla mnie jest, napiję się wina, pogadam ze znajomymi. No a następnego dnia gram w tym samym miejscu koncert. Mam trochę nowych utworów, będzie ostro. Te ostatnie kilka lat zradykalizowałem się mocno, moja poezja, bunt, weszły na wyższy poziom. Może odbijam sobie w ten sposób niepowodzenia miłosne?:) It could be. Ale lubię bardzo tę rewolucyjną część mnie. To bardzo ważny aspekt mojej osobowości, spełniam się w tym.

Z Poznania nie wracam od razu do Wrocławia. Postanowiłem pojechać do Warszawy na demonstrację antyfaszystowską 11 listopada.

Po zapłaceniu z honorarium za koncert ubezpieczenia na samochód i rachunku za telefon powinno mi zostać na paliwo do Wawy i stamtąd powrót do Wrocławia. A na później? Już nie:) Będę kombinował.

A co dzisiaj? Wyślę obraz do klientki. Miałem go skończyć już w sierpniu, no ale było jak było. A pod wieczór idę posłuchać prelekcji w Zamencie. "Miłość jako opór i narzędzie władzy: o politycznym wymiarze uczuć". Trochę się stresuję, jest możliwość, że będzie Z. no i jakieś osoby, które mnie scancelowały z powodu relacji z nią. Ale nie jest to jakiś wielki stres. Już przeszedłem etap unikania ich wszystkich. Znalazłem w sobie spokojne miejsce, które pozwala nie wpuszczać do środka za dużo rzeczy z zewnątrz, rzeczy które mnie nie budują. Poza tym mam nowe ciuchy, w których czuję się przystojny i atrakcyjny, lubię się pokazywać :p Cały na czarno, zajebiste bojówki, czarna bomberka, czarna bluza z kapturem, martensy, nowe dziary:)



Tuesday, 4 November 2025

Powrót do siebie

Lubię wracać do siebie
Budzić się rano i czuć się spokojnie, zadowolony z życia, ze swoich wyborów, wolności.

Dużo pomogło mi czytanie swoich starych zapisków z podróży, ze spotkań, przygód. Dało mi to szerszą perspektywę siebie. Wczoraj przygotowałem do publikacji opowieść z Rainbow w 2015 roku, kiedy zabujałem się w Dziewczynie w Czerwonej Sukience i zaprzyjaźniłem z Pablo.

W ogóle relacje są dla mnie ważne, chyba najważniejsze. Najlepiej się czuję wśród ludzi. Dlatego wolę mieszkać w mieście, niż gdzieś w naturze. Czasami ludzie się dziwią: mieszkasz w vanie i wybrałeś centrum miasta? Mogłeś przecież mieszkać wszędzie. Dokładnie. Dlatego parkuję 10 minut spacerem od rynku. W każdej chwili mogę znaleźć się w tłumie ludzi, mogę pójść do mojej ulubionej knajpki, pogadać z barmanem, spotkać kogoś.

Wczoraj znów spędziłem cały dzień w pracowni. Zrobiłem dwa Rebel Boxy, z których jestem dumny. Biorąc pod uwagę target (alternatywne dziewczyny), nie zarobię na tym pewnie pieniędzy, ale radość z tworzenia jest.

W piątek mam wernisaż w Poznaniu, następnego dnia koncert. Postanowiłem, że nie wrócę od razu do Wrocławia, ale pojadę do Warszawy na demonstrację antyfaszystowską 11 listopada. Jestem podekscytowany, choć jest również niepokój. Nie lubię przemocy, a jest duża możliwość, że będzie starcie ze skrajną prawicą. No ale nie chcę być tylko fotelowym anarchistą i antyfaszystą.

Czytając stare zapiski widzę, że motyw miłość romantycznej przewija się u mnie zawsze i intensywnie. To jest taki mój holy graal. Ciekawe, czy kiedyś go znajdę i napiję się wina nieśmiertelności. Czy też będę próbował z różnych kielichów już zawsze, szukając czegoś prawdziwego, na zawsze.

Dzisiaj terapia, pierwsza sesja od 3 tygodni, pani Kasia miała urlop. Cieszę się na rozmowę. Po 4 latach nawiązałem z nią bliską relację terapeutyczną. Lubię te nasze rozmowy.

 


Sunday, 2 November 2025

Rebel Box, nostalgia i Emma Goldman

Ten dzień nie był wcale zły. Ból po oparzeniach szybko przestał ćmić, choć kiedy po południu zmieniałem opatrunek, to trochę się wystraszyłem ciemnymi bąblami. Mam nadzieję, że zagoi się bez komplikacji. 

Rano poszedłem do pracowni. Wziąłem małą porcję grzybów i na razie robię przerwę od microdosingu. Dużo mi to pomogło przez ten miesiąc kuracji psylocybinowej, ciekaw jestem, czy utrzyma się dystans do życia i szersza perspektywa.

Poza tym lubię te eksplozje kreatywności.

Dzisiaj też miałem.

Przypomniałem sobie, że mam kilkadziesiąt drewnianych szkatułek. Wpadłem na pomysł zrobienia całej serii kolażowej. Seria będzie się nazywać Rebel Box. Pomalowałem pudełko, stworzyłem logo, wydrukowałem materiały na kolaż. Idea jest taka, że pudełko będzie wyklejone rewolucyjnymi, feministycznymi, anarchistycznymi grafikami i znajdzie się tam jeszcze jakiś mocny tekst.

Jutro chciałbym skończyć prototyp. Każde pudełko będzie podpisane i będzie miało swój numer, tak że będzie to produkt kolekcjonerski. 

Zaczęło się robić już ciemno, kiedy wyszedłem z pracowni i poszedłem do Kali. DJ wrzucił na YouTube Federacji mój podcast o Emmie Goldman, który nagrałem jakoś w maju. Poczułem mocno nostalgię. To był środek zakochania w Z, działałem intensywnie w FA i wydawało mi się, że world is my oyster. 

Piję napar imbirowy, który Pasza zrobił mi za darmo, kochany chłopak wie, że tak w sumie to nie stać mnie na codzienne siedzenie w knajpie. Dołożył jeszcze talerz ciasta, które było na tyle rozpieprzone, że nie nadawało się na sprzedaż. Czytam Serca Atlantydów, co pół godziny wychodzę na fajkę. 

W gruncie rzeczy I'm OK. 

Mój podcast o Emmie Goldman



 

Poranny wypadek oraz recap wczoraj

 

Ta pogoda zrobiła wczoraj robotę. Zorientowałem się, że mam dobry humor, kiedy na spacerze każdy kawałek na playliście sprawiał mi przyjemność. Poczułem w środku przestrzeń i lekkość.

Na Nadodrzu spotkałem ludzi z Food not Bombs, Irek rozdawał chleb i jabłka, przywitał mnie ciepło. Była też Anabel, to był jej pierwszy dzień na foodzie. Wieczorem poszliśmy do knajpy pograć w kości.

Dziś obudziłem się jak zwykle, nad ranem. Wstawiłem wodę, zapaliłem papierosa. I kiedy zalewałem kawę, wylałem na siebie wrzątek. Zszokowany zaplątałem się w śpiworze i wypadłem z auta skręcając sobie nadgarstek i kostkę, oraz rozbijając kolano. Reszta wrzątku wylała mi się na tyłek, jak leżałem w błocie xd 

Hehe, obudziło mnie to. Skóra zeszła z miejsca oparzenia na biodrze, zrobiłem opatrunek z chusteczek higienicznych i taśmy klejącej, tylko to miałem, zjadłem ketanol, no i już jest dobrze.

Patrzę na pogodę, dziś dżdżysto. Zament jest z reguły wolny w niedzielę, więc mogę dzisiaj malować (to miejsce, które używam jako pracownię). Zaraz wezmę głośnik, włączę muzykę i spróbuję obudzić w sobie kreatywnego ducha.

Just another day.







Saturday, 1 November 2025

Kawiarnia, mocne wrażenia, King

Moje kawiarniane życie:)
Sączę powoli herbatę, czytam opowiadania Kinga. Lubię jego sposób snucia opowieści. Kiedyś chciałem pisać tak jak on.

Rozmyślam o swoim życiu. To luksus bycia artystą w kryzysie wewnętrznym, z blokadą twórczą i z ogromnym zapasem wolnego czasu.

Najpierw tak ogólnie: w życiu są trzy stany:
1. Wspaniałość
2. Rozczarowanie
3. Stabilność

U mnie ten trzeci stan nie istnieje. Szukam intensywnych, głębokich przeżyć, stanów uniesienia i czasami je znajduję. Czy to w miłości, czy w jakiejś wzniosłej misji, w sztuce. Tarzam się w tym, przeżywam, cieszę i czuję, że robię życie dobrze. Później następuje rozpierdol. Tak jak ta ostatnia katastrofa z Z. Wtedy odczuwam prozę i szarość istnienia jeszcze mocniej niż przed uniesieniami. Cierpię, szukam wyjścia, pracuję nad sobą i czekam, kiedy znowu uda się wskoczyć w siodło.

Pamiętam jak po przyjeździe do Wrocławia i poznaniu M. odkryłem MDMA. Fuck, zachłysnąłem się tą substancją. Jakbym znalazł coś, co jest stworzone idealnie dla mnie. Energia, rozpuszczenie ego, ekstaza, serce pełne miłości, przyjaźni, miękkości. No ale koszty były zbyt duże, zejścia mnie wykańczały i w końcu odpuściłem.

Jestem na terapii od czterech lat. Dużo przepracowałem, cieszę się bardzo z tego, że alkohol przestał być codziennym gościem w moim życiu, że trochę bardziej rozumiem siebie i skąd to wszystko.

Miałem już kończyć terapię, ale kiedy rozjebałem się na wiosnę, stwierdziliśmy razem z panią Kasią, że jeszcze mi się przyda. No i tam pojawia się ten temat szukania mocnych przeżyć i tego, dlaczego wpakowuję się w niemożliwe i mega intensywne relacje. Wchodząc w związek z 21 letnią dziewczyną, mogłem przecież oczekiwać, że to nie wypali. No ale ten wewnętrzny romantyk, buntownik, idealista i lekkoduch bardzo chciał uwierzyć. A zresztą byłem samotny, spragniony miłości, więc taka ilość adoracji, akceptacji i walidacji, była dla mnie jak woda na pustyni. Wszedłem z beztroską w narrację o wielkiej miłości dwójki anarchistów, którzy namiętnie i bez lęku zrobią rewolucję i sprzeciwią się normom społecznym.

No i kilka miesięcy później, chudszy o jakieś sześć kilo, śpiąc po 5 godzin na dobę, odganiając koszmary, paląc dziesiątki fajek dziennie, zmagając się z poczuciem odrzucenia i samotności, na poważnie zastanawiam się, czy gdybym mógł cofnąć czas, to zrobiłbym coś inaczej. I chyba nie. Wszedłbym w to po prostu jeszcze raz. It was beautiful while it lasted. I nie wiem, czy terapia może mi pomóc w tym podejściu do życia.

Co dalej? Dzisiaj widzimy się z Anabel. Lubię z nią gadać. Lubię ludzi, którzy jakoś tam się zmagają i przez to mają dystans do rzeczywistości, ciemne poczucie humoru i dobre serce. 
 

Friday, 31 October 2025

Coffee and cigarettes

 

Jeszcze ciemno, choć niebo powoli się rozjaśnia. Zwykle budzę się koło czwartej, piątej rano. Najpierw leżę i pozwalam rzeczywistości rozgościć się w środku. Nie jest to przyjemne. Rzeczywistość jest ostatnio niegościnna i chłodna. Ale staram się powiedzieć sobie coś miłego, wspierającego. "Marcyś, nie martw się, to minie, sprawy się ułożą". 

Później wstawiam na kuchence turystycznej wodę na kawę, skręcam dwa papierosy z Pueblo. Pierwszego wypalę zanim dojdzie woda, drugiego już przy kawie.

Choć bardzo nie chcę (już minęło kilka miesięcy, z wiosny zrobiło się lato, później jesień i jestem po prostu zmęczony), to myślę o Z. Czasami z niechęcią. Mam jej za złe, że jej crush, impuls emocjonalny, kaprys, rozjebał mi życie. A czasami próbuję ją zrozumieć: że tak jak i ja, postąpiła impulsywnie wchodząc w tę relację, a kiedy rzeczywistość ją przerosła, próbowała chronić siebie. 

No ale ta epoka nie może trwać przecież w nieskończoność. Pozwalam temu płynąć, wiem, że ważne jest przeżycie żałoby do końca, ale powoli staram się myśleć o przyszłości, o sobie w oderwani od tego bajzlu. 

Lubię spotykać się z ludźmi spoza wrocławskiego środowiska, spoza moich kręgów. Pozwala mi to na jakiś dystans. Tak jak niedawno, kiedy odwiedziła mnie Ula. Zaparkowała swojego kampervana obok, no i siedzieliśmy do późna. Opowiadała mi o swojej żałobie po facecie, daliśmy sobie zrozumienie, odrobinę bliskości, ciepła. Potrzebuję towarzystwa ludzi, którzy widzą mnie po prostu jako mnie, bez osądów, szuflad, uprzedzeń, z sympatią. 

Jakie plany na dzisiaj? Mam na koncie jeszcze kilka stów, wpadła zaległość za obraz, więc mogę się zrelaksować. Mam na jedzenie i siedzenie w Kali na jakiś tydzień. Wieczorem mam oddać sprzęt nagłaśniający Olkowi, po moim koncercie sprzed tygodnia. A wcześniej? Zapowiada się chłodny, choć słoneczny dzien. Cieszę się na słońce, panele podładują mi akumulator. Zjem pewnie obiad w barze mlecznym, posiedzę z książką w Kali. Więcej planów nie posiadam. 

Czasami się stresuję, że pozwalam tak życiu płynąć, że nie robię jakichś ruchów, ale skoro nie wiem, w jakim kierunku iść, to chyba najlepiej spróbować pozwolić rzeczywistości unfold jak chce i nie szarpać się. Nie jest to dla mnie łatwe, mam potrzebę kontroli, no i chciałbym mieć już jakiś kierunek. 

Zrobiło się już jasno. Cześć nowy dniu. Weź, coś fajnego wymyśl dzisiaj. 



Thursday, 30 October 2025

Wieczorek - samotniolek

 

Wczoraj A. (ta moja kumpela od grania w kości) spytała, czy nie pomógłbym jej znajomym w przewiezieniu szafy. Nie miałem nic do roboty dzisiaj, więc się zgodziłem. Pojechałem autobusem na Muchobor, zadupie straszne. Fajna młoda para, Ewa i Papaj, miło się z nimi gadało, pomogłem ogarnąć dźwiganie. Odwdzięczyli się butelką wina. Ostatnio prawie nie dotykam alkoholu, ale będzie przy okazji, jak ktoś wpadnie w odwiedziny.

No a później, już w drodze powrotnej zrobiło mi się smutno, sam nie wiem dlaczego. Może pozazdrościłem im tej młodej miłości? Tacy zakochani, pełni planów, czułości, pomysłów. Chyba przez to bardziej odczułem swoją samotność.

Planowałem iść posiedzieć w Kali z książką, ale przez ten smutek wróciłem po prostu do Włóczęgi. Przez chwilę wybierałem film, ale za długo mi zeszło i straciłem ochotę, skończyło się na rolkach z Instagrama.

Na zewnątrz wieje straszliwie, suche liście spadające z drzew stukają o dach vana, jest coraz ciemniej, zapaliłem lampkę. Włączyłem grzejnik, żeby było bardziej domowo. Chrupię krakersy, oliwki, zapijam sokiem pomarańczowym. Spytałem Anabel czy ma ochotę wpaść na film i poczęstunek, ale ma jakieś inne zobowiązania. Tak że dzisiaj już chyba nie zapełnię tej samotności.

Ostatnie miesiące czuję się bardzo na uboczu wszystkiego. Ucichły burze, zamieszanie, ale też rzeczywistość odcięła mnie mocno od różnych relacji, poczucie bezpieczeństwa i przynależności bardzo ucierpiało. No i w ogóle tożsamość się pokruszyła. Mam takie dni, że naprawdę nie mam pojęcia kim jestem, co dalej, czy mam coś robić proaktywnie, żeby zacząć nowe, czy dać sprawom płynąć I zobaczyć, co się wydarzy.

Takie rozkminy.

Kilka lat temu zacząłem żyć ze sztuki, wyjechałem z mojej małej górskiej wioski, gdzie naprawdę nie było nic dla mnie. Ruszyłem szukać przygód, misji, swoich ludzi, miłości. Zlałem społeczne oczekiwania, normy, postanowiłem na maksa żyć na własnych zasadach. Teraz nadchodzi moja trzecia zima w vanie. Te trzy lata były mocne. Dużo zmian, pracy nad sobą, działań społecznych, tworzenia, namalowałem kilkadziesiąt obrazów, zagrałem w chuj koncertów, przeżyłem dwie miłości, obie się niestety skończyły, choć bardzo nie chciałem, nawiązałem bliskie relacje z różnymi ludźmi.

Lubię tarzać się w życiu, przeżywać mocno, szczerze, szukać siebie i innych. No ale w takich momentach jak dziś dopada mnie smutek i trochę chyba lęk? Że droga, którą wybrałem nie prowadzi mnie jednak nigdzie. Znaczy... Ja nie wiem, czy jakakolwiek droga gdzieś prowadzi. Im jestem starszy, tym szybciej leci czas i czuję swoją śmiertelność. No ale jednak miałem nadzieję, że znajdę jeszcze jakiś dom, bezpieczne miejsce, swoją osobę. A teraz trochę już nie jestem pewien.

Za tydzień mam wernisaż i koncert w Poznaniu. Zaprosił mnie Michał do swojej nowej knajpki. Pod koniec miesiąca koncert w Zabrzu, w Rzeszowie. Fajnie, że dzieją się takie rzeczy, daje mi to poczucie zaangażowania i jakiegokolwiek sensu.

I już prawie wieczór. Owijam się śpiworem, odpalam Instagrama, pooglądam rolki o wszechświecie. I chyba to już tyle z tego dnia. 

Cieszę się, że pomogłem tym dzieciakom z szafą.





Wednesday, 29 October 2025

Słońce, microdosing, artystyczny nieład

 

Słońce wyszło dzisiaj, wspaniale! Najpierw wyprałem pościel, rozpachniła mi vana. Później poszedłem na długi spacer. Robię microdosing grzybów psylocybinowych ostatnio, co drugi dzień 0.2 g. Podsunęła mi pomysł koleżanka, kiedy wspomniałem, że zastanawiam się nad antydepresantami. Cieszę się bardzo, naprawdę widzę dużą różnicę. Nabrałem szerszej perspektywy, ruminacje osłabły, jest mi po prostu mniej smutno.

No więc po microdosingu połaziłem po mieście, odwiedziłem bibliotekę, więc mam sporo dobrej lektury. W bibliotece poznałem się z dziewczyną, wymieniliśmy się numerami. Ładna, drobna, elegancko ubrana. Tak pod czterdziestkę. Spytałem, czy się mam przesunąć, żeby znalazła swoją książkę, na co powiedziała żartobliwie, że jesteśmy oboje tak szczupli, że damy radę (mówiłem że fajki i złamane serce mi służą?;). No i z tego nawiązała się sympatia.

A teraz już w Kali. Pasza zrobił mi zielonej herbaty, palę skręcane fajki (dużo), czytam, a później może wpadnie A., pogramy w kości i ponapierdalamy się z życia.

Miałem przykry moment, natknąłem się przy barze mlecznym na ludzi z otoczenia Z. Odwrócili się ostentacyjnie plecami i coś tam chichotali. Moje wewnętrzne dziecko poczuło się ukłute, a dorosły pomyślał, jprdl, ale high school. A później: "stary, sam sobie jesteś winien". Relacje same w sobie są trudne, a dołóż do tego jeszcze różnice pokoleniowe i przepis na katastrofę gotowy.

Gadałem dziś z Paszą o tym wszystkim. Powiedziałem, że jakbym mógł cofnąć czas, to zresetowałbym cały ten rok.
- Jesteś pewny, że pozbawiłbyś się tych doświadczeń i lekcji? - zapytał, przygotowując mi herbatę.
- Kurwa... No nie. Ten kryzys zmusił mnie, żeby przyjrzeć się sobie bardzo blisko. To cenne w chuj.

Utrata najważniejszych rzeczy w życiu popchnęła mnie do tego, żeby się zbliżyć do siebie, wesprzeć siebie. Nie miałem innego wyjścia. Tzn. przez chwilę myślałem, że mam. Ale to był głupi pomysł i na całe szczęście nie wprowadziłem go w życie. 

Właśnie pogadałem z Michałem, właścicielem Kalaczakry. Będę miał tutaj wystawę, dogadywaliśmy się przez maile, ale chciałem, żeby połączył moją gębę z sytuacją. Kiedy dowiedział się, że śpiewam, podsunął pomysł, żebym zagrał tutaj kilka kawałków na wernisażu i powiedział parę słów o anarchizmie. Ale się kurwa cieszę:) Fajnie tak zaznaczyć swoją obecność w knajpie, która jest praktycznie moim drugim domem.