Bałkany po raz czwarty - część pierwsza
Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019
1. Preludium
(25.08.2019, wieczór, Village)
Ostatni wieczór przed kolejną bałkańską wyprawą. Jutro ruszamy z M. do Serbii, później Bośnia, pewnie Chorwacja i powrót. Samochód już spakowany, zakupy zrobione, paszporty i ubezpieczenie spakowane – pełna gotowość.
Jedziemy razem, ale trochę oddzielnie. Zawsze było między nami kiepsko z komunikacją, ale teraz nawet ta cienka nić porozumienia zniknęła. Ale staram się o tym nie myśleć. Jadę na magiczną wyprawę w moją najukochańszą część świata. Chcę ciąć kilometry szos, patrzeć, słuchać, smakować, odkrywać.
No to w drogę!
2. Pierwsza noc
(26.08.2019, wieczór, Węgry)
Zapadła zupełna ciemność. Piszę z czołówką na głowie. Jestem bardzo zmęczony, ale chciałbym skrobnąć kilka słów przed snem.
Dotarliśmy na Węgry. Jesteśmy jakieś 130 kilometrów od granicy z Serbią. Zjechaliśmy z głównej drogi i znaleźliśmy cichy, topolowy zagajnik (drzewa jak żołnierze stoją w równych rzędach) obok opuszczonego domu. Trochę złowrogo, ale staram się nie patrzeć w tamtą stronę.
Podgrzaliśmy ziemniaków z wczorajszego obiadu, do tego mizeria i butelka Vino Verde. Zostało mi odrobinę kredytu na komórce, więc słuchamy Trójki. Dzięki temu sąsiedztwo ruin nie jest takie straszne.
Pełen brzuch, kąpiel z butelki, szum obcego, a jednak swojskiego lasu... Lubię podróżować. Chyba nawet kocham. Chciałbym być bogaty tylko po to, żeby jechać przed siebie bez zmartwień.
3. Wioska Drakuli
(27.08.2019, siódma rano, Węgry)
W nocy przyszła ulewa. No a że nie spodziewaliśmy się, to zostawiliśmy krzesła turystyczne na zewnątrz. Ociekają wodą. M. jeszcze śpi. Ja na swoim krześle położyłem worek na śmieci i jest sucho.
Poranek miałem pracowity. Lubię prace biwakowe.
1. Zrobiłem kawę.
2. Number 2 w lesie – z saperką, jak prawdziwy harcerz.
3. Pomyłem gary.
4. Zrobiłem herbatę do termosu na drogę.
5 Pozbierałem śmieci.
6. Z butelki po winie zrobiłem popielniczkę na drogę.
Mam lekkiego kaca. Tę butelkę wina wypiłem prawie sam. M. tylko zamoczyła usta. Miała trochę lęków wieczornych. Jakieś gałęzie strzelały w lesie. Kiedy w którymś momencie hałas zabrzmiał tuż przy nas, zaświeciłem latarką. Ukazało się nam białe, stare psisko. Popatrzyło obojętnie i zniknęło wśród drzew.
***
Wymyśliłem Balkan Challenge – przez całą wyprawę narysuję przynajmniej jeden obrazek dziennie.
***
Miałem sen:
Jesteśmy z M w Serbii. Zamieszkaliśmy w monasterze. Ogoliliśmy czubki głów, założyliśmy habity i wysłaliśmy mamie zdjęcia. W tym śnie miałem bardzo dziewczęcą twarz, ciało i głos.
(wieczór, Serbia)
To był długi dzień. Nie udało nam się znaleźć miejsca na obozowisko póki jeszcze było jasno, a to jest najgorsze: szukanie miejsca do zaparkowania w dziczy to nie lada wyzwanie. Tym bardziej, że jesteśmy już w rejonie górskim, więc szosa wije się wśród stromych wąwozów, ciężko o boczne dróżki.
W pewnym momencie zjechaliśmy w wąską szosę. Zaprowadziła nas do uroczego przysiółka wysoko w górach. Ale urok szybko się rozproszył. Szare smutne, posępne twarze mieszkańców spoglądały na nas z mieszanką obojętności i wrogości. Nieufność, zbliżający się zmrok – zaczęliśmy się czuć niepewnie. Do tego zobaczyliśmy, że przy prawie każdym gospodarstwie wznoszą się mogiły. Normalnie by mnie to zaciekawiło, ale nie byłem w nastroju.
W końcu zaparkowaliśmy na małym podwórku. Poszliśmy szukać gospodarza. Nagle w pobliskich ruinach zazgrzytały rozpadające się drzwi i wychyliła głowę przerażona starowinka. Wyjaśniłem jej, że chcemy przespać się w samochodzie na jej podwórzu. Zaczęła zawodzić, że mieszka sama, że się boi i żebyśmy odeszli.
Rozczarowani wsiedliśmy do auta i zawróciliśmy. Spróbowaliśmy jeszcze w jednym miejscu w tej wiosce, ale kiedy ludzie z domu na zboczu góry zaczęli do nas agresywnie krzyczeć, wskoczyliśmy do samochodu i pośpiesznie oddaliliśmy się z tej posępnej osady. Kiedy wyobrażam sobie wioski wokół zamku Draculi, to taki musi tam właśnie być klimat.
Po jakiejś godzinie jazdy zauważyłem w ciemności znak skrętu do monastyru. Może na poświęconej ziemi znajdziemy schronienie? Nie dojechaliśmy jednak do samej świątyni. Wypatrzyłem zatoczkę przy drodze i postanowiliśmy tutaj zostać.
M. już się szykuje do spania. Ja jeszcze piję wino przy świecach i zapisuję wydarzenia dnia.
Serbska lista:
1. Kąpiel po ciemku z butelki ciepławą wodą gazowaną. Nie chciało mi się, ale chciałem zmyć z siebie brud. Jak wygląda taka kąpiel? Rozbieram się do rosołu. Wylewam na siebie pół butelki wody. Namydlam się. Spłukuję się dwoma litrami wody. Czyli normalny prysznic, nie jakieś półśrodki, typu chusteczki nawilżające:)
2. Obiad w Bogaću. Frytki, pieczarki, surówka i ser. A M. zupa z cielęciny i Ćevapćici, czy jak się to nazywa.
3. Północna Serbia brzydka i płaska.
A jak z dalszymi planami? Jutro Mokra Gora. Zobaczymy, jak nam się spodoba. Jeśli będzie fajnie, to być może zostaniemy dłużej. Wynajmiemy jakiś domek, czy pokój i powłóczymy się po okolicy. A może zmienimy plan zupełnie i ruszymy gdzieś nad Adriatyk moczyć dupę przez resztę czasu. Zobaczymy.
4. Rodzina Tomičów, bezdroża i Drina
(28.08.2019, rano, Serbia)
Powitał mnie słoneczny, cichy poranek. Tylko pszczoły i ptaki przerywają ciszę. I jeszcze dzwony pobliskiego monastyru. Dopiero teraz, przy świetle dziennym zobaczyłem, że rozbiliśmy się obok wielkiego, rodzinnego grobowca. Całą noc czuwała nad nami dostojna rodzina Tomičów.
Miałem ciekawe, barwne sny. Ja, moja dziewczyna i ktoś trzeci mieliśmy pewnej nocy taki sam sen. Ktoś powiedział w nim bardzo mądre słowa. Kiedy opowiadałem ten sen, pzostałe dwie osoby ze zdziwieniem powiedziały, że śniły dokładnie to samo. Ogarnęło mnie uczucie zadziwienia, radości, własnej maleńkości w zetknięciu z tajemnicami wszechświata i rozczulenie myślą, że wszyscy jesteśmy połączeni – że nie jesteśmy samotnymi wyspami, ale wszystkich nas łączy i przenika coś głębszego. Jakaś mądrość, energia, Anima Mundi. Piękny sen.
M. jeszcze śpi. Ja leczę kaca sokiem i widokami. Dosłownie kilka kroków stąd odkryłem przyjemną polankę. Wykopałem dziurę saperką i przykucnąłem sobie wygodnie, patrząc na kamienne domki rozrzucone po okolicznych górach wśród drzew i pól. Takie sranie to ja rozumiem.
Rodzina Tomičów
W centralnym miejscu grobowca znajduje się zdjęcie surowej, groźnej kobiety. Na imię miała Novka. Po jej obu stronach są zdjęcia uśmiechniętych, przystojnych mężczyzn: Milana i Milinka. Urodzili się w latach dwudziestych, a zmarli w dziewięćdziesiątych. Milinko i Novka byli małżeństwem, a Milan to brat któregoś z nich.
***
Lubię te ciche poranki, w obcych miejscach, kiedy M. jeszcze śpi. Załatwiam sobie powoli poranne sprawy, jestem sam na sam ze swoimi myślami, mogę spokojnie pisać, rysować, obserwować okolicę. Być tu i teraz.
***
Starszy pan w zdezelowanym samochodzie (takich w Serbii jest najwięcej) przejechał powoli i pomachał mi na przywitanie.
Odgłosy jakie słyszę:
1. Komary – całe mnóstwo. Popsikałem się jakimś środkiem i chyba na szczęście trochę je odstrasza.
2. Koguty budzące się w przysiółkach.
3. Dzwony monastyru.
4. Grzmot samolotu lecącego z północy na południe.
5. Szelest liści i trzask gałęzi w lesie, gdzie jakieś zwierzę albo ptak coś kombinuje.
6. Szczekanie rozgniewanego psa.
7. Śpiewa ptaków.
8. Dzięcioł stukający w drzewo.
9. Budząca się M. (szelest śpiwora, plastykowa butelka z wodą i kaszel)
(wieczór, Mokra Gora, Serbia)
Po małych przygodach dojechaliśmy do Mokrej Gory na południowym zachodzie Serbii. Mokra Gora to niewielka turystyczna miejscowość w górach. Toma, facet sprzedający rakiję na parkingu, polecił nam restaurację na wzgórzu obok stacji kolejki wąskotorowej. Zjedliśmy tam suty obiad. Tylko nie wiem, jak długo pociągnę na grilowanych warzywach, surówkach i serze. Tylko to czeka tutaj jarosza. Po jedzeniu poszliśmy się zameldować do hotelu, który także polecił nam Toma. Nawet nas tutaj zaprowadził. Domyślam się, że ma jakiś układ z właścicielką. Zapłaciliśmy 20 euro za przestronny, dwupokojowy apartament. Teraz siedzimy na balkonie, pijemy likier orzechowy z rakiją. Mamy widok na słynną kolejkę wąskotorową. Beczą donośnie kozy, które zaczął właśnie karmić właściciel.
Mały rewind: Po leniwym poranku ruszyliśmy w drogę koło 10 rano. Okazało się, że w ciemnościach minęliśmy wielki placyk pod samym monastyrem. Z pięknym widokiem doskonale nadawałby się na nocne obozowisko. No ale tam, gdzie trafiliśmy też nie było źle.
Po kilkunastu minutach drogi okazało się, że dalszy odcinek szosy jest zamknięty i musimy zrobić objazd. Opis objazdu, jaki dostaliśmy od robotników siedzących sobie w rowie okazał się tak enigmatyczny, że oczywiście go nie znaleźliśmy. Wreszcie zatrzymałem wypasioną terenówkę z tubylcem. Milan uczynnie machnął do nas, że mamy za nim jechać. Miałem niezły zastrzyk adrenaliny. Szutrowa droga prowadząca przez góry wiła się stromo i moja Xsara wyła niemiłosiernie pokonując wzniesienia i niemożliwe zakręty. Zacząłem się zastanawiać, czy Milan, jadący wygodnie terenówką nie przeliczył moich możliwości. Na szczęście po pół godzinie dojechaliśmy na szczyt góry skąd zaczynał się asfalt na drugą stronę. Pożegnaliśmy się serdecznie z naszym przewodnikiem i ruszyliśmy dalej.

Większa część drogi wiodła wzdłuż Driny: rzeki, która oddziela Serbię od Bośni. Pomimo klimy odczuwaliśmy 35 stopniowy upał, więc zamarzyła nam się kąpiel. W końcu trafiliśmy na małą boczną dróżkę, która poprowadziła nas prawie do samej wody. Przed samym wejściem do wody wystraszyła mnie mała, zygzakowata żmija, która groźnie uniosła łeb w wodzie. Odszedłem więc trochę dalej i wziąłem kąpiel. Woda była lodowata! Nawet u siebie w górskiej przecież wiosce, jest cieplejsza. Ale odświeżenie było wspaniałe.
No a w końcu dotarliśmy tutaj: do Mokrej Gory.
M. ciągle oddalona. Nie ma czułości i bliskości. Ale co zrobić. Idę po prostu z prądem, w swoim świecie.
5. Pytania na wiatr
(29.08.2019, po południu, jeszcze w drodze, gdzieś za Wyszehradem, Bośnia)
Pożegnaliśmy się z Mokrą Gorą. Odwiedziliśmy jeszcze Drewniane Miasto Kustoricy i Bijelą Vodę. Byliśmy tam już wczoraj wieczorem. To był uroczy, spokojny spacer wzdłuż zadbanej uliczki, która wydawała się prowadzić przez park w jakiejś stolicy, a nie przez wioskę: starodawne latarnie, ławeczki, odrestaurowane lokomotywy. Pięknie wyglądały również tradycyjne, serbskie domki z drewna. Świecił mocno księżyc, byliśmy sami, tylko nasze kroki brzmiały w nocnej ciszy. Cudnie.
Po spacerze położyłem się spać, ale sen nie chciał przyjść. Poszedłem więc do drugiego pokoju, żeby nie budzić M. i puściłem sobie miejscową telewizję. Akurat leciał jakiś stary, polski film moralnego niepokoju. Obejrzałem z napisami w cyrylicy, próbując złapać nowe słówka. W końcu sen przyszedł też do mnie.
***
Zastanawiamy się nad wejściem na najwyższy szczyt Bośni: Maglić. Tylko te upały... Nie wiem, czy nie są za ostre na górskie wędrówki. Pamiętam Turbacz w Albanii. Jaka to była męka iść w palącym słońcu. Ale kusi mnie. To byłby już mój drugi najwyższy szczyt Bałkanów (po Korabie w Macedonii).
(wieczór, gdzieś na wschodzie Bośni, Park Sjuteska)
Już ciemno. Znaleźliśmy piękne miejsce na obozowisko w bocznej drodze w górach. Na szczęście udało nam się tutaj dotrzeć przed zmrokiem. Niedaleko widnieje jakaś wioska. Mamy cudowny widok, który jednak w pełni docenimy dopiero jutro rano.
O! Właśnie podszedł do nas lisek i uciekł, kiedy poświeciłem na niego latarką. A niedaleko słychać dzwonki owiec.
M. ogląda mapę. Znalazła w pobliżu dwa szczyty: Kmur (1508m) i Plijeś (1606m). Może zamiast na Maglić poszlibyśmy tam? Zostalibyśmy tutaj, miejsce fajne, prowiant jest, a może uda się jeszcze poznać z miejscowymi? Turystów zapewnie tutaj nie widują, więc mogłoby to być ciekawe doświadczenie.
Co dziś jeszcze było?
1. Most na Drinie w Wyszehradzie.
2. Kolacja z grilla: pyszny ser z Hercegowiny, pomidory, papryka, cebula, ajvar.
3. Wino „Romance” w artystycznej butelce. M. wybrała.
Pytania na wiatr:
- A dlaczego w Wyszehradzie Serbowie zrzucali z mostu Bośniaków i strzelali do nich z karabinów? Na co to komu?
- A dlaczego kobieca mokrość między nogami ma taką moc?
- A dlaczego (choć tak tu pięknie) człowiek boi się, że ktoś przyjdzie w nocy i zrobi coś złego?
- A dlaczego pali się te głupie papierosy, choć tylko śmierdzą i mogą zabić na kilka nieprzyjemnych sposobów?
- A dlaczego będąc z kimś, można być bardziej samotnym, niż nie będąc z nikim?
6. Duch Maglića
(30.08.2019 rano, gdzieś na wschodzie Bośni, Park Sjuteska)
Noc byłą spokojna, a poranek jest piękny. Mógłbym tak budzić się całe życie. Codziennie w innym miejscu. M. jeszcze śpi. Piję kawę. W oddali pasterze nawołują owce. Pięknie to brzmi. „Hoj! Hoj! Hajde!” – donośnym głosem woła Bośniak, a dzwoneczki płochliwie dzwonią. Ze wzgórza, gdzie siedzę, widać czerwone dachy chatek pośród drzew. Chciałbym wiedzieć, co czuje i myśli ten pasterz, który woła głośno owce.
Przejechały dwa samochody. Kierowcy nas zauważyli, więc pewnie rozniesie się, że tutaj jesteśmy. Chcielibyśmy zostać jeszcze jedną noc. Pochodzić po okolicy, wejść do wioski, poznać się z ludźmi. Mam nadzieję, że miejscowi są przyjaźnie nastawieni. Przypomina mi się serbski przysiółek, więc nie wiem na pewno... Ale tam wszystko było martwe i mroczne, a tutaj wydaje się, że ludzie żyją, mają zajęcie, energię, zwierzęta, pola.
***
Nie chcę wracać do domu. Codziennych spraw, pracy, martwienia się o pieniądze. Mógłbym tak zawsze podróżować. Poznawać nowe miejsca, ludzi, jechać przed siebie, czasami zatrzymać się na krótszą albo dłuższą chwilę, a później znów dalej i dalej. Pisać o wszystkim, rysować, marzyć, nigdzie nie należeć... To jest prawdziwa wolność. Smutno mi, ze nie mogę tego mieć zawsze. Tylko takie kropelki, jak te krótkie wyjazdy. Ale z drugiej strony, może bardziej doceniam, mając tylko te chwile.
Ciekawe, co przyniesie dzisiejszy dzień.
***
Poranek leniwie się przedłuża. M. czyta przewodnik, grzeje wodę na herbatę i do mycia garów. Ja leżę na karimacie i słuchając brzęczenia much i szumu wiatru czytam opowiadania Kurta Vonneguta. Skończyłem część z dziwactwami i teraz czekają mnie opowiadania o miłości.
W lesie, na drugiej „sesji z saperką”, jak ochrzciliśmy number two, spotkałem dwa konie, Siwka i Gniadego. Jest coraz cieplej, ale ciągle przyjemnie. Niebo lekko zachmurzone, do tego osłania nas cień drzewa. Nauczyłem się nowego wyrażenia po chorwacku. „Kao da...” – jak gdyby. „Ponaša se kao da im je otac” – Zachowuje się, jak gdyby był ich ojcem.
(wieczór, Tjenište, Bośnia)
Po porannym lenistwie zrobiliśmy sobie spacer po pobliskich wioskach. Zuhdija Besovič, gospodarz małego gospodarstwa zaprosił nas na kawę i kieliszek rakiji. Pogawędka fajnie się kręciła. Opłaciło się wkuwanie języka. Tylko biedna M. męczyła się trochę, niewiele rozumiejąc. Rakija była przepyszna, więc kupiliśmy po butelce. Po drodze z powrotem do samochodu przyplątał się do nas śliczny, przyjazny piesek.
***
Pojechaliśmy dalej. Znaleźliśmy się w Tjenište u stóp Maglića. Rozbiliśmy się koło restauracji Makaden, gdzie szefem jest przyjaciel Zuhdija (z wczoraj, tego od rakiji). Przydała się znajomość. Właściciel Makadena powiedział, że damy radę wjechać Xsarą na przełęcz Prijevor, skąd na Maglić już prosta droga.
Trochę się boję. Na zdjęciach w sieci szutrowa droga wijąca się nad przepaściami wyglądała raczej przerażająco. No ale słowo się rzekło – nie mogę się już wycofać. Choć pewnie jutro będę żałował. No ale lubię pokonywać swoje lęki. Po fakcie człowiek czuje satysfakcję i dumę. Udało się na Korab, uda się i na Maglić.
***
Kiedy właściciel restauracji powiedział, że możemy nocować u niego na placu, pozwoliłem sobie na piwo do obiadu, choć musiałem jeszcze przejechać z 50 metrów drogą. I akurat w trakcie piwa weszło dwóch policjantów. Trochę się zestresowałem, ale na szczęście szybko zjedli i poszli.
***
Ugotowałem nam makaron na jutrzejsze wejście na szczyt. Zapakowałem w pudełka. Pobudka o 7 rano i ruszamy (choć wątpię, że uda mi się M. tak wcześnie wyciągnąć ze śpiwora).
To tyle z dnia. Teraz jeszcze kubek wina, papieros i sen...
***
duch Maglića:
Za czym pan tęskni? Za domem? Ale jak to? Przecież mówi pan, że chce jechać przed siebie zawsze, być wolnym, nie zatrzymywać się. No więc jak to jest? A może po prostu pan ucieka? Bo nigdzie nie czuje się pan w domu? Jedyny dom, jaki pan zna i do jakiego tęskni, to miłość – symbiotyczny związek dwóch bratnich dusz. A kiedy tego nie ma, to wszystko wydaje się prowizorką, bezsensownym wysiłkiem. No tak... Wtedy faktycznie lepiej pędzić przed siebie. Bo wtedy więzienie życia pozbawionego miłości nie jest aż tak nieznośne... To jak to jest, proszę pana?
Ja:
Dziękuję ci duchu Maglića. Mądre uwagi. Myślę, że masz dużo racji. Chyba tak właśnie jest. Ale czy nie jest tym każde życie? Poszukiwaniem domu? Sam już nie wiem, czy uda mi się go znaleźć. Ale z pewnością byłoby łatwiej, gdybym nie musiał zajmować się tak trywialnymi i kłopotliwymi sprawami, jak praca, rachunki za kablówkę, naprawa samochodu. Mierzi mnie to niezmiernie. Nie mam ambicji zawodowych. Uważam, że to zwykła strata czasu. Praca to przymus, jak np. wypróżnianie się. Trzeba jednak z czegoś żyć i nie mam pojęcia, jak się z tego wyrwać. Jaki genialny pomysł mógłby mnie uwolnić z tego oleistego i szarego obowiązku.
duch Maglića:
Drogi panie, ależ ja to wszystko rozumiem. Dlaczego jednak nie powiedział pan nic o miłości?
Ja:
Miłość... Nie wiem, czy możliwa jest taka harmonia, taka jedność. Nie w tym życiu. Bo nawet jeśli znajdę, to ile mi jeszcze zostało? Palę, piję, nie ćwiczę, nie dbam o siebie. Mam 43 lata. W każdej chwili ta maszyneria może pójść w diabły.
duch Maglića:
A ona? Ta, co zasnęła obok pana?
Ja:
Fajna dziewczyna. Piękna, urocza... Ale nic a nic mnie nie rozumie, nie czuje. Chce mnie zmienić. Boi się rzeczy, które wykraczają poza jej doświadczenie, więc udaje sama przed sobą, że ich nie dostrzega. Boi się światła księżyca, w którym ja czuję się jak w domu....
Duch Maglića znika wśród nocnych, siwych chmur.
***
Co słyszę późnej nocy?
1. Samochody mijają się na ruchliwej, pomimo późnej pory, szosie.
2. Agregat gdzieś głośno warczy. Albo jakiś dźwig? Spychacz?
3. Śpiew mułły w meczecie niesie się niepokojąco-rzewnym głosem. Nie rozumiem tego nastroju. Podoba mi się, pociąga mnie nawet, ale go nie rozumiem. Budzi we mnie pewien lęk. Bóg jest w tym taki odległy, mroczny. Śpiew mułły jest jak melodia nagiej duszy, zagubionej w ciemnym wszechświecie, wołającej ze smutkiem do odległej Istoty, która być może ją słyszy, a być może nie. To nie moja ścieżka. Ale jednak teraz, o zmroku ten głos, ta melodia, pasują do tego wszystkiego, co czuję.
4. Jeszcze cykady rzępolą, ale ledwo, ledwo je słychać. W dziczy, gdzie spędziłem ostatnie kilka nocy, ich muzyka królowała. Tutaj są tylko lekkim akcentem, smyczkowym akompaniamentem do maszynowego turkotu i egzystencjalnego uniesienia islamskiego kapłana.
5. I już nic więcej nie słyszę.
***
W mojej wyobraźni jutrzejszy wjazd na Prijevor wygląda przerażająco. Kiedyś często miałem sen, że idę po trawiastej górze o bardzo stromym zboczu. Zbocze było zawsze tak spadziste, że musiałem się czołgać i trzymać trawy, żeby nie spaść. W tym śnie rozkosz mieszała się z lękiem. Kiedy rok temu wchodziłem na Korab, miałem przebłyski tego snu. Podnieca mnie to, że jutro być może znów tego doświadczę.
Dobrej nocy.