Tuesday, 10 November 2009

Ostatnia przystań



Ostatnia przystań
(sen)

Idę przez las jakimś górskim szlakiem. Lato, zielono, pięknie pachnie powietrze; grzybami, liśćmi, trawą. Jestem spokojny, zrelaksowany, czuję się w domu. Wychodzę na polanę, skąd rozciąga się widok na biegnącą w dole ścieżkę. Nagle widzę jakiś ruch. Na ścieżce pojawiają się dwie grupki ludzi. Jedna to cywile; wystraszeni, nie potrafiący opanować paniki. Druga grupa to żołnierze, mierzący do cywili z karabinów. Cywile są coraz bardziej niespokojni, krzyczą w strony żołnierzy, rzucają w nich kamieniami. W pewnym momencie zaczynają biec. Żołnierze strzelają i puszczają się w pogoń. Jestem w szoku. Przecież wszystko było takie spokojne i piękne. Co się dzieje? Zdaję sobie sprawę, że uciekinierzy zmierzają w moją stronę. Nie chcę się z nimi spotkać. Zaczynam biec w górę, kryjąc się w krzakach. Dobiegam do ukrytej w górach bazy wojskowej. Wiem, że do tego właśnie miejsca chcą dostać się uciekinierzy. W jakiś sposób jest to najbezpieczniejsze miejsce. Wiem, że ma się zdarzyć coś strasznego. Dlatego ludzie próbują dostać się do bazy. Muszę tam wejść.

Strażnicy zatrzymują i legitymują każdego, kto chce przejść przez bramę, ale akurat gdy podchodzę, wartownik wchodzi na chwilę do jakiegoś pomieszczenia. Wykorzystuję ten moment, żeby wejść do środka.

Kopuła, którą widziałem na powierzchni okazuje się tylko małą częścią ogromnej bazy, ciągnącej się dziesiątki pięter w dół. Z zasłyszanych w środku fragmentów rozmów, rozumiem, że zbliża się jakaś straszliwa katastrofa, która zmiecie z powierzchni Ziemi większą część ludzkości. Ale dlaczego? Co ma się zdarzyć?! Postanawiam dostać się do serca bazy, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Niestety po drodze znajduje się mnóstwo punktów kontrolnych. Nie mam pojęcia co zrobić, ale nagle podchodzi do mnie jeden z żołnierzy i widząc, że jestem ubrany po cywilnemu, bierze mnie za kogoś innego.
- Czy pan jest tą osobą od statystyk?
- Tak, to ja – odpowiadam odruchowo.
Żołnierz podaje mi jakieś wydruki.
- Tutaj są wyniki badań – mówi i odchodzi w pośpiechu.

Cieszę się, że przynajmniej mam jakiś punkt zaczepienia. Podchodzę do punktu kontrolnego. Strażnik pyta mnie o identyfikator. Mówię mu, że zapomniałem go zabrać. Wartownik odpowiada, że w takim razie nie mogę przejść. Wskazuję na wydruk w mojej ręce i krzyczę, że to bardzo ważne papiery, dowództwo na nie czeka i jeśli mnie zatrzyma, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności. Bluff działa. Wystraszony wartownik przeprasza i wypisuje mi identyfikator, żebym później nie miał problemów. Po drodze zostaję zatrzymany kilka razy, ale identyfikator otwiera mi wszystkie drzwi.

Zatrzymuję się przy grubej, pancernej szybie. Coś dziwnego dzieje się z pogodą. Robi się ciemno, sine chmury zakrywają całe niebo, strugi deszczu zalewają ziemię. Uświadamiam sobie, że nadchodzi prawdziwy potop. Wkrótce cała Ziemia zostanie przykryta grubą warstwą wody. Jedyne schronienie to właśnie ta baza, do której udało mi się dostać.
Atmosfera nieodwołalności i apokaliptyczności. Strach, podziw w obliczu potęgi natury, ulga, że znalazłem schronienie i żal, że już nigdy nie będzie tak samo – nie będzie lasów, łąk, miast, kawiarni z ciastkiem, piwa, randki w kinie.

Na zewnątrz coś się porusza. Przybliżam twarz do szyby. Ogromne, wężowe stwory pełzną w strugach wody, zabijając ostatnich mieszkańców Ziemi, którzy do ostatniej chwili mieli nadzieję, że dostaną się do bazy. Przez chwilę myślę, że wolałbym być na zewnątrz. Czuję, że zdradziłem ludzi. Płaczę, przyciskając twarz do okna. To naprawdę koniec...?



Friday, 6 November 2009

Manu Chao, anarchia i akordeon.







Kartki z podróży 10

Manu Chao, akordeon, ulica, szklanka trunku. Listopad jeszcze nie zamienił się w zimę i pod barowym parasolem wcale nie jest źle.

Śniłem dziś o buncie, rewolucji i wolności. Wyrzeczeniu się siebie, wzięciu sprawy w swoje serce, poświęceniu. Może dlatego odkopałem zakurzony akordeon i wyszedłem na ulicę. Minął równy rok odkąd grałem ostatni raz. Szukałem pracy, nie miałem kasy i granie było jedyną rzeczą, której mogłem się trzymać i czuć, że nie stoję w miejscu. Później udało się – zacząłem sprzedawać 43 godziny swojego tygodnia za kilkaset funtów w poważnej organizacji. Muzyka wylądowała w szafie, a konto bankowe zastąpiło kapelusz brzęczący monetami.

Manu płacze: „mentira, mentira, todo es mentira”.



Znowu jestem na deszczowej ulicy i znów brakuje mi odwagi, tak jak za pierwszym razem. Znów czuję się słabszy od ulicy. Próbuję przypomnieć sobie filozofię, którą kiedyś przezwyciężałem tremę i nieśmiałość. Najważniejsze jest zapomnieć o poczuciu własnej wartości. Tak jak pisze Carlos Castaneda – poczucie własnej wartości jest główną przeszkodą w poznaniu siebie i w nawiązaniu kontaktu z naturalną mistyką płynącą w eterze.

Wychodząc z instrumentem na ulicę, nagle okazuje się, że jesteś sam w obliczu obojętnej masy. Najpierw, z naciśnięciem pierwszych klawiszy, po wykrzyczeniu drżącym głosem pierwszych strof piosenki, czujesz się nagi i bezbronny. Świat wydaje się nawet bardziej szary niż zwykle. Szum rozmów, suchy tupot obcasów i samotność. Najważniejsze jest przebicie się przez tę ścianę. Zamknij oczy i poczuj swoją muzykę, pomimo trzydziestu kilku lat na karku, spróbuj mieć wiarę w mądre słowa Boba i Manu. „Sometimes I dream about reality, sometimes I feel so gone...”

Nagle, niezauważenie zmienia się sceneria. Z bezosobowego szumu przebijają się słowa i uśmiechy, głos przestaje drżeć, artystyczna pustka zamienia się w złoty blask. Ściany już nie ma i tak samo nie ma ciebie. Tzn. nie „ciebie” prawdziwego, ale tej części twojej osobowości, która jest definiowana przez otoczenie, a nie duchową iskrę wewnątrz. Uświadamiasz sobie kim jesteś, jak bardzo jesteś innymi, mistyczna jedność... Tym jest dla mnie (czasami) granie na ulicy.

Ciężko jest się przebić. Myślisz, że już prawie jesteś po drugiej stronie ego, kiedy kształtna brunetka, na oko Hiszpanka, przechodzi obok twojej ławki. Nie potrafisz oderwać oczu od jej kołyszących się bioder i obfitych piersi. Czarna, krótka spódniczka i zgrabne nogi w czarnych rajstopach... Znów jesteś sam. „Infinita tristeza, infinita pobreza, otro mundo...”



Dziś w nocy strzelałem do generałów. Każda kula trafiała do celu. Kiedy padali na ziemię, medale rozsypywały się po bruku, niczym złote, bezużyteczne chrząszcze. Czułem się wolny i radosny. Pachniał mi proch, czułem też bez. Chyba była wiosna. Nie bałem się śmierci, nie bałem się starości, odrzucenia. Harmonia i muzyka... Jesteś gotowy, żeby podnieść akordeon i strzelać nutami?

Pamiętam kiedy w 2003 pod Wieżą Eiffla musiałem uciekać przed policją. Najpierw grałem. Byłem jedynym muzykiem w okolicy i jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że w tamtym miejscu panował zakaz „żebrania”. Ludzie zatrzymywali się i wrzucali mi do kapelusza smakowite monety i jeszcze smakowitsze uśmiechy. Po jakichś dwudziestu minutach wyrzucono mnie po raz pierwszy. Przechodnie zaprotestowali, ale chłodni chłopcy w mundurach z naciskiem powtarzali, że mam się wynieść. Poszedłem, a po chwili wróciłem i znów łowiłem dusze i monety. Drugi raz chłopcy w mundurach nie byli tak uprzejmi, jak za pierwszym razem. Jeden z nich mnie popchnął, a drugi spisał moje dane i adres.

Kilka miesięcy później grałem w Madrycie. Po kilku piosenkach stary rastaman wrzucił mi do kapelusza tłusty kawałek haszu. Zrobiłem przerwę, skręciłem grubego skręta, po którym wydawało mi się, że śpiewam równie dobrze jak Bob Marley. I znowu przyszli chłopcy w mundurach. „Co tam palisz?” „Nada.” „Nada? Nie wydaje nam się. Tym razem ci darujemy, ale konfiskujemy narkotyki. Spadaj, chłopcze.” Zabrali resztę haszu i spisali moje dane. Błąkając się po ulicach, zobaczyłem w ciemnym zaułku policyjny samochód, z którego okien wydobywał się gęsty dym. Znam ten zapach. Dwóch policjantów siedzi w środku, z rozanielonymi twarzami. Poznają mnie. Uśmiechają się i żartobliwie grożą mi palcem. Odpowiadam uśmiechem i pokazuję im dwa palce w kształcie V. Robią to samo.

Jeszcze jedna scenka. Znów z paleniem. Nie chcę wyjść na palacza, ale lubię wspominać tamten moment. Kopenhaga. Christiania, hippisowskie osiedle w środku miasta, żadnych samochodów, modnych sklepów, biegających w pośpiechu ludzi. Kolorowe grafitti, matki z niemowlakami przywiązanymi do pleców starymi szmatami, podpici Eskimosi, uśmiechnięci Latynosi zaczepiają dziewczyny. Wyciągam akordeon i zaczynam grać „Natural Mystic”. Po pierwszych kilku słowach przerywa mi stary hippis. Siwe, brudne włosy, korale i frędzle, zapach potu i taniego alkoholu. „Źle to robisz, stary”. „Tak? To znaczy się co?” „Nie jesteś skupiony, rozglądasz się dookoła, nie czujesz muzyki, niedobrze” „To co mam zrobić”. Hippis podaje mi skręta. Mocna, kopenhaska czekolada. „A teraz zamknij oczy i śpiewaj”.

Najpierw wydaje mi się, że chyba nie będę w stanie zagrać. Przeliczyłem swoje siły i chyba muszę usiąść. W końcu palę tylko okazyjnie. Ale zbieram się do kupy i zaczynam. Jeszcze nigdy nie grałem tego tak powoli. „There is a Natural Mystic flowing trough the air, If you listen carefully, now you will hear...”. Pomału wchodzę w słowa piosenki i dźwięk instrumentu. Zaciskam oczy, jestem skoncentrowany i poważny, rozumiem i czuję każde słowo piosenki. Po chwili wydaje mi się, że atmosfera robi się gęstsza, dźwięki i słowa nabierają mocy. Wręcz wydaje mi się, że to już nie tylko ja śpiewam, ale całe miasto. Słyszę nawet gitarę i drugi akordeon. Wow, tego jeszcze nie było. Chyba przesadziłem. Głosów jest coraz więcej i mam wrażenie, że lecę. Gram coraz wolniej i ciszej, powtarzam ostatnie słowa wiele razy, „such a Natural Mystic, going trough the air...”, nie chcę, żeby to się skończyło. Wreszcie zapada cisza. Składam akordeon i zamykam skórzaną klamrę. Powoli otwieram oczy... Wokół mnie siedzi z dwadzieścia osób, chłopak z gitarą, dziewczyna z akordeonem. Wszyscy uśmiechają się i zaczynają klaskać. „Thank you man, that was something”. Stary hippis sięga do kieszeni i wrzuca monetę, patrząc zachęcająco na publikę. Ludzie idą w jego ślady. Brzęczą monety, ludzie siadają dookoła, czekając na więcej. Hippis poklepuje mnie po ramieniu. „Tak się to robi chłopcze. Z serca. Z serca, nie z głowy, I’m telling you”...




Tuesday, 27 October 2009

Piwniczka pomalowana wapnem



Kartki z podróży 9



zima 2004 – 2005 Kopenhaga

Wracam z grania. Za oknem kolejki wiatr siecze deszczem, aż się zimno robi na sam widok. Wystające z bezpalczastych rękawiczek palce, po kilku godzinach grania są różowe i prawie nie mam w nich czucia. Dlatego pod koniec musiałem już grać najprostsze kawałki. Było dobrze. Podszedł do mnie dyrektor Teatru Narodowego Norwegii i porozmawiał chwilę. Podobał mu się Bob Marley w wykonaniu akordeonowym. Wrzucił sześćdziesiąt koron. Razem z resztą zarobku uzbierało się 200 koron. Kupiłem butelkę martini i jeszcze zostało mi 120. Na igrzyska i chleb jest.
Dostałem dziś maila od Ruthanny. Dużo inspiracji. Powiedziała, żebym nie bał się życia artysty, skoro materialne życie nie idzie mi za dobrze. Lubię dziewczynę. Kiedy wyjadę z Danii, będę ją pamiętał najbardziej ze wszystkich.
Miałem jechać na Christianię, ale zdecydowałem się jednak na powrót do domu. Znów skusiłbym się na hasz, a to co wypaliłem wczoraj z Mikką wystarczy mi na jakiś czas. Spotkaliśmy się wczoraj pod wieżą Christiana Andersena. Kończyłem już granie, więc zaprosił mnie do kolegi ze szkoły cyrkowej. Zaproponował, żebym pomógł z koncertem który chcą zorganizować 15 stycznia. Mógłbym na przykład zająć się wyżywieniem. Chyba dam się namówić.

***

Późno się zrobiło. Słuchamy z Tanią Manu Chao. Światło latarni wlewa się w piwniczne okienko pod samym sufitem. Nie przeszkadza nam już grzyb i pobielone wapnem ściany. Cieszymy się, że mamy własny kąt. Graliśmy w kości, później w karty. Potem Tania pokazała mi swoją kolekcję obrazków z Władcy Pierścieni. Ma ich chyba z tysiąc i cieszy się z tego jak dziecko. Nie chce mi się spać. Chciałbym uchwycić coś, życie.
Jestem kiepskim artystą. Doszedłem dziś do takiego wniosku. Ale jestem też kiepskim robotnikiem, biznesmenem, kucharzem, etc. Z dwojga złego wybieram bycie złym artystą. Przynajmniej mogę robić to, co lubię.

Ruthanna

Uśmiech od ucha do ucha,
poplątany włos,
łata łatę zakrywa,
a ze skarpety, przez dziurę
duży palec kiwa.
Jeśli jeszcze nie wiecie
o kim w zagadce mowa,
wsłuchajcie się w zachrypły głos,
a kto będzie miał szczęście
usłyszy zza okna
dźwięk fletu, albo skrzypiec...
albo głośne chrapanie
o dwunastej w południe.

Mikka

Zwykle marsową ma minę
nie na darmo jest Finem,
trochę strach się odezwać,
przynajmniej na początku.
Wielkie, masajskie dziury
w różowych, fińskich uszach,
za uszami pęk żółtych dredów
a w kieszeni indiańska fajka
i woreczek
ziół.

***

Większość poetów pisze o tym mistycznym, dostępnym tylko poetom świecie, a ja mam wrażenie, że piszę tylko o pragnieniu wejścia do tego świata. Zawsze, w prawie każdym wierszu. Czy to też zalicza się do poezji?



Federico Garcia Lorca - wiersze





Kasyda o płaczu

Zamknąłem balkon,
by nie słyszeć szlochu,
lecz za szarymi murami
niczego nie słychać prócz szlochu.

Mało aniołów jest, które śpiewają,
i bardzo mało psów, które szczekają,
tysiąć skrzypiec w mojej dłoni się mieści.

Ale szloch to pies ogromny,
szloch to anioł ogromny,
szloch to skrzypce ogromne,
łzy, które wiatr przebijają -
i nic nie słychać prócz szlochu.
Kiedy księżyc wschodzi,
głuchną wszystkie dzwony
i kreślą się tajne,
niezbadane ścieżki.

Kiedy księżyc wschodzi,
ziemię morze zmywa,
a serce jest wtedy
wysepką w otchłaniach.

Nikt nie je pomarańcz
przy pełni księżyca.
Wtedy jeść owoce
zielone i zimne.

Kiedy księżyc wschodzi
o stu bladych licach,
pieniążki ze srebra
szlochają w sakiewce.

Pieśń jeźdzca

W księżycu włóczęgów
czarnym z samotności
śpiewają ostrogi.

Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?

...Stalowe ostrogi
martwego włóczęgi,
który lejce zwolnił.

Koniu chłodnej sierści,
jakiż zapach ma nóż, który zakwitł?

W zaćmionym księżycu
rozkrwawiło pasmo
gór Sierra Morena.

Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?

Noc o czarnych bokach
gwiazd ostrogą wspięta
cwałuje przez niebo.

Koniu chłodnej sierści,
jakiż zapach ma nóż, który zakwitł?

Pod czarnym księżycem
krzyk i blask szeroki
weselnego ognia.

Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?

Piosenka końcowa

Już noc nadchodzi.

Promienie księżyca biją
w czarne kowadło wieczoru.

Już noc nadchodzi.

Wśród ciemności wielkie drzewo
otula się w słowa pieśni.

Już noc nadchodzi.

I gdybyś zechciała teraz
przyjść do mnie ścieżkami wiatru,

Już noc nadchodzi.

zobaczyłabyś jak płaczę
pod wielkimi topolami.
Aj, dziewczyno!
Pod wielkimi topolami.

Przedmieście Kordoby

Bronią się w chacie
przed blaskiem gwiazd.
Noc w przepaść zapada.
W środku leży martwe dziecko,
różą uwieńczone
ukrytą we włosach.
Płacze nad nim sześć słowików
u kraty okiennej.

Ludzie idą zasmuceni
z otwartymi gitarami.

Saturday, 17 October 2009

Whiskey, mystics and men



Dzisiejsze znalezisko. Miód:). Chcę do lat sześćdziesiątych!

Thursday, 15 October 2009

Znowu do Anglii - 2008



Kartki z podróży 8
jesień 2008, pociąg do Katowic (a później na lotnisko)

I znowu – pociąg, walizki, nieprzewidywalne jutro. Cholera, który to już raz? Skończyły się nam półroczne wakacje od życia. Tzn. od walki o przetrwanie. Z paroma odłożonymi tysiącami, mogliśmy zapomnieć, że jesteśmy lumpen proletariat i wyluzować się przez kilka miesięcy.
Dużo się działo. Sporo lekcji od życia – i tych twardszych i tych przyjemniejszych. Zmarł tata – to było i ciągle jest ciężkie przeżycie. Brakuje mi go i ciągle czuję pustkę, jaką po sobie zostawił. Wszyscy walczyliśmy, ale nie dało się nic zrobić.
Nie przestaję też wspominać Camino de Santiago. To był chyba mój najlepszy pomysł, choć teraz wydaje się już snem, albo wspomnieniem z filmu. A przecież dopiero jakieś dwa miesiące minęły, odkąd wróciliśmy z trasy. Miesiąc w drodze, osiemset kilometrów piechotą, no kurde, to naprawdę było zajebiste. Ciekaw jestem, czy uda mi się kiedyś zrobić z tego książkę.
Poza tym byliśmy te pół roku blisko z rodziną, pierwszy raz od paru lat.
To tyle jeśli chodzi o podsumowanie. Lepiej nie skupiać się tylko na przeszłości. Przyszłość jest ciekawsza. Nigdy nie wiadomo, co i jak. To fakt – jestem zestresowany. Znowu zmiany, nowa sytuacja, ludzie, jak odnajdę się w nowej pracy, która gdzieś tam na mnie czeka, jak nie dać się kontrolować stresowi... Może wreszcie spotkam ludzi ze swojego plemienia. Może nauczę się nowych rzeczy. W końcu rok temu nie umiałem jeszcze żonglować.

Piękny dziś dzień, doskonały na podróż. Słoneczny, pogodny wrzesień, ale nie za gorąco. Za oknem migają uginające się pod ciężarem owoców jabłonki i grusze. Owoce obrodziły w tym roku niesamowicie. Jest mi lekko i świeżo. Powoli wchodzę w atmosferę podróży i ogarnia mnie podekscytowanie niemożnością zgadnięcia, co przynosi nam los. I to już na dniach. Tak jak zwykle ruszyliśmy w ciemno, bez żadnej, nakręconej pracy. Tak najbardziej lubię. W takim momencie czuć największą wolność (ale i największą niepewność, jak sobie już człowiek uświadomi, jaki głupi.)
Tanię bolą plecy i jest jej niedobrze. Powiedziałem, żeby się nie martwiła, zajmę się wszystkim i będę nosił wszystkie bagaże. Piszę to w trzęsącym się przedziale i wkurzam się, że przez pomyłkę wziąłem czarny długopis. Nienawidzę czarnego długopisu.



* * *
ciągle w pociągu

W takich momentach zastanawiam się, czy po prostu polecieć z muzyką i wyłączyć się ze świata, czy choć trochę spróbować opisać atmosferę. Tylko, że wtedy można wytrącić się z „transu”. Włączyłem na mp3 ten zespół z Finlandii, reggae, jak mu jest... Rappanna. Już od godziny płynę z nimi, łapiąc klimat. (...)
Kiedy o tym wszystkim piszę, ucieka mi to, co naprawdę chcę powiedzieć. Chciałbym umieć przerzucić słowa z serca na papier, bez pośrednictwa głowy. Tam niestety gubi się większość potrzebnych słów.
Może piosenką? W rytmie reggae...

Czasami jesteś tak sam,
że myślisz – nie ma innych
innych, takich jak ty,
do dzielenia serca
i dzielenia snów,
chcesz wspiąć się do góry,
zamiast tego mury,
ludzie zwykłe gbury

A jednak oni są,
porozrzucani
czasami sami
czasami razem, poukrywani,
zagubieni,
ci szczęśliwi w małych plemionach,
a tych pechowych
czeka jeszcze droga,
niełatwo jest znaleźć Boga,
tak samo trudno
braci,
a jeszcze trudniej
siebie.

Saturday, 10 October 2009

Wszechświat


Wszechświat nie jest maszyną, lecz matką. Jeśli okazujesz jej troskliwość, ona okazuje troskliwość tobie. Kiedy widzi, że pragniesz się rozwijać, obdarza cię mądrością, dzięki której możesz zmniejszyć ból i negatywny wpływ karmy na twoje życie. Cały sekret leży w zrozumieniu, że Wszechświat nie jest bezosobowy i martwy.

Wednesday, 7 October 2009

Uśmiechnij się!;)

Naprawdę czad - chcecie się pośmiać, to śmiało, oglądajcie.



Friday, 2 October 2009

Po prostu deprecha



Eh, jak mi się cholernie nie chce. Chciałbym móc wyłączyć się z gry, odsunąć od wszystkiego, zamknąć w jakimś domku na wsi i żeby nikt, niczego ode mnie nie chciał. Moja luba namówiła mnie na oglądanie Rancza na youtube, żeby mnie pocieszyć i jeszcze bardziej się zdołowałem sielankowym obrazem - odziedziczony domek z dębami, mała wioska, spokój.
Nie mam siły ani chęci chodzić do pracy 43 godziny w tygodniu, w obcym kraju, odkładając w ślimaczym tempie śmieszne pieniądze (choć na pewno lepsze niż w Polsce - jeszcze jeden powód, żeby tu utknąć), coraz częściej zaglądając w butelkę i czując, że utknąłem. Jedyne o czym teraz marzę, to żeby wszystko sie zatrzymało, żeby zamroził się czas i choć na kilka miesięcy wszystko przestało biec, uciekać. Mieć czas na poczytanie książki, spacer, pisanie, albo po prostu nic nie robienie.
Ludzie myślą, że jestem mrukiem i chamem, bo spławiam wszystkie zaproszenia, czy wproszenia, a ja po prostu nie mam siły na bycie z innymi. Męczy mnie każdy towarzyski wysiłek, a rozmowy są torturą - zwykle wydaje mi się, że wszyscy gadają o bzdurach i tylko z uśmiechem potakuję, marząc o ucieczce.
Noż kurwa mać.