Monday, 31 December 2012

Uff - i znów kolejny blog:)


Skroiłem dziś stronkę ze swoimi piosenkami. Jeśli ktoś woli, zamiast fanpage'u na fejsie, to tam też znajdzie kolejne kawałki. No i przy okazji Szczęśliwego Nowego Roku! Dla mnie 2012 (he he - tak jak i 2011 i 2010:) był raczej ciężki, mam nadzieję, że w tym będzie lepiej. A jeśli nie, to i tak damy radę:) Trzymajcie się ciepło. http://ksiezycowy-terrorysta.blogspot.com/

Monday, 24 December 2012

Winszowanie świąteczne:)




















Szczęścia, zdrowia, mądrej głowy,
Zrzucić kapitalizmu okowy,
Żeby zdechli politycy,
Z mediów kłamcy bladolicy,
Żeby z dymem poszły banki,
Zamiast rakiet, pełne dzbanki,
zamiast dronów, plon zielony,
Z dumnych łbów zrzucić korony,
Generałów powiesimy,
Prezydentów obalimy,
Świat na nowo urządzimy
Nowe lasy zasadzimy,
Sprawiedliwy świat wyśnimy,
Fajkę pokoju wypalimy
A gdy wszystko to zrobimy,
Wreszcie dobrze się wyśpimy
Ze świątecznymi życzeniami
Salud!

Tuesday, 18 December 2012

Onirka eskapistyczna 2 - Księżycowy terrorysta

Po trochu zgrywam te piosenki w nowych aranżacjach. Onirkę eskapistyczną napisałem dla Tani i jest to chyba mój ulubiony kawałek. Tania śpiewa również w chórkach. Zapraszam na stronę fejsbukową: http://www.facebook.com/ksiezycowy.terrorysta


 

Onirka Eskapistyczna 2

1
Przyznam się, że wolałbym śnić
Czarnym kotem z twoich rysunków być
Łapać myszy w nocy, biesić się i drwić
Na twoich kolanach czułych z psich gróźb kpić

W innym scenariuszu byłbym groźnym muszkieterem
Złego kardynała przebiłbym rapierem
Później wyznałbym ci miłość w Paryżu pod drzewem
Rano pojechalibyśmy do naszej Polski rowerem

ref
Hej, hej, nie wiem sam, czy się cieszyć mam,
czy nie wiem czy cie mam, czy mi cie odbierze czas
zapłacić rachunki, raty, prąd i gaz,
a ja na to chwytam cię za rękę, nie puszczam

2
Niby coś tam mówię, staram się, próbuję,
Jakieś plany snuję, życie porządkuję, ale
Prawdę mówiąc wolę zamieniać się w wilka
I z moją wilczycą po lesie grać w berka

Nie mam nic przeciwko baśniom Andersena
Nie przeszkadza mi też z Kamasutry scena
Moja miłość nie z tej Ziemi, nie masz się co bać
Polecimy na Marsa. Już tam są? Kurwa mać.

ref
Hej, hej…

3
Ale dzisiaj koniec z narzekaniem
Chodź, zrobimy sobie razem pranie
Upieczemy jagodowy placek
Kuchnia z tobą lepsza niż pałace

Gdyby nie ty byłbym narkomanem
Z książek przez nos wciągałbym utkane
Ze słów światy, z palca wyssane,
W twoich oczach się opamiętałem

ref
Hej, hej…

Saturday, 15 December 2012

"Tajemnica" - Księżycowy terrorysta

Zapraszam do posłuchania nowego kawałka Księżycowego terrorysty. Tym razem zrobiłem "Tajemnicę", niektórzy z was może natknęli się tutaj na te piosenkę wcześniej, w wersji na ukulele. Tym razem gościnnie wystąpili : Nadia, Monia, Wiki, Kuba i Tania:) Muzycznie jest to dosyć luźna przeróbka utworu Raappana - Maasta maahan.
No i tradycyjnie już zapraszam na fan page na fejsbuku.

 
Tajemnica

 ref:
Zdarza się, że głowę byś odwrócił,
głowie powiesz w rozmowie, że się boisz
chodźmy już panowie, mądrej głowie dość po słowie, ale
kto opowie, kto kłamstwo odrzuci

1
Włączyłem telewizor na chwilę, przysięgam
zwykle chronię serce, po pilota nie sięgam,
na jedynce podawali wiadomości
na ulicach zwłoki, krew zamiast miłości,
w Afryce brak żywności, w Ameryce gościnności
we Wrocławiu skin lewaka, lewak skina bez litości
przez chciwość do nicości, pogrążamy się w ciemności
długa droga do miłości, kiedy broń jest w gotowości

ref:
Zdarza się…

2
Siedzę raz w pociągu, w drodze na terapię
obok siedzi facet, chyba górnik, smacznie chrapie,
naprzeciwko trzy dziewczyny, lat może szesnaście,
każda w ręce ma iPoda, taka moda, ale szkoda,
no bo przecież dusza młoda, Bóg nas stworzył w swych ogrodach,
przecież życie to przygoda, a nie pusty wzrok w iPodach,
a ten górnik się obudził, popatrzył spod byka,
przecież praca uszlachetnia, skąd więc jego mina szpetna

ref.
Zdarza się…

3
Teraz kilka słów o Bogu, albo raczej o religii,
nie rozumiem całej dziwnej, głupiej tej rozterki,
jak Go zwał tak Go zwał, przecież Facet nie jest głupi
szczerze wołaj z serca, On na pewno cię usłyszy,
nie masz po co się więc pienić, że ktoś woła Go inaczej,
Kryszna, Jah, Mahomet, najważniejsze serce twoje,
zamiast głosić świętą jihad, palić czarownice,
popatrz w oczy brata twego, a zrozumiesz tajemnicę

ref.
Zdarza się…


Tuesday, 11 December 2012

Afganistan - Księżycowy terrorysta

Hej
Na stronie Księżycowy terrorysta wrzuciłem nowy kawałek, "Afganistan". Już wcześniej go tutaj wrzucałem, na ukulele, ta wersja jest jednak bardziej studyjna (no, prawie;)
Pozdrowienia dla wszystkich włóczęgów życiowych (bo czy wszyscy nie jesteśmy trochę włóczęgami?)




1
Jaka w moich żyłach płynie krew, no jaka
Jaka w moich żyłach płynie krew, no jaka

Jaką kołysankę, jaką kołysankę
Zna zza muru wróg

Czyje moje serce, czyje moje ciało
Komu zawsze mało, kto chce władzę całą

Czy ci ludzie spali, czy ci ludzie spali,
Gdy spadł na nich gruz

Szukam zawsze domu, kiedy go odnajdę
Szukam zawsze domu, kiedy go odnajdę

Boję się o ciebie, boję się o ciebie,
Idzie ostry mróz

Jak brzmi słowo kocham, co czytasz wieczorem
Kiedy pada deszcz, czy idziesz z parasolem

Czy te dzieci spały, czy te dzieci spały
Gdy spadł na nie gruz

2
Afgańska jesień z latawcem, starzec na kabulskiej ławce,
Sklepikarka mąkę waży, jak się gra w Bujala Bazi

Ref:
Pozwólcie mi tam pójść i pobyć z nimi chwilę
Czy kogoś tam zastanę, gdy już opadnie mgła,
Pozwólcie mi tam pójść i napić się herbaty,
Czy tam gdzie były kraty, wyrośnie jeszcze kwiat
Pozwólcie mi iść

3
Cały świat odwrócił oczy, człowiek się już całkiem stoczył
Nikt nie zwraca już uwagi, wielkich nikt nie lubi droczyć
Co się z wami ludzie stało, jak długo to będzie trwało
A tym draniom ciągle mało, a tym draniom ciągle mało

Ref:
Pozwólcie mi tam pójść i pobyć z nimi chwilę
Czy kogoś tam zastanę, gdy już opadnie mgła,
Pozwólcie mi tam pójść i napić się herbaty,
Czy tam gdzie spadły bomby, wyrośnie jeszcze kwiat
Pozwólcie mi iść

Oj la la la laj lo laj lo…

Wednesday, 5 December 2012

Księżycowy terrorysta

Hej
     Zapraszam wszystkich do polubienia mojej muzycznej strony facebookowej. Od kilku miesięcy piszę swoje piosenki. Od początku znajomi zachęcają mnie, żeby wziął się za to na poważnie. Nie wiem, na ile poważnie chcę się za to wziąć, ale jednak zmobilizowałem się, żeby zrobić cały album. Na razie na stronie jest jeden kawałek promo, po Nowym Roku powinien być już cały album. Póki co posłuchajcie. Jeśli podoba wam się muza, czy przekaz, to udostępniajcie u siebie na fejsie, czy blogu, czy gdziekolwiek, dzięki:)

Księżycowy terrorysta facebook
     Jeśli ktoś nie ma facebooka, to niedługo będzie też strona internetowa, a póki co można posłuchać próbki tutaj. Salud!



Apokaliptyczny dowcip
(Michaiłowi Bakuninowi)

1
Dzisiaj miałem sen prześwietny
Wyśnił mi się świata kres
Pierdyknęło coś z kosmosu
Trzeba zwijać interes

Płoną miasta, płoną wsie
Ludzkość już na samym dnie
Apokaliptyczny dowcip
Ale nikt się nie śmieje

2
Z Wall Street płynie fala lawy
Nie pomogły im dolary
Nie najlepiej też w Londynie
Ile w dół tam poszedł funt

Czemu nie śpiewam o Polsce
Z polskiej ziemi jest mój ród
No bo tam gdzie była Polska
Zbyt się podniósł poziom wód

3
Wyobraźcie tylko sobie
Już nie będzie gnębił ZUS
Już nie będzie Guantanamo
W Izraelu runął mur

Trochę szkoda tylko zwierząt
Kotów, psów, antylop gnu,
Żubrów, słoni i delfinów,
Nawet muchów oraz kun

4
Szkoda mi też pizzy, wina,
Dziewczyn oraz KSU
Z drugiej strony gdy w niebycie
Wyśnię sobie to co chcę

Dobre książki, dobrzy ludzie,
Wolna miłość, wolny świat,
Z trzeciej strony po co znowu
Człowiek już swą szansę miał

5
Siedzę sobie na balkonie
Widok stąd przepiękny mam
Lecz najbardziej to się cieszę
Że się w TV skończył Klan

Koniec wreszcie z aferami
Nadszedł wreszcie wojen kres
Lecz najbardziej to się cieszę
PO z PiSem liż was pies

6
Przyszedł sąsiad, przyniósł wódkę
Mówi, że nie lubi sam
Mówi mi, że mówić Lesiu
Nie ma co se mówić pan

W tym momencie jeszcze jeden
Meteoryt z nieba spadł
Obudziłem się, a niech to,
Wcale się nie skończył świat

Friday, 16 November 2012

Om


     Kiedy kartka pusta i nie przychodzi ani jedna poukładana myśl, to trzeba wziąć się za te niepoukładane i z nich coś ulepić... 

     Kamienie staczają się po zboczu góry, lawina przez wszechświat, akcja, reakcja, boska dłoń i odwieczne pytanie – czy dłoń tylko raz to dotknęła, żeby wprawić w ruch, czy też ciągle jest, ciągle działa. Myślę, że to drugie. Bóg… Bóg to też człowiek. Chce dotykać, chce brać udział i chce kochać. Dlatego ogrom wszechświata, te miliony galaktyk uchwycone przez Hobbsa, straszą tylko, gdy nie widzimy niczego poza tym wszystkim. Straszy nas wtedy ten ocean, w którym jesteśmy tylko małą, połyskliwą rybką. Czarne dziury, pulsary, planety, komety, galaktyki, kwarki, próżnia, nieograniczona przestrzeń, nieograniczony czas… 

     Kiedyś, kiedy byłem sporo młodszy, oddawałem się z zapałem astralnym podróżom. W nocy wysuwałem się z ciała i brykałem jak wypuszczony na spacer kundel. Fruwałem nad drzewami, wzbijałem się do księżyca, beztrosko wywijałem podniebne koziołki i nieodpowiedzialnie zbliżałem się do kosmicznych wędrowców, którzy nie wiadomo czego chcieli, skąd byli i o co im chodziło. Czasami płatałem psikusy, straszyłem bezsenne dzieci, czasami podglądałem sąsiadki w kąpieli, a jeszcze innym razem wylatywałem bardzo daleko, szukając mądrzejszych ode mnie, którzy by mi co nieco wyjaśnili. Najczęściej jednak po prostu się bawiłem, fruwałem bez celu, rozkoszując się pędem, wolnością i tajemniczością tego wszystkiego. 

     Pamiętam, że nie istniał dla mnie strach. Dokładnie w momencie wyjścia poza to trójwymiarowe, ograniczone ciałem continuum, okazywało się, że wszystko ma sens, że wszechświat jest uporządkowany, że stoi za nim idea, i wszystko – ja, oni, wy, niebo, duchy, zmieniający kształty, astralni uwodziciele i zwykli spacerowicze, a nawet ludzie pozostający w swoich malutkich ciałach – jest w harmonii, jest dokładnie takie, jakie ma być. 

     Tęsknię za tamtym uczuciem.
     Kiedyś podróżowałem autostopem. Wiosna, pył, upał, tym upalniejszy, że hiszpański. Wracając do domu z dwumiesięcznej podróży, utknąłem na małej stacji benzynowej pod Murcją (na południu Hiszpanii). Spieszyło mi się do domu, byłem zmęczony, zniechęcony, przeładowany doświadczeniami. Parę dni wcześniej pobiło mnie kilku nastoletnich gangsterów, i teraz chciałem po prostu być już z Tanią w jakimś azylu, liżąc rany. Mimo chęci, nie dałem rady, utknąłem na dobre. Przez trzy długie dni czekałem na stopa. Godzina za godziną, dzień za dniem żar wylewał mi się na głowę. Byłem głodny, bez pieniędzy, a ludzie byli obcy, drwiący i bezduszni. 

     Poczułem, że dobiłem do pewnych granic. Nie jestem pewien jakich, ale to było mocne uczucie. Poczułem się całkowicie sam w nieprzyjaznym wszechświecie (uczucie, które zresztą wraca do mnie czasami). 

     Nadszedł drugi zachód słońca na tej przeklętej stacji benzynowej. W najgłębszej desperacji patrzyłem na czerwień chmur na zachodzie, wciągałem w nozdrza zapach rozpalonej, ale już powoli stygnącej ziemi, czułem ssanie w okropnie pustym, obolałym żołądku, a każda obojętna twarz z obojętnymi oczami przesuwającymi się obojętnie po mojej zakurzonej zgarbionej postaci, raniła mnie głęboko. 

     I w tym wszystkim nagle przyszła do mnie myśl: a może wszystko, ale to dokładnie wszystko we wszechświecie, wliczając w to moją smętną postać, jest dokładnie takie, jakie powinno być. Nie istnieje nic poza harmonią, nawet te rzeczy, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się zgrzytem w porządku świata, jak choćby to moje cierpienie i desperacja. Poczułem, że ciąg wypadków, które doprowadziły mnie do tego miejsca w życiu, moje narodziny, dorastanie, poszukiwania, odkrycia, zamęt, decyzje, wszystko to, co budzi we mnie niepewność, żal, nadzieję i beznadzieję, dumę i wstyd, strach, odwagę, jest doskonałym składnikiem, doskonałej opowieści. Nic nie jest przypadkowe, głupie czy nie pasujące. To było wrażenie przenikające na wskroś, potężne. Na chwilę wzniosłem się ponad codzienny odbiór rzeczywistości, ponad dualizmy. To było uczucie podobne do tego, z astralnych wędrówek, choć brakowało mu delikatności i zrelaksowania, jakie charakteryzowały tamte doświadczenia. Tam byłem rozochoconym ale rozespanym dzieciakiem na kolanach czegoś przyjaznego, swojskiego. Tutaj stanąłem przed surową, ogromną, ale i piękną prawdą

     Poszukujemy harmonii. Nawet ci z nas, którzy wydawałoby się nie mają głowy do takich przemyśleń. Nawet te rzeczy, które w moim dziennym „ja” wzbudzają niechęć i protest, jak choćby nacjonalizm, to przecież próby nadania sensu światu, a przez to usensowienie świata, odnalezienie harmonii i ostatecznie doświadczenie ulgi w jedności. 

     Wszyscy próbujemy nadać sens wszystkiemu. Może jest tak dlatego, że boimy się, że ten sens nie istnieje sam z siebie, dlatego na nas spoczywa odpowiedzialność poukładania tej bezsensownej na pierwszy rzut oka układanki? Też biorę w tym udział. A jednak czasami przypominam sobie podniebne szybowania, samotne wędrówki po obcych krajach, wstawanie o świcie i próby doświadczania Boga, kiedy jeszcze byłem mnichem, miłość do kobiety i parę innych rzeczy. I wtedy mam wrażenie, że ten sens, ta harmonia już jest, sama z siebie, nie potrzebuje naszych wysiłków, żeby ją zbudować, nie musimy wypruwać sobie żył, żeby uporządkować „ten bajzel”, nie musimy się bać, że jesteśmy bezsensownym pyłkiem w bezsensownej przestrzeni.

     Czasami wiem, że jestem jak najbardziej sensownym pyłkiem, w zupełnie sensownym wszechświecie, który opiera się na całkowicie sensownej i pięknej idei. Trzeba tylko pozwolić temu płynąć, nie walczyć, nie kombinować. Om.

Thursday, 15 November 2012

Istota rozumna



     Kim jest istota rozumna? Co dzieje się, kiedy rozumny człowiek, czy jakakolwiek rozumna istota natyka się na brata w rozumie? Pofantazjujmy.

    Myślę, że najpierw taki ktoś musi zdecydować, czy ta druga jednostka świadomości, jest świadoma, czy jest rzeczą. To jest łatwe. A przynajmniej dla rozumnej istoty. Świadomość przebija spod skóry jak światło. Rozumna istota jest wyczulona na objawy świadomości. Czy to będzie człowiek, czy zwierzę, czy mieszkaniec Alfa Centauri – nie ma znaczenia. Istota rozumna nie określa siebie ani innych w oparciu o narodowość, kolor skóry, status społeczny, gatunek, kształt, planetę. To są sprawy nieważne. Zewnętrzne materialne desygnaty, definicje, katalogowanie – te czynniki nie mają znaczenia dla istoty rozumnej. Jedyne, co ma jakiekolwiek znaczenie to iskra antymaterii - świadomość.

     Kiedy już nastąpi kontakt i ustanowi się, iż druga strona dzieli z nami skarb świadomości, dzieje się coś ciekawego i zapierającego dech w piersiach: rozumna istota nie czuje potrzeby zmieniania innej rozumnej istoty. Wręcz przeciwnie. Akt spotkania z inną cząstką rozumu jest czymś tak magicznym, transcendentalnym, że w istocie rozumnej budzi się ogromny szacunek i docenienie sposobu, w jaki rozum i uczucia przejawiają się w kimś innym. I to bez względu na różnice w poziomie przejawiania się świadomości. Bo to fakt – te przejawy mogą się różnić – inaczej przejawia się świadomość delfina, inaczej człowieka, inaczej mrówki, a jeszcze inaczej Enta, Marsjanina, czy mędrca zamieszkującego jaskinię w Himalajach. Istota rozumna nie ma jednak najmniejszej skłonności do świadomościowego apartheidu. Taka skłonność nie jest możliwa w istocie rozumnej. Jest to rzecz po prostu nieprawdopodobna i tyle. No bo, czy widzimy niewielki palec porannego słońca wsuwający się przez szparę w suficie na strychu, czy  też kąpiemy się w tysiącach promieni, leżąc na leśnej polanie, nasze doświadczenie jest to samo – obcujemy ze słońcem. Tak samo jest ze świadomością. Jakim wyrazem głupoty i arogancji byłoby stopniowanie, ocenianie, a nawet wywyższanie się nad przejawami świadomości w jakiś sposób odmiennymi od tego, jak my przejawiamy siebie? Na całe szczęście istota świadoma nie widzi świata w ten sposób.

    Wyobraźcie sobie planetę, gdzie rzeczywistość – społeczna, duchowa, religijna, spożywcza, ekonomiczna, polityczna, rodzinna – opierałaby się na świadomościowej dyskryminacji. Duchowy apartheid. Co to byłoby za straszne miejsce! Pomyślcie – ludzie, bogowie, zwierzęta, a każdy z nich żyjący tylko w swoim odizolowanym, obmurowanym ego, małym światku, idąc przez życie zajęty tylko etykietowaniem, ocenianiem, szufladkowaniem. „Ten jest mądry, ten jest głupi, tego będę słuchał, tamtego uczył, tego zmienię, tamtemu dam się zmienić, a tego małego, brzydkiego, włochatego zjem. To mi się może przysłużyć, a tamto nie. To będę kochał, a tamtym gardził”. Dreszcze przechodzą na samą myśl.

     Można by pójść jeszcze dalej. Wyobraźcie sobie miejsce, w którym całkowicie odmawiałoby się świadomości innym istotom, tylko dlatego, że istoty te różnią się od nas. Jak gdyby kształt naczynia, czy jego kolor, mógłby mieć wpływ na jego zawartość! Co za absurd!
   
Pierwszy mróz

Gdy przyszedł pierwszy mróz
wyskoczyłem przez dziurki w nosie
i zostałem wilkiem

Pod uśmiechniętym okiem Brata Księżyca
biegłem po skrzypiącym śniegu
jak rozbrykane szczenię

Z moich boków buchała para,
chłeptałem krew wiewiórki,
którą później przeprosiłem,
ale że byłem wilkiem,
martwiłem się tylko chwilkę

Na polanie leżałem na plecach,
żując słomkę i patrząc,
jak igrają gwiazdy
(też się urwały spod kołder,
karier, rachunków, terapii,
niedzielnych obiadów,
kinowych seansów,
sensów, bezsensów
i przeplatania się tych dwóch?)

Kiedy wreszcie cichaczem
zaczął mnie z boku zachodzić
ten łobuz Świt,
warknąłem nonszalancko
i w kilku susach
skoczyłem
przez dziurki w nosie,
zostawiając za oknem
mroźną noc i wilcze kły

Monday, 5 November 2012

Wilcze szczenię

Kawałek powstał pod wrażeniem Akli D - Anfas Tranquil. Spodobała mi się energia kawałka, zrobiłem więc do niego polski tekst i trochę zmieniłem muzykę.


1
Spytał chłopiec Pana Boga:
Jak tak może być?
Czemu Panie nic nie zrobisz
Czemu świata nie naprawisz, nie?

Gniewam się na ciebie Boże
Że ten świat jest zły
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

Dan, da ri di du du dan dar dej
Dan da ri di du du dej
Dan, da ri di du du dan dar dej
Dan da ri di du du
Dan da ri di da da dej

Ło joj, ło joj, ło joj, ło joj

Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

2
Generałów powiesimy
Na lufach ich dział
A nafciarzy napoimy
W gardła ropę nalejemy im

Ziemię bankom odbierzemy
Zasiejemy plon
Polityków podpalimy
Z ich kłamstw ułożymy piękny stos

Dan, da ri di du du dan dar dej…

Ło joj, ło joj, ło joj, ło joj

Polityków podpalimy
Z ich kłamstw ułożymy piękny stos

3
Spytał chłopiec Pana Boga:
Jak tak może być?
Czemu Panie nic nie zrobisz
Czemu świata nie naprawisz, nie?

Gniewam się na ciebie Boże
Że ten świat jest zły
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

Dan, da ri di du du dan dar dej

Ło, joj, ło joj, ło joj, ło joj

Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

4
Bóg popatrzył smutno z nieba
Deszcz to jego łzy
Chociaż chłopiec długo czekał
Nie usłyszał, nie usłyszał nic

A świat nadal w dół się stacza
Nie pomogły łzy
Nie pomogą szubienice
To już było, już za dużo krwi

Ło, joj, ło joj, ło joj, ło joj

Nie pomogą szubienice
To już było, już za dużo krwi

Saturday, 3 November 2012

Fantazje poterapeutyczne


















03.11.2012 
Sanatorium
pod Księżycowym Kraterem

     Drogi Pankracy

     Nie da się ukryć, że sztuka pisania listów dogorywa i raczej nie ma co oczekiwać jej odrodzenia. No ale mam to gdzieś. Brakuje mi zapachu papieru i odcisków od długopisa. Więc na złość będę pisał, a Twoim, mój drogi, psim obowiązkiem jest odpisywanie. Nie mów, że nie podnieca Cię myśl o wizytach listonosza, który miałby dla Ciebie nie tylko rachunki, broszury oraz książki z allegro, ale i żywy list. Dla mnie to by było coś.

     Długo się nie odzywałem, wiem. Mógłbym pewnie podać trochę rzeczy na usprawiedliwienie, ale ma to sens? Nie pisałem i już. 

     Ciekaw jestem, co u Ciebie. To znaczy coś tam mnie dobiegło. Że się rozwiodłeś (przykro mi, stary), że restauracja padła, że zaszyłeś się w Madrycie, pędząc życie wygnańca. Ale czy to wesołe życie uwolnionego wygnańca, czy też smutna wegetacja wygnańca-straceńca, tego już nie wiem. A chciałbym.

     U mnie było trochę cięższych lat. Nie będę podsumowywał wszystkiego, w końcu nasza ostatnia rozmowa telefoniczna trwała prawie godzinę. Kiedy to było? Dwa lata temu? Chyba jeszcze przed wyjazdem do Hrabstwa Miscatonic. 

     Właśnie skończyłem terapię dla nerwicowców. Już widzę, że się uśmiechasz z politowaniem, ale uwierz mi, wcale nie było mi do śmiechu. Ciężki czas. 

     Jak to się stało? W Miscatonic nie poszło. Wpadłem w długi, nie mogłem znaleźć pracy, mieszkania i co najważniejsze, przyjaciół. Bez ludzi usycham. To nie pierwszy raz ugrzązłem w bagnie, ale zwykle nie dawałem się złamać. Krok po kroku wychodziłem na prostą, bez większych blizn. Tym razem jednak rozsypałem się na kawałki. Wiesz, rzeczy, o których się czyta w Kierkegaardzie albo w żurnalach psychiatrycznych – ból istnienia, niepewność, niepokój, lęk egzystencjalny, strach przed szaleństwem, brak sensu, wszechświat widziany jako czarna, pusta przestrzeń, strach przed śmiercią, myśli samobójcze. To tak w skrócie, żeby cię nie męczyć, ha, ha. 

     Powiem szczerze, że przeraziłem się nie na żarty. Sam wiesz, że zawsze miałem skłonności do melancholii, zamartwiania się, widziałeś mnie w gorszych chwilach. Pamiętasz jak odwiedziłem Cię po wyprawie do Barcelony, gdzie o mały włos nie ukatrupiła mnie banda marokańskich rzeziemieszków? Tak, to był dół i utrata wiary w ludzi. Albo ten mój durny romans z Lucitą, kiedy z powodu tej sprytnej argentyńskiej księżniczki o mały włos nie posypało się moje małżeństwo? Był też niewypał z moją podróżą w czasie, kiedy ubzdurałem sobie, że anarchiści będą w stanie wygrać hiszpańską rewolucję z moją pomocą. Eh…

    Tak więc znasz moje upadki. Ten jednak był inny. Tamte historie rozgrywały się w jakimś kontekście, to ja byłem bohaterem przeżywającym przygody. Bolesne, to fakt, ale moje, barwne, mające smak. Natomiast ostatnie dwa lata były pozbawione kontekstu. Mój świat i ja rozsypaliśmy się na pstrokatą drobnicę, która zatraciła jakikolwiek sens. Wiesz, coś jak uświadomienie sobie, że na sto procent nie ma Boga. Albo odkrycie, że twoja ukochana żona jest agentką CIA, której jedynym zadaniem jest pisanie raportów na twój temat. Straciłem grunt pod nogami i zacząłem się miotać. Próbowałem samemu układać sobie ten sens. Próbowałem różnych rodzajów twórczości. Na przykład rysowanie. Widziałeś mój miscatoński blog? „Obcy w Hrabstwie Miscatonic”. Nie przeczę, dawało mi to przez chwilę frajdę. Nauczyłem się grać na ukulele. Dużo czytałem. Dąbrowski, spiritual emergency, Thomas Moore, Scott Peck, archetypy, mistycy, od poradników dla nerwicowców do traktatów o symbolach Tarota. Jak mały pyłek próbujący nadmuchać się do dawnych rozmiarów. I mimo wszystko pozostawałem pyłkiem. 

     Nie będę się rozwodził nad tym, jak myślałem o samobójstwie, bo uważam, że to głupie. Nie będę też pisał o romansach, nocnych bójkach, haszyszowych fajkach, skacowanych porankach, małżeńskich kłótniach, wywoływaniu opiekuńczych (głuchych) duchów. Znasz ten cały pakiet młodego Wertera (a wiesz, że w lutym uderzy mi już 37?! Już bliżej niż dalej). 

     No i jak wspominałem, w końcu wylądowałem na terapii. To był dobry ruch. Spotkanie się z grupą ludzi podobnie popieprzonych jak ja, pozwoliło mi nabrać dystansu do swojego stanu. Nie obyło się bez problemów, to fakt. Przede wszystkim oczekiwałem, że mądrzy ludzie z dyplomami lekarzy zaaplikują mi genialną metodę i moja dusza będzie uleczona. „Wstań Łazarzu, jesteś zdrów”. Jak się domyślasz, to nie zadziałało. Ale stało się coś innego. Nauczyłem się nie walczyć. Wbrew pozorom, to potwornie ciężka umiejętność, tak sobie przestać walczyć. To po pierwsze. Po drugie, nauczyłem się doceniać swój stan, uważać go nie za przekleństwo, lecz za błogosławieństwo. Dlaczego? Facet, ile ja odkryłem rzeczy o sobie. Wspomnienia, które wróciły, uczucia, które zagrzebałem, a teraz znów się odezwały. Nie mogłem uwierzyć, ile ja tam tego pochowałem, i mówię tutaj o cennych rzeczach. Kilkuletni rycerz Jedi, walczący z biedakiem opętanym przez demona alkoholu, i to jak świetlny miecz malca okazywał się spróchniałym kijkiem, a demon zawsze wygrywał (ta metafora mówi o pijaństwie w domu, nie wiem, czy dość jasna dla Ciebie, różnie u Ciebie z bystrością... Żartuję przecież!). Noce w lesie, z rozpuszczalnikiem, szukając przejścia do innych, lepszych światów. Prawdziwe miłości rozsypane po wioskowych chatkach. Sny o przyjaznych wampirach i dalekich rozwiązłych krewniaczkach.

     Uświadomiłem sobie, że chcę się zaprzyjaźnić ze swoją ciemnością, zamiast próbować rozproszyć ją za wszelką cenę. I to była dobra decyzja. Nerwy wyciszyły się, przestałem czuć się bezsilnym pyłkiem, zamiast tego poczułem się pełniejszy, zharmonizowany, silniejszy. Bo nie można być tylko ze światła, albo tylko z ciemności. Żeby być sobą, trzeba przyjąć wszystko, cały pakiet, który ułożył dla nas Najwyższy.

     Ha, ha, chyba zacząłem przesadzać z patosem, co? Zdarza mi się. Na terapii dowiedziałem się, że zbyt poważnie podchodzę do życia. Akurat tę cechę z chęcią bym złagodził, bo męczy mnie czasami.

     Co więcej? Może na razie starczy? Zaczekam na Twoją odpowiedź, jeśli oczywiście dasz się namówić na to zacofane epistolarne zboczenie. Ostrzegam, że na żadne emaile nie będę odpowiadał. Śmierdzi mi ten XXI wiek i nie zamierzam poddawać się mu bez walki. Zresztą powiedz sam – czyż nie będziesz się czuł lepiej opisując swoje madryckie przygody na zwykłej kartce papieru? Jakby wyglądałyby na ekranie komputera pojedynki na szpady z dumnymi Cyganami, schadzki w Retiro z czarnookimi Henriettami i Peppitami, ciemne interesy z arabskimi handlarzami ziół i wonności, przesiadywanie pod Puerta del Sol, pijąc Don Simona z kartonu, za sześćdziesiąt centów? Bo na ile Cię znam, to wierzę, że jesteś jednak wygnańcem przygodowym, a nie złamanym. 

     Trzymaj się, Pankraceńku, pozdrawiam Cię serdecznie i czekam na list.

     Zawsze Twój,
     Montresor Amontillado