Sunday, 24 February 2013
Polska - Księżycowy terrorysta
1
Ponad dwadzieścia lat przeszło
Jak nastała wolność
Zrzuciliśmy obce jarzmo
Rozpędzili ciemność
Buha ha ha, wolny rynek,
Misja pokojowa,
Z Waszyngtonu przybył cesarz
A w Krakowie zamilkł dzwon
2
Gdzieś tam w radiu populiści
Krzyczą o ojczyźnie
Że zdradzona, że tu Żydzi
Geje, komuniści,
Unia, krzyże i mohery,
Zwolennicy ganji
Z jednej strony mord katyński
A w mtv soft porn gra
3
Na uniwersytach rosną
Chciwi konformiści
Nikt nie czyta już Homera
Nie zna Kropotkina
Coca-cola, diablo cztery,
McDonalds, Tupolew,
Polska nie zagra w finale,
A w Toruniu lata cyrk
4
Z polskiej ziemi globtrotterzy
Funty i dolary
Na Londyńskiej ławce kloszard,
Przybył spod Warszawy
Tralalala, Wieża Eiffla,
Golonka i piwo,
Magda Gessler, Wojewódzki,
Ciemny Cygan czyli Rom
5
Usiądz ze mną ma dziewczyno
Napijmy się wina
Kiedyś może się przemieni
Smutna ta kraina
Pif paf hej ho, hej dziecino
Marzenia nie giną
Niech nas jutro uratuje
Tytus albo Janek Kos
* * *
Muzycznie to interpretacja kawałka finskiego artysty, Paleface - Helsinki - Shangri-la, tekst i wykonanie własne.
Friday, 22 February 2013
Dziura w bucie

Dziura w bucie
21.02.2013 Kraków
Zimno jak cholera, ale i tak wybraliśmy się na wieczorny spacer. Ubrałem kalesony i wełniany sweter pod spód, tak, że nie było źle, ale Tanię trochę wyziębiło, a w dodatku podeszwa się jej oderwała i tak klepotała po mieście ze skarpetką na wierzchu, bidulka, dobrze, że ma jeszcze jedną parę.
Ładnie było, choć wczoraj wieczorem, kiedy padały wielkie, powolne kryształy śniegu, to było jeszcze ładniej. Przeszliśmy przez rynek, na Planty, w stronę Wawelu, a później pod Muzeum Narodowe, na 159-tkę, która zawiozła nas pod sam blok, na Miechowity. Teraz Tania ogląda na laptopie program National Geographic o katastrofie smoleńskiej, a ja oderwałem się od szalonego i krwawego serialu (Breaking Bad), żeby parę słów naskrobać.
Pracy ciągle nie mamy. Codziennie chodzimy do biblioteki albo kawiarni na internet, żeby wysłać parę CV. Z kasą kiepsko. Zostało nam jakieś czterdzieści złotych plus dwadzieścia złotych zaskórniaka, które zaczaiłem na czarną godzinę. Dobrze, że mamy trochę ryżu, mąki i jakiejś fasoli, będziemy to gotować, jakoś przetrwamy. Zresztą dobrze nam zrobi dla zdrowia może, jeśli nie będziemy się obżerać, zero słodyczy, czy smażonek, skoro nas nie stać.
Mam trochę cięższy dzień, jeśli chodzi o stronę motywacyjną. Staram się trzymać głowę do góry, ale dziś jakoś bardziej się martwię naszym życiem – jaką pracę znajdziemy (jeśli w ogóle jakąś), skąd wziąć na życie, czy damy sobie rady, jak wygospodarować czas na nasze projekty twórcze, skoro ni ma na chleb, etc. No i jeszcze echa starych marzeń, które jakby wyblakły, ale ciągle gdzieś tam się odzywają – czy jeszcze znajdę prawdziwych przyjaciół, towarzystwo twórczych, mądrych ludzi, plemię, ogień…
Sunday, 17 February 2013
Dobrej nocy, friends
Dobrej nocy, friends
15.02.2013 Kraków
Wieczór. Nie wiem skąd to uczucie. To nie do końca Coma z kawałkiem „Spadam”, bo czułem się już tak wcześniej, już w wannie, kiedy z głośników piała Sia, „Breath Me”, albo jeszcze wcześniej, na mieście, kiedy słyszałem tylko szum samochodów, iskrzenie tramwajów i ludzki gwar. Może ten program o Agnieszce Osieckiej? Wzruszyła mnie szczerość, prostota i młodzieńcza, niewinna radość, emanująca z jej słów i postawy, pomimo siwych włosów i drżących dłoni. Od dziś zajęła dla mnie honorowe miejsce u boku Gałczyńskiego i Jeremiego Przybory.
Odzyskuję siebie. Dwa cholerne lata mi to zajęło, setki dni oszołomienia, niepewności i niezrozumienia, których nie zamieniłbym jednak na nic. I teraz wreszcie zaczyna wracać spokój i sens istnienia. Jeszcze mam momenty zagubienia, cichej desperacji, fragmentacji, ale są coraz rzadsze, bledsze, niestraszne. Czy to ta wyczekiwana integracja wtórna Dąbrowskiego? Na to wygląda. Kolejny etap za mną.
Dziś wieczorem czuję wdzięczność, nostalgię, spokój, dumę, nadzieję, zdziwienie, niedowierzanie (że życie jest magiczne, że pod podszewką rzeczywistości kryje się mądrość, że udało mi się przebrnąć przez to wszystko i że jeszcze tyle niespodzianek).
Tania włączyła mix „na smutno”. Akurat zaczął się celtycki kawałek, z płyty „Celtic Tale”. Pierwszy raz usłyszeliśmy to w Coo, w kantabryjskich górach, jedenaście lat temu. Przez tydzień padał deszcz. Z namiotów uciekliśmy do przytulnej, górskiej chatki, zostawionej dla nas przez właścicieli, którzy wyjechali na wakacje. Oblazło nas po kilkadziesiąt kleszczy, które wybieraliśmy sobie nawzajem z nagich zakamarków przez kilka godzin, a później na spacerze w górach zaatakował nas wściekły byk, uciekaliśmy ile sił w nogach, a Tania rozpłakała się ze strachu. Pamiętam smak domowego chleba i truskawek z grządki. Jednej nocy kochaliśmy się pięć razy, jakbyśmy mieli nazajutrz umrzeć. Aż w końcu spakowaliśmy plecaki i ruszyli wąskimi, kamiennymi uliczkami na przystanek autobusowy i z powrotem do naszego ówczesnego domu, pod Madrytem, gdzie czekało nas trochę bardziej i mniej radosnych przygód.
Dobrej nocy, friends. Hare Kryszna.
Friday, 15 February 2013
Życie Pi
Życie Pi
14.02.2013 Kraków
Z powrotem w Krakowie. Tania przeziębiona, tak że sam dziś łaziłem po mieście, załatwiałem sprawy. Wydrukowałem nasze CV w piętnastu kopiach, na początek powinno wystarczyć, dorobiłem klucze, przedłużyłem bilety miesięczne, doładowałem Tani telefon, byłem u dentysty, no i dom.
Tania zdrzemnęła się na „gombie” (ni to gąbka, ni to materac, ni to kanapa, fajna sprawa). Ja włączyłem „Życie Pi” i całkowicie wsiąkłem. Cudowny film. Pod każdym względem – wizualnym, aktorskim, uczuciowym, filozoficznym i duchowym. Z filmami mam tak, że daję im szansę przez pierwsze kilka, kilkanaście minut. Wtedy decyduję, czy mam zaufanie i otworzę serce, czy też wyczuwam zgrzyty tu i tam, więc oglądam i tak, ale z lekkim niesmakiem i na koniec jestem zmęczony. „Życie Pi” zdobyło moje zaufanie w pełni.
Czytałem kiedyś książkę, chyba z dwanaście lat temu. Pewnej zimy zajmowałem się górską bacówką i tak się jakoś złożyło, że którejś nocy byłem zupełnie sam – środek lasu, najbliższa wioska dwie godziny drogi, żadnych turystów, Tani też nie było. Nie było też prądu, a że duch we mnie strachliwy, to spędziłem całą prawie noc przy świeczce, czytając tą książkę. Pamiętam bardzo pozytywne wrażenie, choć z fabuły zapamiętałem tylko chłopca i tygrysa na łodzi.
Film mnie chyba bardziej poruszył. Może dlatego, że dotyka tematów, które teraz akurat są mi bliskie. Na przykład Bóg, którego chyba pojmuję podobnie jak bohater filmu – bardzo uniwersalnie. Jak to powiedział w filmie? „Wiara to wielki dom, w którym jest wiele pokoi”? Coś w tym rodzaju.
Na samym końcu Pi pyta swojego słuchacza, którą historię woli (nie rozwijam tego, nie chcę psuć filmu tym, co nie oglądali). Ten odpowiada, że woli tą z tygrysem. „This is just a better story”. Wtedy Pi odpowiada: „Tak samo jest z Bogiem”. Nie wiem, czy uchwyciliście ten moment. Zrozumiałem to w ten sposób, że może Bóg jest, a może go nie ma, jednak możliwość, że istnieje, jest o wiele bardziej pociągająca („just a better story”). Trochę podobnie jest ze mną. Moja wiara nie jest niezachwiana, ortodoksyjna, czy dogmatyczna, nie mam logicznych argumentów na istnienie Boga. Jednak idea wszechświata, którego źródłem jest świadomość, a nawet głębiej – miłość, ta idea wygrywa na całej linii z koncepcją wszechświata bezosobowego, zimnego, przypadkowego. Która z nich jest prawdziwa? Nie mam pojęcia (choć serce ciągnie mnie w stronę teizmu). Jeśli wszechświat jest przypadkowym tworem, a nasza świadomość zaledwie nieskończenie króciutką fluktuacją, fałdką na materii doskonałej pustki, wtedy i tak nie ma znaczenia, co myślę. Jeśli jednak świat postrzegany zmysłami jest tylko małym wycinkiem rzeczywistości, poza którym istnieje duchowy kosmos oparty na porządku, opartym na świadomości, opartej na miłości, to wtedy jak pasjonującą i ciekawą jest nasza wędrówka przez życie! Szukanie sensu, próba zerknięcia „pod spód” codzienności, i trening serca, ćwiczenie go w sztuce poświęcenia, miłości, w szukaniu Stwórcy, „leap of faith”, który może przenieść nas z racjonalności, ze świata trójwymiarowego, rządzącego się znanymi, stosunkowo prostymi prawidłami, do trans-racjonalności, do krainy, która jest naszą ojczyzną, której szukanie nadaje sens i smak naszej egzystencji.
Filozoficznie to brzmi, dla niektórych pewnie też naiwnie (w świecie, w którym cynizm mylony jest tak łatwo z mądrością, nic dziwnego). A prościej? Lubię prostą wiarę, sprawia mi radość prosta, nie zarozumiała modlitwa. Pociąga mnie charakter osób, które porzuciły ego, rozwinęły spokój, pokorę i współczucie, oraz rozbudziły w sobie przywiązanie do Wielkiego Ducha. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam dotrzeć.
„Życie Pi” to naprawdę dobry film. Bardzo poetycki i uniwersalny. Polecam.
Thursday, 7 February 2013
Mr. Bobby (Manu Chao cover)
Po dłuższej przerwie mam dla was coś nowego: cover mojej ulubionej piosenki Manu Chao - "Mr. Bobby". Tekst w dosyć wolnym tłumaczeniu, jeśli chodzi o ducha Manu, to mam nadzieję, że zachowałem wiernie:)
Mr Bobby (Manu Chao)
1
Czasami śnię, że nie mogę zbudzić się
Czasami czuję się tak sam
Czasami śnię o tym dzikim świecie
Czasami czuję, że mnie nie ma, nie
Ref:
E, Bobby Marley
Zaśpiewaj mi jeszcze raz
To jest szalony świat
I tak tak szybo ucieka czas
2
Dziś wieczorem śnię o miłości i przyjaźni
Dziś wieczorem mówię: pewnego dnia
Pewnego dnia spełnią się wszystkie marzenia
Jak Bobby powiedział mi w moim śnie
Ref:
E, Bobby marley…
Mr Bobby (Manu Chao)
1
Czasami śnię, że nie mogę zbudzić się
Czasami czuję się tak sam
Czasami śnię o tym dzikim świecie
Czasami czuję, że mnie nie ma, nie
Ref:
E, Bobby Marley
Zaśpiewaj mi jeszcze raz
To jest szalony świat
I tak tak szybo ucieka czas
2
Dziś wieczorem śnię o miłości i przyjaźni
Dziś wieczorem mówię: pewnego dnia
Pewnego dnia spełnią się wszystkie marzenia
Jak Bobby powiedział mi w moim śnie
Ref:
E, Bobby marley…
Wednesday, 6 February 2013
Odwaga
Kiepsko u mnie z odwagą. Ostatnio bardziej to widać, przy niedawnych wydarzeniach, depresji, zmaganiu się z lękami. Ale wcześniej też. To, co urodzonym wagabundom, wolnym duchom przychodzi łatwo – zmienianie miejsc, wyzwania, podróże, ryzyko, u mnie było świadomym wysiłkiem. Jakaś część mnie tęskniła za wolnością, odwagą, wyzwaniami, nieznanym, marzyła o spaniu pod gwiazdami w obcym kraju, graniu na ulicy, zaprzyjaźnianiu się z szemranymi dziećmi ulicy. Ale druga część trzęsła portkami. Zwykle nie dopuszczałem jej do głosu, ale w różnych kryzysach mogłem słyszeć: „a nie mówiłem?”. Na przykład wtedy, w Barcelonie, gdy gang marokańskich dzieciaków pobił mnie w nocy na plaży i zabrał całą kasę. Leżąc na rozgrzanym piasku, czując smak krwi z rozbitej wargi i dotyk zimnego ostrza na gardle, myślałem, że to może być koniec i w tamtej chwili uznałem, że wszystkie moje decyzje były głupie (skoro skończyłem tak idiotycznie). Po prostu głupi, skopany dzieciak na obcej ziemi. Albo wtedy, gdy spałem głodny i brudny w opuszczonych ruinach pod Murcją, w błocie, w deszczu, psy rozpaczliwie wyły, duchy szemrały mi koszmary do ucha, a ja wiedziałem, że czeka mnie jeszcze dwa tysiące kilometrów drogi do czystej pościeli, prysznica i ciepłego posiłku, jeśli w ogóle nadejdzie ten pieprzony ranek. Też wcale się nie cieszyłem. Albo w Kopenhadze, gdy nawtykałem szefowi i straciłem miłą, spokojną, dobrze płatną pracę o świetnych godzinach, żeby zaraz później wylądować w Dublinie, w piekielnej restauracji Krwawej Mary, gdzie przez kilka miesięcy byłem białym niewolnikiem wrednej czarownicy, która jednym słowem potrafiła doprowadzić dorosłych facetów do płaczu (widziałem to na własne oczy).
W tych chwilach moje tchórzliwe alter ego bezczelnie kwestionowało mój styl życia. „Niedojrzały”, „głupi”, „nieodpowiedzialny”, „eskapista” – słyszałem za uszami. - „Patrz, do czego doprowadzają twoje decyzje”. Czasami ciężko było nie uwierzyć. Kiedy kilka lat temu straciłem na kilka nieskończenie długich godzin zmysły po eksperymencie z magicznymi grzybami, nie miałem wątpliwości, że jestem największym idiotą, który poszedł o jeden krok za daleko.
A jednak… Szperałem dziś po starych wpisach na blogu, czytałem fragmenty dzienników sprzed dekady i czułem ogromną satysfakcję. Niczego nie zrobiłbym inaczej. Może dałbym sobie spokój z grzybami, ale to jedyna rzecz, z której bym się wycofał, za dużo mnie to kosztowało. Co z resztą? Co by ze mną było, gdybym od początku słuchał mojego wystraszonego „ja”? Gdybym nie zebrał się na odwagę, nie rzucił wszystkiego, żeby zostać mnichem? Gdybym nie posłuchał cygańskiego wezwania i nigdy nie ruszył z akordeonem na ulice Europy? Jakoś smutnie by to wyglądało. Pewnie nie słuchałbym wtedy Manu Chao (który przejmująco śpiewa mi właśnie w słuchawkach o „infinita tristeza”), nie wiedziałbym jak zrobić halavę, nie przemierzyłbym Camino, nie zagrał na akordeonie Yanna Tiersena u stóp wieży Eiffla, nie poznał Tani, nie nauczył się hiszpańskiego, nie spróbował chocolate con churros, nie przeczytał Bhagavad-gity…
Jestem wdzięczny – zarówno mojemu głębszemu „ja”, które mnie prowadzi i którego zawsze nasłuchuję, jak i Wielkiemu Duchowi, który z góry śledzi moje kroki i nie pozwala mi upaść za daleko.
Trochę zabrzmiało to jak rozliczenie. A przecież to jeszcze nie koniec przygód. Keep ‘em comming, Friend, keep ’em comming…
Tuesday, 5 February 2013
Wyspy szczęśliwe
Wyspy szczęśliwe
04.02.2013 pociąg z Katowic
Prośba o wyspy szczęśliwe
K.I. Gałczyński
A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp,
otumań
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.
Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć
zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.
Za oknem pociągu już ciemno, choć to dopiero koło szóstej. Przed chwilą była stacja w Bielsku, jeszcze półtorej godziny do domu („dom” – z jaką nieśmiałością i niewiarą używam tego słowa). W Krakowie przed samym wyjazdem spędziłem prawie dwie godziny u dentysty. Okazało się, że rana po wyrwanym zębie wcale się nie zagoiła, krater do samej kości, infekcja, a na dokładkę ząb obok wymagał kanałowego leczenia. Leżałem zrezygnowany, poddając się wierceniu, łupaniu, wkładaniu, szarpaniu, co jakiś czas pojękując tylko cicho, a łzy łaskotały mi policzki. Gdy na koniec miła pani dentystka pokazała mi rachunek, znów jęknąłem. Prawie sześćset złotych. Miałem tylko dwieście pięćdziesiąt i zostałem wpisany na listę dłużników. Na szczęście są gdzieś tam rozsiani przyjaciele. Akurat w Katowicach na dworcu zerknąłem na maila i okazało się, że Kris miał o nas sen – że znów zmagamy się z małym kryzysem. Spytał, czy to był sen proroczy i jeśli potrzebuję pomocy, to żebym śmiało do niego pisał. Miło. Poproszę go o małą pożyczkę na spłacenie dentysty i przetrwanie najbliższych tygodni.
W pociągu jest mi dziś nawet miło. Przytulona obok siedzi Tania i na Kindlu czyta baśnie. Wcześniej razem poczytaliśmy trochę Gałczyńskiego. Wciągnął mnie powyższy wiersz. Czytam go sobie w kółko i może nawet nauczę się na pamięć. Kiedyś ludzie uczyli się na pamięć poezji. Fajnie byłoby znać chociaż te ulubione.
Wyspy szczęśliwe. Myśli spokojne, rozmowy gwiazd, wody ciche… Eh, jak to brzmi. Z obolałą szczęką, dziurą w kieszeni, skołatanymi nerwami, to ciężko tam odlecieć. Ciężko nawet sobie wyobrazić takie miejsce. Ostatnio świat wydaje się obdarty z magii. Dobra karma, zła karma, walka o punkty, metka z ceną na wszystkim. Nie odnajduję się w tym. Powiem szczerze, że nie chcę się odnaleźć. Dlatego nie porzucam swoich marzeń i ciągle, wbrew wyczerpaniu próbuje ten świat pokolorować na nowo. Zapraszam z niebiańskich zagajników mądrego, sympatycznego Boga, który bardzo pragnie się ze mną zaprzyjaźnić, w swojej miłości próbuję widzieć najczystsze spotkanie dwóch połówek przepołowionej kiedyś duszy, w przyszłości dostrzegam zarysy spokojnych wieczorów przy kominku, z wyśmienitą, starą książką na kolanie, rozmowy z oczytanymi przyjaciółmi o dobrych sercach, przytulna praca, bez stresów, za godziwą, niewygórowaną płacę, pod mądrym okiem opiekuńczych duchów i zatroskanych przodków.
Znosi mnie:)
Nie piję i nie palę od jakichś trzech tygodni. Myślę, że zacząłem mieć problem alkoholowy. Nie upijałem się, nie lubię, ale od dwóch lat (a chyba nawet dłużej) leczę swoją nerwicę małymi dawkami alkoholu. Piwo, lampka wina, okazyjny papieros. Ostatnio próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio miałem cały tydzień bez alkoholu. Kiedy dotarło do mnie, że nie pamiętam, stwierdziłem, że czas zakręcić kurek i szukać spokoju gdzie indziej. Mam przecież swoje praktyki duchowe, Krysznę, mistrza. Kiedyś znajdywałem w tym dużo spokoju i radości. Jeśli chodzi o abstynencję, myślę, że to działa, choć trzy tygodnie to za mało, żeby coś konkretnego powiedzieć. Na pewno czuję się silniejszy, bardziej mężczyzną (bo „nie jestem mazgajem, który ucieka od swoich problemów w kieliszek”).
Już dojeżdżamy. W domu przywitam się z dzieciakami i resztą, wezmę prysznic (mama napaliła nam w piecu, więc woda powinna być już gorąca), napiję się melisy i może pooglądam jakieś głupoty w telewizji. I na tym koniec poniedziałku.
Pierwsze krakowskie człapania
Pierwsze krakowskie człapania
03.02.2013 Kraków
Wieczór, Kraków, mała kawalerka na Olszy. Tutaj nazywają to garsonierką. Podoba mi się. Brzmi trochę jak mieszkanie dziewiętnastowiecznej kurtyzany. Ząb boli już od tygodnia, tzn. najpierw myślałem, że to rana po zębie wyrwanym w poniedziałek, ale rana się zagoiła, a rwie dalej, tak że to pewnie ząb obok. Czyli nie tego zęba wyrwałem, co trzeba.
Dziś z Tanią mieliśmy długi spacer po Krakowie. Zaliczyliśmy dwa muzea (niedziela - wstęp wolny!): Dom Matejki i muzeum w Sukiennicach.
Przyznaję się bez bicia – u Matejki najbardziej zafascynowała mnie sytuacja mieszkaniowa malarza. Taka chata i to na Floriańskiej. Marzenie. Mieszkając we dwójkę na 15 metrach z aneksem kuchenno-kiblowym, patrzy się na kilkupiętrową kamienicę dla jednej rodziny, jak na statek kosmiczny. Co do twórczości Matejki, to jakoś nie znajduję u niego nic z mojego klimatu. Wprawdzie wszyscy u niego mają wyłupiaste oczy jak ja (i dwie trzecie mojej rodziny), ale jak powiedziała Tania, za dużo tu ludzi, gnieżdżą się na każdym płótnie, jak mrówki. Może dlatego, że mieszkał przy zatłoczonej ulicy? Poza tym tematyka też dla mnie nieciekawa. Królowie, rycerze, biskupi, wydarzenia polityczne. Smętne to. Za to dobrze mu z oczu patrzy, tak że nie krytykuję go jako osoby. U niego to jeszcze duże wrażenie zrobił na mnie pokoik, gdzie spędził ostatnie dni i zmarł po przewlekłej chorobie wrzodowej. Taki jakiś ciemny, smutny, maleńki, z wąskim oknem, którym pewnie uleciała jego zdziwiona, artystyczna dusza.
Później szybko zbiegłem po schodach do łazienki, żeby popić dwa ibuprofeny (wredny ząb!), które prawie nie zadziałały.
Za to w muzeum w Sukiennicach miałem ucztę. Dwa słowa: Jacek Malczewski. Kocham gościa po prostu. Nie chodzi tylko o tematykę, całą tą mistykę, wizje, uczuciowość, soczystość, księżycowość, wieczne zdziwienie. Urzeka mnie też jego styl. Klarowność, wierność, skupienie, nie ma przeładowania, nie wiem, jak to nazwać. Uczciwość? Szczerość? Jestem ignorantem, jeśli chodzi o sztukę (nie z własnego wyboru, ale jakoś tak mnie los rzucał tu i tam, pogrążając w różnych uwikłujących zajęciach, że nigdy głębiej nie wszedłem w temat malarstwa. A może jestem zwykły leń?), piszę więc tylko o swoich obiektywnych odczuciach. Za każdym razem, kiedy widzę coś Malczewskiego, mam wrażenie, że „he doesn’t belong”. Jakby był z przyszłości, albo z innego wymiaru, czy planety.
Nie pamiętam tytułów obrazów, a nie mam internetu, żeby sprawdzić i zabłysnąć renesansowym obyciem. Najdłużej stałem przy „Umierającej dziewczynie” (tytuł wymyślony) Malczewskiego. Na drugim miejscu był „Sejm bocianów” (z kolei nie pamiętam nazwiska artysty). Podobało mi się, jak określiła ten obraz Tania: „Patrz, jaki czad. Jakby to były dinozaury, a nie bociany. Spooky”. Faktycznie, w tym zebraniu bocianów było coś pociągającego, ale i obcego, jakby zebrały się istoty z innej planety, dla których człowiek nie jest wcale władcą stworzenia, ale bytem nieadekwatnym, efemerycznym, nijakim. Zebrały się wczesnym świtem i klekotały o sprawach zupełnie niezrozumiałych, nie zwracając uwagi na ignoranta-podglądacza z płótnem i sztalugami.
Portrety i scenki historyczne przebiegłem szybko, nuuuda.
- Jeśli masz dużo cienia, noc, jakieś gwiazdy, czy księżyc, to jesteś szczęśliwy, nie? – zakpiła Tania.
Faktycznie. I’m a creature of the night.
Co w tym Krakowie w ogóle robimy? Na razie nic. Zacząłem niby-pracę w jednym miejscu, ale po trzech tygodniach dałem sobie spokój, kiepsko było z kasą, nie chcę się zresztą nad tym rozwodzić. Oboje z Tanią szukamy zajęcia. Tym bardziej, że w kieszeni zostało ostatnie pięć stów, a jeszcze oboje nas czeka dentysta. Dobrze, że mieszkanie od znajomej, na dwa, może trzy miesiące mamy za pół darmo.
Nie smucę się jednak za bardzo. Dziś, łażąc po Krakowie, cieszyłem się, że wreszcie, po tych wszystkich latach, zaczynamy zakorzeniać się w Polsce. Może „zaczynamy” to za dużo powiedziane, ale na pewno planujemy, próbujemy, chcemy. Dość mam już włóczęgi, biegania, ucieczek. Chcę wreszcie znaleźć dom. Najwyższy czas. Trzydzieści siedem lat wybija za niecałe dwa tygodnie.
Praca, to jest faktycznie wyzwanie. Tym bardziej bez wyższego wykształcenia ani znajomości. Zerknąłem z ciekawości na gumtree, jak to wygląda z szukaniem pracy w kraju. Dżungla jakaś się otwarła. Tysiące ludzi, gotowych robić wszystko, za prawie nic. Jak tu znaleźć w tym galimatiasie coś dla siebie?
Wejście na rynek pracy nie jest głównym planem. Ja mam na ten przykład plan przekładowy. Znalazłem starego autora irlandzkiego z lat trzydziestych, który spłodził kilka prześwietnych książek podróżniczych, dziś zupełnie już zapomnianych, nawet w jego kraju. Potłumaczę i powysyłam po różnych wydawnictwach. Let’s hope for the best. Tania z kolei zaczęła serię ilustracji krakowskich. Kiedy się trochę uzbiera, planuje zaatakować nimi krakowskie wydawnictwa i galerie.
To są plany długoterminowe. Trzeba teraz jeszcze znaleźć coś na teraz, żeby posmarować czymś chleb, zapłacić rachunki i nie zajechać się przy tym na śmierć, jak to już nieraz u nas bywało.
Tyle z krótkiego streszczenia ostatnich wydarzeń. Wiem, że długo nie pisałem. Miałem sporo problemów ze sobą, terapia, depresja, stany lękowe, wiecie, taki tam zwykły Weltschmerz. Nie mogłem zbyt wiele pisać. Dlatego trochę rysowałem, trochę wziąłem się za muzykę, żeby jednak mimo wszystko utrzymać przepływ kreatywności. Fajnie byłoby jednak wrócić do pisania. Mam nadzieję, że powoli się rozkręcę na nowo, tutaj, na garści drobnych. Zacznę serię zapisków z Krakowa. Na dobrą wróżbę dla nowego miejsca.
Pozdrowienia.
Monday, 7 January 2013
Anarchia - Księżycowy terrorysta
Muzycznie jest to przeróbka jednego z moich ulubionych kawałków reggae: fantan mojah -nuh build great man, koniecznie sprawdźcie w sieci, jest moc, tekst własny.
Anarchia
Ref:
Mówią, taki czas
To ciemność siedzi w nas
I oni po to są, byśmy nie dotknęli dna
I po to dają prawa nam
I muszą strzec
Byśmy nie zabili się
1.
Nie wierzę temu nie
Bo wcale nie jest źle
Tam gdzie życie własnym torem toczy się
No powiedz przecież sam
Czy kary boisz się
Czy dobrym wolisz być
Bo ze złem się czujesz źle
Popatrz wreszcie dookoła, czy zobaczyć to zdołasz,
Mądrzy ludzie w garniturach, w telewizji puste słowa,
Na ulicy tłum sam nie wie po co
Ktoś się karmi jego krwią
Ref:
Mówią, taki czas…
2.
Ty wierzysz nadal im
Gdy mówią: „podnieś broń,
Ojczyzna potrzebuje twojej krwi”
Kryzys, kryzys, kryzys to nie my,
Kryzys to zrobiliście wy.
Więc bracie mój, z tej czy tamtej strony
Nie trony, nie salony, ani banków szpony,
Lecz tylko plon zielony, nie daj ogłupić się, ogłupić się
I praca twoich dłoni, nie daj ogłupić się, ogłupić się
Mówią – ekonomia to jest temat nie dla wszystkich
Milionerzy z Wall Street nie są w ciemię bici
A nad tobą niewidzialny bat
Taka twoja dola psia
To nie nowość jest, tak od tysięcy lat,
Nadszedł czas by brat bratu ofiarował kwiat
Wtedy cały świat, w niewoli od wielu lat
Każdy będzie wiedział kto przyjaciel a kto kat
Powiedz nie ołowianej kuli
Powiedz nie patriotycznej czci
Moją ojczyzną moja rodzina
Powiedz nie finansjery drwinie
Powiedz nie ołowianej kuli
Powiedz nie patriotycznej czci
Moją ojczyzną cała Ziemia
Powiedz nie finansjery drwinie
Ref:
Mówią, taki czas…
Anarchia
Ref:
Mówią, taki czas
To ciemność siedzi w nas
I oni po to są, byśmy nie dotknęli dna
I po to dają prawa nam
I muszą strzec
Byśmy nie zabili się
1.
Nie wierzę temu nie
Bo wcale nie jest źle
Tam gdzie życie własnym torem toczy się
No powiedz przecież sam
Czy kary boisz się
Czy dobrym wolisz być
Bo ze złem się czujesz źle
Popatrz wreszcie dookoła, czy zobaczyć to zdołasz,
Mądrzy ludzie w garniturach, w telewizji puste słowa,
Na ulicy tłum sam nie wie po co
Ktoś się karmi jego krwią
Ref:
Mówią, taki czas…
2.
Ty wierzysz nadal im
Gdy mówią: „podnieś broń,
Ojczyzna potrzebuje twojej krwi”
Kryzys, kryzys, kryzys to nie my,
Kryzys to zrobiliście wy.
Więc bracie mój, z tej czy tamtej strony
Nie trony, nie salony, ani banków szpony,
Lecz tylko plon zielony, nie daj ogłupić się, ogłupić się
I praca twoich dłoni, nie daj ogłupić się, ogłupić się
Mówią – ekonomia to jest temat nie dla wszystkich
Milionerzy z Wall Street nie są w ciemię bici
A nad tobą niewidzialny bat
Taka twoja dola psia
To nie nowość jest, tak od tysięcy lat,
Nadszedł czas by brat bratu ofiarował kwiat
Wtedy cały świat, w niewoli od wielu lat
Każdy będzie wiedział kto przyjaciel a kto kat
Powiedz nie ołowianej kuli
Powiedz nie patriotycznej czci
Moją ojczyzną moja rodzina
Powiedz nie finansjery drwinie
Powiedz nie ołowianej kuli
Powiedz nie patriotycznej czci
Moją ojczyzną cała Ziemia
Powiedz nie finansjery drwinie
Ref:
Mówią, taki czas…
Wednesday, 2 January 2013
Wilcze szczenię - Księżycowy terrorysta
Pomimo coraz gorszego przeziębienia udało mi się skończyć "Wilcze szczenię", choć wokale musiałem nagrywać kilka dobrych razy:) Jest to mój biedny tribute dla Akli D. Ma taką genialną piosenkę, której nie mogłem wyrzucić z głowy (Anfas Tranquil), i z tego wzięło się Wilcze szczenię.
Wilcze szczenię
1
Spytał chłopiec Pana Boga:
Jak tak może być?
Czemu Panie nic nie zrobisz
Czemu świata nie naprawisz, nie?
Gniewam się na ciebie Boże
Że ten świat jest zły
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły
Dan, da ri di du du dan dar dej
Dan da ri di du du dej
Dan, da ri di du du dan dar dej
Dan da ri di du du
Dan da ri di da da dej
Ło joj, ło joj, ło joj, ło joj
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły
2
Generałów powiesimy
Na lufach ich dział
A nafciarzy napoimy
W gardła ropę nalejemy im
Ziemię bankom odbierzemy
Zasiejemy plon
Polityków podpalimy
Z ich kłamstw ułożymy piękny stos
Dan, da ri di du du dan dar dej…
Ło joj, ło joj, ło joj, ło joj
Polityków podpalimy
Z ich kłamstw ułożymy piękny stos
3
Spytał chłopiec Pana Boga:
Jak tak może być?
Czemu Panie nic nie zrobisz
Czemu świata nie naprawisz, nie?
Gniewam się na ciebie Boże
Że ten świat jest zły
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły
Dan, da ri di du du dan dar dej
Ło, joj, ło joj, ło joj, ło joj
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły
4
Bóg popatrzył smutno z nieba
Deszcz to jego łzy
Chociaż chłopiec długo czekał
Nie usłyszał, nie usłyszał nic
A świat nadal w dół się stacza
Nie pomogły łzy
Nie pomogą szubienice
To już było, już za dużo krwi
Ło, joj, ło joj, ło joj, ło joj
Nie pomogą szubienice
To już było, już za dużo krwi
Wilcze szczenię
1
Spytał chłopiec Pana Boga:
Jak tak może być?
Czemu Panie nic nie zrobisz
Czemu świata nie naprawisz, nie?
Gniewam się na ciebie Boże
Że ten świat jest zły
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły
Dan, da ri di du du dan dar dej
Dan da ri di du du dej
Dan, da ri di du du dan dar dej
Dan da ri di du du
Dan da ri di da da dej
Ło joj, ło joj, ło joj, ło joj
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły
2
Generałów powiesimy
Na lufach ich dział
A nafciarzy napoimy
W gardła ropę nalejemy im
Ziemię bankom odbierzemy
Zasiejemy plon
Polityków podpalimy
Z ich kłamstw ułożymy piękny stos
Dan, da ri di du du dan dar dej…
Ło joj, ło joj, ło joj, ło joj
Polityków podpalimy
Z ich kłamstw ułożymy piękny stos
3
Spytał chłopiec Pana Boga:
Jak tak może być?
Czemu Panie nic nie zrobisz
Czemu świata nie naprawisz, nie?
Gniewam się na ciebie Boże
Że ten świat jest zły
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły
Dan, da ri di du du dan dar dej
Ło, joj, ło joj, ło joj, ło joj
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły
4
Bóg popatrzył smutno z nieba
Deszcz to jego łzy
Chociaż chłopiec długo czekał
Nie usłyszał, nie usłyszał nic
A świat nadal w dół się stacza
Nie pomogły łzy
Nie pomogą szubienice
To już było, już za dużo krwi
Ło, joj, ło joj, ło joj, ło joj
Nie pomogą szubienice
To już było, już za dużo krwi
Subscribe to:
Posts (Atom)






