Thursday, 27 August 2009

Tańcząc z lwem ponad chmurami



Tańcząc z lwem ponad chmurami
(sen)

Spaceruję pod lasem, za rzeką, na wzgórzu. Przyglądam się ośnieżonym świerkom, wdycham mroźne powietrze, spoglądam w dół, na prawie całkiem ukryty wśród lip i zarośli dom.
Nagle, bardzo blisko, kilkanaście metrów dalej widzę żubra. Potężne zwierzę przygląda mi się czujnie, przeżuwając wygrzebaną spod śniegu trawę. Czuję strach i w panice rozglądam się za drzewem, na którym mógłbym się schronić. Okazuje się, że wszystkie mają tak cienkie i giętkie gałęzie, że kiedy tylko na nie wchodzę, uginają się do samej ziemi. Coraz bardziej się boję, ale wreszcie jest! Dostrzegam potężne, solidne drzewo. Biegnę, oglądając się lękliwie na coraz groźniejszego żubra. Wspinam się z ulgą, ale... Co jest? Na gałęzi siedzi wielki tygrys i przygląda mi się łakomie. Zeskakuję i na ślepo biegnę w dół, chcąc jak najszybciej wrócić do domu. Przebiegam przez rzekę i wreszcie znajduję się w wiosce.

Coś jest nie tak. Wśród mieszkańców panuje poruszenie. Ludzie biegają, rozmawiają o czymś w podnieceniu, wszędzie stoją klatki z dzikimi zwierzętami, co minutę przyjeżdżają ciężarówki i dowożą nowe. Zatrzymuję sąsiada. Wyjaśnia mi, że nie wiadomo skąd, ale tego ranka w całej okolicy zaroiło się od dzikich zwierząt. Po pierwszym szoku wójt zorganizował akcję wyłapywania drapieżników. Ciekawe. Siadam z boku, na deskach i obserwuję zamieszanie.

Zaciekawia mnie jedna z klatek, dopiero co przywieziona. Podchodzę bliżej. W środku siedzi lew. Czuję do niego wielką sympatię, coraz bardziej ogrzewającą serce. W jakiś sposób wiem, że lew czuje to samo. Patrzymy sobie w oczy. Wiem, że za wszelką cenę muszę go uwolnić. Otwieram klatkę. Czuję niebezpieczeństwo, wiedząc, że chociaż lew czuje ze mną związek, to jednak pozostaję dzikim zwierzęciem. Ale co tam. Lew wychodzi niepewnie. Chcę go dotknąć. Odsuwa się i warczy. Wiem, że odbywa się w nim wewnętrzna walka. W porządku. Postanawiam nic nie wymuszać.
- Musimy uciekać – mówię cicho. Rozumie mnie. Cichaczem wymykamy się z wioski. Prowadzę go w stronę rzeki i później do góry, do lasu, niedaleko którego przechodziłem wcześniej.
Czuję się cudownie. Coraz bliżej zwierzęcia. Pomiędzy nami nawiązuje się coraz jaśniejsza nić przyjaźni i wspólnoty, duchowego pokrewieństwa. Po raz drugie zbieram się na odwagę. Dotykam go. Czuję pod palcami masę stalowych mięśni, gorącą krew pulsującą pod sierścią, słyszę jego ciężki oddech. Lew wzdryga się, ale nie zrzuca mojej dłoni. Wiem, że nic mi już nie grozi.

Przypominam sobie, że jest zima, wszędzie pełno śniegu, a ja nie mam butów. Moje bose stopy zanurzają się w mokrym śniegu, ale nie czuję zimna. Dziwi mnie to, ale może po prostu rozgrzałem się wchodzeniem pod górę?

Kiedy jesteśmy już pod samym lasem, okazuje się, że nie wolno nam tam wejść. Nie mam pojęcia dlaczego. W takim razie musimy zawrócić. Choć ciągle uciekamy, nie czujemy wcale strachu. Raczej podekscytowanie i radość z bycia razem. Atmosfera zabawy pochłania przestrzeń. Ciekawe jakby to było, zjeżdżać na stopach, jak na nartach? Spróbuję. Da się! Boże, jak cudownie! Sunę coraz szybciej, ciesząc się pędem, wolnością, przyjaźnią, slalomuję. Przyjemnie jest czuć śnieg przesuwający się pod stopami. Lew biegnie wielkimi susami tuż obok mnie, a kiedy nie może już nadążyć, przestaje biec i też zjeżdża na łapach. Szybciej! Braterstwo i wolność! Pełnia! Wiatr gwiżdże w uszach, zostawiam za sobą smugę śmiechu.

Dojeżdżamy do ostrego spadu. Niczym na skoczni, wyrzuca nas wysoko w powietrze. Zapiera mi dech w piersiach. Nie przestajemy się wznosić, pod stopami coraz szybciej umykają nam nieznaczne kwadraciki domów, placki lasów, cienkie nitki rzek. Wylatujemy ponad chmury. Po chwili one też są daleko w dole, jak miękki, biało-różowy puch. Obok mnie ciągle leci lew. Śmiejemy się, patrząc na siebie. Jesteśmy dziećmi.



Tuesday, 25 August 2009

Śmierć pod autobusem



(fragment opowiadania)

- Cześć Kartoflany Nosku! – zawołał z drugiej strony ulicy, machając ręką pełną polnych kwiatów. Na dźwięk jego głosu kilku przechodniów odwróciło głowy. „Skąd wytrzasnął polne kwiaty, w samym środku miasta?” – pomyślała, robiąc przesadnie zdziwioną minę, choć wiedziała, że z tej odległości, pewnie i tak nie zobaczy jej twarzy.
- Sam masz kartoflany nos, a do tego odstające uszy! – odkrzyknęła z udawanym gniewem i zaśmiała się głośno.
- Poczekaj aż cię dopadnę! – zawołał ciemnowłosy, szczupły chłopak, wchodząc na drogę. Ciągle wymachiwał bukietem kwiatów.

W filmach zwykle słychać w takim momencie histeryczny dźwięk klaksonu i głuchy odgłos ciała uderzającego o maskę. W tamten poniedziałek, wczesnym popołudniem, niedaleko skrzyżowania Piastowskiej i Reymonta, w jednym momencie biegł w jej stronę, a w następnej chwili, zamiast niego, to określone (i przecież wyraźnie zajęte!) miejsce w przestrzeni, zajmował autobus.

Zmierzał w jej stronę, z uśmiechem i bukietem kwiatów, a zaraz potem zamienił się w zabrudzony smarem i obklejony reklamami autobus. Poczuła, jakby nieskończony, wypełniony lodowatą próżnią Wszechświat nachylił się nagle nad jej ramieniem i parsknął śmiechem, prosto do ucha. Po kilku sekundach to uczucie trochę zelżało i teraz miała wrażenie, że biegnący z krzykiem ludzie, hamujące z piskiem samochody, histeryczny płacz starszej pani, która upuściła torbę z zakupami (kolor rozlewającego się po ulicy mleka z białego wkrótce przeszedł w różowy, a z różowego w szkarłatny), powtarzane przez staruszka, niczym mantra: „Jezus Maryja, Jezus Maryja”, oraz znajomy szyld kawiarni „Bajka”, w której zamierzali zjeść dziś drożdżówkę z serem – wszystko to było głupawym graffiti, wysprajowanym na coraz szybciej pędzącym pociągu, który z wyciem rozrywał powietrze. Pomyślała, że byłoby dobrze, gdyby przejeżdżające z przeraźliwym stukotem wagony nigdy się nie skończyły. W ten sposób mogłaby zastygnąć w tej chwili, niczym triasowy komar w bursztynie i w ten sposób uniknąć zdania sobie sprawy z tego, że jej narzeczony został właśnie zabity przez autobus.

- Wszystko z tobą w porządku? – zapytał zaniepokojony Michał, który właśnie przeszedł przez pasy. W ostatniej chwili, gdy już miała upaść, wypuścił kwiaty z ręki i chwycił ją za ramiona.
– Co się dzieje skarbku? Nie strasz mnie – powiedział, widząc jej bladość.
- Jezu, Michał... – wyszeptała. Przeraziło go to jeszcze bardziej. Małgosia oddychała głęboko, łapczywie łapiąc powietrze. Michał trzymał ją za dłonie, rozglądając się w panice za jakąś ławką, albo schodkiem, na którym mogliby przysiąść.
- Gosia, no mów kurwa co się dzieje! Potrzebujesz lekarza, czy co?!
Dziewczyna próbowała coś powiedzieć, ale w końcu tylko się rozpłakała. Objęła go mocno za szyję.
- Żyjesz, kochany, żyjesz... – zdołała wydusić. Michał zesztywniał i odsunął ją od siebie na długość ramienia.
- Gośka, co ty mówisz?
Popatrzyła trochę trzeźwiej, choć ciągle nie umiała powstrzymać łkania. Jej wielkie, brązowe oczy spoglądały na niego z mieszaniną ulgi i strachu. Michał odpowiedział badawczym wzrokiem, w którym po chwili pojawiło się zrozumienie i współczucie.
- Znowu? – zapytał, choć znał już odpowiedź. Przyciągnął dziewczynę do siebie. – Powiedz malutka, znowu?
Małgosia odpowiedziała:
- Znowu umarłeś, Michał.

Monday, 24 August 2009

Studnia mądrości



Tarotowe Poetriki - Studnia mądrości

Najpierw sądziłam,
że chciałeś uratować ją
z łapsk hołoty.
Waleczny rycerz
na białym koniu –
każdy by tak pomyślał.

Ale później dostrzegłam,
jak bardzo się różnicie –
czerwień a błękit,
pasja a mądrość,
świadomość a sen.
Wtedy zrozumiałam,
że jesteś porywaczem
i musiałam odejść
(uwierz, było mi ciężko).

Dziewczyn się nie porywa,
z dziewczynami się zaprzyjaźnia.
Jeśli chcesz zajrzeć do studni,
nie musisz wybierać z niej wody.
Po prostu zamykasz oczy
i skaczesz.

Po drugiej stronie
lśnią jasno gwiazdy,
kaczeńce nucą mądrości,
maratończycy leżą na piasku
i piją koktajle,
a śmiertelnie chorzy
tańczą, rozmawiając w przerwach
o Bhagavad-gicie.

Żeby zrozumieć,
musisz zatrzymać czas
i poprosić o rękę
Boginię Mądrości –
tak to się robi.
A nie porywać
od razu.



Sunday, 23 August 2009

Sny, Rosja i reinkarnacja



Tarotowe Poetriki -
Sny, Rosja i reinkarnacja


Śniłem kiedyś,
że byłem carskim oficerem.
Młodym, silnym,
ze starego rodu.
Pamiętam lśniące buty,
patriotyzm,
szerokie ramiona
i złocistą moc,
wpływającą we mnie
nitkami karmy.

Później eliksir przestał płynąć,
zużyłem całą gotówkę,
ściany teatru
nie kusiły już
blaskiem.
Tak skończył się jeden sen,
a zaczął nowy.

Szkocka chłopka
z opałem na plecach
zawołała do siostry:
„Uważaj na śliskie kamienie,
ostatniej nocy znów lało”
i chwyciła się za bolący krzyż.

Świat się zestarzał,
przyblakły porzeczki,
poszarzały klejnoty,
sczerniała krew
na zardzewiałych,
nie lśniących już klingach.

Czas do łóżka.
Reksio śpi w budzie,
Szuwarek w jeziorze,
zdjęcie Bruce Lee’go
na ścianie,
mama gasi światło,
„Dobranoc synku”.
Dobranoc...
i tonę w Bałtyku,
a dobra wróżka
szepce mi do ucha,
mantry dla umarłych.





Saturday, 22 August 2009

Kilka pierwszych dni – Groningen



Kartki z podróży 4

listopad, 2003, Groningen (Holandia)

Dziś pierwszy raz wychodzę z akordeonem na ulicę. Boję się jak cholera. Nie chodzi tylko o pieniądze, choć mam nadzieję, że coś wpadnie. Wiem, że jeśli to zrobię i wszystko pójdzie dobrze, będzie to oznaczać, że jednak można spełniać swoje marzenia, nawet te najbardziej śmiałe. Kilka miesięcy temu wpadłem na to, żeby nauczyć się grać na akordeonie, później wymyśliłem, że możemy tak zjechać Europę, nie przejmując się szukaniem pracy, no i teraz, to co będzie dziś, okaże się sprawdzianem.

Za oknem trochę chmurno, ale jeszcze nie pada. Dni robią się coraz zimniejsze i mokre. Wczoraj na spacerze po mieście, trochę nam dolało. No ale grunt, że mamy na razie dach nad głową. Susann wydaje się cieszyć z naszego pobytu.

Wczoraj dostałem email od Paulo Coelho. Jakiś czas temu wysłałem mu krótki list z podziękowaniami za to co robi i na ile jego książki zmieniły moje życie. Odpisał, że jest bardzo wdzięczny za moje słowa i że opinie czytelników inspirują go do pisania. Pobłogosławił mnie, żeby miłość zawsze była moim przewodnikiem. Niby brzmi to new age’owsko, żeby nie powiedzieć babsko, ale ostatnio nastawiłem się na odkrywanie takich podstawowych prawd na nowo. Coelho jest w tym dobry. „Alchemik” jest prostą historią i na pewno nie jest arcydziełem literackim, a jednak jest w nim coś głębokiego. Jakby komuś udało się dotknąć podstawowych archetypów.

Napisała też Sita. Okradziono ją w Madrycie ze wszystkiego: z obrazów, dokumentów, kasy. Ciekawe co teraz zrobi, bidulka.



***

Zagrałem wczoraj. Na początku byłem straszliwie spięty. Na szczęście nie padało, ale było już dosyć zimno. Ulice zapełniły się popołudniowym tłumem, ludzie wracali do domów z pracy, robili zakupy, chowali dłonie w kieszeniach kurtek.

Znalazłem zachęcający róg ulicy, z dość szerokim chodnikiem, z gzymsem, na którym mogłem się oprzeć, ale i tak stałem tam bezczynnie przez chyba piętnaście minut, nie mogąc zdobyć się na odwagę. Wreszcie wygrzebałem mój mały akordeon z czarnej torby, tej potarganej, niedużej, w której normalnie trzymam ciuchy. Przed sobą położyłem małą, porcelanową miseczkę, którą znalazłem u nas w szafce. Później zwróciłem się twarzą do ściany, założyłem szelki akordeonu, zamknąłem oczy, wziąłem głęboki oddech i odwróciłem się z powrotem do świata. Drżały mi ręce i miałem kompletną pustkę w głowie, ale powoli zacząłem odzyskiwać spokój, aż wreszcie trema odeszła.

Ludzie byli mili, uśmiechali się i wydawali się nie dostrzegać, że jestem stuprocentowym amatorem. Wręcz przeciwnie – wszyscy rozpoznawali kawałki z „Amelii” i sporo osób zatrzymało się, żeby ze mną pogadać, wrzucić parę groszy. W jakieś czterdzieści minut wpadło około dziesięciu euro.

Teraz, kiedy wiem, że mogę utrzymać nas z grania, że możemy posmakować trochę wolności, poznać kawałek świata, poczułem ulgę. Bałem się, że nic z tego nie wyjdzie, a Bóg mi świadkiem, że skończyły mi się ostatnio pomysły. To było zagranie vabank.

Samo granie też sprawiło mi przyjemność. Było coś relaksującego i rozgrzewającego serce w takim obnażeniu się przed ludźmi – no tak, takie granie na ulicy, szczególnie kiedy ktoś nie jest wirtuozem, a jedynym jego atutem jest szczere pragnienie - jest jak obnażenie się. Pierwszy raz poczułem, że udało mi się wyrwać z anonimowości i zamiast małym, szarym elementem kolektywu, stałem się elementem spajającym, czymś co połączyło tych ludzi i mnie z nimi. Nie umiem tego do końca uchwycić. Chodzi o to, że porzucenie ego choć na chwilę, daje dużo radości.
Poza tym ludziom czegoś brakuje i może widzą to w grajku na ulicy, który nie musi się martwić o kredyty, pracę, podatki, samochód, itd.
No dobra, na razie.



***

Znalazłem jakąś spelunkę, niedaleko naszego mieszkania, na jednej z uliczek odchodzących od De Bazeelstraat. Małe szklanki. Półtora euro za takie mikroskopijne piwo? Muszę się oduczać przeliczać. Tutaj w „Europie” nic już tańsze nie będzie. Nie ma co się tak szczypać z kasą. Bóg zesłał, Bóg zabrał.

Zepsuł mi się dzisiaj nastrój. Nic konkretnego, po prostu dopadł mnie jakiś niepokój. Nawet nie niepokój, coś bardziej jak... nienasycenie, brak satysfakcji. Trochę dziwne, przecież wszystko wychodzi, idzie tak jak chcę, świat stoi otworem. Może brakuje mi relacji z ludźmi i czuję się samotny?

Podoba mi się w tej spelunie. Oryginalny klimat. Właściciel wygląda jakby popijał cały dzień, tak samo zresztą jak jego kolega. Może to nie jest bar, ale trafiłem do czyjegoś domu o otwartych drzwiach? Nie, to bar.

Kolega właściciela przyniósł mi piwo do stolika i ze szczerbatym uśmiechem zabłysnął polskim: „Na zdrowie!”, po czym dodał „Drink and forget brothetr, life sucks”. Mili są tu ludzie.

Ciekawy bar. Stary jak świat. Czarne, drewniane ściany, zapach starego drewna, stęchlizny i piwnego moczu, jak w starych, komunistycznych barach, które pamiętam z dzieciństwa i w sumie z wczesnej młodości też. Podłoga z desek lepi się trochę, w kątach stoją stare beczki, przerobione na stojaki na kwiaty, wielki telefon z lat czterdziestych na ściennej półeczce, na ścianach pożółkłe zdjęcia, pocztówki, a nawet czterdziestoletni plakat z korridy w Cordobie. Miejsce definitywnie pamięta czasy, kiedy Holandia nie była jeszcze przykładowym trybikiem w UE. Nowa Europa nie zniszczyła jeszcze tego miejsca i gdzieś w bocznych uliczkach, na przedmieściach, ciągle jeszcze można spotkać pozostałości starych czasów i nostalgicznych rozbitków, jak ci dwaj spijaczeni panowie. Chwytam klimat. Szklanka wprawdzie mała, ale właściciel baru podaje koledze szklankę piwa i pokazuje na mnie, mówiąc coś po holendersku. Mężczyzna kładzie szklankę przede mną. „On the house” – mówi i mruga zawadiacko. Dziękuję uchwycony za serce szczodrością gospodarza i podnoszę szklankę do góry, schylając głowę w geście podziękowania. Gospodarz macha ręką. „Daj spokój, nie ma za co” – mówi i zaczyna wycierać brudną ścierką szklanki.



Thursday, 20 August 2009

Irlandzkie marudzenia - Dublin



Kartki z podróży 3

2005, wiosna, Dublin

No to stało się. Złożyłem wymówienie. Nie czuję tej ulgi, jakiej oczekiwałem, ale to pewnie dlatego, że jeszcze jestem w szoku. W końcu nie minęło jeszcze nawet pół godziny od spotkania z Krwawą Mary. Cholera, niesprawiedliwe to wszystko. Kobieta tak się przyczepiła, że raczej nie miałem wyjścia. Codziennie wynajdywała nowy problem, codziennie musiałem znosić nowe ataki. Good bye Mary i twoja piekielna restauracjo... Nie chce mi się już o tym myśleć. Teraz muszę się raczej skupić na próbach zapomnienia tego kilkumiesięcznego koszmaru. Poza tym mogę spróbować dostrzec dobre strony. Wypaliłem trochę złej karmy, czuję się silniejszy (tak?), więcej doświadczeń. Kiedy wezwała mnie dziś na dywanik, była przygotowana na przynajmniej pół godziny „profesjonalnego” znęcania się nade mną. Aż miło było widzieć jej minę, kiedy powiedziałem, że odchodzę. Nici z jej wakacji w Szwajcarii. Bez głównego kucharza...

Znowu wolność. Znów się martwię, co będzie, czy znajdę robotę, czy sobie poradzę, czy nie zawiodę Tulasi... No ale trzeba iść do przodu. Dopóki nic nie znajdę, będę grał na ulicy, żeby było chociaż na jedzenie. Poradzimy sobie. Trzeba wreszcie wrócić do wiary w przyszłość, że coś tam czeka szczególnego, że to całe zamieszanie (życie) to tylko mały krok na ścieżce.
Ale i tak człowiekowi smutno, że jakby się nie starał, nic z tego nie wychodzi.

***

Ptak mnie wczoraj osrał, kiedy grałem na ulicy. Siedziałem w tym tunelu na Temple Bar, fajna akustyka, żebrzące, bezczelne, piegowate i ogniście rude matki z dziećmi zrobiły sobie przerwę, całe miejsce dla mnie, gra się jak złoto, aż tu nagle coś mokrego i ciężkiego chlapie mnie w głowę. Chwała Bogu, że miałem sporo papieru toaletowego. Ogólnie jednak było dobrze. Uzbierałem z dwadzieścia euro w godzinę. Później zjawił się Jamajka i swoim ciężkim, brazylijskim akcentem zaprosił mnie na jointa. Później spróbowaliśmy grać razem, ale definitywnie lepiej wychodzi mi gra solo.



Tulasi wychodzi właśnie na spacer. Sama i naburmuszona. Chodzi o to, że wczoraj nie wymasowałem jej bolącej nogi i teraz ostentacyjnie pokazuje mi, że sama daje sobie radę ze wszystkim i wcale mnie nie potrzebuje.

***

Nie mogłem już wysiedzieć w domu. Drugi tydzień bezrobocia. Zjadłem obiad i teraz siedzę na plaży. Puściłem parę kaczek, ale co to za przyjemność, skoro nie ma nikogo, kto by zawołał: „wow!”. Czuć zapach morza. Delikatnie, ale czuć. Może kiedy zrobi się wreszcie cieplej, będzie czuć bardziej? Kawałek ode mnie stoi dziewczyna i filmuje morze. Dziwiłem się, po co jej taki długi film o morzu, ale chyba też się zorientowała, że to nudne. Dała sobie spokój i poszła. Już znika za skałami. Trochę dalej widzę zmierzającą w moim kierunku matkę z dzieckiem... a może to tylko starsza siostra? Wygląda bardzo młodo. No ale w końcu to jest Irlandia. Matką zostaje się tu wcześnie.
To tyle jeśli chodzi o tłumy na plaży. Smętne to Bray. A może to ja? Podobno tylko nudni ludzie się nudzą. Stąd gdzie siedzę widać po prawej stronie tą górę z wielkim krzyżem, na którą ostatnio weszliśmy z Tulasi. Na morzu kilka żaglówek, a na horyzoncie znika prom, odpływający pewnie do Anglii. Podobno morze wycisza, posiedzę więc trochę dłużej.

***

Znowu sam. Cholernie mi ciężko, kiedy Tulasi idzie do pracy, a ja zostaję w domu. Teraz jest jeszcze w porządku; mam parę rzeczy do zrobienia – wyniosę śmieci, sprzątnę, pójdę na Internet, poszukam pracy, sprawdzę maila, forum, ale później? Czas tak się dłuży.

Przedwczoraj wylądowałem na pogotowiu. Zacząłem się dusić, aż w końcu zadzwoniliśmy na 999. Sąsiedzi mieli cyrk. Tulasi pojechała ze mną, trochę się naczekaliśmy, zrobili mi jakieś badania, prześwietlenia i nie byli do końca pewni co jest nie tak. Mogę mieć astmę. Dostałem inhalator na wypadek, gdyby atak się powtórzył.



Wczoraj spędziliśmy cały dzień razem. Poszliśmy na długi spacer, na „prawą stronę miasta” i okazało się, że są tam przepiękne tereny. Zielone góry, pastwiska, łąki. Kupiliśmy też los na loterię, za pieniądze, które znaleźliśmy na ulicy (każdy znaleziony drobniak trafia do słoika loteryjnego, gdzie wszystkie zebrane grosiki mają za zadanie skumulować dobrą fortunę). Niestety plan nie wypalił – jeśli wygralibyśmy 5000 euro, mieliśmy rzucić Irlandię i wyjechać do Włoch, na tą farmę, o której pisała Sita. Nauczyć się nowego języka, poznać nowych ludzi, tym razem z „cieplejszej” części Europy. Nie tak nam było pisane. Wycieczkę zakończyliśmy w barze nad morzem, przy piwku i ręcznie struganych frytkach z octem, do których dostaliśmy gratisowe surówki, w ramach przeprosin za bardzo długie czekanie. Później wieczorem oglądaliśmy filmy. Wszystkie mówiły o śmierci. A przecież dzień był fajny. Jakiś przekaz?

***

Kolejny dzień, z którym nie wiadomo co zrobić. To już chyba piąty tydzień bez pracy. Nigdy wcześniej nie czułem się tak bardzo zawieszony w bezczynności i marazmie. Błeee, nienawidzę tego. Niech już coś się stanie. Jakakolwiek zmiana, jakakolwiek praca. Cokolwiek. Poza tym mam też wyrzuty sumienia, że ona pracuje, a ja tylko wydaję pieniądze. Jak długo będzie jeszcze trwało to zawieszenie? Gdzie mam znaleźć spokój? Słucham Tryo, próbując schronić się w klimacie ich muzyki. Za bardzo jestem skoncentrowany na sobie, ale ciężko się wyłączyć, skoro większość czasu jestem sam ze sobą. Wstaję rano, zwykle nie jem śniadania, nie jestem głodny, wychodzę do Bray, kupuję z dwa pączki, jakiś sok, idę na Internet, odpowiadam na maile, wchodzę na jobs.ie oraz FAS, jeśli znajduję coś ciekawego, wysyłam CV, ale jak do tej pory nikt mnie (chlip) nie chce. Jak można nie chcieć takiego fajnego gościa? Ha, ha. Później kupuję sobie cydra i choć odwlekam ten moment tak bardzo, jak tylko się da, to wreszcie wracam do „domu”, a tam nie ma nic, do czego chciałoby się wrócić. Dom pusty, trzy kanały w telewizji raczej nie są w stanie odwrócić mojej uwagi od życia. Tak wygląda ostatnio mój żałosny rozkład dnia.



Słucham więc francuskiej muzyki i uciekam w marzenia. Wyobrażam sobie, że jestem razem z grupą artystów – podróżników, myśli płyną gładko i ostro, śpiewamy na ulicy, słowa same łączą się z muzyką, w jakimś poetyczno-anarchistycznym porywie, razem łatwiej jest nam znieść obojętność ludzi i bezsensowność świata. To tylko sen, ale próbuję zanurkować w nim tak głęboko, żeby nie musieć wdychać powietrza tego obojętnego, matematycznego wszechświata, który coraz mniej mi się podoba.

Żałuję, że moje życie nie zazębiło się na dłużej o teatr. Tylko ten rok, czy dwa w ogólniaku. Lubiłem to. Samo granie i jeszcze ta atmosfera wokół tego, ludzie. Jestem humanistą bez towarzystwa humanistów. To trochę jak życie bez powietrza. Wszyscy są praktyczni, patrzą w przyszłość, planują, wykupują trzeci filar... szkoda gadać. Tęsknię za latami dziewięćdziesiątymi. Nie wszyscy jeszcze byli tak doskonale pragmatyczni, jak teraz. Pamiętam naszą grupę teatralną. Dwurura, Funia, Zbychu (później został księdzem), Profesor Misiek... Wspólne wigilie, wyjazdy. Do dziś pamiętam jak dobierałem się do Dwurury, na co ona kopnęła mnie kolanem w miejsce, którego się kopać nie powinno. Później jednak była już o wiele przychylniejsza. Na jednym z wyjazdów, to był zdaje się przegląd teatrów amatorskich w Andrychowie, kiedy spaliśmy na sali gimnastycznej, Profesor Misiek rzucał w nas klapkami (nie wiem jak udało mu się trafić w tych egipskich ciemnościach), a rano wysłał do spowiedzi, po czym dobrodusznie wybaczył nam błędy młodości:). To były czasy. Ale i tak byłem zakochany w nie zwracającej na mnie uwagi Funi. Teraz kojarzę, że była brzydulą, ale mi zawsze podobały się dziwne dziewczyny. To od niej spróbowałem pierwszy raz w życiu marihuany, słuchając Doorsów.
Napiszę jeszcze wiersz i zdrzemnę się trochę...

TANIEC

Zbudźmy potwora!
Zbierzmy się przed jaskinią
i zanućmy sprośne piosenki
Zawyjmy jak wilki
i zbudźmy potwora

Ludzie śpią w swoich domach
a straceńcy nie śpią wcale-
całe ich życie to sen

Zbudźmy potwora
Ludzie zwijają się w kule
i pokrywają muszlami i naroślami
a straceńcy tańczą nago
odsłonięci
gotowi na przyjęcie ciosów
a ciosy od życia
są jak pchnięcia dłutem-
boski Rzeźbiarz
wybiera tylko żywą skałę

Zbudźmy potwora!
O zbudźmy go
zanućmy sprośne piosenki

Wiem, że którejś pochmurnej nocy
spotkamy się na wzgórzu
czekam zawsze niedaleko księżyca
i wypatruję twojej miotły...



Krakowski romans



Krakowski romans
(fragment tego samego opowiadania, z którego pochodzi "Wiedźma wygrała")

Małgosia odesłała Michała do domu. Chciała być sama. Choć byli razem już od roku, ciągle jeszcze mieszkali oddzielnie. To była jej decyzja, ale sama nie wiedziała dlaczego trzymała się jej tak bardzo. Byłoby miło poleżeć teraz razem, przytulić się i spróbować wspólnie znaleźć sens w wydarzeniach ostatnich tygodni. Zamiast tego siedziała samotnie, w cichym, zalanym popołudniowym słońcem pokoju, na poddaszu krakowskiej kamienicy, w samym prawie centrum (gdyby nie okazyjna cena i pieniądze za korepetycje z hiszpańskiego, nie byłaby w stanie pozwolić sobie na taki luksus) i próbowała choć trochę się wyciszyć, poszukać jakiegoś sensu w tym wszystkim, zracjonalizować doświadczenia z ostatnich kilkunastu dni.

Z Michałem poznali się prawie dokładnie rok wcześniej. Wiosna niezauważalnie przechodziła w lato, ciepła bryza poruszała delikatnie drzewami na Plantach, podekscytowani sesją końcową studenci pili wino w parku, a turyści napychali się obwarzankami i oscypkami, zapijając lodowatym piwem, podawanym w malowniczych, przytulnych barach.
Lubiła spacerować po Krakowie, ot tak, bez celu, z książką i dziennikiem w torbie, przechodzonym aparatem cyfrowym i łagodnymi, brązowymi oczami, którymi badała przechodniów, zawsze nastawiona na, jak sama mówiła, wyławianie ludzi ze swojego plemienia.
Czasami siadała na trawie, pod Wawelem, albo na Rynku, na jakiejś wolnej ławeczce, czy murku i pisała o tym jak pachną dorożki (oczywiście końmi!), co się jej śniło, że chciałaby być tutaj w latach dwudziestych i ciekawe, czy wtedy również mogłaby mieć na sobie tą samą białą sukienkę w czerwone i niebieskie secesyjne kwiaty, z dużym wycięciem na plecach, i czy byłaby w stanie stopić się w niej z tłumem.
Michał powiedział jej później, że wcale nie musiałaby wracać do lat dwudziestych, żeby wyróżniać się z tłumu. Nawet teraz, w dwudziestym pierwszym wieku, wyglądała jakby była nie z „teraz”. W ogóle nie było wiadomo skąd jest.

Pewnego dnia, spacerując po ciasnych uliczkach, weszła do jego zakurzonego antykwariatu w piwniczce. Czytał właśnie stary egzemplarz „Kronik Marsjańskich” Raya Bradburego, pozbawiony okładek i kilkunastu ostatnich stron. Wygrzebał go z pudła, które jakiś miłosierny samarytanin zostawił rankiem pod drzwiami jego sklepiku i nie wiedział nawet kiedy całkowicie zagubił się na uliczkach opuszczonych, tajemniczych i pięknych marsjańskich miast. Nie miał zbyt wielu klientów, kiedy więc usłyszał skrzypienie drzwi, z zainteresowaniem podniósł głowę z nad książki. Sklepik nie miał lady, tylko mały stolik na którym ledwo mieścił się komputer. Kasa fiskalna musiała zadowolić się miejscem na podłodze. Obłożona papierami i książkami oraz pokryta kurzem, z pewnością obudziłaby podejrzenia urzędu skarbowego, na szczęście jednak wydawało się, że urząd zapomniał o jego sklepiku. Do środka prowadziły dosyć strome schody i najpierw zawsze widział nogi klienta. Dzięki temu miał sekundę, albo dwie na ocenę sytuacji i przygotowanie indywidualnego podejścia do klienta. Inaczej należało podchodzić do zgrabnych, nastoletnich nóg, w spódniczce, a inaczej do dystyngowanych, w kantkę, albo w sztruksach obstrzępionych przy nogawkach.

Po kilku tygodniach, kiedy byli już parą, powiedział jej, że kiedy pierwszy raz weszła do jego sklepiku, ciężko było mu zaklasyfikować jej nogi. "Na pewno były zgrabne" -dodał szybko, widząc jej zmarszczone czoło), ale miały też w sobie coś poważnego, artystycznego, tajemniczego, pociągającego, ale i godnego czci. „To wszystko wyczytałeś z moich krzywych nóg?” – zaśmiała się, mile połechtana.

Więc nieznajoma dziewczyna weszła do sklepu i pokazała swoje nogi. Odłożył książkę i czekał na resztę zagadkowej postaci, zastanawiając się przez chwilę, czy być może nie zobaczy zaraz twarzy marsjańskiej księżniczki o złotych oczach. Zamiast tego, zobaczył Małgosię i tak to się wszystko zaczęło. Zupełnie jak w „Mistrzu i Małgorzacie”, która – jak się okazało – była ulubioną książką zarówno jego jak i jej.

Czasami to ona przychodziła do niego, do antykwariatu i grzebała godzinami po zakurzonych półkach, równocześnie rozmawiając z nim o Atlantydzie, Dostojewskim, snach, Tarocie, seksie, Bogu – przy tym temacie ścierali się ogniście; Michał był ironicznym agnostykiem, ona w pełni przekonaną teistką, ale nigdy nie pokłócili się na tyle, żeby coś się między nimi popsuło.
Innym razem, Michał zamykał swoją piwniczkę na cztery spusty i czekał na Małgosię pod szkołą, a później spacerowali godzinami po Krakowie, z zaskoczeniem odkrywając ciągle nowe zakątki, ulice i szalone sklepiki z dziwactwami.
Minęło wspólne lato, pełne wędrówek i spoconej miłości na dusznym poddaszu jej mieszkania, później złota – choć pod koniec szaro-deszczowa jesień, następnie mroźna zima (grzali się wtedy przy malutkiej farelce, w przytulnym półmroku jego sklepiku, delektując się zapachem kurzu, starego papieru i gorącej herbaty z malinowym sokiem).

Aż przyszła wiosna, która wszystko zmieniła.



Wednesday, 19 August 2009

Tarotowe poetriki - Czas



(Dzisiejszy pomysł - poezja inspirowana w całości Tarotem. Kilka, przypadkowo wybranych kart i próba uchwycenia obrazu, uczucia, czy myśli. Wsłuchując się w Anima Mundi. Spróbuję zrobić z tego coś, może nie regularnego, ale na pewno powracającego)

Tarotowe poetriki - Czas

Jedną twarz miała kamienną,
drugą, ludzką – ze słów i ciała.
Dumnie wsparta pod boki,
w dłoni trzymała aksamitną maskę.
Dlatego zostawiłem ją samą,
w słonecznikach
i usiadłem na brzegu rzeki,
obserwując niecierpliwie
przesypujące się ziarnka piasku.
Ciągle wydaje mi się,
że nie mam już czasu.









Wiedźma wygrała



(fragment opowiadania)

- Wiedźma wygrała – powiedział cicho Omawnakw, Pierzasta Chmura, patrząc w stronę czystego już nieba. Był poranek po tornadzie.
Siedział na trawie, obok zbutwiałego, pachnącego zgniłą korą i mchem pnia. Jego twarz zwrócona była na północ, w stronę miasta białych ludzi, które leżało dziesięć mil od rezerwatu. Obok niego stała stara kobieta. Choć z jej twarzy można było wyczytać podeszły wiek, ciągle potrafiła stać prosto i dumnie. Na imię było jej Awenasa, co znaczy Mój Dom.
Awenasa zbliżyła dłoń do ramienia starca, ale w ostatniej chwili zawahała się i odpowiednia chwila umknęła. Cofnęła rękę.
- Co z Ojcem Gwiazd? – zapytała z troską.
Omawnakw nie przestawał patrzeć w dal. Wiatr rozwiał mu po twarzy białe włosy. Wyglądały jak świeży śnieg okrywający pomarszczoną, brązową korę dębu. Westchnął. Tym razem Awenasa zebrała się na odwagę i położyła swoją dłoń na dłoni męża.
- Czy żyje? – spytała z pełnym napięcia oczekiwaniem.
Starzec nie odpowiedział. Siedział w milczeniu jeszcze przez chwilę, po czym chwycił się ramienia Awenasy.
- Pomóż mi wstać kobieto.

Awenasa pociągnęła go delikatnie w górę, aż stanął na nogi. Następnie zwinęła wytartą derkę ze skóry jelenia i powoli ruszyła za oddalającym się mężem. Ziemia ciągle była nabrzmiała wilgocią. Mokra trawa przyklejała się do mokasynów. Omawnakw szedł przodem, podpierając się kawałkiem kija. Jego żona, choć mogła iść o wiele szybciej, pokornie dreptała za nim. Kiedy zbliżyli się do pierwszych zabudowań wioski, Omawnakw wyrzucił kij i wyprostował z wysiłkiem plecy. Jego twarz pozostawała surowa i nieprzenikniona.
Szli przez ulicę, odpowiadając na ukłony jej mieszkańców, witających z szacunkiem swojego wodza. Kiedy stanęli wreszcie przed chatą, Omawnakw odwrócił się do żony.
- Bitwa trwała trzy lata i Wiedźma ją wygrała, ale Ojciec Gwiazd ciągle opiekuje się plemieniem Jicarilla – powiedział z dźwięczną dumą i przekonaniem, po czym zniknął w drzwiach domu.
Awenasa wspięła się na pierwszy stopień. Odwróciła głowę i spojrzała ze smutkiem w stronę niewidocznego Codell. Oczy miała pełne zwątpienia i łez.