Friday, 28 May 2010

Klisze

Klisze



Przeglądałem dziś rano zdjęcia. Kiedy jesteśmy na obczyźnie, staramy się wozić z sobą nieduży wybór, żeby leczyć emigracyjne chandry. Jest garstka zdjęć z dzieciństwa, trochę z czasów nastolactwa – tylko Tania, bo ja niestety spaliłem kiedyś wszystkie, w ramach pobudzenia katharsis;), kilka fotek z czasów mojego mnichowania i późniejszego zakochania w Tani. Jeszcze granie na ulicy, trochę historii po drodze i początek naszego nieszczęśliwego związku z zieloną, nudną i nadętą Anglią.

* * *



1997 rok. Zima. Kraków. Od kilku miesięcy mieszkam w świątyni. Odżywam, oddycham z ulgą. Po chaosie wcześniejszego roku, ćpania, chlania, kryzysie tożsamości, wreszcie wszystko się uspokoiło i poczułem, że świat wraca do normy… Albo raczej zmieniłem się na tyle, że przestało mnie ruszać szaleństwo otoczenia. Zacząłem widzieć głębszy sens.
Viśvarupa (kiedyś Wojciech) był świetnym facetem (ciągle jest, choć nie jesteśmy w kontakcie). Starszy mnich, który uciekł od świata jeszcze w latach osiemdziesiątych. Miło go wspominam.

* * *



Chłopak z bębnem to ja. Cork City. Irlandia. 1998. To była przygoda. Pierwszy mój wyjazd za granicę. To wtedy złapałem bakcyla włóczęgostwa. Naszą misją było założenie świątynki w Cork. Trzy dziewczyny, trzech chłopaków, entuzjazm, wiara w przyszłość, radość z życia. Codziennie spędzaliśmy kilka godzin śpiewając i tańcząc na ulicy. Ludzie myśleli, że jesteśmy kompletnymi wariatami, ale lubili nas. Po trzech miesiącach skończyło nam się pozwolenie na pobyt. Próbowałem jeszcze wrócić, ale zatrzymali nnie w Dover, kiedy przekraczałem La Manche i wykopali do domu. I dobrze. Właśnie miał zacząć się nowy rozdział.

* * *



To zdjęcie ukradłem mojej miłej zaraz na początku naszej znajomości i w tajemnicy zrobiłem sobie kopię. Ma na nim jakieś szesnaście lat (w białej bluzie, druga od prawej). Teraz jest dwa razy starsza, a prawie nic się nie zmieniła dziewczyna:). Co do kradzieży i tajemnicy – mieszkając w religijnej społeczności, gdzie kontakt damsko-męski jest ograniczony do minimum i gdzie czystość i cnota mieszkańców jest strzeżona jak Alcatraz, moje przedsięwzięcie leżało w kategorii wyczynów Jamesa Bonda.

* * *



1999 rok, wczesna wiosna, Kraków, świątynia. Dobre wiatry przygnały do świątyni Tanię. Na tym zdjęciu znamy się jakieś cztery miesiące. Już zdecydowaliśmy się na ślub. Skończyły się moje marzenia o byciu wędrowym mnichem i spędzeniu starości pod drzewem w Indiach, albo w Himalajach. Najwyższy miał dla mnie inne plany. Za niecały rok od tej chwili pobieramy się. W międzyczasie zadłużam się na samochód („jeśli chcesz być prawdziwym mężczyzną i głową rodziny, musisz mieć samochód”), okazuje się, że kupiłem najgorszego rzęcha na giełdzie, spędzam miesiąc i kupę kasy na naprawę, po czym mamy wypadek w czasie wyprowadzki ze świątyni. Nam nic się nie stało, ale samochód w drobny mak. Podłamuje się nasz entuzjazm i wiara, że wszystko się ułoży. To wtedy zakodowało się w nas przekonanie, że życie składa się z wysiłków, które ostatecznie i tak rozbijają się w pył. Wiem, że to fatalizm, ale myślę, że z czasem utemperowałem go na tyle, że nie paraliżuje mnie, ale raczej pozwala mieć dystans do świata. Ostatecznie, jedyną rzeczą, jaką zachowamy, będziemy tylko my sami.

* * *



To było w Prima Aprilis, 2000 roku. Zrobiliśmy furorę strojem Tanii i malunkami na twarzy. Kobity z urzędu stanu cywilnego pożyczyły od nas kasetę, żeby chwalić się nietypową parą. Próbowała nas opluć pewna babcia, która akurat wychodziła z kościoła (kościół stał zaraz obok Urzędu Gminy), ale nie trafiła. Uznaliśmy to za dobry znak na przyszłość;)

* * *



Tania w czasie uroczystego dnia inicjacji. Wreszcie dostaje upragnione nowe imię. Od tego dnia aż do teraz jest dla mnie Tulasi.

* * *



W tym górskim schronisku wylądowaliśmy na ponad pół roku. Było świetnie – czasami cisza i spokój, czasami goście, gitaru, ogniska. Wtedy chyba pierwszy raz doceniłem góry, choć mieszkałem tam od urodzenia. Nie byliśmy jednak gotowi na osiedlenie się. Po pół roku wyjechaliśmy do Hiszpanii.

* * *



Po dziewięciu latach ciągle jesteśmy zakochani w tym kraju. Był to ważny okres. Mieszkaliśmy na małej farmie pod Madrytem. Zanim miejsce kupili wielbiciele Kryszny, należało do generała Franco. To w tym czasie rozwinęło się w nas przekonanie, że musimy być niezależni. Życie na wsi, w małej społeczności, z jej politykami, hierarchiami, zniechęciło nas do jakiejkolwiek instytucji, bez względu na wzniosłość jej zasad. To wtedy zamiast „krysznowiec” zacząłem o sobie mówić „niezależny poszukiwacz”. Mimo wszystko zostawiliśmy tam serca i kiedy się da wracamy. Po latach pamietam więcej dobrych rzeczy, niż złych.

* * *



Zaczęło się od „Amelii”. Po Hiszpanii wylądowaliśmy w Raszynie pod Warszawą. Podła praca, podłe traktowanie, niekończące się godziny w paskudnej firmie z podłymi ludźmi. Nie wiedzieliśmy co zrobić. Wtedy obejrzeliśmy Amelię i powiedziałem, że nauczę się grać na akordeonie, a kiedy już choć trochę zajarzę, to pojedziemy w świat. Ciężko było myśleć o akordeonie, skoro nie starczało nawet na jedzenie, ale na szczęście, któregoś czerwcowego dnia, Tania powiedziała szefowi, co myśli o jego firmie i powiedziała, gdzie ma się pocałować (to znaczy w dupę). Zostaliśmy zwolnieni. To była ulga. A po tygodniu dostałem akordeon na prezent od Szymka. Pełna synchroniczność. Na kilka miesięcy zamelinowaliśmy się w górach, gdzie oddałem się bez reszty rzępoleniu na instrumencie. Nienawidziłem go - jego nieposłuszeństwa, oporności i fałszowania, ale mimo to, zaraz po przebudzeniu, na wpół przytomny chwytałem za klawisze , miechy i guziki. Opłaciło się.

* * *







Na jesień, 2003, byłem gotowy… Teraz myślę, że nie byłem ani trochę, ale wtedy rozpierała mnie duma z pięciu melodii na akordeonie, które kaleczyłem z uczuciem. Jeszcze się wahaliśmy, ale po przeczytaniu „Alchemika” machnęliśmy ręką i pojechaliśmy. Po kupnie biletów do Amsterdamu zostało nam jakieś 200 euro. Liczyliśmy tylko na mój muzyczny talent:). Nie były to mocne fundamenty, ale jakimś cudem się udało. Okazało się, że mogę nas nakarmić z grania. Amsterdam, Groningen, później Paryż. Tam Tani zepsuły się plecy i musiała wrócić do domu, na leżąco, zajmując dwa siedzenia w autobusie, a ja zostałem w Paryżu. Nie dlatego, że chciałem, ale nie mieliśmy kasy na dwa bilety. Nie zraziliśmy się. Później było więcej wyjazdów. Dania, Hiszpania, Irlandia, Anglia.
Na pierwszym zdjęciu z tej trójki są z nami Anna Maria i Suzanna z Holandii. Poznaliśmy sie w Hiszpanii. Zaprosiły nas do siebie i spędziliśmy tam prawie miesiąc. Sympatyczne dziewczyny. To w tamtym okresie (a zdaje się nawet tamtego wieczoru w pubie) zacząłem używać "flows of happines" na określenie fali szczęścia zalewającej człowieka, kiedy zdaje sobie sprawę, że jest wolny i wszystko zależy od jego marzeń. Miałem wtedy nadzieję, że to stan permanentny.

* * *



Aleksyj, rosyjskoukraiński brodacz, którego przygarnęliśmy. Dobry chłopak. Urodził się na Kamczatce, później los rzucał go po świecie, między innymi do Polski. Spotkaliśmy się, kiedy odwiedzałem świątynię w Warszawie. Wyczuliśmy anarchistyczno-duchowe wibracje i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Świetnie grał na gitarze, miał super historie do opowiadania.

* * *







Aż wreszcie postanowiliśmy się na chwilę choć zatrzymać. W 2005 wylądowaliśmy w Birmingham. Od czasu, kiedy nie wpuścili mnie do Anglii w 1999, ten kraj był moją obsesją. Kiedy wreszcie udało mi się dojechać, rozczarowałem się. Od samego początku nie mogłem ścierpieć tego miejsca. Tylko, że łatwo było o pracę, obydwoje znaliśmy język i w ten sposób utknęliśmy.
Mimo wszystko spotkaliśmy kilku przyjaciół i przeżyliśmy sporo dobrych rzeczy. Na pewno nie był to zmarnowany okres.

* * *

Jakość zdjęć tragiczna, ale nie mam skanera, są to więc zdjęcia zdjęć.

Saturday, 15 May 2010

Pocztówka prowokacyjna;)



W ramach odwdzięczenia się za wszystkie śliczne, czasami seksowne zdjęcia zaprzyjaźnionych blogerów i blogerek. Pozdrawiam:)

Tuesday, 4 May 2010

Przyjaciel Durruttiego - sen





Jeden z moich rewolucyjnych snów:) W sumie ciekawy pomysł - wybranie sobie wojny z historii., na którą człowiek czuję, że się spóźnił. Można by to kiedyś wykorzystać. Zdarzyło się jeszcze więcej, ale początek i uczucia z nim związane pamiętam najlepiej. Powyżej piosenka ze snu, której kawałek przetłumaczyłem trochę niżej.

Przyjaciel Durruttiego
(sen)

- Jakie znasz języki? – pyta urzędowym, zmęczonym tonem oficer, w cerowanej kufajce. W oczekiwaniu na odpowiedź przysuwa do siebie zadrukowany blankiet. Bawi się pieczątką.
- Francuski. Trochę niemiecki… - odpowiada nieśmiało mężczyzna przede mną. Zwalisty, szeroko rozstawione nogi, nerwowo miętosi w trzęsących się dłoniach czapkę. Chłop oderwany od pługa.
- Ruch oporu we Francji. 1943 – oznajmia oficer, wpisując nazwę przydziału. Koślawe pismo, rutynowe, niczym u lekarza. Ciekawe, czy ktoś to odczyta? Podaje kartkę ruchem jednocześnie odprawiającym interesanta.

- Następny – mówi, zanim jeszcze mężczyźnie przede mną udaje się odsunąć na bok. Podchodzę, z zaciekawieniem przyglądając się reakcji na twarzy poprzednika. Rozczarowanie? Może zmęczenie po długiej drodze?

- Języki?
- Polski, angielski, hiszpański – podkreślam szczególnie ostatni.
- Przekonania polityczne?
Zaskoczył mnie.
- Eee – jąkam się. – Chyba antypolityczny – mówię niepewnie. Nie chcę się za bardzo określić, żeby nie wpłynąć na werdykt. Ale jeśli nic nie powiem, to kto wie gdzie mogę wylądować? Rewolucja październikowa? Wojna burska? Cholera. Oficer gryzie krzywo zaostrzony ołówek, zastanawia się. – Anarchista – wypalam wreszcie.
- Trzeba było tak od razu – uśmiecha się. – Wojna domowa w Hiszpanii. 1936. Milicja Durruttiego. – Pieczątka z impetem ląduje na dokumencie.

Podekscytowany chwytam ostęplowany papier i schodzę na bok, robiąc miejsce następnemu ochotnikowi. Nie mam czasu nacieszyć się przydziałem. Podchodzi zarośnięty żołnierz, starszy ode mnie o kilka lat. Uśmiecha się szczerbato i wyciąga rękę.
- Jose – mocny, szczery głos. Chyba Andaluzyjczyk. Lubię Andaluzyjczyków.
- Martin – odpowiadam, kładą mocny akcent na ostatnią sylabę jak rodowity Hiszpan. Bardzo chcę być „swój”.
- Mam odprowadzić cię do koszarów – mówi kładąc mi rękę na ramieniu. – No i witaj.
Idziemy. Po chwili sięga do kieszeni i podaje mi wymiętą opaskę. Czerwono-czarną.
- Na rękaw – wyjaśnia.

Cieszę się jak cholera. Marzyłem o tym tak, jak tylko się da. Ale nie da ukrywam, że mam pietra. Niedługo będą do mnie strzelać. Mogę zostać kaleką, albo nawet zginąć. Dochodzimy do ciężarówki. Stoi w rządku innych pojazdów. Niektóre nowe, rozpoznaję nawet vana mercedesa, model nie późniejszy niż z ’90. Ciekawe gdzie ci jadą. Za szybą widzę kilka wąsatych, śniadych twarzy. Bałkańczycy. Jestem prawie pewien. Obok nich furmanka i palący papierosy skośnoocy faceci w korzuchach z zagiętymi szablami u pasa. Mierzą mnie chłodnym, ale zaciekawionym wzrokiem. „Co robi tutaj taki smark w okularkach?” – myślą pewnie. Oddycham z ulgą. Mogłem przecież dostać przydział z nimi i wylądować w jakiejś zapyziałej wiosce, sprzed kilku stuleci, w konflikcie, którego nie rozumiem.

Wsiadamy do ciężarówki. Rozglądam się po pustej pace. Jose wzrusza ramionami.
- Nie ma zbyt wiele chętnych. Są popularniejsze wojny.
Zajmuję miejsce w samym tyle. Chcę wszystko widzieć. Ruszamy. Jose podaję mi krzywo sklejonego papierosa. Niby rzuciłem, ale pal licho, w końcu jadę na wojnę -Rak płuc to ostatnia rzecz, jaką muszę się teraz marwtić. Odpalam. Cuchnący, drapiący w gardło dym wypełnia mi płuca. Usta zalewa gorzka ślina, z trudnością powstrzymuję kaszel. Już i tak czuję się jak laluś. Chociaż tym mogę nadrobić. Mój towarzysz śmieje się do siebie, widząc moje zmagania. Jedziemy jakieś piętnaście minut. Mijamy szare pola, zapuszczone chaty, smutne wierzby. Jakby listopad. To chyba kraina przegranych wojen, o której mi mówiono.

- Trzymaj się, zaraz zacznie porządnie trząść – ostrzega Jose. Chwytam się mocno siedzenia i wstrzymuję oddech. Buch! Trząść?! Ciężarówka spada prawie pionowo w dół, nic prawie nie widać, może szara smuga, jakby gęstego deszczu i osypujące się kamienie. Do tego ten hałas. Zgiełk miliona krzyków, śmiechu, wycia. Ciarki przechodzą po plecach.
- Winda dziejów! – Jose próbuje przekrzyczeć harmider, równocześnie przytrzymując czapkę na głowie. Nie wiem, czy mam być wdzięczny za wyjaśnienie.
A później jedziemy po kamienistej drodze w pełnym hiszpańskim słońcu.

* * *

Dopiero w koszarach po raz pierwszy w pełni uświadamiam sobie, co zrobiłem. Gwar, setki ludzi w źle dopasowanych mundurach, ale każdy i tak pasuje tu lepiej niż ja. Mała grupka zebrana wokół uśmiechniętego cygana z gitarą. Klaszczą do skocznej piosenki i powtarzają chórem niektóre jej partie. Wsłuchuję się w słowa.

En la plaza de mi pueblo…
…chłop mówi do swego pana:
„Nasze dzieci rodzą się
z pięścią podniesioną.
Ta ziemia nie jest moja
ona jest mojego pana
on ją zrasza moim potem
i uprawia moją ręką.
Ale powiedz mi kolego,
skoro to jest jego ziemia,
to dlaczego nigdy w życiu
nie widziałem go tu z pługiem?”

Na ostatnie słowa Cygana kolorowa grupka wybucha rubasznym śmiechem. Podają śpiewakowi gliniany bukłak z winem.
Cholera. Naprawdę tu jestem! Macham do śpiewających ludzi. Odpowiadają przyjaznym gestem i rzucają jakiś żart. Nie rozumiem, ale domyślam się, że chodzi o moją „zieloność”. Serce bije mi mocno. Wdycham zapach kurzu, słońca, taniego wina i potu. Wiem, że choć jeszcze jestem nowy, to niedługo będę śpiewał piosenki z resztą, będę opowiadał z dumą o faszystach, których odstrzeliłem i chwalił się bliznami. Chyba, że nieopierzony, pójdę na odstrzał w pierwszej bitwie. Odganiam nieprzyjemną myśl. Tym będę się martwił na froncie. Teraz chcę po prostu być tutaj, z braćmi i śnić o lepszym świecie. Jose prowadzi mnie do arsenału i dostaję własną strzelbę. Nie zwracam uwagi na rdzę. Z radością ważę w rękach broń. Jej ciężar uświadamia mi powagę sytuacji. To nie zabawa.

Budzę się.


Wednesday, 28 April 2010

Dziewięć dni obfitości 5



Dzień piąty

Zdecydowaliśmy się na długi spacer. Tulasi długo przebierała w spodniach, w końcu zdecydowała się na nowe, brązowozielone, a la Sindbad (ni to spodnie, ni to kiecka). Lubię te przechadzki. Gdyby wliczyć Camino de Santiago, to przeszliśmy razem z dwa tysiące kilometrów. A może więcej? Kiedy mieszkaliśmy w Krakowie, nie mając kasy na autobus (wtedy nie mieliśmy kasy na nic), czasami codziennie chodziliśmy z Kurdwanowa do centrum. Kawałek drogi. Lekko się wtedy rozmawia, nic człowieka nie rozprasza, pełen relaks.

Powiedziałem, że będę tęsknił za tą ulicą. Tulasi zmarszczyła nos. Tęsknić za Stokes Croft? Za narkomanami, zaszczanymi ulicami i śmieciami? He, he. Mi się podoba. Wyciągnąłem palec.
- Popatrz na tego pana, pod drzewem. Nierówny zarost, warstwa brudu, pomięty papieros w ustach, puszka piwa w kieszeni, pewnie bezdomny. Gościu dobił dna. Ale z drugiej strony pomyśl, jaką czuje ulgę. Nie musi się już ścigać, martwić, że upadnie (niżej się już nie da), podlizywać szefowi, planować emeryturę, bać raka płuc. Dziewiąta rano, a on sobie leży pod drzewem i z uśmiechem patrzy na biegających ludzi.
- I co?
- Zazdroszczę mu.
- Głupek.

Nie jedliśmy śniadania, więc za moją namową skierowaliśmy się do Falafel King – najlepsze falafele w Bristolu. Budka była jeszcze zamknięta. Pozostało Cosmo – chiński bufet – za siedem funtów jesz, aż nie padniesz. Do otwarcia ciągle pozostawały dwie godziny. Kupiliśmy sobie po bułce, sok, skoczyliśmy do biblioteki i z książkami rozłożyliśmy się na skwerku College Green. Ja wziąłem „Autostopem przez galaktykę”, Tulasi „Dom nad rozlewiskiem”. Ciężko było się skupić, bo naprzeciwko siedziała ognista Hiszpanka w kusej sukience. Wcale nie próbowała zasłaniać tego, co odsłaniał materiał i drwiąco patrzyła przez lustrzane okulary na potykających się mężczyzn, którzy nie potrafili powstrzymać się od zerknięcia.

Kilka minut przed dwunastą poszliśmy do restauracji. Jak zwykle w Cosmo, napakowaliśmy żołądek do granic wytrzymałości. Smażona oberżyna, fasolka szparagowa w sosie czosnkowym, kotleciki ziemniaczane, curry, samosy, smażone pieczarki... Choć myślałem, że pęknę, to po drodze kupiłem jeszcze loda z budki.

Resztę dnia spędziliśmy w domu. Leniwie, spokojnie. Obejrzałem odcinek Housa. Popracowałem nad książką. Wieczorem wdałem się w internetową dyskusję z Pilipiukiem (szły iskry). I tak zeszło do północy.



Monday, 26 April 2010

Dziewięć dni obfitości 4



Dzień czwarty

Uciąłem sobie krótką drzemkę na Queen Square. Korzystając ze słońca, położyłem się na trawie. Przeczytałem kilka stron „No Gods No Masters”, z rozdziału o Maxie Stirnerze, ale widać ciągle byłem zmęczony po wczorajszej wycieczce, bo filozoficzne wywody nie były w stanie utrzymać mojej uwagi. A może to wina Stirnera, którego skrajany indywidualizm, pomimo ciekawych kwestii, odepchnął mnie. Widać za bardzo nasiąkłem prospołecznymi, mistycznymi i trans-egoistycznymi pismami Tołstoja i hinduskich myślicieli.
Wierzę, że zdrowy „egoizm”, czy indywidualizm możliwy jest tylko, wtedy, gdy człowiek zrozumie swoją transcendentalną jedność nie tylko z ludzkością, ale nawet z całym stworzeniem.
Mimo to Stirnerowska krytyka państwa, instytucji i współczesnej edukacji jest jak najbardziej prawdziwa, nie ma co do tego, żadnych wątpliwości.

Dziś zostawiłem rower w domu. Nie tylko dlatego, że wczoraj straciłem rowerowy entuzjazm, ale na piechotę można zobaczyć świat z lekko innej perspektywy. Jadąc rowerem widzi się więcej niż z samochodu. Idąc, widzi się więcej niż z roweru. Siedząc w miejscu, widzi się najwięcej.

Najbardziej otwieram się na ludzi, próbując wyłowić z otoczenia osoby, jak ja, otwarte na kontakt. Wymienić poglądy, historie, doświadczenia.

Nie jest to łatwa sprawa, a już na pewno nie tutaj, w Anglii. Najlepiej wychodziło mi to w Hiszpanii. Każdy spacer zamieniał się w towarzyskie spotkanie. Kiedy w zeszłym roku pojechałem do Granady, nie było godziny, żebym nie porozmawiał z ciekawym człowiekiem. Rano wychodziłem z hotelu, kupowałem trochę chleba, owczego sera, oliwek, wino i chodziłem bez celu, czekając aż z pozornego chaosu ulicy wyłonią się przyjaciele, adwersarze, filozofowie, podróżnicy. I wyłaniali się.

Tutaj jest ciężej, ale mój sposób też działa. Wymaga tylko więcej czasu i energii.

Kiedy wyleżałem się już dostatecznie, poszedłem dalej. Na rynku skręciłem w małą uliczkę, pnącą się stromo do góry. Rzadko nią chodzę. To na niej kupiłem Saracena, tutaj też zdobyłem „Homage for Catalunia” Orwella za pięćdziesiąt pensów. I dziś również nie obeszło się bez zakupów. W oknie jednego z małych, obdartych sklepików zobaczyłem kolekcję starych monet. Przypomniałem sobie, że Łukasz zaczął kolekcjonować monety – jak mógłbym zapomnieć, skoro mówi mi o tym przez telefon raz w tygodniu – i może znalazłbym coś dla niego. Zdziwiłem się, widząc, że właściciel sklepu – zasuszony, siwy dziadek ma na sprzedaż nawet srebrne monety z okresu Republiki Rzymskiej, czyli z III, IV wieku p.n.e. Niestety nie było mnie stać na wydanie pięćdziesięciu funtów (a takie było minimum), ostatecznie kupiłem więc rzymską monetę z IV w. n.e. z wizerunkiem Flawiusza Juliusza Crispusa, za dziesięć funtów oraz trzy monety chińskie z XVII w. za dwa.

Później planowałem jeszcze pobuszować po antykwariacie, ale skusiła mnie uliczka prowadząca do domu. Przez resztę dnia poczytam nowy numer SFFiH, który właśnie przyszedł pocztą, poedytuję książkę Auttareyi i może obejrzę jakiś film.
Ciągle jestem zmęczony.



PS. To się nazywa synchroniczność. Pod wpływem impulsu skopiowałem nazwę powyższego zdjęcia, tak jak pojawia się w aparacie, czyli DSCN9716 i wrzuciłem w google. W pierwszym rządku wyników, pojawiło się zdjęcie bardzo podobnej monety rzymskiej. Ale co to może znaczyć? Że mam zacząć zbierać monety? Obejrzeć jeszcze raz "Gladiatora"? Pojechać do Włoch? Poczytać Senekę;)

Dziewięć dni obfitości 3



Dzień trzeci

Obudziłem się z kacem. Nic drastycznego, ale rano wyżłopałem litr soku jabłkowego. Wczorajszy wieczór był pod znakiem niepohamowanego śmiechu, piwa i nocnych spacerów.

Poranne niebo nie do końca zdecydowane – zakryć się chmurami, czy nie zakrywać. Póki się nie zdecyduje, my też nie wiemy, co zrobić. W planie była wycieczka rowerowa do Bath. Dwie godziny pedałowania po miłej leśnej ścieżce, a na miejscu być może pizza, albo frytki. Ja bym jechał mimo wszystko. Z cukru nie jesteśmy. No ale nie wiem, jak zapatrują się na to dziewczyny i Łukasz.

A w ogóle to fajnie tak siedzieć i nie wiedzieć, czym zapełni się dzień. Tulasi robi kanapki, ja podgrzewam sobie springrollsy (lubie z rana zjeść coś ciężkiego i tłustego), Ewa z Łukaszem piją cappuccino w ogrodzie. Jeszcze nie ma dziesiątej.

* * *



Jednak pojechaliśmy. Mimo ciężkich chmur i lenistwa. Jak zwykle pobłądziliśmy, próbując wydostać się z centrum Bristolu, ale wreszcie znaleźliśmy ścieżkę. Po piętnastu minutach lunął deszcz. Na szczęście w zasięgu wzroku stał nieduży wiadukt, pod którym mogliśmy się schować. Po chwili zrobiło się tłoczno – nie tylko my szukaliśmy schronienia. Jak szybko lunęło, tak szybo przestało i po niecałych dwóch godzinach byliśmy w Bath.

Ładne miasteczko. Wolałbym mieszkać tam, niż w Bristolu. Więcej małych uliczek, niedużych, prywatnych sklepów, na każdym rogu uliczny artysta. Czułem się jak w Europie. Prawie.

Byliśmy już trochę głodni. Po zaparkowaniu rowerów obok zrzędliwego dziadka, który z jakiegoś (na pewno usprawiedliwionego) powodu nie znosił rowerzystów i nie omieszkał tego okazać, postanowiliśmy coś zjeść. Prawie od razu trafiliśmy na oryginalną włoską pizzerię. Pizza ogromna, w smaku może być, ale piwko w miniaturowej butelce, za wcale nie miniaturową cenę trochę mnie rozczarowało. Stawiali Ewa i Łukasz. Po wyjściu zorientowaliśmy się, że restauracja machnęła się o dziesięć funtów na naszą korzyść. Zatrzymaliśmy to w ramach tych wszystkich pomyłek losu na naszą niekorzyść. Wszechświat sam z siebie próbuje zachować równowagę.



Pokrzepieni, zaczęliśmy pałętać się pomiędzy turystami, grajkami, sklepami i kafejkami. Spotkaliśmy aż trzy kobiety śpiewające operę. Przeszliśmy obok sklepu, w którym sprzedaje się tylko najróżniejsze rodzaje krówek (tak tłumaczę „fudges”), które odkraja się od wielkich brył. W miłej kafejce piłem najlepsze cappuccino w życiu. Siedząc w wygodnym fotelu, byłem na granicy zaśnięcia. Później trafiliśmy do parku królowej Wiktorii, gdzie pod rozłożystą sosną przeczekaliśmy deszcz.

Powrót nie poszedł po naszej myśli. Postanowiliśmy wracać pociągiem. Po trzydziestu kilometrach pedałowania nie mieliśmy ochoty na powtórkę. W pierwszym pociągu w ogóle nie było miejsca na rowery. W drugim były, ale grupka bezczelnych Anglików wepchnęła się przed nami i znów zostaliśmy na peronie. Popatrzeliśmy na siebie z Tulasi.
- Wracamy na rowerach – powiedziała. – Wy (to do Ewy i Łukasza), jedźcie pociągiem. Łatwiej będzie znaleźć miejsce dla dwóch rowerów, niż dla czterech.

I pojechaliśmy. Było ciężko. Ciężej niż myśleliśmy. Najpierw zmęczenie i ból mięśni w jakiś magiczny sposób otrzeźwiły nas, uspokoiły i nawet porozmawialiśmy, wystawiając spocone twarze na słońce iskrzące się w wiosennych, jasnozielonych liściach. W połowie drogi zostało tylko zmęczenie. Pod koniec, już w mieście, większość drogi przeczłapaliśmy piechotą. Sześćdziesiąt kilometrów. Uff.

Kiedy później, w słodkim schronieniu domostwa delektowałem się prysznicem, niezwyciężona Tulasi zajęła się gotowaniem obiado-kolacji. Ryżowe nudle z warzywami i sosem sojowym. Pycha.



Saturday, 24 April 2010

Dziewięć dni obfitości 2




Dzień drugi

Najpierw tańczyliśmy koślawego walca.
Później zakupy, bo wieczorem goście (pękło pięćdziesiąt funtów). Koło jedenastej Tulasi powiedziała, że zabiera się za gotowanie, a ja mam poodkurzać i posprzątać kibel.
- No coś ty. Chciałem iść do parku, porobić zdjęcia, pograć - jęknąłem.
- Może to i lepiej. Idź i siedź tam cały dzień, aż sobie tu na spokojnie nie skończę.
Zakurzony akordeon leżał na dnie szafy. Pomiędzy książkami znalazłem śpiewnik. Zapakowałem aparat. Dobry znak – znów chce mi się grać i robić zdjęcia. To musi oznaczać, że klątwa się kończy – klatwa szefa, hierarachii, godzin pracy, polityk, plotek, póz – czyli jednym słowem klątwa stałego zatrudnienia, które wysysa z człowieka soki życiowe.
I muzyka też smakuje lepiej. I na powietrze jakby więcej miejsca w płucach.

Rozłożyłem się tam, gdzie wczoraj. Po drodze zahaczyłem pedałem o kostkę i ranka szczypie jak cholera. Nie mam tego czym umyć, a sikać po nodze nie będę.

* * *

Uff – albo akordeon jest popsuty, albo to ja zardzewiałem. Melodie, które grałem ze sto razy na ulicach Europy, brzmiały niczym wadliwa katarynka, a z piosenek zostały mi tylko pojedyncze, wybrakowane fragmenty. Czy naprawdę żyliśmy kiedyś z grania? Jezu. Ale to nie tylko to. Tutaj akordeon po prostu nie pasuje. To nie jest instrument na poukładaną, bezbarwną Anglię. A na pewno nie na park w Clifton. Wiktoriańskie pałace patrzą wyniośle i obojętnie, podobnie jak beznamiętne, opalone pary i rodzice z rozwrzeszczanymi gówniarzami. Eh, otrząśnij się stary, nie daj się, nawet jeśli musiałbyś przestać oddychać ich powietrzem.



* * *

Spróbowałem jeszcze raz. Z minuty na minutę palce przebierały po klawiszach coraz sprawniej, głos też przestał się łamać. To tak jak z jazdą na rowerze. Może trochę trudniej, ale podobnie. Zaśpiewałem „Stacyjkę Zdrój”, „Trzy siostry” Kultu, „Mr. Bobby” Manu Chao, „Jaimming” Marleya i kilka kawałków Yanna Tiersena. Chyba zacząłem odtajać po zimie.
Po drodze do domu kupiłem papier toaletowy. Tulasi kończyła właśnie kotleciki ziemniaczane i sos pieczarkowo-koperkowy. Do tego sałatka z truskawek, jagód i innych owoców. Smakowało jeszcze lepiej, niż wyglądało. Sos z rozkoszą rozmazywałem sobie po języku, złocista skórka kotlecików lekko chrupała, a spod niej wypływał smak cebulki, śmietany i ziemniaków. Obfitość.




Friday, 23 April 2010

Dziewięć dni obfitości 1



Dzień pierwszy

Gdybym był ornitologiem, wiedziałbym, co to za ptak. A tak to nie wiem. Słucham tylko płaczliwych nawoływań i wyobrażam sobie, że woła kolegę. Leżę z nosem w trawie. Jedenasta rano, pierwszego dnia urlopu. Po raz pierwszy od tygodnia niebo przecinają smugi samolotów, którym niestraszny już islandzki wulkan. Wszystko powoli wraca do normy. A ja się cieszę wolnością.

Postanowiłem przez te kilka dni prowadzić dziennik. W ten sposób być może zmobilizuję się do świeżego postrzegania świata.
Rano spakowałem do torby:
- piłeczki do żonglowania
- „Księgę Jesiennych Demonów” Grzędowicza
- „Write Great Fiction” – gdyby chciało mi się postudiować
- butelkę wina z RPA
- komórkę – gdybym doszedł do etapu szukania kompana
- dyktafon – żeby nie zmarnować dobrych pomysłów
i przyjechałem na rowerze na Downsy. Coś w rodzaju wielkiej łąki za miastem, zakończonej klifem. Słońce już prawie wakacyjne, miło przygrzewa plecy. Ludzi prawie nie ma. Garstka starszych pań oprowadzająca psy i zbierająca psie gówienka do woreczków, grupka małolatów, pewnie na wagarach, pijąca piwo i popisująca się na cały głos. Przebiegła dziewczyna opleciona kablami, słuchawkami i miernikami pulsu, temperatury ciała, poziomu soli i przebytego dystansu. Trochę relaksującego joggingu z rana to sama radość.

***

Natomiast wewnątrz – tak, jak mówiłem, cieszę się wolnością. Jest jeszcze przed południem, czeka mnie więc cały dzień robienia tego, co chcę. Niech żyje słodkie nieróbstwo. Kiedy już się wyleżę na łące, pojadę rowerem wzdłuż klifu, wypatrując wspinaczy, postoję na moście wiszącym, zjem nuddle w chińskim fastfudzie, wypiję piwo w portowym pubie dla staruszków, usiądę na ławce w centrum i będę przyglądał się ubranym na lato dziewczynom.
A może nie zrobię nic z tego i przeleżę cały dzień na łące.

* * *

Zabrałem się za żonglowanie i uświadomiłem sobie, że zapomniałem zabrać mp3jki. A niech to. Trzeba będzie poszukać wewnętrznej muzyki. Szczekanie psa, warkot helikoptera, szelest liści poruszanych (niespodziewanie) chłodnym wiatrem, skrzypienie drzewa, krakanie wrony, melodia busika z lodami. Brakuje basów.

* * *

Zadzwoniła Tulasi. Spytała kiedy będę, bo tęskni. Powiedziała też, że zostawi mi gary do umycia, bo ona robi pranie, musi więc być sprawiedliwie.

* * *

A później odwiedził mnie John. Przyjechał samochodem. Zadzwonił. Chciałem wyjaśnić mu, gdzie leżę. Nie mogliśmy się dogadać. Wreszcie stanął na dachu samochodu. Zobaczyłem go, ale nie udało się wyjaśnić mu, gdzie jestem. Podjechałem rowerem. Napił się łyka wina, porozmawialiśmy o jego doświadczeniu z ayahuasca w Londynie trzy dni temu. Nie podobało mu się. Zamiast duchowych odlotów, utknął w wizjach przemocy i koszmarów. O drugiej miał zacząć pracę. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy mógłby się wykręcić, ale zwyciężyło poczucie obowiązku. I znów jestem sam. Do tego głodny.

* * *

Przekąsiłem co nieco, po czym popedałowałem do naleśnikarni Kristoffa. Jak zwykle budka otoczona była znajomymi twarzami. Bee – wietnamska francuska, z wielkim brzuchem (ciążowym, nie tłustym), David – wokal i gitarzysta z Vamos, poznałem też Carlosa z Barcelony, który od niedawna gra w Vamos na cajonie. Miło się rozmawiało. Może jutro zagramy razem. Zaproszono ich na dużą imprezę prywatną. Kilka razy przymierzaliśmy się już do wspólnego koncertu, ale nigdy nie było okazji spróbować.
Po cappuccino i pogawędce, odwiedziłem kibel w McDonaldzie i wróciłem do domu.
Gary czekały. Zaraz wstawię wodę i wezmę się za jedyną dzisiaj robotę.



A na zakończenie kawałek z dzisiejszym klimatem:)



Thursday, 22 April 2010

Bill Hicks - Revelations - polskie napisy



Popłakałem się ze śmiechu:) Polecam z całego serca. Cholera, teraz już takich artystów nie robią.



cz2
cz3
cz4
cz5
cz6
cz7
cz8

Wednesday, 21 April 2010

Ambroży i Weronika



Kolejny niedokończony projekt. Zaczęło się ekstatycznie i romantycznie, ale po kilku stronach straciłem serce do opowieści. Miało być o podróżach, rozczarowaniu, wszechświecie, rozbójnikach, a skończyło się na Cygance pod Biedronką. Na jedną napisaną historię mam chyba z pięć takich, niedokończonych. Może jeszcze się kiedyś za to wezmę, ale na razie daję sobie spokój. Zapraszam na umarłą śmiercią naturalną historię o miłości:)

Ambroży i Weronika

Opowieść dwutorowa z zakończeniem do wyboru

Jeśli ktoś powiedziałby, że istnieją dwie połówki duszy, jak dwie połówki jabłka, wyśmiałbyś go. Nie zaprzeczaj. Minęły już czasy romansów, Volandów nad Newą, samobójstw z miłości.

Ostatni raz o śmierci z miłości słyszałem od babci. Miała amanta, któremu odmówiła ręki. Nie zastanawiając się wiele, poszedł do lasu i strzelił sobie w łeb z myśliwskiego sztucera. Idiota? Być może. Unieszczęślił babcię? Z pewnością. Z czego więc się cieszyć? A z tego, że dureń wierzył w miłość. W jedną, niepodzielną i niepowtarzalną. Za to czapki z głów. Takich ludzi już teraz nie robią.

Obecnie wierzymy w relatywność. Wszystko jest względne, jak powiada Albert. Nie ta, to inna. Miłość to tylko kompatybilność charakterów. Biorąc pod uwagę osiem miliardów ludzi na świecie, ma się spore szanse na znalezienie odpowiedniej partii. I to nie jednej.

Jak to więc jest z tymi dwoma połówkami? Prawda, czy fałsz?
Lepiej od domorosłej filozofii przemawiają fakty. Czas na opowieść… Aha – i wycofuję się. Nic tak nie wkurza, jak nachalny narrator.

1

Siedzieli trzy rzędy od siebie. On z przodu, na środku, gdzie mógł się czuć królem kina. Ona z samego brzegu. Idąc do toalety - co miało wydarzyć się na sto procent - nie byłaby zmuszona przeciskać się przez gąszcz nóg i ukłucia surowych spojrzeń. Też lubiła być królową kina, ale miała na to za słaby pęcherz.

Ich włosy były tego samego, mysiego koloru. Co zabawniejsze mieli też podobne fryzury – rozczochrane i chłopięce. Jemu nadawało to wyglądu wiecznego Adasia Niezgódki, a jej... też. Może tylko w rozczochraniu dziewczyny było więcej zadziorności i bezkompromisowości. Ubrania. On był dżins-man, ona sztruks-woman. On lubił koszulki bez napisów. „Definiuję sam siebie” – popisywał się. Ona przez jakiś czas nosiła Che Guevarę, później Tytusa. Tego dnia wyjątkowo zdecydowała się na prostą białą bluzkę. „Wreszcie wyglądasz jak dziewczyna” – ucieszyła się babcia. On pachniał Persilem i trawą, ona potem i rumiankiem.

Byli nieznajomymi. Weszli do kina oddzielnie, samotnie, już po zgaszeniu świateł. Nie mieli okazji zmierzyć się wzrokiem. Gdyby to zrobili, nie udałoby im się skupić na filmie. Byli przecież stuprocentowo w swoim guście. Po seansie natomiast… Za chwilę. Nie uprzedzajmy faktów.

Film. Zaczęło się od filmu.

Nic oryginalnego. Fabuła w starym stylu. Zderzają się dwa światy – jeden stary, cyniczny, racjonalny - drugi świeży, niewinny, wolny. Bohater ze starego świata spotyka bohaterkę z nowego. Zakochuje się, przeżywa kryzys, przewartościowuje swój system wierzeń, a w końu porzuca stare życie i jednoczy się z ukochaną.

Nie było to z pewnością arcydzieło kinematografii. Pozostałych czterdziestu dwóch widzów nie uniosło się zachwytem. Żując popcorn i sącząc colę, większość z nich wpatrywało się w ekran z umiarkowanym zainteresowaniem, a trzech gości w ogóle nie było tam dla filmu.

Jak każdej soboty, starszy łysiejący pan w przedostatnim rzędzie wypatrywał przytulonych par (nie, nie żaden zboczeniec). Kiedy już jakąś znalazł, wyobrażał sobie, że chłopak to on, a dziewczyna to pewna kobieta, która dawno temu wyszła za kogoś innego. W marzeniach zawsze odważał się na pocałunek, i życie szło innym torem.

Urzędnik w eleganckim garniturze i gładko zaczesanych do tyłu włosach półleżał w fotelu. Pod przymkniętymi powiekami tańczył i śpiewał w musicalu. Co za banał. Urzędnik śniący o karierze artystycznej. I dlaczego w kinie? Bo żona była również jego szefem, i nie tolerowała głupot zarówno w pracy, jak i w domu.

Brzydka licealistka spała bez snów w siódmym rzędzie. Odsypiała zeszłonocną imprezę, na której straciła cnotę z kolegą, którego nawet nie lubiła.

Zapomnijmy teraz o zwykłych widzach i przypadkowych gościach.

Chłopak i dziewczyna.

Film wepchnął ich w fotele. Wyświechtane schematy i banały nie miały znaczenia. W fikcji zobaczyli przebłyski prawdziwego uczucia, dążenia do wolności, przygody, podniecenia nieprzewidywalnością losu.

Sami się zdziwili. Przecież nie byli idiotami. Widzieli, że film nie jest najwyższych lotów. W porządku – główna bohaterka była ładna, sceny z obcej planety zapierały rozmachem dech w piersiach, czarne charaktery dostały w kość porządnie i bezpardonowo. Ale to jeszcze nie świadczy o dobrym filmie.

Po dwóch godzinach rozbłysły światła. Rozgadany tłumek przepychał się ku drzwiom, rozdeptując porozrzucane plastykowe kubki. Chłopak nie lubił robić scen, więc posłusznie dołączył do reszty. Dziewczyna ciężko oddychała. Wpatrując się w napisy końcowe, liczyła na coś. Nie wiedziała na co. Wreszcie rozczarowana skierowała się do wyjścia. Była ostatnia. Po drodze spróbowała uprzejmie obudzić brzydką licealistkę, która odepchnęła jej rękę i odwróciła się na drugi bok.

Wyszła na zewnątrz. Noc, latarnie, blask księżyca przytłumiony poświatą miasta. Chłopak stał w kolejce do kiosku. Skończyły mu się papierosy. Zamówił paczkę Sobieskich light i teraz w roztargnieniu szukał drobnych. Dziewczyna przypomniała sobie, że ma dokupić podpaski. Już stawała w kolejce, kiedy poczuła, że musi do toalety. Z niewytłumaczalnym żalem zerknęła na plecy nieznajomego, który po raz drugi wywlekał wszystkie kieszenie na drugą stronę. Wróciła do kina. Przeszywające rozczarowanie wytłumaczyła goryczą ponownego zetknięcia z szarą rzeczywistością. Nie zdawała sobie sprawy, że dokładnie w taki sposób dusza odczuwa przegapienie drugiej połówki jabłka.

Kiedy robiła siku, chłopak zapłacił za papierosy i poszedł w swoją stronę. Trzeba mu oddać, że zanim zniknął w ciemności, zawahał się, odwrócił głowę, zmarszczył czoło i nawet lekko pociągnął nosem. Rumianek?

W tym punkcie czasoprzestrzeni rozeszły się ścieżki Weroniki i Ambrożego.



2

Cyganka siedziała pod Biedronką, koło wjazdu na Osiedle Dobrego Losu. Choć sklep był już zamknięty, zgarbiona staruszka nie ruszała się z miejsca. Spod kolorowej chusty nie było widać twarzy. Można by pomyśleć, że spała, ale kiedy mijali ją nieliczni przechodnie, unosiła lekko głowę i mówiła coś cicho. Wypłoszeni ludzie potrząsali odmownie głowami i przyśpieszali kroku.

Kiedy w świetle latarni pojawił się młody rozczochrany mężczyzna, Cyganka strząsnęła z pleców chustę i wyprostowała się dumnie. Ambroży (bo był to właśnie nasz bohater wracający z kina) odskoczył, wystraszony nagłym ruchem. Odetchnął z ulgą widząc, że to nie dresiarz zbierający na wino. Spróbował wyminąć kobietę.

- Tu jesteś, gagatku – powiedziała, chwytając go za ramię. – Ileż można czekać?
Z trudnością strząsnął zaciśnięte na kurtce kościste palce.
- Chwileczkę – powiedział nieśmiało, sięgając do kieszeni. – Mam jakieś drobne…
Cyganka prychnęła z niezadowoleniem.
- Nie denerwuj mnie chłopcze.
Nic nie rozumiał.
- O co chodzi, proszę pani? – wydukał zbity z tropu i z obawą rozejrzał się po pustej ulicy. Wypatrywał wspólników Cyganki, którzy mieli go zaraz sprać i obrabować.
- O twoje życie – zachrypiała złowieszczo.
Czyli miał rację!
Kobieta zaśmiała się, widząc jego zakłopotaną minę.
- Spokojnie. Nie o to mi chodzi kochaneczku. – Nachyliła się bliżej. Zapach kadzidełek i bigosu wypełnił mu nozdrza. – O twoim życiu mówię – szepnęła. - O skrzyżowaniach kosmicznych dróg. O zaprzepaszczonych szansach. Szukających się wędrowcach. O tym, że czasami warto zerknąć za siebie w kolejce do kiosku…

Brzęk tłuczonej butelki rozbił ciszę. Cyganka odwróciła z przestrachem głowę. Gdzieś w ciemności rozległ się głupi śmiech. Druga butelka roztrzaskała się o ścianę albo asfalt – ciężko powiedzieć; w ciemnościach nie było nic widać.

- Gówniarze – mruknęła staruszka, odwracając się z powrotem do Ambrożego. Pozostał po nim jedynie oddalający się tupot butów.
- Oj, nie – jęknęła. – Nie dzisiaj.
- I znów nie uratowałaś miłości – powiedział z wyrzutem znajomy głos.
- Znów… - powtórzyła smutno.
- Dziś wyjątkowo jednak, będziesz miała drugą szansę – szepnął Wszechświat i mrugnął gwiazdą. – Już idzie…