Friday, 4 February 2011

Jasna Polana 3



Zapraszam do lektury kolejnego numeru Jasnej Polany. W tym numerze:

Słowem wstępu
Patriotyzm czy pokój?
Lew Tołstoj
Ludzie podłej i nikczemnej klasy
Howard Zinn
Heroizm wrażliwości
Wywiad z Kazimierzem Dąbrowskim
Fazy i poziomy rozwoju człowieka
Kazimierz Dąbrowski
Przeczucia i proroctwa
Peter Nabokov
Język a wolność
Noam Chomsky
Wolność i demokracja
Erich Fromm
W kozie
George Orwell
Wynalazek Profesora T.Alenta
Marcin Kreczmer

Jasna Polana 3 - sciągnij tutaj

Friday, 28 January 2011

Stare dobre czasy




Znajomy rzucił trochę fotek z dawnych czasów, rozpoznałem siebie, aż się łezka w oku zakręciła:)
Myślę, że to jest 1997.

Thursday, 27 January 2011

Get Up Stand Up

Przygotowuję się na ulice Kopenhagi:) Jeszcze trzy tygodnie.



Wednesday, 26 January 2011

Sen utopijny



Sen utopijny

Znów sen z tych katastroficznych, które często mnie nawiedzają, ten jednak był bardzo fajny.
Świat po jakimś katakliźmie, chyba wojnie totalnej. Najpierw byłem sam. Na zgliszczach cywilizacji szukałem innych ludzi. Wkrótce odkryłem z ulgą, że są inni. Odkrywaliśmy się nawzajem – zdziwieni, nieśmiali, trochę wystraszeni – skąd mieliśmy widzieć, czy ci inni mieli przyjazne zamiary? Stowrzyliśmy małą społeczność. Zamieszkaliśmy w wielkim, opuszczonym budynku starego dworca kolejowego.

Pamiętam wyprawę, żeby znaleźć kogoś, kto jeszcze mógł ocaleć. Ruszyliśmy w kilka osób, a nastroju beztroskiej wycieczki. Szliśmy z niepewnością przez zniszczone miasto, wypatrując ocalałych rozbitków. Wieczorem, idąc przez tunel, zobaczyliśmy idącego ze zwieszoną głową mężczyznę.
- Dobry wieczór! – zawołałem z radością.
- Spierdalaj – odpowiedział i poszedł dalej.
Trochę nam to zepsuło humor – skoro ludzie odyzwają się to do siebie w ten sposób, może lepiej ich nie szukać? Na odwrót było jednak za późno. Usłyszeliśmy zbliżające się głosy. Z naprzeciwka wyszła rozgadana grupka. Dostrzegli nas i stanęli jak wryci. Patrzeli na nas z otwartymi szeroko ustami, jak i my na nich. Najpierw było czuć tylko napięcie i strach przed obcymi, wkrótce jednak pojawiła się ciekawość i podekscytowanie.
- Cześć! Zjecie coś? – powiedział w końcu jeden z nich. Odetchnęliśmy z ulgą i zaczęliśmy się obejmować, potrząsać dłońmi, wypytywać. Gospodarze zaprowadzili nas do swojego domu. Przedstawili nas reszcie. Okazało się, że tutaj też stworzyli wspólnotę i razem starają się jakoś żyć, zdobywać pożywienie, kochać. Tylko jeden człowiek, ten mężczyzna, którego spotkaliśmy, zdecydował się żyć oddzielnie, ale pomimo swojej opryskliwości to dobry człowiek i czasami wpada pogadać.

Siedzieliśmy do późna, opowiadając sobie o naszych społecznościach, sposobach na życie, rozwiązaniach praktycznych, itd. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że będziemy mogli się od siebie wiele nauczyć.

Najciekawsze było to, że podobnie jak my, rozwinęli swobodną strukturę społeczną, bez przywódców i hierarchii, na zasadzie zupełnej dobrowolności, spontanicznosci i przyjaźni. Zastanawialiśmy się, jak to możliwe, żeby taka sama struktura powstała niezależni w dwóch oddzielnych miejscach, tak blisko siebie. Doszliśmy do wniosku, że jak widać anarchia to naturalny stan istnienia człowieka, i teraz, kiedy wszystko się sypło, bez przymusowych instytucji, ludzkość osiągnęła swój naturalny poziom.

Rankiem ruszyliśmy w drogę powrotną, wyposażeni przez gospodarzy w prowiant. Byłem szczęśliwy, choć równocześnie trochę smutny. Szedłem z tyłu. Reszta grupy rozmawiała, śmiała się, żartowała, nie mogąc doczekać się, aż przyniesiemy wieści do domu. Mnie natomiast (choć też nie mogłem się doczekać) ogarnęła trochę chandra. Czułem się poza grupą, odseparowany, samotny.

Ktoś wreszcie zauważył, że zostałem z tyłu. Starszy ode mnie mężczyzna, zawsze uśmiechnięty, nie pamiętam jego imienia. Spytał, w czym rzecz. szczerze odpowiedziałem, że kiedy ludzi były miliardy, nie mogłem znaleźć prawdziwego przyjaciela. Teraz została nas, ludzi, garstka i ciągle jestem sam. Jaką mam nadzieję, na znalezienie bratniej duszy? I rozpłakałem się z całego serca. Reszta grupy zatrzymała się, wszyscy podeszli i zaczęli dopytywać się, co się stało. Zaczęli ze mnie żartować, ale w niezłośliwy przyjazny sposób. Uświadomiłem sobie, że nie jest tak źle. To są moi przyjaciele, nawet jeśli nie jesteśmy duchowymi bliźniakami.

Doszliśmy do domu późnym wieczorem. Wchodziliśmy na nasz dworzec po cichu, żeby nie obudzić śpiących. Nagle zaświeciło się światło – zapłąnęło kilka świec. Okazało się, że nikt nie spał, czekali na nas. Obsypali nas pytaniami.Zalśniły im oczy, kiedy powiedzieliśmy o spotkaniu z innymi. „Jacy oni są? Jacy oni są?” – pytali z obawą i nadzieją. Zaśmiałem się. „Tacy jak my. Dokładnie tacy jak my” – odpowiedziałem. Wszyscy odetchnęli z ulgą. To oznaczało, że świat się uleczył. Może teraz ludzie mieli naprawdę szansę zacząć od nowa.
- To ja skoczę po piwo – stwierdził ktoś.
- Ja też.
- To przynieś całą skrzynkę – zaproponowałem. – Pal licho, że już późno.
Zapłonęło więcej świec, rozbrzmiał gwar głosów, zaczęło się krzątanie, pojawiło się jedzenie, piwo, ktoś wyciągnął nawet ocalałą paczkę papierosów, zachowaną na szczególną okazję. Świętowaliśmy.

Druga połowa snu dzieje się dwadzieścia cztery lata później. Wiem dokładnie, bo w rozmzowie spytałem pewnej dziewczyny, ile już minęło od katastrofy.
Jest nas więcej. Dołączyli ludzie, najróżniejsi włóczdzy, którzy usłyszeli o nas i zapragnęli wspólnego życia. Druga wioska też się rozwinęła, odwiedzaliśmy się co jakiś czas, organizowaliśmy wspólne święta, wymienialiśmy się ideami, towarami (choć to ostatnie, to raczej symbolicznie, dla towarzystwa, gdyż byliśmy zupełnie samowystarczalni). Takich grup jak nasze było więcej i na tyle, na ile dochodziły nas wieści, rozciągały się po całym kontynencie. Jakimś cudem w każdym miejscu, zupełnie od siebie niezależnie, ludzie zorganizowali się w egalitarne, niehierarchiczne wioski, w których wzajemna pomoc i wolność jednostki były największymi wartościami.

Ciekawe, że ciągle czułem się młody. Miałem już 59 lat, amiałem wrażenie, że mam 30. Pamiętam dokładnie moment, kiedy siedzimy na ziemi, przy wspólnym posiłku, kilkadziesiąt, a może kilkaset osób, na naszych talerzach leżą rzeczy, które wychodowaliśmy sami. Patrzę z radością i dumą na nasze półnagie, szczęśliwe, biegające wspólnie dzieci, które znają tylko nasz świat, a nie to szaleństwo sprzed katastrofy. Patrzę na rozgadane, żywe twarze, które mnie otaczają, na lśniące, mądre oczy, uśmiechy, rozpalone dyskusje i myślę sobie, że ta katastrofa była najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się ludziom.

- Jak myślisz, jak to się stało? – pyta mnie dziewczyna siedząca obok (dziewczyna w moim wieku – około 60tki). Wiem, o co jej chodzi, nie muszę wnikać, często się nad tym zastanawiamy.
- Może ktoś nad nami czuwa? – rzuciłem zaczepnie.
Dziewczyna wybuchnęła śmiechem i pokręciła z głową.
- Ale z ciebie mistyk, szkoda gadać. Może założysz swój własny kościół? – zadrwiła przyjaźnie.
- Dlaczego nie? … Ale masz rację. Nie wierzę, że jeśli jest jakiś Bóg, to wtrąca się w nasze życie. Jeśli istnieje, to musi sobie cenić wolność tak samo, jak my. Może świadomość ludzkości osiągnęła przed katastrofą masę krytyczną, była gotowa na wielką zmianę, dopiero jednak jakiś wielki kryzys był w stanie ją wyzwolić? Może czegoś takiego potrzebowaliśmy, aby przejść od indywidualizmu drapieżnego do indywidualizmu altruistycznego?
Dziewczyna pokiwała w zamyśleniu głową.
- A może… - zawiesiłem głos – to wszystko jest tylko snem?
Dziewczyna znów się zaśmiała.
- Ale czyim? Znowu twojego Boga? Czy może twoim?
- A jeśli moim?
Nachyliła się do mnie i powiedziała konspiracyjnym szeptem:
- W takim spróbuj nie obudzić się za szybko.
Tym razem wybuchnęliśmy śmiechem we dwójkę, aż niektórzy przestali jeść i zaciekawieni odwrócili się w naszą stronę.

Friday, 21 January 2011

Co u mnie



Mało ostatnio u mnie aktywności blogowej. Od powrotu do Polski siedzę w górach. Przez kilka miesięcy zmagałem się z dosyć ciężką depresją, ale powoli udało mi się z tego wyjść i to bez pomocy lekarza - witaminy, gimnastyka, książki, choć nie chcę zapeszać. Kasa z UK już prawie skończona. Mieliśmy zostać w Polsce, ale nieoczekiwanie pojawiła się fajna opcja - wyjazd do Kopenhagi, chyba mojego ulubionego miejsca w Europie. Jadę już za niecały miesiąc, na razie sam. W międzyczasie skupiłem energię na "Jasnej Polanie", nie spodziewałem się tak dobrego odbioru czasopisma, prawie 1500 ściągnięć, ludzie chętni do prenumeraty, no i mi też to służy, daje dużo radości robienie coś od siebie, dla poprawy świata. Poza tym wkuwam duński, wymowa ciężka, ale powoli dochodzę do czegoś. Przeczytałem cały cykl o Alvinie Stwórcy i cały cykl "Fundacji", wczoraj zabrałem się za biografię Tołstoja, ciekawa, choć książka napisana w latach sześćdziesiątych i co chwila są jakieś wtrącenia o Leninie, Marksie i ZSRR. Z własnych rzeczy nie piszę teraz nic - z "Najstarszymi" utknąłem i za cholerę nie chce mi się do tego wracać. Ogólnie jest optymistycznie i cieszę się na zmiany. Spróbuję pisać tutaj o pierwszych dniach w Kopenhadze. Na razie.

Monday, 10 January 2011

Doskonałość - Lew Tołstoj



Doskonałość
Lew Tołstoj

Myślałem o tym, że trzeba koniecznie głosić ludziom jednakową miłość do WSZYSTKICH: do Murzynów, do dzikich ludzi, do wrogów - bo jeśli się tego nie będzie głosiło, nie będzie i nie może być wyzwolenia od zła; będzie to, co najbardziej naturalne: własna ojczyzna, własny naród, jego obrona, wojsko, wojna. A jeśli będzie wojsko, wojna, to nie ma granic zła.
W życiu konieczny jest ideał. A ideał jest nim tylko wówczas, kiedy jest DOSKONAŁOŚCIĄ. Kierunek tylko wtedy może być wskazany, kiedy go matematycznie wskazuje nie istniejąca w rzeczywistości prosta.

Wednesday, 5 January 2011

Jasna Polana 2



Złożyłem już drugi numer Jasnej Polany, zapraszam do lektury. Część tekstów ukazuje się w języku polskim po raz pierwszy. W numerze:

Słowem wstępu
Początek końca
Lew Tołstoj
Odmowa współpracy
David H. Albert
W schronisku dla włóczęgów
George Orwell
Kolorowa linia
Howard Zinn
Życie bez zasad
Henry David Thoreau
Psychologia hitleryzmu
Erich Fromm
Dominacja Stanów Zjednoczonych
Noam Chomsky
Byli też ciemnoocy o ochrypłych głosach…
Marcin Kreczmer

Jasna Polana 2

Thursday, 9 December 2010

Jasna Polana - czasopismo



Moje ciągotki publicystyczno-społeczne zmoblizowały mnie do złożenia tego niewielkiego czasopisma internetowego. Zapraszam do lektury. Będę starał się zamieszczać rzeczy nieznane polskiemu czytelnikowi, po części moje własne przekłady z angielskiego, po części rzeczy, które gdzieś wygrzebałem w wydawnictwach polskich. W stopce redakcyjnej podałem email, pod którym można zaprenumerować kolejne numery. W pierwszym numerze Jasnej Polany (nazwa z inspiracji Lwa Tołstoja, jak się domyślacie:) znajdziecie:

• Słowem wstępu - 1
• Carthago delenda est - 2
Lew Tołstoj
• Egzystencjalne myśli i aforyzmy - 7
Kazimierz Dąbrowski
• Obywatelskie nieposłuszeństwo - 22
Henry David Thoreau
• Kolumb, Indianie i postęp ludzkości - 38
Howard Zinn
• Wspomnienia z Wojny Hiszpańskiej - 54
George Orwell
• Czy miłość jest sztuką? - 66
Erich Fromm

Czasopismo możecie ściągnąć tutaj: Jasna Polana 1

Friday, 26 November 2010

Splendor al-Andalus



Splendor al-Andalus

Ciągle czytam Historię Hiszpanii. Jestem przy podboju Półwyspu Iberyjskiego przez muzułmanów.

Zdaje się, że na początku wyznawcy islamu nie planowali podboju Hiszpanii. Chcieli tylko wykorzystać spory dynastyczne wśród władców wizygockich i zdobyć bogaty łup. Łatwość akcji zachęciła muzułmanów do pozostania. Korzystając z rzymskich traktów berberyjski wyzwoleniec, stojący na czele armii, Tarik pokonał Kordobę, Granadę, aż dotarł do stolicy wizygockiego królestwa – Toledo. Tam dołączył do niego drugi generał, Musa i wspólnie zajęli prawie cały półwysep.

Szło im jak po maśle. Mieszkańcy Hiszpanii; Wizygoci i ludność rdzenna, którzy nie uciekli na północ, wybierali kapitulację. Przychodziło im to dosyć łatwo, gdyż muzułmanie okazywali podbitej ludności szacunek (muzułmanie uważali chrześcijan i żydów za swoją duchową rodzinę – posiadaczy ksiąg objawionych).

W międzyczasie na Półwysep Iberyjski docierały też wyprawy Wikingów – Skandynawowie przepuścili atak między innymi na Lizbonę i Sewillę.

Zaznaczyłem w tekście fragment o gwardii przybocznej kalifa kordobańskiego – kalif otoaczał się gwardią przyboczną złożoną z niewolników pochodzenia europejskiego, głównie Słowian (przynajmniej na początku). Gwardia ta była mu bardzo wierna. Ciekawe ilu Słowian prapolskich trafiło na dwór kalifa. No ale do tego raczej się już nie dojdzie. Ciekawe, że z czasem Słowianie z gwardii kalifa zaczęli tworzyć potężną siłę. W pewnym momencie zaistniał konflikt pomiędzy nimi a Berberami, i Słowianie obwołali kalifem Hiszama II, co świadczy o ich wpływie.

Wciągnął mnie krótki opis Kordoby z tamtych czasów. Było to centrum życia kulturalnego, politycznego i ekonomicznego, któremu ustepowały chyba wszystkie miasta europejskie. Mieszkało tam ponad pół miliona ludzi, mieszanka zupełnie kosmopolityczna, targowiska z towarami z całego świata. Był tam najsłynniejszy rynek książek, dużym powodzeniem cieszyły się pogawędki literackie – to chciałbym zobaczyć. IX – X wiek kojarzy się laikowi z najgłębszą, średniowieczną ciemnotą, nie z literacką bohemą, czy z włóczęgami z całego świata, ciągnącymi do tego Klejnotu Świata (jak określiła Kordobę germańska mniszka, Hrotsvitha). Wiele bym dał, żeby móc tam wtedy być. W planie na następną podróż do Hiszpanii mam właśnie Kordobę i Sewillę.

Tymczasem na północy, powyżej linii rzeki Duero powstawały i rozwijały się małe państwa chrześcijańskie, które w ciągu kilkuset lat miały odzyskać półwysep.

Wednesday, 24 November 2010

Historia Hiszpanii



Historia Hiszpanii
Manuel Tunon De Lara (i inni)

Potężna księga, prawie 700 stron. Książka jest autorstwa trzech hiszpańskich historyków, co mnie bardzo ucieszyło – najlepsze książki o historii wychodzą spod pióra rodzimych historyków, którzy znają realia, przesiąkli światem, kształtującym się przez tysiące lat.

Lubię Hiszpanię. Ciekawe, bo kiedy tam mieszkałem, kraj ten i jego mieszkańcy drażnili mnie niemiłosiernie. Po półtora roku z ulgą wyjechałem i dopiero po jakimś czasie zacząłem szukać hiszpańskiej muzyki, książek, poznawać historię i realia. Okazało się, że w ciągu tamtego roku, poza moją kontrolą zaszczepiłem się uczuciem do Hiszpanii i po dziesięciu prawie latach uczucie to nie mija i kiedy tylko mogę wracam tam choć na chwilę.

Co do książki – podręczniki histioryczne mogą być nudne, ale wystarczy mieć trochę pasji dla okresu, czy miejsca, żeby zamiast suchych dat i wydarzeń, widzieć żywych ludzi, wyobrażać sobie, co czuli, kiedy zobaczyli pierwsze okręty fenickie przybijające do południowo-wschodnich wybrzeży, jak krytykowali przy obiedzie rzymską administrację za wzrost cen oliwek, jak wyglądał rozgniewany, dumny bagaud, kiedy po wiekach niewoli zbuntował się i z bronią w ręku zajął się zarówno Rzymianami, jak i wizygockimi najeźdźcami.

Na razie przeczytałem o okresie od czasów prehistorycznych (najnudniejsza, bo najbardziej zmyślona część historii każdego miejsca) do wyparcia wizygotów przez arabskich najeźdźców.

Sporo ciekawych rzeczy. Dzięki starożytnemu historykowi, Strabonowi, dowiedziałem się na przykład, że Gallekowie, lud zamieszkujący tereny dzisiejszej Galicji, wynosili swoich chorych z domu i kładli przy drodze. Oczywiście nie, aby ich tam zostawić. Liczyli po prostu na to, że któryś z przechodniów będzie znał tę określoną chorobę i pomoże dobrą radą.

Nikt już prawie nie pamięta o Argantonio – władcy mitycznego królestwa Tartezyjskiego, na terenach dzisiejszej Andaluzji, który zgodnie ze świadectwem Herodota: „rządził królestwem Tartessos przez lat osiemdziesiąt, a żył lat sto dwadzieścia”.

Warto też wspomnieć z szacunkiem o słynnym, opisanym przez Rzymian devotio iberico oraz fides iberica. Devotio iberico było silną więzią pomiędzy wojownikami i wodzem. Rzymianie byli w szoku, kiedy podczas podboju Hiszpanii, wojownicy iberyjscy po śmierci swojego wodza popełniali samobójstwo, okazując pogardę śmierci (co raczej nie było najmądrzejsze z militarnego punktu widzenia, ale na pewno miało romantyczną i honorową wartość). Natomast fides iberica polegała na bezwzględnym przestrzeganiem wierności danemu słowu – z tej cnoty Iberowie słynęli w całym starożytnym świecie.

Po Rzymianach Hiszpanię najechały plemiona germańskie. Podobno (ale nie ma na to jednoznacznych dowodów) zawarli z Rzymem pakt, który pozwalał im na osiedlanie się na Półwyspie. Najpierw Gemanie podzielili się strefami wpływów, ale w końcu poszli na całość i zaczęli wyrzynać się między sobą. Ostatecznie na „placu boju” zostali Wizygoci.

W 429 n.e. władca Wandalów, Genzeryk, zmęczony wojnami z innymi plemionami germańskimi, które opanowały Płw. Iberyjski, przekroczył cieśninę Giblartarską i ze swoim ludem założył królestwo na północnym wybrzeżu Afryki. Królestwo przetrwało sto lat. Temat na film. Ciekawe, czy germańskie, blond-geny zostawiły jakiś ślad na lokalnej ludności?

Wypiszę też trochę imion używanych w tych barbarzyńskich plemionach, brzmią bosko: Antangild, Hermenegild, Leowigild, Indegunda, Chindaswint, Rekceswint, Wamba i mój ulubiony – Fruktuoz.

Wizygoci, którzy w końcu wyparli z Hiszpanii inne ludy germańskie przypominali trochę polską szlachtę – nie było nawet kwestii monarchii dziedzicznej – króla wybierano na elekcjach, a po wyborze szlachta ciągle się buntowała i spiskowała, więc królowie zmieniali się często. Wystarczyło złapać takiego władcę i ogolić mu włosy – taki czyn równał się detronizacji i były władca musiał iść do klasztoru na resztę życia (Wizygoci przejęli chrześcijaństwo).

W 711 r. pod Guadalete poniósł porażkę Roderyk i z mapy świata zniknęło królestwo o kilkusetletniej historii. Od teraz na następnych kilkaset lat wizygocka Hiszpania zamieniła się w krainę al-Andalus.