Wednesday, 20 April 2011

Podróż - 1



Podróż - 1
(Polska, Dania)

22.03.2004
Chyba już niedługo będę mógł zacząć dziennik autostopowicza - pojutrze ruszam. Dziś spędziłem sporo czasu w sieci, szperając po różnych podróżnych rupieciach, ale nic konkretnego nie znalazłem, żadnej oferty, że ktoś szuka pasażera do Hiszpanii. Za to wciągnął mnie pamiętnik Kingi, potrzebowałem dziś właśnie czegoś takiego - wyciągniętej reki, bo przyznam się trochę, że opadł mi entuzjazm i pojawił się lekki niepokój. Przecież zostawiam dom, dziewczynę i jadę dosyć daleko sam, nie wiem po co, nie wiem, co mnie spotka, a w dodatku zima nie chcę się skończyć.
Fajnie byłoby spotkać kogoś po drodze, byłoby raźniej, ale może właśnie tego potrzebuje: trochę samotności, żeby oczyścić wewnętrzną atmosferę.

***
Dziś skończyliśmy z Tanią ostatnie, wykończeniowe prace nad moim boskim pokrowcem na akordeon. Zajął nam trzy dni pracy, z przerwą na posiłki. Jestem z niego dumny. Wygodny (małe niedogodności niweluje jasiek włożony w odpowiednie miejsce) i mocny (mam przynajmniej nadzieję, ale przy tylu ściegach powinien trzymać się kupy przez lata). Jesteśmy wielcy.
Będzie mi brakowało Tani przez najbliższe tygodnie (i pewnie miesiące). Jutro ostatnie przygotowania, a w środę zaczynam od Krakowa.

23.03.2014
Ostatni wspólny wieczór z Tanią i w ogóle w domu. Ojciec kupił mi na pożegnanie butelkę wina i jeszcze postawił sałatkę owocowa z winogronami. Jest miła atmosfera, wszyscy się trochę o mnie martwią.
Cieszę się, że zobaczę Kraków. Spędziłem tam kilka fajnych lat, najpierw jako mnich, to był naprawdę świrnięty, ale budujący okres, a później z Tanią (jeszcze bardziej świrnięty i jeszcze bardziej budujący).
Mam nadzieje, że spotkam dobrych ludzi. Gdzieś przecież muszą być.

23.03.2004, Kraków
Dojechałem do pierwszego przystanku na drodze. Kraków. Wyjechałem z domu wcześnie rano, złapałem stopa do samych Kęt, gdzie czekałem jakieś piętnaście minut i złapałem pewnego faceta, urzędnika z biura podatkowego, jadącego do Andrychowa, a stamtąd po jakiejś pół godzinie podwiózł mnie sympatyczny pan, kopcący jednego od drugiego. Wysadził mnie w wiosce pod Krakowem. I jeszcze jeden stop, prawie pod same drzwi znajomych.
Nawet mi bardzo nie dolało, tylko parę kropel pod koniec podróży, a pogoda tak dopisała, że po godzinie gawędzenia z Iwoną (Arek był gdzieś w trasie biznesowej) pojechałem do centrum.
Na starym mieście odżyły stare wspomnienia, szczególnie z okresu, kiedy poznałem Tanię. Zrobiło mi się smutno, a potem postanowiłem zagrać trochę, żeby zdobyć parę groszy i w ogóle spróbować sił w nowym miejscu. Było cieniutko. Kasa ledwie co kapała, a oprócz tego czułem się bardzo niepewnie, zero kontaktu z ludźmi, ale co poradzę, nie jestem szołmenem. Ostatecznie jednak i tak znalazło się parę osób, które doceniły moją muzykę. Grałem trochę na Floriańskiej, później na Grodzkiej (chyba), a kiedy zaczęło lać, wróciłem do mieszkania. Wysłałem parę emaili, kilka też dostałem: od Tani i Ricarda, który teraz mieszka w Danii. Poczytam jeszcze "Wojownika Światła" i do spania.

25.03.2004, Kraków
Senny poranek. Leje jak z cebra, zimno i za bardzo nie wiem, co z sobą zrobić. Czekam, aż Arek pójdzie do pracy, żeby podłączyć się do internetu. Napiszę parę listów i jeszcze poszukam czegoś, co mogłoby pomóc mi w drodze, sam nie wiem czego. Tak w sumie to potrzebuje tylko dobrej pogody.
Nawet jeśli miałoby lać cały dzień i tak pojadę na miasto. Odwiedzę Jacka w jego zakładzie krawieckim, spróbuję też załatwić od Arka numer do Maćka i Marka - może zmieniłbym lokum na weekend. No i jeśli się rozpogodzi, pewnie w poniedziałek ruszyłbym dalej, bo nic tutaj po mnie.
Gdzie ja w ogóle chcę jechać? I po co?
Czyżbym się łamał? Już? Poczytam dla inspiracji dziennik Kingi. Cholera, gdybym miał trochę więcej kasy, czułbym się pewniej, ale co zrobić, będę musiał sobie radzić tak jak teraz. Wyzwanie i przygoda.
Może po drodze narąbię komuś drwa za parę euro albo miskę strawy. A propos - zgłodniałem. Mogłem jednak kupić wczoraj jakąś zakąskę. Zostało mi tylko cztery złote. Mam w sumie jeszcze stówę, ale na razie nie chcę jej rozmieniać, niech zostanie na czarną godzinę, choć z tą pogoda to czarna godzina tuż, tuż.

tego samego dnia później
Już w dobrym humorze, choć przez chwile myślałem, że się kompletnie zdołuję. Zimno, leje, teraz to już nawet nie deszcz, ale deszcz ze śniegiem.
Umówiłem się z Maćkiem na popołudnie. Żeby zabić czas postanowiłem połazić trochę po mieście, ale nie bawiłem się za dobrze. Przemokły mi buty, a poza tym jestem spłukany. Zobaczyłem kilku ulicznych muzyków, którzy pomimo pogody próbowali pracować, no więc idąc za ich przykładem wszedłem pod Sukiennice (żeby deszcz nie zmoczył akordeonu) i zacząłem. Pierwsze czterdzieści minut z Amelią - kiszka - Yann Tiersen nie przemawia chyba za bardzo do Krakowiaków. W końcu się wkurzyłem i zacząłem grać reggae. Od razu wyrwałem ludzi (i siebie przy okazji też) z obojętności. W parę minut zarobiłem dziesięć złotych. Nie chodzi nawet o kasę, ale po prostu podbudowałem się, że jednak wszystko jest możliwe.
Kiedy grałem, niedaleko stała pewna para - chłopak sprzedawał aparaty i filmy Kodaka, a dziewczyna czekała - jak się później dowiedziałem - na niego, żeby razem iść do kina. Przez cały czas śpiewali ze mną piosenki Marleya i tańczyli. Od razu inaczej się gra, mając przed sobą kilka życzliwych osób. Teraz jadę do Maćka porozmawiać o dawnych czasach.
Szukając znaków.



26.03.2004, Kraków
Wczoraj u Maćka było bardzo przyjemnie. Pogadaliśmy, zjadłem u niego obiad, zagrałem parę melodii i około szóstej wyszedłem. Nie chciało mi się wracać do mieszkania, więc pojechałem na miasto, połazić bezcelowo, pooddychać tutejszą atmosferą i w sumie z nadzieją, że kogoś spotkam albo coś się wydarzy.
Nic się nie wydarzyło. Bardziej cieszyłbym się tym spacerem, gdyby pogoda była inna, a tutaj śnieg, wiatr i zimno. Ma się zmienić od wtorku.
U Arka zostanę jeszcze do jutra, a dziś wieczorem zadzwonię do Marka, czy mógłbym się u niego zatrzymać na parę dni. Jeśli nie, to sprawdzę jeszcze w Hospitality Club. Poza tym mam jeszcze namiot. Najwyżej znajdę jakiś przytulny kącik na Plantach i tam się rozłożę.
Dziś w księgarni widziałem parę dobrych książek. Serce bolało. Najbardziej miałem ochotę na Hodżdżę Nassreddina. 59 zeta. Niestety, nie tym razem. Cholerne pieniądze. Ojciec zawsze mówił, że ukraść książkę to nie przestępstwo, bo książki należą do wszystkich, ale z tymi kamerami i czujnikami ciężko podążać ścieżką ojców.
Znalazłem jakiś "piwniczny" pub, żeby się ogrzać i wypić piwko na otuchę. Zarobiłem dziś siedemnaście złotych i gdyby mnie nie wyrzucili spod Sukiennic, poszłoby jeszcze lepiej, ale co tam. Tak jak wczoraj i przedwczoraj Amelia nie chwyciła, ale Bob Marley to hit. Od razu łapię dobry kontakt z ludźmi. Dziś jakieś dzieciaki spędziły ze mną godzinę, tańcząc i śpiewając, a ilu ludzi wysłało uśmiechy i pozytywne energie to sam nie wiem. Jestem doładowany.
Oprócz tego ta para którą spotkałem wcześniej (chłopak z aparatami i jego przyjaciółka), też dziś przyszła, żeby pogadać (Ewa i Robert).
Ewa powiedziała, że spróbuje załatwić mi nocleg u swoich znajomych. Sympatyczna dziewczyna, studiuje coś ze sztuką sakralną. Zaprosili mnie na przegląd muzyki gitarowej na Kazimierzu, ale jeszcze nie wiem, czy pójdę. Chciałbym dziś jeszcze zagrać na Floriańskiej.

później tego samego dnia
Coraz bardziej się rozpogadza i czuję, że ciężko mi będzie rozstać się z Krakowem, zawsze lubiłem to miasto, ale teraz czuję to jeszcze bardziej, tak jakby to miejsce naprawdę mnie przyjęło.
Granie dziś było extra. Najpierw grałem pod Sukiennicami, skąd wyrzuciła mnie straż miejska, ale wcześniej jakiś facet z jednej galerii wziął ode mnie kontakt i chciałby się ze mną skontaktować, żebym grał na spotkaniach młodzieży.
Później przeniosłem się na Floriańską i było jeszcze lepiej, zebrałem jakieś pięćdziesiąt złotych, a później spisało mnie dwóch uprzejmych policjantów - mieli zgłoszenie o zakłócaniu porządku. Żadnych problemów - po prostu musiałem zmienić miejsce, ponieważ mieszka tam jakaś upierdliwa kobieta.
Później roześmiana sympatyczna para wrzuciła dziesięć złotych i nauczała mnie o Jezusie (ale bez fanatyzmu).
Czuję, że muzyka daje mi możliwość kontaktu z ludźmi. Zawsze tego chciałem, ale nie miałem mocy ani odwagi. Odkąd gram, to jest tak, jakby otworzył się świat.




27.04.2004, Kraków
Dziś Ewa i Robert zaprosili mnie do irlandzkiego pubu. Spotkaliśmy się tam z całą ich paczką. Był zespół na żywo, przepięknie wymiatali, jednak irish folk rocks. Kiedy zespól miał przerwę, moi nowi znajomi namówili mnie, żebym chwycił akordeon i zagrał Boba Marleya. Oj, podskoczyła mi adrenalina, w pubie było ze sto osób, ale zebrałem się na odwagę i już po chwili cała sala klaskała i śpiewała Jaimming.
Impreza skończyła się późno. Złapałem ostatni autobus do Arka, ale przejechałem przystanek i następne parę godzin spędziłem, krążąc po krakowskich zaśnieżonych osiedlach, szukając mojej jaskini.

29.03.2004, Kraków
Dziś na ulicy młoda rastamańska para wrzuciła mi w czasie grania list do kapelusza:

Dzień dobry! Jezus! My tak bardzo uwielbiamy Amelię. Skąd pan to wiedział? To takie cudowne, że są ludzie, którzy stoją na ulicy i grają. Myślimy, że to zasiewa w sercach przechodniów kwiaty pokoju. Więc DZIEKUJEMY! Życzymy uroczej Wiosny , pełnej hipisowskiego ducha! Robert i Natalka

To ja wam dziękuję, dzieciaki.
Żegnaj Krakowie.

01.04.2004, Świnoujście
Uffffffff...
Nic więcej mi się nie nasuwa. Tylko długie ufffffffff...
Zmuszę się jednak, żeby skrobnąć parę słów. Od wczoraj rano jestem w trasie. Kalejdoskop twarzy, samochodów, dróg. Myślałem, że będę pisał jak Kinga o każdym, ale nie mam siły. Cieszę się, że jestem tutaj, w tym przytulnym schronisku, po kąpieli, kolacji, ze słuchawek leci dobra muzyka. Jutro znów czeka mnie zamieszanie, ale nie chcę teraz o tym myśleć. Muszę nabrać sił.
Wczoraj wieczorem, po dniu jazdy rozbiłem namiot gdzieś pod Gorzowem Wielkopolskim. Koszmar. Było już ciemno, kiedy go rozkładałem. Wpakowałem się w jakieś chaszcze, które, jak się okazało w świetle dnia, porastały stary zapomniany śmietnik. Było zimno i wilgotno. Mam bardzo małą, podłużną jedynkę, do której trzeba się wczołgiwać. W środku nocy zaczęło padać i nad ranem sufit przygnieciony śniegiem opadł mi na twarz. Śpiwór – co za ściema z tym komfortem przy minus dwudziestu. Zeszłej nocy nie było nawet minus pięciu i myślałem, że po mnie.



Korzystam teraz z okazji i suszę śpiwór oraz namiot na schroniskowych kaloryferach.
Jeśli chodzi o plany, to trochę się zmieniły. (Dlatego jestem w Świnoujściu). W ostatniej chwili, przed wyjazdem z Krakowa, dostałem email od Artura, że byłaby dla mnie praca w Kopenhadze, na budowie, tylko nie jest jeszcze pewien. Kiedy dziś, już tutaj, w Świnoujściu sprawdziłem pocztę, okazało się, że praca jednak nie wypaliła. Ale już za późno - postanowiłem odwiedzić ziemię Wikingów. Poza tym nie widziałem Artura i Ricarda szmat czasu, stęskniłem się za nimi. Więc Kopenhaga.
Niestety okazało się, że nie da się złapać stopa na prom. Wprowadzili teraz prawo, że choć kupuje się jeden bilet na samochód, za tę samą cenę, bez względu na ilość osób, to jednak trzeba imiennie zarejestrować wszystkich pasażerów w momencie kupowania biletów. Więc autostop na prom odpada. Pozostaje więc droga przez Niemcy. Jutro, albo pojutrze uderzę na Hamburg i stamtąd na Danię.
Pożyczę parę groszy od ojca, bo gdzie ja tu mam grać w Świnoujściu? W ogóle myślę, że ludzie z północy są trochę ciężsi, widzę jak trudniej jest tutaj złapać stopa. Pewnie i granie nie szłoby za dobrze. Ale nie chcę oceniać. Ludzie są różni, nie ma co generalizować. Myślę, że z tego zmęczenia wszystko widzę teraz w krzywym zwierciadle.
Tęsknię za domem i Tanią. Maminsynek ze mnie. Kiedy jest się w drodze, to tak, jakby nie istniało się dla nikogo. Chciałem doświadczyć tej samotności, ale teraz nie mam pewności, czy jestem gotowy. Brakuje mi ludzi.
Boję się tego obojętnego świata tam za oknem. Ale podjąłem się tej podróży, ponieważ chcę uwierzyć, że nie jest tak obojętny, jak się wydaje. Chcę spotkać bratnie dusze rozrzucone po świecie, chcę czuć braterstwo z ludźmi. Dziś kiedy stałem na stopa, to byłem rozwalony. Setki samochodów, kilka godzin czekania i nic. Zupełna obojętność, a czasami nawet złośliwość. Nie wszyscy tacy byli, inaczej nigdy nie dojechałbym do Świnoujścia, ale większość była właśnie taka - obojętna i chłodna. To mnie najbardziej zniechęciło i zmęczyło.
Chcę jednak jechać dalej. Cieszę się, że spotkam w Kopenhadze Ricarda i Artura. Coś się będzie działo.

02.04.2004, Świnoujście
Siedzę na ławce na deptaku koło plaży. Mam straszną ochotę pograć, choć ludzi niedużo, ale zagram i tak, dla siebie, dla przyjemności. Sprawy trochę się wyklarowały. Czekam na przekaz z domu, czterysta złotych, później przekraczam granicę dla pieszych tutaj, w Świnoujściu i jadę do Rostock, a stamtąd promem do Danii. No i wtedy będę miał jeszcze jakieś sto dwadzieścia kilometrów do przejechania. Pestka. Może wieczorem byłbym już w Kopenhadze?
Tak jak myślałem, zmęczenie nie sprzyja pozytywnemu myśleniu. Dziś, po nocy w schronisku, czysty, wypoczęty, z pełnym brzuchem, patrzę na świat inaczej.

04.04.2004, Kopenhaga
Jestem w Kopenhadze u Ricarda. Przyjechałem późnym wieczorem, ale nie odpocząłem, ponieważ porwali mnie od razu na koncert. Nie bawiłem się za dobrze, byłem wykończony. Teraz jest piąta rano, właśnie wróciliśmy i zdycham. Będę spał cały dzień.
Zleniwiłem się podróżując tutaj. Przejście graniczne w Świnoujściu przeszedłem pieszo, później wziąłem jeden pociąg, później następny, z Rostock prom (pięć euro) i z wioski w Danii autobus do jakiegoś miasteczka, aż w końcu pociąg do Kopenhagi. Z dworca zadzwoniłem do Ricarda. Strasznie się ucieszył, że już dotarłem, ja zresztą też. Choć czasami mieliśmy ciężkie momenty mieszkając w tamtej komunie w Hiszpanii, to jednak lubimy się i jesteśmy w stanie się dobrze zrozumieć. Mieszkanie przez półtora roku w jednym miejscu może połączyć ludzi.
Ricardo powitał mnie pizzą, po czym rozpocząłem edukację jeżdżenia na gapę środkami komunikacji miejskiej. Ricardo jest ekspertem. Dreszczyk emocji na start. No ale dojechaliśmy bez problemu.



Po powrocie z Indii Ricardo poznał w Kopenhadze dziewczynę z Finlandii i są teraz razem. Jestem pewien że długoterminowy związek dobrze mu zrobi. Dziewczyna spoko. Ma irokeza, gra na flecie i zjeździła stopem całą Europę. Mieszka tutaj też kilka innych osób. Sami artyści uliczni, studenci szkoły cyrkowej, aktywiści. Ich dom nazywa się Solarplexus. W całej Kopenhadze wiadomo, że robi się tutaj najlepsze Full Moon Party w mieście.
No dobra. Do łóżka kolego.

później tego samego dnia
Długo nie pospałem. Dziś idziemy z Ricardo do świątyni Hare Kryszna na festiwal, ma tam być Artur, pogadamy, a jutro zagram na ulicy i zobaczę, czy to ma tutaj w ogóle sens. Jeśli będzie dobrze, to zacznę szukać jakiegoś miejsca, żeby mogła przyjechać Tania, a jeśli niedobrze, to jadę dalej. Podobno jakiś znajomy Ricarda pojechał do Hiszpanii i ma kontakty z pracą. Ricardo poprosił go, żeby coś dla mnie znalazł.
Nie mam pojęcia, co z tego wyniknie, ale cieszę się, że tutaj jestem. Wszystko wydaje się łatwiejsze i cieplejsze wśród ludzi.

05.04.2004, Kopenhaga
Jestem zmęczony, ostatnio się tyle dzieje. Wczoraj mieliśmy w domu Full Moon Party. Najpierw był koncert reggae Cafa i jego zespołu. Caf jest rastamanem, ma z czterdzieści lat i wygląda jak biblijny prorok. Po koncercie wszyscy usiedliśmy razem i każdy musiał coś opowiedzieć. Jedna dziewczyna ze szkoły cyrkowej wykonała niesamowity monolog o wampirach. Nawet ja się odważyłem i opowiedziałem parę historii z czasów, kiedy eksperymentowałem z eksterioryzacją. Ricardo poszedł spać wcześniej, tak że trochę czułem się obco, nikogo tutaj jeszcze nie znam, ale jakoś się przełamałem.



Dziś rano poznałem faceta z Islandii. Nie pamiętam imienia. Cały czas palił haszysz i przez jakieś dwie godziny opowiadał mi o swojej teorii, że stosownie do ukrytych kodów wszystkich pism świętych i zapisków historycznych, to właśnie Islandia jest kolebką ludzkości. Niech mu będzie.
Wczoraj w świątyni spotkałem się wreszcie z Arturem. Stęskniłem za tym gościem. Rozmawialiśmy parę godzin. Artur też się cieszy, że jestem, nie ma tam zbyt wielu przyjaciół. Dziś wieczorem mam wpaść do Govindy i Artur (który tam pracuje) ma wynieść mi jakieś jedzenie. Podobno mają system, że jeśli do godziny ósmej coś zostaje, to rozdają to za darmo każdemu, kto przyjdzie. Fajnie.
Zaraz idę grać. Tzn. idziemy całą paczką. Ruthanna będzie grała na skrzypcach, dziewczyna Ricarda (Sana) na flecie, Ricardo na bębnach a ja na akordeonie. Zobaczymy jaką kasę ma tutaj dla mnie los. Nie mogę się przyzwyczaić do tych koron. Oni tutaj nie używają euro ale korony i przelicznik jest tak nierówny, że nie mogę zajarzyć, co ile kosztuje.

06.04.2004, Kopenhaga
Byliśmy wczoraj pograć na ulicy. Ricardo, Sana, Ruthanna i ja. Był czad, kiedy wystartowaliśmy z całą grupą i zaczęliśmy śpiewać oraz tańczyć, skacząc wysoko.
Ludzie tutaj są bardzo pozytywni i otwarci. Myślę, że pokocham to miasto i wydaje mi się, że jeśli przyjechałaby tutaj Tania, to też by się jej podobało.
Spotkałem dziś na ulicy paczkę chłopaków z Chile i Ekwadoru. Żyją z tego, co sprzedają na ulicy, tzn. nic trefnego, po prostu jakieś koraliki, kolczyki i inne duperele. Nawet robią na tym niezłe pieniądze. Mówią, że w lecie potrafią wyciągnąć dziennie z dwieście euro, a czasami i więcej. Fiu, fiu.
Ja zarobiłem dziś trzydzieści euro (przeliczam z koron) i zaczynam odkładać.
Po graniu, poszedłem wreszcie do tej sławnej Christianii. Super miejsce. Jest to alternatywna społeczność, istniejąca w centrum miasta od ponad trzydziestu lat. Kiedyś był to wojskowy fort, ale któregoś dnia, w latach siedemdziesiątych, grupa hippisów, aktywistów i artystów zajęła go i postanowiła zamieszkać tam na stałe. W końcu dostali pozwolenie od rządu na pozostanie tam na dobre.
Christiania otoczona jest murem, poza który nie mogą wjeżdżać samochody. Po przekroczeniu bramy ma się wrażenie, że wchodzi się do innego świata - świata wiecznej imprezy. Przed chwila było się jeszcze na ulicy, mijając ludzi w dobrych garniturach, dobrych samochodach, biegających w pogoni za kasą, aż nagle wchodzi się w miejsce rozleniwienia i relaksu. Ludzie przechadzają się bez celu, stoi tam kilka starych stoisk z falafelami (Pycha! Tylko 15 koron), muzyką i sprzętem do palenia różnych substancji. Kopcą tutaj nieźle. Co chwila dolatywał mnie aromat palonego haszyszu.
Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o to miejsce. Z jednej strony widzę, że jest tu dużo ludzi straconych, zabijających czas paleniem zioła i piwem, ale z drugiej strony czuję do nich sympatię. O wiele bardziej swojsko można czuć się z ludźmi, których główną myślą nie są pieniądze, niż z kapiszonami, którzy mają w oczach tylko licznik i zwykle patrzą nie na ciebie, ale przez ciebie (po tym jak skalkulowali, że na nic się im nie przydasz).

07.04.2004, Kopenhaga
Wczoraj granie było odlotowe. Wprawdzie lalo, padał śnieg i było zimno jak cholera, ale daliśmy czadu. Najpierw grałem sam, ale po chwili dołączyły do mnie latynoskie chłopaki. Zebrała się duża grupa, zaczęli tańczyć, śpiewać. Chłopaki z Chile, Boliwii i Ekwadoru kupowali co chwila wino na rozgrzewkę - mróz był niezły i jeszcze ten wredny duński wiatr.
Planują uzbierać tutaj trochę kasy, zabrać swoje wysokie białowłose duńskie dziewczyny i kupić u siebie autobus, którym chcą zjechać całą Amerykę Łacińską. Zazdroszczę im. No ale każdy ma swoją wyprawę.
Ostatnio tyle się dzieje, pędzę i nie jestem w stanie zapisać ani połowy z wydarzeń. Tak naprawdę piszę tylko z obowiązku. Zatrzymaj się chłopie. Pomyśl trochę nad życiem.

No dobra- przyszedł czas i znowu muzyka gra,
znajoma twarz, znajomy rytm, znajomych marzeń garść.
Lubię patrzeć na łąkę miejskich gwiazd,
obcego świata światła rozjaśniają noc
i wkrótce przyjdzie brzask
w tym mieście obcych słów i znajomych gestów.
Tak bardzo lubię świt tutaj

10.04.2004, Kopenhaga
Od dwóch dni pracuję razem z Ricardo u hinduskiej rodziny. Nie rozumiałem dlaczego potrzebują dodatkowej osoby do opieki na niepełnosprawnym dzieckiem, ale po pierwszym dniu zajarzyłem. To nie jest po prostu opieka nad dzieckiem, ale rodzaj rekonwalescencji. Chłopaczek ma porażenie mózgowe. Kilka lat temu odkryto, że można to wyleczyć, czasami nawet całkowicie, ale co to dziecko musi przechodzić. Horror. Jakieś osiem godzin dziennie ćwiczeń. I to nie jakieś tam lekkie rzeczy, ale ciężka harówa. Robi to już od kilku miesięcy i jest takie silny, że we czwórkę nie możemy go utrzymać.
Biedny dzieciak. Ciężka karma. Mam nadzieje, że Rahul nie jest na tyle świadomy, żeby wiedzieć, jak bardzo cierpi.

11.04.2004, Kopenhaga
Padam już na ryj, ale jeszcze skrobnę dwa słówka. Fajny dziś miałem dzień. Milo się grało, spotkałem dużo Polaków, złapałem ich na polskie piosenki. Później poznałem super chłopaka z Chile i jego żonę, Dunkę, która jest w ciąży. Alex i Maria. Ona pracuje z niepełnosprawnymi dziećmi, on robi warsztaty rzemiosła dla dzieci. Dziewczyna ma rodzić za dwa miesiące, tak że na razie siedzą tutaj, a potem jada do Ameryki Południowej. Podróżowali już po Meksyku, gdzie teraz chcieliby wrócić, a później wybierają się do rodzinnych stron Alexa w Chile. Pytałem ich, jak tam jest i powiedzieli, że świetnie, szczególnie w Chile. Kiedy podróżujesz stopem, to ludzie zapraszają cię do domów, stopa łapiesz w dwie minuty. Można dobrze zarobić na graniu i sprzedawania artesanias (koralików, itd).
Pytam o tę Amerykę dużo ludzi i wszyscy mówią to samo - że jest wspaniale. Może kiedyś się wybierzemy z Tanią?
Dziś znów pracowałem z Rahulem. Fajnie bo raz: widzę, że ta praca zmusza mnie do refleksji nad naturą tego świata, a po drugie extra gotówka zawsze mile widziana, szczególnie, że po dobrym starcie, nie zarabiam już na ulicy tyle, co na początku.
Ciągle nie wiem, co dalej. Dania miała być tylko przystankiem, a widzę, że teraz skończyła mi się inwencja twórcza i chęć do zmian. Z drugiej strony nie mogę się tutaj teraz osiedlić, to co zarabiam, nie wystarczyłoby na przeżycie dwóch osób.
Tęsknię za domem, ale czuję, że nie ma sensu jeszcze wracać.

20.04.2004, Kopenhaga
Wczoraj przeniosłem się do Artura. Zrobiłem większe pranie w pralni publicznej (Artur ma darmowa kartę), później pojechałem na miasto i było ciekawie. Najpierw grałem na tym placyku, który tak bardzo lubię (pod wieżą, na której przesiadywał Hans Christian Andersen), później zjadłem obiad w Govindzie, a później poszedłem na główny rynek. Najpierw dostałem wielkiego, haszyszowego jointa do kapelusza, a jeszcze później pewien facet zrobił ze mną wywiad dla hiszpańskiej telewizji publicznej. Miałem darmowa reklamę telewizyjną przed przyjazdem.
Oprócz tego spotkałem jeszcze Ruthannę. Powiedziała mi, że zna kogoś, kto być może miałby dla mnie pracę przy zbiorze truskawek. Jeśli by się udało, zostałbym te trzy tygodnie dłużej, żeby zebrać trochę więcej kasy, a jeśli nie, to są już moje ostatnie dni z piękną Kopenhagą.
Wpadłem po uszy w fajki. Życie uliczne wyciska na mnie stopniowo swoje piętno. Mowię sobie, że kiedy dołączy do mnie Tania, to rzucę, ale nie wydaje mi się, że będzie łatwiej. Odkładam to na później. Leń ze mnie.

22.04.2004, Kopenhaga
Czas Kopenhagi dobiegł końca. Mam mieszane uczucia, ale z przewagą pozytywnych, szczególnie po tym, jak dziś pożegnali mnie Alex i Maria. Przygotowali prawdziwą, wegetariańską ucztę. Rozmawialiśmy wiele godzin, opowiadając sobie historie z życia, oglądając zdjęcia z ich wypraw, słuchając muzyki, paląc trawę. Alex mieszkał gdzieś na krysznowskiej farmie, ale później postanowił praktykować życie duchowe na własną rękę. Zbliża nas ta wspólna przeszłość.
Na koniec dostałem od nich prezent: CD z muzyka zespołu Alexa, rękawiczki bez palców (do grania na akordeonie) i dla Tani ludziki z Gwatemali, które zabierają od nas zmartwienia, jeśli wyszepczemy je do nich przed snem i włożymy pod poduszkę. Mi się na pewno przydadzą na drogę. Jedną z nich odstąpiłem Arturowi. Niech też ma kogoś do pomocy w walce z jego zmartwieniami.
Przed obiadem u Alexa i Marii byłem jeszcze w Solarplexie, ale nie zastałem prawie nikogo. Pożegnałem się tylko z Cafem, Ruthanną i Tomem.
Caf poczęstował mnie obiadem, który Ricardo przyniósł wczoraj z Govindy. Później poprosił mnie, żebym nagrał z nim jeden z jego kawałków. Chciał spróbować, jak to będzie z akordeonem. I zagraliśmy. Choć cienko mi szło, to byłem szczęśliwy, że na koniec mogę z nim zagrać. Bardzo go cenię i lubię.
No a teraz jestem tutaj, z kochanym Arturem i słuchamy w milczeniu muzyki.
A przede mną Hiszpania...


Friday, 15 April 2011

Uliczne wędrówki



Uliczne wędrówki
(Kopenhaga)

Co za miłe spotkanie. Usiadłem na ławce na Højbro Plads, to chyba mój ulubiony placyk jak do tej pory. Siedział tam już starszy pan – siwa, bujna broda, lekko wyświechtane ubrania, widać upływ czasu, ale nie brudne, no i oczy; mądre i uśmiechnięte.
- Będzie panu przeszkadzało, jak sobie zapalę? – spytałem.
- To wolny kraj, tylko sam sobie szkodzisz – odpowiedział wzruszając ramionami.
- Ogólnie to ja nie palę, ale ostatnio dużo stresu, zmiana kraju, szukanie pracy, bariera językowa...
- Kiepskie wytłumaczenie, młodzieńcze - uśmiechnął się i machnął ręką, że w końcu nic mu do tego.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, obserwując przechodniów. Tłumy ludzi wyległy na ulice, przyciągniete wiosną, ponętne dziewczyny ubrane skąpiej niż jeszcze tydzień wcześniej, rodziny z głośnymi dziećmi, dorożki, riksze…
- Jesteś z Niemiec? – zapytał mężczyzna. Bardziej, aby zagaić rozmowę, niż z faktycznej ciekawości.
- Nie, Polak, a pan?
- Chorwat. Ale mieszkam tu już czterdzieści lat.
- O, to kawał czasu. I jak pan to ocenia po tylu latach?
- Lubię ten kraj. Mądrze zorganizowany. System jest tu dla ludzi, a nie ludzie dla systemu, jak w Chorwacji, czy u was w Polsce, jak się domyślam. Tylko teraz zaczęło się zmieniać. Prawicowy rząd, kapitalizm wolnorynkowy coraz bardziej atakuje, socjaliści wycofują się.

Od słowa do słowa okazało się, że Frank jest starym lewicowcem. Porozmawialiśmy nad obecną sytuacją, o polityce, pochwaliliśmy Chaveza i Moralesa za ich odwagę w postawieniu się Stanom, oceniliśmy coraz bardziej budzący się nacjonalizm, którym ludzie chcą walczyć z europejskim imperializmem. Później zeszliśmy na bardziej osobiste tematy. Frank jest na emeryturze. Powiedział, że jest szczęśliwy i wolny. I uwierzyłem mu, to się czuło.

- Wstajesz rano, kiedy chcesz, nie martwisz się pracą, żoną, bo jestem rozwiedziony – powiedział to z prawdziwie radosnym błyskiem w oczach. – Biorę mój aparat i chodzę sobie po ulicach, a później, wieczorem, w moim mieszkanku komponuję muzykę…
- Jaki rodzaj muzyki?
- Dubstep… - zawiesił głos, patrząc na mnie z łotrzykowsko przymkniętymi oczyma.
- Dubstep? Nigdy bym pana nie posądził – zaśmiałem się.
- Zawsze się ludzie dziwią. Ale naprawdę to lubię. A ty?
- Czy ja wiem… Czasami. Ale zbyt mroczne, a ja już i tak zbyt łatwo wchodzę w ciemność. Tak jak z Kierkegaardem – uwielbiam go, ale nie mogę przeczytać więcej niż dziesięć stron naraz, bo zbyt szybko zatapiam się w jego myślach, egocentryzmie, egzystencjalizmie.
- Ja na szczęście tak nie mam; zarówno Kierkegaarda jak i dubstep wchłaniam bez ograniczeń i niestrawności.
Znów chwila milczenia.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę i oczywiście rozmawialiśmy więcej, niż te kilka zdań, które tu opisałem. Naprawdę czerpałem radość z tej rozmowy. A później poszedł robić zdjęcia królewskiej parze. Dziś są chrzciny ich dzieci – bliźniaków.

Brakuje mi tego – rozmów z mądrymi, spokojnymi ludźmi. Mam wrażenie, że jest ich coraz mniej. Czasami czuję, że sam należę do tej starszej epoki, z której pochodzi Frank, a nie do tej nowej – nastawionej na karierę, krzykliwej i bezmyślnej. W każdym bądź razie doładowałem się tą rozmową.

* * *

Czytam „Albo albo” Kierkegaarda. Wchodzi jak narkotyk – słodkie, oszałamiające i wciągające, a jednocześnie cały czas uważasz, aby nie przesadzić, aby nie dać się wciągnąć za głęboko, gdzie znana rzeczywistość rozkłada się na kawałki, pojawia się wyobcowanie i przenikliwe, paniczne pragnienie powrotu do normalności. Nawet jeśli ta normalność jest nijaka i trywialna, w takich momentach jest lepsza od absolutnej obcości, jaka ogarnia człowieka, kiedy przecina pępowinę i wznosi się wysoko, zbyt wysoko, wyżej niż wolno ludziom. Może dlatego nigdy w pełni nie zostanę artystą – choć szukam i tęsknię za niewiadomym, to równocześnie zbytnio boję się porzucenia normalności.

Najbardziej uświadomiłem to sobie w zeszłym roku, kiedy wziąłem grzyby. Psylocybina wysłała mnie daleko, zbyt daleko poza ograniczenia tego trzywymiarowego continuum, jak dziecko wyleciałem poza orbitę ziemską, bez skafandra, tlenu, statku kosmicznego – po prostu ja i kosmiczna, lodowata przestrzeń, wypełniona przeraźliwie obcymi formami, bez żadnego wspólnego mianownika ze mną.

Wcześniej myślałem, że jestem gotowy na wszystko, żeby dojść do sedna rzeczy, żeby złuszczyć warstwy zastałej rzeczywistości i zobaczyć, co jest pod nimi. Od tamtej nocy wiem, że nie jestem jednak gotowy. Marzę o przekroczeniu granic, jednak okazuje się, że chcę je przekroczyć na moich warunkach, a to niemożliwe – inaczej nie byłoby przekroczeniem granic, a jedynie kolejną małą podróżą wewnątrz mojego (pół)światka…

Ha, ha, taki właśnie wpływ ma na mnie Kierkegaard! Zamiast cieszyć się wiosną, zielenią, śpiewającymi ptakami, furkotem dorożek, to zaczynam analizować wszechświat, swoją w nim pozycję (czy raczej jej brak) i bać się swojego cienia. Dlatego pozostanę przy ograniczeniu dziesięciostronicowym. Zdrowiej dla mnie.

* * *

Pojechałem na Christianię. Znalazłem małą uliczkę z boku, gdzie nie ma za dużo ludzi. Przede mną stoi mały sklepik, jedyne miejsce na Christiani, gdzie piwo jest po 10, nie po 20 koron. Obok na murze wielkie grafiti – groźnie patrzący Meksykanin z wielkim sombrerem i karabinem, i słowa nawołujące do jedności ludu w walce o wolność i autonomię.

Lubię tu siadywać. Ogólnie na Christiani (nawet pomimo gangsterów z ciężkimi złotymi łańcuchami na szyi, basebolowymi czapeczkami i spodniami od dresu, którzy sprzedają haszysz i marihuanę na Pusher's Street), ale szczególnie w tym kąciku. Po lewej grupka podpitych facetów o czerwonych nosach i szyjach śmieje się gromko i opowiada coś z zacięciem. Zbyt słabo znam duński, żeby zrozumieć coś z sensem. Obok siedzi również zapijaczony pan, wydaje się, że czeka na coś… Tak. Zza rogu wybiega szczerbata dziewczynka o zadziwiająco białych włosach i ze śmiechem radości rzuca się mu na szyję.
- Dziadzio! Dziadzio! – woła (woła "dziadzio" w mej artystycznej wizji, lecz równie dobrze mogłaby wołać „wujek” albo cokolwiek). Widać, że wszyscy się znają. Od grupki mężczyzn odłącza się jeden, najniższy i najbardziej zapijaczony, podchodzi do dziewczynki i dziadka. Wyciąga ręce.
- Powąchaj – mówi do dziewczynki. – No dalej, nie bój się.
Dziewczynka wącha i krzywi się niemiłosiernie.
- Błeee…
Mężczyzna się śmieje i podnosi spod ławki zakrwawioną reklamówkę.
- Złapaliśmy dzisiaj rybę rękami! – ogłasza z dumą i wyciąga reklamówkę do dziadka. – Popatrz.
Dziadek i zafascynowana wnuczka zerkają do środka, mężczyzna tymczasem pokazuje uniwersalnym gestem rozmiar rzeczonej ryby. Ponad metr.
- Piliśmy sobie piwko nad kanałem, kiedy dojrzeliśmy tego olbrzyma. Niewiele myśląc skoczyliśmy, woda w tym miejscu płytka i jakimś cudem złapaliśmy potwora. Dziś wieczorem uczta!
Większość z tego wywnioskowałem po gestach, mimice i kilku słowach, które zrozumiałem – fisk, vand, øl, kokker.

Temu lubię tu siadywać. Jakby się człowiek cofnął w czasie o sto lat, mała wioska, społeczność, ktoś złowił rybę, naje się rodzina i przyjaciele. Mimo wszystkich swoich wad, to właśnie ma w sobie Christiania – autentyczność i subtelną patynę. Kiedy ludzie nie są zmuszeni do udziału w wyścigu szczurów, nie muszą akceptować neoliberalnych warunków gry, wracają do podstaw, ich życie opiera się, tak jak powinno, na najprostszych, bezpośrednich relacjach z ludźmi, gdzie wszystkie sprawy rozwiązują się w społeczności, bez udziału systemu, instytucji. Fakt - wszyscy tutaj popijają, palą hasz, ale ciężko być mieszkańcem wyspy w samym środku Babilonu, niełatwy kawałek chleba.

Dziewczynka dostała od dziadka loda w polewie czekoladowej, którym później dzieliła się solidarnie z psem (chyba nawet nie jej własnym, ale ulicznym), przysiadła się kobieta, prosząc, żebym otworzył jej butelkę z piwem, dwóch Eskimosów usiadło z murzynem i zaczęli rozmawiać o czymś szybko i głośno, co chwila wybuchając śmiechem, zawołali dziewczynkę i dali jej lizaka, sklepowa wyszła zapalić, zaraz zaczepił ją pan z rybą, dyskutowali przez chwilę, wreszcie sklepowa machnęła ręką i wzięła od niego zakrwawiona reklamówkę, domyśliłem się, że do sklepowej lodówki na przechowanie, grupka niemieckich turystów przepłynęła przez ulicę, przyglądając się ludziom, jak z batyskafu, z zafascynowaniem i lekkim wstrętem, nikt ich nie zauważył, jakby byli duchami, pies skończywszy loda podszedł do mnie i zanim zareagowałem polizał puszkę z Redsem, którego kupiłem w pobliskim polskim sklepie, zawahałem się przez chwilę, ale nie poszedłem w ślady dziewczynki, mój duch nie był wystarczająco niewinny – puszka wylądowała w koszu, zresztą ponad połowę już wypiłem, posiedziałem jeszcze chwilę, aż wreszcie ukłoniłem się dziadkowi, wsiadłem na rower i pojechałem.


Tuesday, 5 April 2011

Na dziś

(Kopenhaga)



Weekend, choć kiedy się nie pracuje, to nie znaczy zbyt wiele. Wybrałem się rowerem do miasta, jakieś 12 kilometrów, ale wszystko w naturze, ścieżkami leśnymi, nad jeziorkami, tak, że nie wydaje się daleko. Na drogę załączyłem w mp3jce Stachurę śpiewającego własne piosenki. Zanurzyłem się w tęsknocie za uczuciami, o których śpiewał i w końcu zgubiłem drogę, z leśnej ścieżki wyjechałem na szare przedmieścia i nie potrafiłem trafić z powrotem na szlak. Wreszcie dałem spokój i wsiadłem z rowerem do kolejki.

Rozłożyłem się w parku koło Norreport, ten z małym jeziorkiem, piję piwo, czytam “Dzienniki gwiazdowe” Lema (mój ulubiony ateista, któremu Dawkins nie dorasta do pięt ani intelektem, ani kulturą, ani klasą).

Mam nadzięję, że nie powróci ból głowy, który wczoraj zwalił mnie do łóżka już około szóstej. Po parku przechadzają się rodziny, dwójka dzieciaków turla się po zboczu, nie zważając na psie kupy, dzikie kaczki pływają po jeziorku, murzynka zmienia pieluchę krzyczącemu malcowi.

Miły dzień, choć ogólnie ciężko się jeszcze zrelaksować, wszystko jakieś takie niepoukładane. Byłbym bardziej wyluzowany, gdyby nie braki gotówkowe – zużyliśmy już cały debet z angielskiego banku (o spłacenie będziemy się martwić w odległej przyszłości), Tania dostanie wypłatę dopiero pierwszego czerwca, a w kieszeni zostały nam już drobniaki. Gram trochę na ulicy, ale kiepsko idzie, zresztą straciłem już do tego serce, nie ma tej radości sprzed lat. Ale nie chcę narzekać, bo nie czuję jakiejś tragedii z powodów finansowych, jakoś to będzie. Po prostu zbyt wielki jeszcze chaos na spokój. Poza tym ciągle czuję, że jeszcze nie zakorzeniliśmy się, że jesteśmy tu na kredyt i coś we mnie obawia się, że się nie uda. No ale to mój wewnętrzny czarnowidz, muszę jakoś z nim żyć.

Po miesiącu palenia stwierdziłem, że tego wystarczy, nie chcę wpaść w nałóg, zwykle po kilku tygodniach palenia czuję, jak zaciska się pętla i wtedy szybko wyrzucam tytoń, bibułki, zapalniczki, zanim odwrót jest jeszcze łatwy. Do następnego razu.

Thursday, 31 March 2011

Jasna Polana 5

Wrzuciłem dziś w sieć kolejny numer Jasnej Polany, dzięki łasce bogów już piąty;) Zachęcam z całego serca do lektury, włożyłem w to wiele energii i myślę, że warto. Pozdrawiam wszystkich zaglądających.



• Słowem wstępu

• Królestwo Boga jest w tobie
Lew Tołstoj
• Aby Ameryka żyła, Europa musi umrzeć
Russell Means
• O znaczeniu stowarzyszeń
Edward Abramowski
• Znaczenie konfederacjonizmu
Murray Bookchin
• Życie w rewolucyjnej Barcelonie
Manolo Gonzales
• Posiadanie i bycie w doświadczeniu codziennym
Erich Fromm
• Podróż
Marcin Kreczmer

Jasna Polana 5 - pobierz tutaj

Saturday, 26 March 2011

Zwykły dzień i niezwykły wieczór



Zwykły dzień i niezwykły wieczór
(Kopenhaga)

Siedzę na Højbro Plads. O piątej mam wizytę u lekarza, USG wątroby, dokucza mi cholerstwo ostatnio. Zostało mi parę godzin, ale wyjechałem z domu wcześniej, żeby być trochę sam, pomyśleć, odetchnąć. Stres ostatnich tygodni zaczyna się powoli odbijać na nastroju, drażliwość, próbuję znaleźć spokój w tym zamieszaniu. Wiadomo, nie jest łatwo, tym bardziej, że problemy zdrowotne sprawiają, iż ciężko powstrzymać czarne myśli. Zacząłem znów palić. Na razie niedużo, choć przez jakiś czas pewnie będę palić więcej, zawsze w okresach przejściowych biorę się za fajki, trochę łagodzą napięcie, pozwalają znaleźć grunt w nowych aranżacjach towarzyskich.

Uspakaja mnie bycie w tłumie. Czuję się jednym z wielu, nabieram dystansu do siebie. Patrzę na młodych, pewnych siebie, głośnych, uśmiechających się bez głębszej refleksji, cieszących się życiem. Szukam siwych głów, wycisza mnie pogodzenie się starych ludzi z upływem czasu, najprostsza mądrość wynikająca ze starości, ze świadomości bycia w ostatnim rozdziale, nie wymaga jakiejś szczególnej głębi, wystarczy słuchać siebie. Dla mnie na razie to okres przejścia pomiędzy ignorującą realność przemijania młodością, a dojrzałością, poprzedzającą nieśmiałą starość, nie nadążającą za zmianami.

Musiałem przesunąć się do słońca, chłodno jeszcze, przecież to dopiero marzec. Siedzę pod fontanną z żurawiami i żabami, porosłe mchem, w kafejce ktoś upuścił szklankę, zadźwięczało szkło, przeszła brunetka na wysokich obcasach z wielkim zadkiem, Cyganka poprosiła mnie o drobne, pachnie czosnkiem z budki kebabowej, brudni, niewyspani młodzieńcy z dredami jedzą falafela i sępią fajki, dwóch młodych homoseksualistów siedzi na ziemi i trzyma się za ręce, dzieląc się półgłosem poważnymi sekretami, gołębie liczą na coś ode mnie, ale nie mam nic, przed USG nie wolno mi jeść przez kilka godzin.

Pomimo rękawiczek, palce zmarzły mi już na kość, kończę.
Niedomyci młodzieńcy wstali, założyli kurtki Green Peace’u i łowią ludzi do ankiet. A ja myślałem, że to ulicznicy. Chyba, że są ulicznikami na pół etatu?

* * *

Czekam na dworcu w Ryparken na Tanię, idziemy na przedstawienie, ma grać Ruthanna.
Już ciemno, co chwila migają pociągi, na niebie widać światła startujących samolotów, po prawej wielkie boisko, niewyraźne postacie biegają z piłką, echem odbijają się ich okrzyki, mieszając się z zapowiedziami pociągów, wieje ostry wiatr, podciągam wyżej kołnierz kurtki, narzucam na głowę kaptur i piszę.
W ciągłej zmianie, w niekończących się podróżach, niedopasowaniu, można uchwycić mignięcie tego, czym jest życie. Ciągłą transformacją, przekładaniem się życia i śmierci, i znów życia, niekończący się kalejdoskop ról. To oznacza samotność i próby zapełnienia tej pustki. Usiłujemy uleczyć się, zawierając znajomości „na peronie”. Kilka rozmów, kanapka, żarty, gazeta, wjeżdża kolejny pociąg, który zabierze nas na kolejny peron.
Dlatego warto być w ruchu – żeby nie zapomnieć o prawdziwej sytuacji i skupiać się tylko na najważniejszych rzeczach. Problem jest jednak z wyborem. Bo co naprawdę jest najważniejsze? Jak odróżnić subiektywne od obiektywnego?
Wjeżdża pociąg Tani. Kończę.

* * *

Najpierw na scenę wyszła wysoka, głośna dziewczyna z charakterem, ubrana jak kurtyzana z odległej epoki, w burzę włosów wplątała się rolka papieru toaletowego i mały, stylowy abażur.
- Dziś wieczorem – zaczęła ściszonym głosem, wodząc po widowni potępieńczym wzrokiem – zabierzemy was na drugą stronę, gdzie króluje ciemność i szaleństwo. Ale nie obawiajcie się! Sprowadzimy was z powrotem! Ujrzycie straszne rzeczy, włos się wam zjeży na głowie, będziecie szczękać zębami, a czasami wydrze się wam okrzyk zgrozy. Wspaniale, krzyczcie, to dobre dla przedstawienia – mrugnięcie i cisza.

Zza łaciatej kurtyny, pokrytej pajęczynami i pająkami, zalanej przyćmionym barowym światłem, rozległy się ciche takty powolnej, swingowej muzyki, trąbka, kontrabas, pianino… Czyjaś niewidzialna ręka zarzuciła na szyję konferansjerki zwłoki lisa. Nagle lis podniósł głowę i zaczął śpiewać zachrypniętym głosem swoją historię – twardego mężczyzny, któremu każda kobieta w życiu sprawiła ból i każdy związek kończył się zranieniem i krzykiem, aż ostatnia wypróżniła w jego brzuch cały magazynek rewolweru.

W półmroku, publiczność siedzi w rozgorączkowanym milczeniu, nie roniąc ani słowa, słychać hamowane chichoty. Choć skończyło mi się podłe wino, nalane do plastykowego kubka, przez dystyngowanego, zblazowanego kelnera – wampira, nie wstaję od stołu, dając się uwieść opowieści i atmosferze. Po śmierci lisa podnosi się kurtyna. Zza instrumentów widać kawałki szalonego zespołu, absurdalna pstrokacizna i jarmarczne kontrasty. Konferansjerka podnosi akordeon i grając cicho walca, zapowiada kolejny punkt programu.

- Następna historia jest przerażająca: to dzieje rodzinnej tragedii na wschodzie Rosji. Historia brzydkiej, łysej dziewczynki mieszkającej w piwnicy – Petruszki, której brzydzi się cały świat i jej pięknego, podziwianego brata. Nie mogąc znieść swego upodlenia i jego chwały, zakrada się w nocy i obcina mu głowę. Wzburzona rodzina i mieszkańcy wioski karzą ją w okrutny sposób – oddają ją do cyrku, gdzie występuję jako wybryk natury, wraz z głową swego martwego brata.
- Petruszka! Petruszka! – woła głowa brata ze szklanego słoja. – Zaśpiewaj! Zaśpiewaj! Pokaż swój ohydny głos!
- Nie zaśpiewam, mój braciszku! Nie zaśpiewam! – woła piskliwie przez łzy brzydka Petruszka, manekin. – Zbyt wielkie moje cierpienie.
- Petruszka! Petruszka! – woła drwiąco głowa brata. – Zatańcz! Zatańcz! Pokaż swoje koślawe ciało!
- Nie zatańczę, mój braciszku! Nie zatańczę! Zbyt bardzo boli mnie mój grzech.

Po nieudanych próbach ożywienia plastykowych gołębi przez ruchliwą, malutką i nieśmiałą asystentkę kurtyzany, z imbryka wypełza niemowlę bez nóżek i w potępieńczych drgawkach pełznie po scenie wydając dziecięce kwilenia. Nagle imbryk unosi się w powietrze, powoli zbliża się do niemowlęcia, po czym oblewa go krwią. Na widowni ojciec zasłania oczy czteroletniego chłopca.

Słabną tony muzyki, cichnie blaszana trąbka i brzdękanie kontrabasu. Konferansjerka spogląda taksującym okiem na publiczność i zaczyna grać wesołą piosenkę na akordeonie. Jej asystentka zakłada sobie na ramiona maszynę do pisania i akompaniuje jej, z dziecięcą dumą i nieśmiałością oczekując na pochwałę. Uderza z entuzjazmem w klawisze, w maszynie przesuwa się zapisana kartka, głośny dźwięk dzwonka ogłasza skończoną linijkę. Urywa się muzyka, asystentka ciągnie za rękaw konferansjerkę i szepce jej coś do ucha. Konferansjerka podnosi rękę.
- Napisała piosenkę. Wielkie brawa!

Asystentka zżerana tremą wyciąga kartkę z maszyny i przebierając w miejscu stopami, podnosi ją na wysokość twarzy. I znów rozbrzmiewa skoczna muzyka. Kojarzę znajome tony, ale nie potrafię jeszcze określić, co to jest. Dopiero kiedy zaczyna się śpiew, w zniekształconym głosie rozpoznaję doskonałą parodię Shakiry. Sala wybucha śmiechem, wszyscy klaszczą do rytmu, a nawet wstają, żeby lepiej widzieć, co wyzwala reakcję łańcuchową; ci z samego tyłu, w tym też ja, wspinamy się na krzesła i stoliki.

Trzeba by jeszcze wymienić irytującego królika – pianistę, tańczące na linie nogi, orkiestrę myszy, więcej muzyki, więcej piosenek, więcej makabry, śmiechu i szaleństwa.

Po przedstawieniu zaczęła się impreza, stara muzyka, lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte. Najpierw siedzieliśmy z Tanią w kącie, obserwując nieśmiało, ale z przyjemnością, jak serdecznie witają się ludzie, uśmiechy, objęcia, żarty. Kiedy Ruthanna odłożyła trąbkę i zeszła ze sceny, opadli ją adoratorzy i przyjaciele, nie chciałem się więc przepychać, dopiero kiedy zrobił się wokół niej luz, dałem jej znać, że jesteśmy. Wycałowały się z Tanią, nie widziały się już siedem lat, przekrzykując gwar i muzykę, zaczęły opowiadać sobie ostatnie dzieje. Przysiadł się Joachim, elegancki, w kremowej, starej marynarce ojca, wziął trochę mojego tytoniu, zaproponowałem mu piwo.
- Jak się czujesz?- spytałem.
Pokiwał głową z uśmiechem, wypuszczając niebieski dym.
- Dobrze, dobrze.
- Depresja przeszła?
Pokazał palcem za siebie, na chłopaka, którego spotkałem kilka dni wcześniej.
- Janus ma ostatnio przesrane w życiu, wyrzucono go z mieszkania, wprowadził się do nas. To dobra rzecz, bo teraz zamiast skupiać się na sobie, skupiam się na jego problemach. Pomagam w ten sposób i jemu i sobie. Lubię to. Cieszę się, że przez nasz dom przewija się tyle ludzi. Jesteśmy jak gniazdo dla ptaków z połamanymi skrzydłami. Kiedy jest im już lepiej, frrrruuuu – zatoczył szeroki ruch ręką - wylatują przez okno i robią miejsce następnym.

Ruthanna tańcząc ruszyła do kolejnej grupki znajomych, machając nam, żebyśmy szli za nią. Przedstawiła nas paru osobom, a później gdzieś zniknęła.
- I co myślisz? – pytam Tani, z której twarzy, tak jak i z mojej, nie schodzi szeroki uśmiech. – Czad, nie?
- Prawdziwy czad. Co za ulga - odpowiada.
Dokładnie – ulga. Czuję się żywy, pulsuje gorąca krew w żyłach, mogę być sobą, blisko innych, przyjaźń, wolność, nieprzewidywalność jutra, nieodgadnione perspektywy. Oddycham głęboko, oszołomiony radością, sztuką i winem.

Thursday, 17 March 2011

Kopenhaga - pierwsze dni



Kopenhaga – pierwsze dni

***

Kiedy wygramoliłem się o szóstej rano z autokaru, z bagażami i akordeonem, było jeszcze ciemnawo. Czułem się zbyt zmęczony, żeby cieszyć się z przyjazdu. Dwadzieścia cztery godziny w podróży może wyjałowić człowieka z emocji. Coś tam jednak czułem, albo raczej próbowałem. Widok znajomego dworca i ścieżki rowerowej, którą tyle razy śmigałem po mieście zadziałał optymistycznie.
Prawie wpadłem pod rower wysiadając z autobusu.
Wyciągnąłem z kieszeni numer Joachima, u którego miałem się zahaczyć na jakiś czas. Jeszcze za wcześnie na dzwonienie. Wybrałem z konta parę koron i usiadłem w kawiarni, z kawą i drożdżówką. Co mnie tu czeka? Nie mam na myśli oczywistych wrażeń, jak szukanie mieszkania, roweru, pracy, załatwianie papierkowej roboty, itd. Co czeka mnie głębiej? Co się we mnie zmieni? Kogo spotkam, co zrobię? Jak będzie wyglądało moje życie za miesiąc, czy rok?

***

Mieszkanie Joachima i Matijasa spodobało mi się. Brudna, lodowata klitka na poddaszu, wszędzie instrumenty muzyczne, stare aparaty fotograficzne, ciemnia, zardzewiała koza, nie dająca prawie ciepła, wiatr wiejący przez szpary w okiennicach. Przynajmniej wiedziałem, że mogę czuć się swobodnie. Tym bardziej, że chłopaki okazali się sympatycznymi, otwartymi osobami. Joachim zaoferował się z jajecznicą, chlebem i herbatą, poczęstował tytoniem i powiedział, że mogę zostać ile tylko zechcę. Widząc mój cieniutki, marny śpiwór, pożyczył mi coś cieplejszego i dorzucił poduszkę. Dał też klucze i życzył mi szczęścia w poszukiwaniach mieszkania. Acha – nie ma prysznica, a kibel to wychodek na zewnątrz. W centrum miasta. Kocham Kopenhagę (bez ironii – po prostu szczerze podoba mi się taka pogarda dla XXI wieku). Co nie zmienia faktu, że będę w nocy używał słoiczka. Nie zamierzam nad ranem schodzić z poddasza i przechodzić przez podwórze, żeby się wylać. Rano wyleję zawartość przez okno na Vesterbrogade, jak robiło się w średniowieczu.

No więc znalazłem się na moim pierwszym przystanku. Jak na razie przyjaźnie i inspirująco. Zawsze wstydzę się, widząc jak ludzie pokazują czystą bezinteresowność, ot tak sobie, bo tacy są. Wstydzę się, bo zdaję sobie sprawę, że ja muszę robić wysiłek w kierunku bezinteresowności i zwykle nie jest to naturalny odruch, lecz świadoma decyzja.

***

Kiedy po południu wróciłem z biblioteki, okazało się, że Joachim załatwił mi rower. „Załatwił” znaczy „upolował” - nie mylić z „ukradł”. W Kopenhadze panuje niepisane prawo, że niezapięty rower można uznać za porzucony (nie odnosi się to jednak do nowych rowerów). Najlepszym do tego miejscem jest dworzec kolejowy. Matijas powiedział, że zwykle, kiedy upatrzy taki rower, obserwuje go przez kilka dni i jeśli nikt go nie zabierze, dopiero wtedy się nim zajmuje.
Miło było znów mieć dwa kółka. Od razu ruszyłem na miasto, kupując wcześniej zapięcie i światełka. Choć to damka i łańcuch trochę rzęzi, to cudownie pędziło się przez miasto rozświetlone latarniami i światłami wystaw sklepowych, razem z tłumem innych rowerzystów, szybko, swobodnie, bezpiecznie.

***

Joachim – niski, przysadzisty, kręcone szare włosy i ciemnoniebieskie oczy. Smutny w jakiś sposób. Duże poczucie honoru, opiekuńczość, trochę pogubiony. Z jednej strony jest samotny („Dziewczyny mam rzadko, ale jeśli już, to na poważnie” – powiedziane z lekką goryczą), z drugiej strony ma wielu przyjaciół, znają się od wielu lat, są jak plemię, rodzina, jeden za wszystkich. Mówi, że nigdy by tego nie oddał i jest szczęśliwy wiedząc, że za ścianą ktoś jest, coś tworzy i zawsze można pogadać, podzielić się czymś, wyżalić. Nosi zabawną czapkę. Gruba, stara, filcowa, zwęża się z przodu do szpica, z tyłu wychodzi futro.

Matijas – wysoki, szczupły blondyn, poruszający się trochę niezgrabnie, sztywno, niczym nastolatek, na twarzy zawsze uśmiech, jakby lekko drwiący. Oczy zwężone, błyszczące, pełne łotrzykowskich iskier. Lep na baby. Pierwsze wrażenie – dziecko ulicy, wesoły kombinator, najlepszy przyjaciel dla przyjaciół, dla reszty – lepiej uważać. Okazuje się jednak, że jest nauczycielem muzyki w szkole, prowadzi warsztaty, oprócz tego gra w dwóch zespołach. Inteligentny, oczytany, świetne poczucie humoru. Kiedy rozmawialiśmy o filmach, okazało się, że zna z imienia wszystkich aktorów, tytuły, reżyserów. Joachim nie był zainteresowany. Dla niego, jak mówi, to wszystko „blah, blah, blah”.

***

Dzwoniła Tania. Tęskni, martwi się, czeka aż coś się wyklaruje. I chyba coś właśnie się ustawia. Obejrzałem kilka mieszkań – drogie, brzydkie, w nudnej okolicy – załamka. No i wieczorem Joachim i jego zespół miał próbę. Po dwóch godzinach bałkańskich rytmów wdałem się w rozmowę z Simonem. Gra na czymś w rodzaju cymbałów, tylko że zamiast uderzać w struny pałeczkami, szarpie się je palcami. Zdaje się że to bliskowschodni instrument. W każdym bądź razie okazało się, że w lecie pomieszkuje w kampingu, w posiadłości pewnej kobiety, która zdaje się ma pokój do wynajęcia. Pokój w piwniczce, ale choć brzmi to nieciekawie, według niego to naprawdę świetne mieszkanie, z własnym patio, kuchnią, łazienką. Ma skontaktować się z tą babką i dowiedzieć się, czy to aktualne, da mi znać jutro.
Choć jeszcze nie widziałem tego miejsca, to mam przeczucie, że to jest to. Zdaje mi się, że to jest mój dom, który tu na mnie czekał.

***

Odwiedziłem Ruthannę. Siedem lat temu była tu dla mnie najlepszą przyjaciółką. Teraz to właśnie ona załatwiła mi miejsce u chłopaków. Mieszka za Christianią, w baraku, gdzie razem z kilkunastoma innymi osobami za grosze wynajmują blaszane kontenery. Nie zajarzyłem dokładnie, ale uczy coś z tańcem, gimnastyką, jogą – tyle zrozumiałem. Pogadaliśmy o naszych życiach, co się ostatnio działo – ona opowiedziała mi o utracie dziecka, ja o depresji, wypiliśmy po herbacie ze świeżo zerwanej mięty. Przed wyjściem do pracy dała mi klucz i powiedziała, że mogę wpadać kiedy chcę, wziąć prysznic, przeprać się, skorzystać z internetu.

***

Wieczór u chłopaków. Najpierw siedzieliśmy w kuchni. Gadaliśmy, słuchaliśmy muzyki (na zmianę – ja puszczałem reggae, którego oni nie cierpią, oni puszczali ciężki hard core i punk, który mi się ciężko trawi), paliliśmy trawę. Później namówili mnie na koncert. Wskoczyliśmy na rowery i pomknęliśmy do Christianii, używając skrótów znanych tylko miejscowym. Koncert był w… Zapomniałem nazwy. Duży budynek, zaraz z brzegu, po przejściu przez bramę. Matijas zaraz zniknął w objęciach jakiejś dziewczyny (zdążyłem się już zorientować, że jego dar, to upajające działanie na płeć przeciwną), tak że razem z Joachimem zaczęliśmy stawiać sobie nawzajem kolejki, a w międzyczasie poznawał mnie ze swoimi znajomymi, których było mnóstwo – wydawało się, że zna wszystkich. Sam koncert nie był za dobry, zespołów było kilka, wszystkie mocne i widocznie amatorskie. No ale miło widzieć, że młodzież robi coś sama z siebie. Po kilku latach mieszkania w Anglii poczułem się tutaj jak w niebie. Nie zostałem jednak do końca. Może jestem już za stary; szybko straciłem entuzjazm i myślałem już tylko o ciepłym śpiworze i spaniu. Wymknąłem się, kiedy Joachim zaczął rozmowę z jakąś dziewczyną i wróciłem do domu. Za cholerę nie mogłem znaleźć skrótu, którym przyjechaliśmy. Jakby wszystkie ścieżki zarosły za nami, otwierając się tylko dla tubylców. Wróciłem głównymi ulicami.

***

Dziś zostawiłem chłopaków i ich gościnne, przewiewne progi. Wprowadziłem się do mieszkania, które załatwiłem przez Simona.
Kiedy Matijas poszedł do pracy, a Joachim pojechał na kilka dni na wieś, odpocząć, poszedłem do supermarketu i kupiłem dla nich dwie reklamówki „dóbr”. Lubią dżin z tonikiem, kupiłem więc butelkę trunku, tonik, sok, dwa rodzaje sera, truskawki, kapary, oliwki i jeszcze inne towary delikatesowe. Zostawiłem im to na stole, z listem dziękującym za gościnę.

I znów ruszyłem obładowany jak wielbłąd. Najpierw na nogach, później kolejką, później autobusem. Mieszkanie leży trochę na zadupiu, ale nie jakoś bardzo daleko od centrum, w pół godziny można dojechać rowerem. Pięknie tu jest, miałem rację, że to miejsce na mnie czekało. Ewa, właścicielka domu, ma tutaj sporą posiadłość, z małym jeziorkiem na samym środku, które otaczają drzewa i małe domki, a w nich w lecie pomieszkują różni ludzie (np. Simon). Nasze mieszkanie jest poniżej parteru, ale piwnicą na pewno nie można tego nazwać. Szklane, rozsuwane drzwi prowadzą na patio ocienione gęstwiną pnączy. Po przekroczeniu kilku stopni wychodzi się prosto na małe molo na jeziorku. Osobne wejście, własna kuchnia, łazienka, ogromny pokój - marzenie. Nad kuchnią i łazienką trzeba trochę popracować, poprzedni lokator zapuścił je trochę, ale wystarczy farba, gumolit i trochę środków czyszczących, żeby doprowadzić wszystko do porządku. Jestem w domu.

Sunday, 6 March 2011

Następna stacja - Esperanza






Następna stacja – Esperanza

Dobiegł końca czas zbierania sił. Okres od powrotu z Anglii do teraz był w pewnym sensie czasem wyłączenia się z praktycznego życia – ale tylko w pewnym sensie – w innym był bardzo dynamiczny i wniósł sporo do mojego życia. Nie pisałem zbyt wiele w tym czasie, dużo działo się na bardzo osobistym poziomie, chciałem przeżywać to samemu. A zresztą nawet jeśli bym nie chciał, to nie miałem za bardzo wyjścia – przez te osiem miesięcy byłem odcięty od świata zewnętrznego, a przez Internet i tak nikt nie mógłby mi pomóc.

Początek był ciężki – depresja i to w takim natężeniu, jakiego jeszcze nie doznałem, poważnie się wystraszyłem. Odwiedziłem dwóch psychiatrów, dostałem jakieś leki (nie skorzystałem), planowałem terapię, zamówiłem z Allegro kupę książek na temat zdrowia psychicznego, szczególnie pomógł mi Kazimierz Dąbrowski i jego Teoria Dezintegracji Pozytywnej, zarzuciłem „heroic dose” grzybków – wszystko w poszukiwaniu drogi ucieczki z tej „nocy duszy”. Ostatecznie udało mi się wyjść na prostą, sam nie wiem kiedy i jak.

Gdybym miał podsumować ten czas – dlaczego był dla mnie ważny? Co z niego wyniosłem?

Na jakimś poziomie zaakceptowałem nieuchronność śmierci i niepowodzeń w życiu. Nie mam na myśli jakichś mistycznych przeżyć i ezoterycznego wglądu w naturę cierpienia oraz umierania, ale zwykłe, ludzkie uświadomienie sobie codzienności - coś, co o wiele łatwiej przychodzi tradycyjnym, żyjącym zgodnie z naturą społecznościom. W normalnych warunkach ludzie akceptują stratę, choroby, śmierć, jako część cyklu życia, coś zwykłego, nawet dodającego otuchy. Dzięki duchowości, rodzinie, bliskim więziom społecznym są w stanie z tym żyć i nie jest to negatywny czynnik w ich życiu, a raczej pozytywny – pozwalający uświadomić sobie związek z naturą, z nurtem życia, zobaczyć siebie jako część rodziny ze zwierzętami, roślinami, słońcem, gwiazdami, ziemią. W społeczeństwie „zachodnim”, „cywilizowanym” jest na odwrót – choroby, nieszczęścia i śmierć uznawane są za coś nienormalnego, dysonans, wstydliwy wrzód, o którym nie wolno myśleć. Życie „pełne” to życie w długim zdrowiu, satysfakcji, sprawności fizycznej, niegasnącej urodzie - stąd operacje plastyczne, viagra, spa dla sześćdziesięciolatek, etc. Naturalne zjawiska życia stają się wrogiem, jak sama natura, od której coraz bardziej odgradzamy się, a nawet niszczymy w jakimś gorączkowym odwecie za naszą własną klęskę. W takim braku harmonii pomiędzy oczekiwaniami i rzeczywistością, naturą a świadomością, oczywiste jest, że nieszczęścia, zamiast pomagać w rozwoju jednostki, zamiast budować coraz głębszą, rozumniejszą osobowość, łamią ją, wprowadzają w stan pewnej symbolicznej schizofrenii – człowiek żyje w dwóch światach – w tym zaszczepionym mu przez zachodnią mentalność sukcesu, siły, urody i zdrowia, oraz w tym prawdziwym, gdzie mimo wszystkich naszych wysiłków zawsze będziemy chorować, tracić bliskich, a ostatecznie umrzemy.

Choć może to, co piszę brzmi na pierwszy rzut oka pesymistycznie, to takie nie jest, słowo daję. To jedna z najoptymistyczniejszych rzeczy, do jakich zacząłem dochodzić w tym roku.

Skończyłem właśnie czytać „Ishi – człowiek dwóch światów”, książkę o ostatnim przedstawicieli plemienia Yahi, który, po wymarciu całej reszty, po prostu wyszedł z ukrycia i oczekując śmierci, poszedł do białych. Ostatnie cztery lata życia spędził w San Francisco, poznając europejską kulturę, otwarty jak dziecko, ale nigdy nie porzucając w pełni starego sposobu życia. W końcu zmarł na gruźlicę. Niesamowite, jaką pogodę i stoicki sposób bycia potrafił zachować, w obliczu zagłady całego swojego ludu. Ostatnie kilkanaście lat było ich tylko pięciu, a ostatnie cztery lata przed desperackim ujawnieniem się, był zupełnie sam. Ten człowiek, jak i tysiące innych, żyjących w kulturach nieodciętych od bijącego serca natury, czuł że jest częścią czegoś większego, wierzył w istnienie kosmicznego porządku i swoje miejsce w tym porządku. To jest źródło spokoju i mądrości, od którego odcięli się ludzie kultury europejskiej. Prawdziwa tragedia. Trudno jest to odbudować w sobie samemu, bez pomocy wychowania, rodziców, plemienia, tradycji, ale myślę, że jest to możliwe. Trzeba przynajmniej próbować.

Druga rzecz – rozbieram doświadczenia ostatniego roku na punkty, ale w rzeczywistości łączą się one ze sobą w całość – to silne ugruntowanie się moich poglądów politycznych i społecznych. Intuicyjną, wrodzoną niechęć do hierarchii i narzuconych autorytetów podbudowałem intensywnymi studiami, lekturą i przemyśleniami.

Może i nie potrafię do końca zrozumieć uczonych wywodów ekonomistów, wyjaśniających, dlaczego rzeczywistość oparta na stosunkach rynkowych jest najlepszą z możliwych (albo nawet jedyną możliwą), ale potrafię odróżnić, jak każdy z nas, co jest dobre, a co złe. Myślę, że prawdę można poznać po tym, że jest na tyle prosta i intuicyjnie rozpoznawalna, iż każdy, nawet najprostszy człowiek będzie w stanie ją dostrzec. Kiedy natomiast ktoś mówi, że prawdy nie możemy pojąć, ale mądrzejsi od nas (taki na przykład Friedman) już ją przebadali, więc jedyne, co można zrobić, to ją zaakceptować - węszę w tym ściemę.

Prawda jest prosta – co jest lepsze: społeczeństwo oparte na wartościach humanistycznych, braterskich, duchowych, czy też społeczeństwo oparte na egoizmie i transakcjach handlowych? Czy normalny człowiek może mieć wątpliwości? I to nie jest naiwny idealizm. Idealizm – tak, ale nie naiwny. Istnieje wiele przykładów kultur opartych na zupełnie innych zasadach. Człowiek nie jest z natury egoistą i drapieżnikiem, jak próbuje się nam wmówić. W odpowiednich warunkach jest w stanie rozwinąć się w dobrą, społeczną, niezależną jednostkę, dla której wartości społeczne, moralne i duchowe są najważniejsze. Używając terminologii Fromma – człowiek może żyć zarówno w modus bycia, jak i w modus posiadania. Czyli istnieje wybór!

Dalej o prawdzie: czy można usprawiedliwić zabicie dziesiątków tysięcy cywili w Iraku, w wojnie, która została wywołana w oparciu o kłamstwo (a nawet gdyby Hussain naprawdę posiadał broń masowego rażenia, to czym zawiniliby w tym zwykli ludzie, jak ty czy ja)? Dlaczego więc świat jednogłośnie nie potępia tej zbrodni? A przecież nawet małe dziecko nie miałoby tutaj problemu z rozpoznaniem zła.

Czy można powiedzieć, że masowy przemysł zbrojeniowy jest dobry, bo powoduje wzrost gospodarczy? Kto przy zdrowych zmysłach może tak twierdzić? A zwolennicy wolnego, nieograniczonego rynku próbują przekonywać, że reguluje się on sam w naturalny sposób. Jakby w ogóle można było użyć słów: „naturalny” i „rynek” w tym samym zdaniu.

Podobnie jak i Tołstoj uważam, że zło i dobro to wartości obiektywne i każdy człowiek – jeżeli nie został jeszcze dogłębnie zdeprawowany - jest w stanie ocenić słuszność swojego lub czyjegoś zachowania. A wiedząc, co jest dobre, a co złe, można doskonalić siebie i świat dookoła (mam na myśli doskonalenie ludzkiego społeczeństwa – sam świat jest już wystarczająco doskonały). Problem jest taki, że obecnie ludzie zatracają, albo już zatracili obywatelski zmysł, nie wierzą, że mają wpływ na cokolwiek, stają się leniwi, odizolowani, zmuszeni przez kapitalizm do dbania tylko o własne interesy, o zapewnienie ciągłości i wysokiego poziomu konsumpcji, odwracają głowę od kwestii nie dotyczących ich bezpośrednio. Przestają utożsamiać się ze społecznością, z „plemieniem”. Tym samym znika największa broń przeciwko totalitaryzmowi ekonomicznemu i państwowemu – solidarność. Myślę, że ludzie ciągle w głębi duszy potrafią rozpoznać prawdę od fałszu, ale stali się duchowymi i społecznymi impotentami, i nie potrafią już sprzeciwić się oszustwu.

Nie będę tutaj pisał o całokształcie moich poglądów, dużo rzeczy przedstawiam w Jasnej Polanie, wybieram tam teksty, które uważam za ważne. Chciałem jedynie wyjaśnić, na czym opieram swój światopogląd społeczny i polityczny - na założeniu, że zasady moralne i prawda są proste, i największą obecnie potrzebą jest jasne zaznaczenie granicy między dobrem a złem - i wbrew intelektualnym wygibasom współczesnych sofistów, ta granica istnieje. Jeśli tego nie zrobimy, świat całkiem już wymknie nam się z rąk, będziemy tylko widzami.

Co jeszcze? Czuję, że wzmocniłem się jako osoba, bardziej wiem, czego chcę, mam silniejsze, niż wcześniej przekonanie, że chcę stosować się do pewnych zasad w życiu, bez względu na trudności.

Czuję się też wreszcie gotowy na wyjście poza granice „egoizmu”, robić coś nie tylko dla siebie, ale i dla świata, społeczności. Tak ciężko zobaczyć, że egoizm nas ogranicza, pozwala rozwinąć się tylko do pewnego etapu, ale będąc w jego środku, nie rozumiemy, że krokiem do dalszego rozwoju jest wyjście poza niego. Na razie dużo w tym teorii, broń boże nie mam na myśli, że wyzwoliłem się z egoizmu, do tego jeszcze długa, żmudna droga. Po prostu w silniejszy niż kiedykolwiek sposób uświadomiłem sobie potrzebę wyjścia poza siebie. Kiedyś myślałem, że satysfakcję, której mi brakuje, osiągnąłbym, znajdując odpowiednią dla mnie karierę. Nie myślę tak już. Trzeba pracować, żeby przeżyć, nie neguję tego, chciałbym jednak, żeby stało się to dla mnie sprawą drugorzędną. Powoli odkrywam rzeczy ciekawsze i ważniejsze od „kariery”. Budzi to we mnie niepokój - nie będę ściemniał - ale to dobry niepokój. Jak dreszczyk emocji przed rejsem dookoła światu albo lotem na księżyc. Wczoraj czytałem wstęp do „Losu Buntownika”. Autor napisał tam, że trzeba żyć tak, żeby robić dobrze i żyć ciekawie. Prosto napisane i mądrze. Co złego można oczekiwać, przyjmując taki drogowskaz?

Pojutrze wyjeżdżam do Kopenhagi. Skończył się okres cichej refleksji. Czas na skonfrontowanie przemyśleń i marzeń z rzeczywistością. Jeszcze nie załatwiłem mieszkania, czeka nas trochę papierkowych aranżacji, zawrót głowy, ale jak na razie optymizm jest silniejszy od stresu. Cieszę się, że znów mam szansę zetknąć się ze światem i ciekaw jestem, co z tego wyniknie. Powiem szczerze, że nie znam wielu radości równych rozpoczynaniu od nowa w nowym miejscu. Tak – jest stres, zamieszanie, dużo wysiłku, ale krok w nieznane zawsze jest dla mnie, jak kiedyś oczekiwanie na święta. Rozumiecie – choinka, prezenty, poczucie obecności Wielkiego Ducha. Po prostu warto.

Nie wiem, kto to będzie czytał, ani na ile udało mi się przekazać nie tylko moje myśli, ale i autentyczny stan ducha. Szczerze próbowałem. W każdym bądź razie pozdrawiam, dzięki za odwiedziny, trzymajcie się.
Marcin

Tuesday, 1 March 2011

Jasna Polana 4



Wrzuciłem w sieć nowy numer Jasnej Polany, zapraszam do lektury. Przy okazji przypominam, że przydałaby się pomoc przy przekładzie tekstów, choćby jak nadrobniejsza:)

• Słowem wstępu
• Patriotyzm i rząd
Lew Tołstoj
• Mniejszość kontra większość
Emma Goldman
• Tyrania jest tyranią
Howard Zinn
• Program wykładów nowej etyki
Edward Abramowski
• Wolność i spontaniczność
Erich Fromm
• Twarzą w twarz
Peter Nabokov
• Wędrowcy 2012
Marcin Kreczmer

Jasna Polana 4 - pobierz

Friday, 4 February 2011

Jasna Polana 3



Zapraszam do lektury kolejnego numeru Jasnej Polany. W tym numerze:

Słowem wstępu
Patriotyzm czy pokój?
Lew Tołstoj
Ludzie podłej i nikczemnej klasy
Howard Zinn
Heroizm wrażliwości
Wywiad z Kazimierzem Dąbrowskim
Fazy i poziomy rozwoju człowieka
Kazimierz Dąbrowski
Przeczucia i proroctwa
Peter Nabokov
Język a wolność
Noam Chomsky
Wolność i demokracja
Erich Fromm
W kozie
George Orwell
Wynalazek Profesora T.Alenta
Marcin Kreczmer

Jasna Polana 3 - sciągnij tutaj