O prawach zwierząt, po angielsku, jest moc:)
Friday, 20 May 2011
Tuesday, 17 May 2011
Egzystencjalne myśli i aforyzmy
Egzystencjalne myśli i aforyzmy
Kazimierz Dąbrowski
Egzystencjalne i podstawowe
1
Czasami moce próbujące zgłębić „nieznane” są tak potężne i tak bardzo zajmują osobowość człowieka, że można nazwać je, jako całość, transcendentalnym instynktem. To właśnie ten instynkt wprawia w ruch inną potężną moc, która mu służy – instynkt śmierci.
Jeżeli przestrzeń przed „nieznanym” rozjaśnia się, instynkt śmierci powoduje mniej lub bardziej szybkie zniszczenie niższych dynamizmów. Jeżeli ta przestrzeń się nie rozjaśni, zabija psychologiczną istotę człowieka, a nawet prowadzi do samobójstwa.
2
Wewnętrzny niepokój, wewnętrzne konflikty, niedopasowanie, smutek i zamęt – wszystko, co obniża naszą pozycję na skali pospolitych wartości, działa na rzecz naszego przejścia do świata wyższych wartości.
3
Wewnętrzny konflikt pomniejsza zewnętrzny konflikt, budując w nas spokój i współczucie dla innych.
4
Kim naprawdę są egzystencjaliści, nie tylko z imienia, ale również w głębi? Kim byli Kierkegaard, Beckett, Jaspers, Camus? Byli po prostu skrajnymi psychoneurotykami, którzy pojęli w pełni ból i cierpienia tego świata, i wyrazili to z talentem.
5
Egzystencjalista nie jest mentalnie opóźniony, ani psychicznie chory. Egzystencjalista jest symbolem zdrowia psychicznego, symbolem umiejętności przyśpieszonego postępu. Nie jest nikim innym, jak wysoko rozwiniętym psychoneurotykiem.
6
Brutalna przemoc śmierci, ohydny rozkład, cuchnące szczątki i grób… a gdzie jest duch?
7
Dobrze jest wyobrazić sobie, tak bardzo, jak to możliwe, rozkład własnego ciała, zanim to naprawdę nastąpi.
8
Umiejętność i wszechstronność w utożsamianiu się z ludźmi sprawia, że nasza własna śmierć staje się bardziej osobistą perspektywą, a nawet bezpośrednią rzeczywistością w obecności śmierci kogoś innego. Jeżeli brakuje nam umiejętności utożsamiania się z innymi, ich śmierć jest nam odległa i nie widzimy jej związku z naszą własną śmiercią. Stając twarzą w twarz ze śmiercią innych, po prostu nie wierzymy we własną śmierć.
9
Twórcze przeobrażenie możliwe jest jedynie wtedy, kiedy instynkt przetrwania, czy też instynkt życia, świadomie ściera się z instynktem śmierci. Poza pajęczą siecią, gdzie kryje się zniszczenie całości, wyłania się możliwość uratowania części, w zmaganiu pomiędzy stroną duchową a cielesną, ludzką a prymitywną, świadomą a nieświadomą.
10
Tak zwany normalny człowiek rozwija chorobliwy lęk przed rozkładem i nicością, stąd też, dzięki swojej roztropności i instynktowi przetrwania, rozpędza obrazy śmierci i rozpadu. Spójrz na jego wysiłki ubierania śmierci i pogrzebów w wytworność, konwencjonalny uśmiech i szybkie pozbycie się szczątków, zobacz sprawność ceremonii pogrzebowych – pozbywamy się śmierci tak samo jak resztek jedzenia ze stołu, albo śmieci z kosza. Ale oczywistym jest, iż tylko wyjście naprzeciw istoty śmierci daje małą nadzieję pokonania jej.
11
Im większe napięcie pomiędzy przeciwnościami obiektywizmu i subiektywizmu, egzystencji i esencji, śmierci i życia – tym bliższa jest perspektywa pozytywnych rozwiązań lub choroby psychicznej i samobójstwa.
12
Raniąc się o te same ściany, które wydawały się naszą podporą, całkowicie tracimy nadzieję i doświadczamy rozpaczy, poza którą nie ma nic poza pustką albo nową sytuacją – obie te rzeczy są wtedy upragnione.
13
Na cmentarzach groby są nie do odróżnienia, gładkie trawniki, wypielone ścieżki, wszystko zadbane za opłatą przez władze miasta, nie przez indywidualne, kochające dłonie. Jeśli chodzi o same groby, im mniej zachodu, tym lepiej. Nawet kwiaty z pogrzebu można zwrócić do kwiaciarni. Wystarczająco na pokaz, ale oczywiście nie za drogo.
14
Istnieją cmentarze imitujące parki, pełne „estetycznych aranżacji”, obfite w wystrój, ale pozbawione akcentu śmierci, pozbawione indywidualności poszczególnych grobów. Taki jest właśnie ten „triumf życia”.
15
Patrzenie w tył i patrzenie do przodu, jednostajność i zmiana, śmierć i życie, wyjątkowość i jednorodność, niezmienność podstawowych cech i ich wzrost – wszystkie te rzeczy są z człowiekiem w jego rozwoju.
16
Człowiek może znosić smutek, porażki, nieszczęścia i widzieć ich ewolucyjne znaczenie. Potrzebuje jednak również trochę sukcesu. Ale – ośmielę się spytać – pod jakim względem?
17
Hierarchia wartości, którą przyjmuje Tomizm jest pełna sprzeczności. To samo odnosi się do filozofii monistycznych i im podobnych. Najważniejsze w nich są intelektualne, abstrakcyjne i uniwersalne funkcje. Takie podejście wyklucza emocjonalno-dążeniowe funkcje, i tak samo, raison d'être wszystkich odróżniających się struktur, które są wyjątkowe, niepowtarzalne, autentycznie ludzkie. Takie doktryny, chociaż gołosłownie zajmują się duchową nieśmiertelnością jednostki, tak naprawdę wykluczają ją, ponieważ nie zgadza się ona ze ścisłą logiką ich argumentów filozoficznych.
18
Mężczyźni są podobni do siebie i kobiety są podobne do siebie – można ich rozróżnić. Jakie znaczenie mają indywidualne i psychiczne różnice, jakie znaczenie ma wyjątkowość i niepowtarzalność, jeżeli nie zostaje wyodrębniony i powściągnięty popęd gatunkowy?
21
Nie istnieje prawdziwa ludzka egzystencja bez autentycznej esencji. Warunkiem prawdziwie ludzkiego istnienia jest uświadomienie sobie i wybranie tego, co jest w człowieku wyjątkowe i trwałe, bez czego jego istnienie byłoby bezwartościowe.
22
Śmierć musi być oszustwem nawet na pogrzebie: życie musi triumfować. Dlatego mile widziane są uśmiechy, pocieszające przemowy, a przede wszystkim makijaż na zwłokach i wygodna trumna, w której nieboszczyk wygląda, jakby tylko spał. W ten sposób nie wzbudza konsternacji i pozwala identyfikować się ze śpiącą osobą, a nie z odpychającymi zwłokami. A później zakryj to, zakop i zapomnij.
23
Szybko wyrzuć ciało z domu na cmentarz. A nawet wcześniej do szpitala, jeżeli przypadek jest beznadziejny. Niech to najbardziej odrażające wydarzenie odbędzie się w szpitalu, z dala od domu. Następnie, „artystyczna fucha na zwłokach”, i szybko, szybko, z powrotem do życia.
24
Chorzy psychicznie – niezwłocznie wyślijmy ich do domu wariatów, żeby nie musieć się nimi niepokoić i aby uniknąć ciągłego przypominania bolesnego doświadczenia. Szczodrze płaćmy za opiekę nad nimi, tak długo, jak będą z dala od rodziny. Umieśćmy ich za murem, daleko – cokolwiek, aby uniknąć smutku.
25
Wiele napisano o ludziach, jak Edgar Allan Poe, Cyprian Kamil Norwid, czy Marlin Monroe, o tym, jak umarli w ubóstwie, upokorzeniu lub sami się zabili. Ale na ich następców czekają te same rzeczy – cierpienie niezrozumienie, upokorzenie, braku pomocnej dłoni.
26
Czy istnieje ktoś, kto nie zostawił za sobą trumny ze szczątkami bliskiej osoby?
O ideologii prawdy
27
Wizja doskonałego rządu i doskonałego państwa, jeżeli przedstawia wzniosły standard i program, a szczególnie jeżeli te elementy zostały już osiągnięte w fazie wstępnej – taka wizja przetrwa pokolenia i oprze się wszystkim fałszywym systemom i ideologiom.
28
Dążenie do idealnego świata jest najwyższym kryterium i gwarancją sensu społecznej egzystencji. Społeczno-polityczny realizm, jeśli ma to być autentyczny realizm, musi zawsze opierać się na elementach idealizmu. (…)
29
Kiedykolwiek zostają pokonani dyktatorzy, zwracamy się do takich przywódców, jak Chrystus, Sokrates, Gandhi , Lincoln.
30
Prawdziwa miłość rodzinna, prawdziwe utożsamienie się ze szkołą, ze zwyczajami, rdzenną sztuką, krajem, najwyższym rodzajem narodowej świadomości – wszystko to kieruje się ku szacunku, uznaniu i podziwowi dla innych hierarchii wartości, dla innych kultur, nacji i ludzi, aż do pełnego braterstwa z ludzką kulturą i pełną empatią wobec ludzkości.
Negatywne przystosowanie
31
To, co jest dobre dla nas, a złe dla naszych bliźnich, nazywamy Przeznaczeniem, a to, co jest niedobre dla nas, a dobre dla innych – to przypadek.
33
Jakże dziecinni jesteśmy. Często ustanawiamy się w centrum uwagi i chcemy zainteresować innych nową fryzurą, bransoletką, kolczykami i innymi świecidełkami. Kierunek naszych zainteresowań i poglądów pokazuje poziom naszych „podstawowych wartości”.
34
Nasze wielkie ideały blakną w miarę doświadczania życia. Rzadko jesteśmy w stanie zatrzymać tę tendencję i rzadko pomagają nam w tym inni. Często w powierzchowny sposób zgadujemy negatywne cechy naszego charakteru, ale kiedy zostajemy zmuszeni do poprawienia tych cech, ta poprawa nie jest trwała. Wolimy zgadywać, niż żarliwie poszukiwać.
35
Twoja efekciarska mowa
może być przebraniem.
Czy twój umysł jest mądry?
Czy twe serce szczere?
37
Najlepsze, najłatwiejsze, najbardziej ekonomiczne. Dzieci wysyła się do dobrych szkół z internatem, podeszłych wiekiem rodziców do eleganckich domów starców. Łatwe rozwiązania, niewiele ograniczeń, niewiele obowiązków… niewiele wyrzutów sumienia.
38
Dwóch nieznajomych rozmawia o trzecim nieznajomym… Szybka znajomość zawarta na bazie krytykowania trzeciej osoby. Powierzchowne opinie, naturalna niechęć, czasami poufne tajemnice, a później zmiana ról. Krytykowany nieznajomy rozmawia z nowym nieznajomym o swoim niegdysiejszym krytyku. Niewłaściwe i degradujące rozmowy o innych, tak długo, jak brud nie dotknie nas samych.
39
W transporcie publicznym niewielu młodych ludzi ustępuje miejsca starszej osobie. Częściej starsza osoba ustępuje miejsca komuś starszemu albo choremu. Niektórzy z nich robią to z powodu prawdziwej wrażliwości i empatii, ale większość z nich chce pokazać innym, że jest młodsza i fizycznie sprawna.
40
Jeżeli naprawdę chcesz się rozwinąć , powinieneś potrafić dopasować się (jak również nie dopasować) do różnych rodzajów i poziomów rzeczywistości.
Niezależność i autentyczność
41
Dorośli nigdy nie są tak szczerzy we wzajemnej krytyce jak dzieci, chyba że są świętymi, albo wręcz przeciwnie – niesprawnymi psychicznie, czy psychopatami. Szczerość w dziecku często stwarza sposobność edukacji we wzajemnych relacjach między dziećmi, poprzez niepowstrzymywanie się od szczerej krytyki.
42
W pełni autentyczna postawa ma trzy metody rozwiązywania intelektualnych i emocjonalnych napięć: choroba psychiczna, samobójstwo lub poszukiwanie Absolutu, wbrew wielkim trudnościom i marnym rezultatom.
43
Słabnący sukces – cóż za wielkie słowo i wspaniały okres w rozwoju człowieka. Do teraz były tylko ambicje, potrzeby finansowe, pragnienie posiadania, pragnienie potęgi i ważności, potrzeba bycia wyżej, niewrażliwość na problemy innych, ranienie ich, a nawet niszczenie. A teraz… zapomnienie o sobie, pomaganie innym, poświęcenie, współczucie, empatia, identyfikowanie się z innymi i wiele innych, nie znanych wcześniej postaw. Ale jak bardzo ciągle pragniemy częściowego sukcesu, choć małego rezultatu w duchowych rzeczach, w tak zwanych wyższych sprawach. Dopiero kiedy większość naszych dążeń i celów zostanie spalonych na popiół, pojawi się światło, aby rozświetlić naszą drogę do miłości bez samozadowolenia.
44
Kto przyjmuje nieszczęście z bohaterstwem i miłością, kto przyjmuje życiowe porażki z uśmiechem, kto pragnie zniszczenia swego majątku, kto…? Ale tylko przez zetknięcie ze smutkiem i rozpaczą, tylko przez kontakt ze zniszczeniem w tym świecie, pojawia się iskierka nadziei na osiągnięcie czegoś, co wykracza poza, czegoś – mój Boże, sam wiesz, czy istniejesz, chociaż ja wiem o Tobie tak mało.
45
Potrzeba autorytetu jest bezpośrednio proporcjonalna do zawodowej wiedzy i jednostronnej specjalistycznej wiedzy. Natomiast rozwój wielopoziomowej, wielowymiarowej wiedzy, wzrost wrażliwości w ważniejszych sferach rzeczywistości wiąże się z niechęcią do autorytetu, a ponadto z pragnieniem i postawą pokory.
46
Jeżeli nie mamy gotowych podstaw do rozwoju poczucia niższości wobec siebie i innych, musimy je wcześniej, czy później zdobyć, aby naprawdę rozwinąć się pozytywnie.
47
W świecie humanistycznym autentyzm występuje wtedy, jeżeli coś znane jest poprzez wewnętrzne doświadczenie, a nie po prostu przez wiedzę zewnętrzną. Wiedza zewnętrzna potrzebuje wielu „dodatków” i „uzupełnień”. Dlatego właśnie autentyczny malarz musi doświadczyć swoich własnych dzieł, a nawet popaść z nimi w konflikt. Autentyczny pisarz musi doświadczyć zbrodni, bohaterstwa, wzniosłości, wewnętrznego konfliktu. Kandydat na autentycznego psychiatrę musi osobiście doświadczyć psychicznych zakłóceń.
48
Jak dobrze jest być bohaterem w codziennym życiu, być „sobą” zawsze różnym od innych, zawsze lepszym, inteligentniejszym i przystojniejszym, zawsze krytykować innych, zawsze ukrywać negatywne obserwacje pod płaszczykiem dobrej prezentacji, zawsze szufladkować innych, aby udowodnić sobie, iż jest się lepszym, szukać granic, aby umiejscowić siebie w centrum. Psychologia szukania tła dla swojej własnej roli. On jest „taki” i – zobaczcie sami – „jestem inny od niego”. Różne rodzaje kultu własnej wyższości. Dzięki Bogu, że nie jestem jak inni ludzie, albo ten poborca podatkowy.
49
Jak fascynujące jest zajmowanie się duchowymi, nowymi, nieznanymi, niezwykłymi, nieosiągalnymi sprawami! Transformacja, poświęcenie, samobójstwo – jak niezwykłe są to rzeczy! Ale jeżeli ktoś chce doświadczyć tych spraw – od narcyzmu do autentyczności – musi nie tylko zajmować się nimi, ale prawdziwie wyrzec się siebie, prawdziwie porzucić iluzję i prawdziwie popełnić częściowe samobójstwo.
50
Niezależność – ale w relacji do czego? Nie tylko w imię czyjejś własnej wolności – ponieważ, czym jest wolność i w relacji do czego? Może w relacji do opinii innych, rozjaśnionych własną, bezstronną intuicją; może – a może przede wszystkim w relacji do sugestii pochodzących z niższych poziomów czyjegoś temperamentu i charakteru.
51
Cóż za wielka tajemnica leży w budowaniu wewnętrznej niezależności! Pytają mnie o jej źródło, ponieważ różni się, a nawet sprzeciwia dziedzicznym tendencjom i wpływom otoczenia. Odpowiadam, że nie wiem. Jestem niecnie zachwycony, że nie mogę dać naukowej odpowiedzi, a jedynie intuicyjną. Po prostu jest to problem tak głęboko ludzki, że nauka nie może dać odpowiedzi. Możemy jedynie powiedzieć, że wynika to z rozwoju, ze świadomej transformacji, z własnego doświadczenia, z niezależnego i niepowtarzalnego „ja” i być może z nieznacznego kontaktu z poziomem transcendentalnym.
53
Wielkie osobistości wielbi się pomnikami, publikacjami, obchodami i zwykle… nie mają one naśladowców. Związek z nimi jest uogólniony, abstrakcyjny i sztywny. Ludzie nie doświadczają pełni ich osobowości, ich konkretności i wyjątkowości. Osobistości te zostają zinstytucjonalizowane, otoczone murem, pozbawione życia.
54
Nie można osiągnąć autentyczności za darmo. Zdobywa się ją przez wewnętrzny rozłam oraz wewnętrzne konflikty i niezależność.
55
To, co naprawdę idealne, niełatwo zdobyć. Wyższe wartości są trudne do osiągnięcia, a czasami nawet poza zasięgiem. Ale to jest problem idealistów. Natomiast realiści, znający „prawdziwą” stronę ideału, są inni. Nie dbają o autentyczność osiągnięcia ideału. Według nich, znają i osiągają go bardzo łatwo.
56
Ludzie żujący gumę w transporcie publicznym nie zdają sobie sprawy, jak wyglądają i jak podobni są do pewnych istot ze świata zwierzęcego. Nie pamiętają obrazków łąk, pastwisk i przeżuwających czworonogów.
57
Bycie autentycznym nie oznacza bycia naturalnym, takim, jakim jesteś, ale takim, jakim powinieneś być.
59
Autentyczność w człowieku nie jest zwierzęciem, ale człowiekiem.
Siły obrony i rozwoju
61
Biologiczny instynkt samozachowawczy oraz instynkt samodoskonalenia posiadają mechanizmy obronne, coś w rodzaju zaworów bezpieczeństwa. Mechanizmy działające w służbie instynktu samozachowawczego zasłaniają przed wyobraźnią i świadomością najniższe zainteresowania, instynktowne popędy biologiczne i zjawisko wzajemnego „pożerania”. Natomiast mechanizmy instynktu samodoskonalenia otwierają zawory wyobraźni w kierunku pociągającej, choć niejasnej przyszłości, podkreślając jej pozytywne strony, otwierają na perspektywy oraz na retrospekcję związaną z rozwojem i pomagają przezwyciężyć zwierzęce instynkty i niskie pragnienia.
Konkretne aspekty Absolutu
62
Tak długo, jak istnieje tylko monolog o Bogu, a nie dialog z Nim, nie będziemy nic o Nim wiedzieć, a szczególnie nic o Jego dobroci i sprawiedliwości. W rzeczywistości istnieją święci, choć jest ich niewielu, którzy prezentują zrozumiały i sensowny dialog. Istnieją również Pisma Święte – i przede wszystkim, cud życia Chrystusa. W obecnych czasach jednak wszystko to musi zostać potwierdzone przez nowe i bardziej dla nas autentyczne wezwanie od Boga, aby uciszyć głosy obozów koncentracyjnych, codzienny trumf materializmu, codzienne wzmaganie się zła, codzienne zwycięstwo kłamstwa i potęgę śmierci.
63
Odkrycie w sobie przedmiotu jest równocześnie odkryciem w innych podmiotu. Zdolność traktowania siebie, jak przedmiotu pozwala nam na traktowanie innych, jak podmiotów, jak ludzkie istoty, które możemy zrozumieć i utożsamić się z ich uczuciami. Obydwie postawy pozwalają na współistnienie i współpracę głębokiej empatii w stosunku do innych, i w tym samym czasie najgłębszego poczucia własnej indywidualności i wyjątkowości, która związana jest z pokorą i szacunkiem dla innych.
64
Niedostrzeganie czasu w podstawowych zjawiskach życia codziennego poprzedza fazę gorączkowej wrażliwości na czas, wrażliwości jednostki na przemijanie wszystkich wartości, wrażliwość na niszczące działanie czasu przez wiele przyszłych lat. A później być może pojawi się potrzeba ponadczasowego doświadczenia, dzięki któremu zachowane są doświadczane wartości.
65
Jak bardzo nie lubię dojrzewać przez utratę moich obecnych cech. Jak wspaniałe i ludzkie jest nie tracenie bliskich, świadomych i już wybranych cech, ale raczej zwiększenie ich siły i złożoności. Nie traćmy, ale raczej uszlachetnijmy magiczny i animistyczny sposób myślenia, świeżość entuzjazmu, szczerość, wyobraźnię i intuicję. Nie zmieniajmy prawdziwych przyjaciół, jeśli ich mamy. Nie zmieniajmy obiektów naszej miłości, ale pozwólmy im wzrastać we wspólnej szkole życia. Niech nie zadawala nas wąska, ciasna racjonalizacja, dojrzałość i ciasne instynkty, dopasowanie się do opinii większości i niedopasowanie do ideału.
66
Zniszczyć wszystko, co zmysłowe, co połączone z niższymi instynktami i utrzymać duchową konkretność i niezmienność wybranych cech. W tym duchu Kierkegaard walczył za Reginę Olsen, za miłość do absolutu i … przegrał. A może nie, może ta sama Regina pojawi się w transcendencji; ta sama, lecz bogatsza i rozumiejąca niepowtarzalność ich związku.
67
W stronę konkretności w transcendencji, w stronę niepowtarzalności transcendencji, w stronę podmiotowego absolutu! Przystosowanie się do tego, co powinno być i nieprzystosowanie do tak zwanej codziennej rzeczywistości. Jakąż siłę i determinację trzeba mieć, aby iść ścieżką pozytywnego nieprzystosowania.
68
Wtórna integracja – to tam pojawia się największa harmonia na drodze do ideału osobowości – a później być może nowe wstrząsy i być może nowa wrażliwość, ale już nie na głosy i szepty transcendencji, ale na jej wyraźną obecność.
69
Nasz niepokój ma różne poziomy, nasz spokój ma różne poziomy, nasza rzeczywistość ma różne poziomy. Niespokojny i intensywny rozwój. Ale istnieje coś, co łagodzi niepokój konfliktu, niepokój ciszy i niepokój wielopoziomowej rzeczywistości. Ponieważ to, co się zbliża, to różnorodność w jedności.
70
Zrozumienie podziałów, czy „zakłóceń” pomiędzy tym, co subiektywne a tym, co obiektywne, możliwe jest poprzez badanie rozwojowych współzależności pomiędzy obydwoma postawami. „Podmiot” rozwija obiektywne nastawienie do siebie i staje się „obiektem”, dzięki czemu może traktować innych jak „podmioty” w ich pełnym bogactwie, jedności i niepowtarzalności. Dzięki temu „zamęt” staje się współpracą, antynomia – syntomią, rozłam – wzbogacającą jednością. Może sposobem na pozbycie się sztywności monistycznej jedności i nieelastycznej „doskonałości” jest wprowadzenie rozróżnień, które wykraczają poza „doskonałą nieruchomość” i niezmienność, przez dynamizmy udoskonalające, z niezmiennością tylko niektórych cech.
Wewnętrzne środowisko psychiczne
73
Autorytarność i agresywność są odwrotnie proporcjonalne do rozwoju wewnętrznego środowiska psychicznego, a w szczególności do jego dynamizmów, takich, jak: niezadowolenie z siebie, „trzeci czynnik”, wewnętrzna transformacja psychiczna i empatia.
74
Kiedy żyjemy na zewnątrz, rozwijamy wrażliwość na świat zewnętrzny, jego różnorodność i bogactwo zewnętrznych doświadczeń i zewnętrznego otoczenia. Nigdy jednak nie staniemy się prawdziwymi, autentycznymi ludźmi, jeżeli w naszym wewnętrznym świecie nie mamy tej samej różnorodności, tego samego bogactwa, zainteresowań i żywotności, i więcej… jeżeli nie odkryjemy bogactwa płynącego z wewnętrznej hierarchii i ze zbliżania się do ideału.
75
Ważność wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów w rozwoju psychicznym człowieka nie jest wystarczająco rozpoznana. Wewnętrzne konflikty uodparniają nas na zewnętrzne i grają główną rolę w pozytywnym rozwoju człowieka. Jeżeli zewnętrzne konflikty nie są połączone z wewnętrznymi, stają się źródłem agresji, zniszczenia, wojen – dlatego są degradujące.
76
Pokora jest uczuciem niższości – nie tylko w stosunku do innych, czy do swoich własnych słabości i błędów, ale również w stosunku do wszechogarniającej ludzkiej ignorancji, bezsilności i bezbronności.
77
Rozwinięcie właściwej relacji z zewnętrznym środowiskiem jest ważne, ale o ileż ważniejsze jest rozwinięcie wewnętrznego środowiska.
78
Bodźce i warunki zewnętrzne nie ukazują najważniejszych z ludzkich cech, które objawione są dopiero przez transformację bodźców wewnętrznych i materiału dostarczonego przez bodźce zewnętrzne.
79
Psychiczne bogactwo jest charakteryzowane przez zachowanie wynikające z wewnętrznego doświadczenia.
O twórczej psychopatologii i zdrowiu psychicznym
81
Jak często psychiczna niedojrzałość jest błogosławieństwem, ponieważ obdarza możliwościami nieskończonego postępu. Biada tym, którzy są dojrzali ostatecznie i bez wysiłku!
82
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata,
za niepewność - wśród jego pewności,
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych,
zarażając się każdym bólem,
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością,
która nie ma dna,
za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi,
bądźcie pozdrowieni.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie,
za niezaradność w rzeczach zwykłych
i umiejętność obcowania z niezwykłością,
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
za nieprzystosowanie do tego, co jest,
a przystosowanie do tego, co być powinno,
za to, co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane, ukryte w was.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę,
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk,
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.
Bądźcie pozdrowieni za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane -
(niedocenianie waszej wielkości
nie pozwoli poznać wielkości tych, co przyjdą po was)
za to, że chcą was zmieniać, zamiast naśladować,
że jesteście leczeni, zamiast leczyć świat,
za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę ,
za niezwykłość i samotność waszych dróg.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi...
83
Drażliwość jest wrogiem wrażliwości – osłabia ją i prowadzi do choroby.
84
Nadwrażliwość bez wewnętrznej transformacji powoduje wiele niepotrzebnych konfliktów z innymi – wyolbrzymia różnice oraz zmniejsza i zaciemnia najważniejsze rzeczy.
85
Najpierw chorzy umysłowo zostali rozkuci z łańcuchów, następnie stworzono dla nich ludzkie warunki opieki i leczenia. Zaczęto traktować ich, jak ludzkie istoty. Ale to nie wystarczy. Mam wizję szpitali przyszłości dla tzw. umysłowo chorych. Będzie to centrum wspaniałej, uniwersalnej wiedzy, przede wszystkim psychologicznej i moralnej, oraz mądrej miłości. Kandydatami do „leczenia” będą ci, którzy z powodu potrzeb i celów rozwojowych, „nie radzą sobie w życiu”, nie są w stanie poradzić sobie z sobą i ich otoczeniem. Będą to osoby pełne wrażliwości, fobii, smutku, załamań, niezadowolenia z siebie. Ci, którzy stracili wiarę w siebie i sens życia. Ci, dla których główną potrzebą jest miłość, którzy nie potrafią znaleźć idealnego obiektu miłości, którzy są rozproszeni i nieprzystosowani, ponieważ widzą wyższe poziomy rzeczywistości – „rzeczy nie z tego świata”, ci, którzy doświadczają niepełnych wizji, emocjonalnie niedojrzali, pełni strachu o siebie i o innych.
Co z tymi, którzy będą kierować leczeniem? Będą mieli trzy punkty widzenia – do wewnątrz, poza oraz w stronę innych. Będą mieli wiedzę utwierdzoną mądrością, dzięki własnemu doświadczeniu odrzucenia i samotności będą pełni troski, będą uodpornieni na rozpacz, bowiem pokonali swoją własną rozpacz, ich serca będą otwarte dzięki miłości, którą czuli w czasie swej własnej „nocy duszy”, będą mieli wizję ewolucji innych, ponieważ sami jej doświadczają.
W takim miejscu będzie „leczyć się” tych, którzy dążą do osiągnięcia siły większej niż posiadają, tych którzy szukają wizji konkretniejszych niż ich własne, szukają perspektyw własnego rozwoju, mocniejszych i jaśniejszych od tych, które widzą teraz. Będą tam ci, którzy szukają potwierdzenia niektórych ze swoich ścieżek, szukający zastrzyku dobroci, który działa o wiele lepiej, niż jakikolwiek inny zastrzyk. I jeszcze jedno: taki szpital będzie zaszczytem dla tych, którzy do niego trafią. Będzie świadectwem, że ci, którzy przychodzą tam w potrzebie, znajdują się na właściwej, królewskiej drodze rozwoju.
86
W świecie rządzonym tak, jak teraz, musi pojawić się wiele psychonerwic. W tym świecie nerwowa osoba musi być nerwowa, ponieważ niższy poziom kontroluje wyższy. Co za przepaść między tymi poziomami – władcy tego świata nie wiedzą, iż rzeczywistość psychonerwic, którą tłumią i podporządkowują sobie, jest tak wysoką rzeczywistością.
87
Wrażliwość bez ujścia w rozwoju zamienia się w drażliwość.
88
Wielu psychiatrów ma symptomy jednopoziomowej dezintegracji. Jest to podstawą ich chwiejności, nieodpowiedzialności, słabych zdolności edukacyjnych, małżeńskiej niewierności. Wydaje się, że separacja i rozwody są liczniejsze tutaj, niż w innych grupach społecznych. Osoby te ukazują psychiczną nadpobudliwość i dysharmonię, podczas gdy wewnętrzna transformacja i samokontrola są niewystarczające. Jest to jasno związane z nieobecnością wyraźnej hierarchii wartości.
89
To dobrze, że w społeczeństwie istnieją psychonerwice i samobójstwa. Świadczy to dobrze o tych ludziach – ale nie o społeczeństwie.
90
Trzymamy się podobieństw i zapominamy o różnicach. Pociągają nas uogólnienia i nie zauważamy szczegółów. Tak robimy w przypadku psychonerwic. Błyskotliwość idei związku pomiędzy psychonerwicami i psychozami zaślepia nas i nie widzimy ich głównych dynamizmów, źródeł, kierunku oraz ich rozwojowego bogactwa i kreatywności.
91
Wysoki poziom psychicznych ułomności wyklucza równoczesne współistnienie psychonerwic.
92
Przejście z dynamizmów psychonerwicy na wyższy poziom uodparnia jednostkę na chorobę psychiczną.
93
Żeby ochronić się przed poważnymi psychonerwicami albo psychozami trzeba zaszczepić się „psychicznymi zastrzykami” nerwowości i lekkich psychonerwic.
94
Jakże często mówi się, że ludzie chorzy psychicznie są zagubieni, pomieszani, zaplątani w absurdzie, ograniczeni i skazani na degradację. Ale być może pod welonem iluzji niepowodzenia i degradacji mogą widzieć i odczuwać rzeczy ukryte przed „normalnymi” panami tego świata?
95
Nie da się wrócić do tzw. normalności przez usunięcie psychopatologicznych dynamizmów. Jednakże poddając się wpływowi wyższych dynamizmów, można osiągnąć autentyczny, wyższy poziom rozwoju. (…)
100
Kiedy cierpisz na nerwicę nie wiąże się to tylko z cierpieniem i wewnętrznymi konfliktami, ale również z psychicznym bogactwem.
101
Nie szukaj zdrowia psychicznego! Dąż do rozwoju, a znajdziesz obydwie rzeczy.
102
Lecz się poprzez własny rozwój i kreatywność.
104
Nie obawiaj się smutku, depresji, strachu, obsesji, wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów. Jeżeli zostaną odpowiednio rozpoznane i poprowadzone, będą ci służyć.
106
Żadne doświadczenia, wstrząsy, załamania nie wywołają rozwoju, jeżeli nie będzie obecny zalążek tego, co ma się rozwinąć.
107
Dom o określonym stylu, nie może być rozbudowany nie pasującymi przybudówkami. Jeżeli nie podoba nam się nasz dom i pragniemy nowego, opartego na lepszym projekcie, musimy go zniszczyć od razu albo stopniowo – zawsze pamiętając mocne i słabe punkty starej struktury. Dzięki temu nowy dom będzie lepszy.
108
Psychiczny rozłam i zamęt ma miejsce, jeżeli to, co zostało zranione i złamane, dysponuje podobną siłą, jak to, co zraniło i złamało. Bez tej równowagi sił nie ma wstrząsu.
109
Samodoskonalenie zawsze jest częściowym samobójstwem. Rozwijający się instynkt życia musi współpracować z instynktem śmierci, ponieważ to właśnie instynkt śmierci wykorzenia prymitywne instynkty oraz pozostałości dezintegracji negatywnych struktur.
W górę
110
Proces, poprzez który dziecko zyskuje rozwojowe doświadczenie i robi postęp, jest żmudny. Weźmy na przykład dziecko, które otrzymuje niesprawiedliwą ocenę za swoje zadanie lub zachowanie. Jeżeli dziecko chce przekonać nauczyciela, że się myli, i w tym celu robi większy wysiłek – dziecko idzie najlepszą z możliwych dróg. Kiedy później dostanie od tego samego nauczyciela sprawiedliwą ocenę, zdobędzie wiedzę o pozytywnych i negatywnych cechach nauczyciela, jak również o samym sobie. Coś w jego postawie zostało zniszczone, a na tym miejscu powstało coś nowego. I stąd dalej, do przodu, do szerszego zrozumienia, bogatszych uczuć, bardziej obiektywnej samooceny, większego niezadowolenia z siebie, głębszego zrozumienia i współczucia dla innych.
111
Rozłamy i pęknięcia, liczne rozłamy i pęknięcia w środowisku wewnętrznym zostają naprawione przez empatię, ponieważ tylko „pęknięty” ma w sercu miejsce na utożsamienie się, empatię i miłość. Tylko na „pękniętego” czeka spełnienie, tylko „pęknięty” nie jest sztywny, ciasny i „odrzucający”.
112
Nie zawsze samobójstwo jest złym rozwiązaniem. Ale może jest coś lepszego, być może jest to ogromna ufność w rozwojową i twórczą moc, zrodzoną częściowo z dezintegracji niższych popędów.
114
Świadome zahamowanie niższych funkcji zawsze związane jest z rozbudzeniem wyższych funkcji, i vice versa, świadomy rozwój wyższych funkcji zawsze wiąże się z zahamowaniem niższych funkcji.
115
Nie uciekaj od siebie, ale pokonaj siebie!
Rzeczywistość ideału
117
To, co niezwykłe, indywidualne, zróżnicowane i wielopoziomowe może służyć za model dla tego, co pospolite, niezróżnicowane i jednopoziomowe, pod warunkiem, że to, co jednopoziomowe ma potencjał stania się wielopoziomowym.
118
Kiedy widzimy to, co jest „dojrzałe”, już rozwinięte i zakończone, z jaką tęsknotą myślimy o tym, co jeszcze niedojrzałe, twórcze, szczere, bezpośrednie, naiwne i ciągle pełne możliwości.
119
Uczynienie snów i pokrewnych im stanów prawdziwymi (wewnątrz granic możliwości), i uczynienie codziennej rzeczywistości nierzeczywistą – jest to być może zadanie dla człowieka przyszłości.
120
Kafka wolał sny od rzeczywistości. Szczegółowo je badał, systematyzował, pielęgnował i kontrolował. Przeniósł swoją główną kwaterę do krainy snów. Ich moc i przenikliwość wykroczyły poza rzeczywistość. Tak… być może zadaniem przyszłości jest rozwinięcie snów i stworzenie z nich głównego wymiaru rzeczywistości.
Determinizm i indeterminizm
121
Determinizm niższego poziomu musi ustąpić samostanowieniu. Stwarzanie musi ustąpić miejsca stwarzaniu siebie, a edukacja, edukowaniu siebie. To tutaj determinizm zamienia się w indeterminizm, a ostatecznie w samostanowienie.
O kreatywności
122
Czasami regresja emocjonalna jest pozytywna. Jeżeli by tak nie było, jakże moglibyśmy inaczej zdefiniować emocjonalne doświadczenia ludzi w różnym wieku, którzy, chociaż nie zostali pokonani, wycofują się chwilowo z pola bitwy, aby dojrzeć psychologicznie w świecie wyobraźni i samotności, którzy wycofują się do „krainy dzieciństwa” lub – jeżeli to możliwe – fizycznie powracają do świata, w którym dorastali, aby nabrać tam powietrza świeżości. otwartości, zrozumienia, prawdy, aby napełnić się spontanicznością i kreatywnością, po czym wracają do życiowych zmagań, wzmocnieni przez miłość, troskę i dbałość o swoich najbliższych.
123
Mówi się o potrzebie zaspokojenia naszych podstawowych potrzeb, zanim zaczniemy zajmować się wyższymi potrzebami. Ale jeżeli nie będziemy rozwijać naszych wyższych potrzeb równocześnie z zaspakajaniem niższych, te drugie będą rosnąć, puchnąć, zakorzeniać się i wtedy… nie zostanie miejsca na te wyższe.
Instynkty i ponadinstynkty
124
Jak to się dzieje, iż „prymitywne” siły niszczą cywilizowane kultury? Pomiędzy przyczynami wysuwającymi się na czoło, jest czerpanie przyjemności z cywilizacji i jej wygód, wzrost hedonizmu, następnie brak hartu, brak głębszego sensu śmierci i ostatecznie rozwój świadomości i inteligencji bez równoczesnego rozwoju nadświadomości i autentycznej potrzeby transcendencji. Barbarzyńca impulsywnie pogardzał śmiercią, ponieważ jej nie rozumiał. Był człowiekiem akcji i jeszcze nie posmakował hedonizmu. Tak więc po jednej stronie stały impulsywne cele, odwaga i pogarda wobec nieznanej śmierci, po drugiej zaś życie bez hierarchii wartości i celów, strach przed śmiercią nieprzezwyciężony egzystencjalnie oraz nadmierny rozwój materializmu i przyjemności zmysłowego życia.
Wielopoziomowość funkcji emocjonalnych
125
Istnieją bardzo wyraźne różnice w poziomach ludzkich funkcji. Tak jest z inteligencją i moralnymi, społecznymi, religijnymi i estetycznymi uczuciami. Tak jest z miłością, empatią, odwagą, świadomością, kontemplacją i ekstazą.
126
Łatwość, siła i długotrwałość reakcji emocjonalnych zapewniły podstawy dla fałszywej koncepcji tak zwanego „progu tolerancji” na frustrację. Ludzie wypowiadają się pozytywnie o umiejętności łatwego dostosowania się i „wysokim” progu tolerancji na frustrację. Tak jakby wychwalali ludzi niewrażliwych, ludzi, którzy w „dobrze wyważony” sposób akceptują radości i cierpienia (głównie te drugie), i którzy „łatwo sobie z nimi radzą”. Jak złe i jednostronne jest takie zrozumienie „przystosowania” i wewnętrznej transformacji psychicznej! Jakie to niechrześcijańskie, nieludzkie, nieduchowe i jak bardzo fizjologiczne!
127
Jak wszystkie czynności psychiczne, śmiech i uśmiech mają różne poziomy. Od brutalnego i niesubtelnego wyładowania śmiechu, od złośliwego i cynicznego uśmiechu, do szczerego, głośnego śmiechu dziecka, do uśmiechu pełnego empatii, subtelności i wyczucia.
128
Nie pragnij łatwej równowagi! Jakże lepiej jest pozostawać niezrównoważonym, jeżeli poprzez swój świadomy wysiłek osiągniesz równowagę na wyższym poziomie!
129
Pamiętaj, iż rzeczywistość nie tylko jest różnorodna, ale ma również różne poziomy – jest wielopoziomowa. Miłość, ambicja, empatia, uśmiech, zahamowanie i pobudzenie – wszystkie te rzeczy mają różne poziomy.
130
Rozwiń swoje uczucia do wyższego poziomu, ponieważ tylko ich rozwój, połączony z rozwojem rozumu, uczyni cię prawdziwym człowiekiem.
132
Wielopoziomowe zrozumienie wartości pozwala na rozpoznanie kierunku ich dalszego rozwoju. Daje ono podstawy do empirycznego usprawiedliwienia systemu hipotez dotyczących kształtowania ich struktury w dalszym rozwoju, „w perspektywie”, pozwala zobaczyć, kim stanie się osoba, a nawet kim „powinna” się stać. Koncepcja tego, czym „powinna” się stać, jest wówczas potwierdzalna empirycznie i pozwala wejść na moralne, normatywne i teleolgiczne obszary.
133
Zdobyte w ten sposób wartości zawierają możliwość weryfikacji poprzez rozwojowe założenia dotyczące tego, co „jest”, tego co „będzie” (prognozy empiryczne) i tego co „powinno być” (prognozy moralne i teleolgiczne).
135
Istnieją różne poziomy procesu dezintegracji pozytywnej i integracji wtórnej. Czasami rozmiar i napięcie dezintegracji pozytywnej jest tak wysokie, że życie jest za krótkie, aby po tak twórczej dezintegracji osiągnąć proporcjonalnie wszechobejmującą integrację wtórną. Dopiero osiemdziesiąty dziewiąty rok życia Michała Anioła ukoronował jego potężną i intensywną dezintegrację pozytywną spokojnym spełnieniem integracji wtórnej.
O psychologii i psychologach
137
Zwykło się mówić, że psycholog jest ekspertem w sprawach duszy, ale od kiedy nauka zlikwidowała duszę – w sposób naukowy – psycholodzy zaczęli zajmować się „pod-duchowymi” sprawami, szczególnie znajdującymi się na najniższym poziomie. Te sprawy drobiazgowo zdefiniowano – stało się tak dlatego, ponieważ naukowe metody można było zastosować tylko do tego poziomu. W ten sposób „człowiek psychiczny” wraz ze swoją osobowością zintegrowaną przestał istnieć dla psychologii – zgubiony po drodze i utopiony w entuzjazmie wymiernych kryteriów. Jakże błogosławiony jest fakt, iż zostawiono to pole artystom, pisarzom i filozofom.
138
Istnieją filozofowie, psycholodzy i inni naukowcy, którzy nie uznają obiektywności poziomów funkcji psychicznych człowieka, ponieważ nie mogą dotknąć, doświadczyć tych poziomów, czy też zmierzyć ich standartowymi metodami. Dlatego właśnie wgląd do wewnątrz, uczynność, sprawiedliwość, życzliwość, estetyczna i moralna wrażliwość są dla nich „subiektywnymi” zjawiskami. Mimo to szukają najbardziej „obiektywnej” metody oceny dobrego poziomu nauczycieli swoich dzieci; zwracają wielką uwagę na dobre „zmierzenie” ich zdolności, wydajności, moralności, itd.
139
Można obiektywnie stwierdzić, że konkretna ilość danego materiału jest większa lub mniejsza od innej ilości tego samego materiału. Można stwierdzić, że jedna deska jest dłuższa od innej. Że temperatura jednej rzeczy jest wyższa niż temperatura innej, że istnieją różnice w intensywności danego koloru – oni jednak mówią, że empatia, miłość, czy tragedia nie mogą mieć różnych stopni, że dzieła sztuki nie mogą mieć różnych poziomów, że takie stwierdzenie jest nienaukowe, niejasne i subiektywne. Wielu psychologów szkoły behawioralnej twierdzi w ten sposób. Jakie szczęście, że są ludzie myślący inaczej.
140
Popatrzmy na naszą jaźń tak, jak patrzymy na ciało, ale zróbmy to bardziej przenikliwie, rozsądnie i uniwersalnie. Nawet w najbardziej zmiennych warunkach obserwujmy statyczność i ruchliwość naszych dynamizmów psychicznych, ich mocne strony i współzależności, ich dojrzewanie i świeżość, ich hierarchizacje i rozbicie hierarchizacji. Patrzmy i cieszmy się, że niektóre z tych rzeczy są niezmienne. Obserwujmy coraz jaśniejszy, zawsze żywy i zmienny wizerunek w naszym „psychicznym lustrze”.
141
Wbrew temu, co mówi wielu psychologów, w pewnym sensie możliwe jest równoczesne doświadczenie negatywnych i pozytywnych uczuć. Na przykład tragiczni bohaterzy w swoich egzystencjalnych zmaganiach, wewnętrznych konfliktach i walce z siłami próbującymi ich pokonać, odczuwają elementy bólu i wzniosłości, heroizmu i rozpaczy, smutku i radości, negacji i potwierdzenia. Byłoby czymś sztucznym pocięcie tych doświadczeń na segmenty czasu, oddzielając smutne od wesołego.
Sunday, 15 May 2011
Na Camino (sen)

Na Camino
(sen)
Rozkoszny powrót na Camino. Ulga i radość, wrażenie, że problemy zostały za mną, pozostaje tylko wędrówka, powrót do znajomych, barwnych miejsc.
To Camino ze snu jest zupełnie inne od tego prawdziwego, które przeszedłem. Ciągnie się nie marne 800 kilometrów, ale tysiące, droga wije się przez Europę, Azję, lato, zimę, Himalaje i dziwaczne jaskinie, wilgotne, ciemne lasy, pustynie, huczące jak grzmot wodospady a jednak wszystko to jest znajome, swojskie, bo przecież już raz tę trasę przeszedłem.
Pokazuję Tani niknącą wśród obsypanych śniegiem wzgórz wstęgę drogi.
- Zaraz dojdziemy do albergue – mówię z podekscytowaniem, delektując się rolą przewodnika. W równoległej rzeczywistości tego snu, pierwszy raz byłem na Camino sam i teraz mogę wziąć na siebie odpowiedzialność i przyjemność bycia znawcą trasy, dla Tani właśnie.
Dochodzimy do schroniska. Podaję Tani łopatę do odśnieżania.
- Na trasie panuje taki zwyczaj – wyjaśniam – że każdy pielgrzym odgarnia choć troche śniegu, w ten sposób albergue pozostaje odśnieżone.
Odrzucamy kilka łopat białego puchu, a z lśniących złotym światłem okien dobiega przytlumiony gwar rozmów, muzyki i śmiechu. Zaraz dołączymy do reszty pielgrzymów.
A rano zabieram Tanię do spiżarni i pakuję nam do plecaka kostki masła.
- Jest taki zwyczaj na Camino, że pielgrzymi przenoszą do następnego schroniska różne potrzebne towary, w ten sposób pomagając w prowadzeniu albergue.
Ach, jak miło być znawcą zwyczajów z Camino!:)
Po drodze pokazuję jeszcze Tani podziemne jaskinie z gorącymi źródłami, gdzie można się wymoczyć, a nawet zrobić pranie, odwiedzamy wioskę Mongołów, gdzie o mały włos nie porywa ją do haremu lokalny kacyk, ale udaje nam się wybronić muszlą świętego Jakuba, uciekamy przed watachą wilków, w połowie drogi zawracamy do domu, w Polsce, żeby sobie odpocząć, ale już następnego dnia, tunelem czasoprzestrzennym dochodzimy w sekundę do tego miejsca, w którym przerwaliśmy Camino...
Kolejność uczuć w trakcie budzenia się i już po przebudzeniu:
1. Radość i beztroska
2. Wrażenie (pozytywnej) nieobliczalności rzeczywistości
3. Relaks
4. Eee… co się dzieje?
5. Widok czerwonego koca pod nosem i poduszki w kratkę nie pasuje mi jakoś do Camino. Niepokój. Przecież na trasie mamy śpiwory, a nie koce i kołdry.
6. W mojej głowie pojawia się straszne podejrzenie.
7. Zaciskam powieki, „jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze trochę”
8. Przez chwilę myślę, że może się udać, kilka oderwanych obrazów pojawia się pod powiekami, sen nie rozpuścił się jeszcze do końca…
9. Gone
10. Back to reality:)
Friday, 13 May 2011
Dire Straits
Dire Straits
Dziś rano szliśmy z Tanią dróżką prowadzącą z supermarketu do mieszkania, dużo zieleni, kwiatów, stadnina koni, pstrokacizna ptaków, zapach końskiego nawozu. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, jakby to było cudownie, gdyby nagle zniknęli wszyscy ludzie i zostalibyśmy tylko my dwoje. Spokój, nikt by nic od nas nie chciał, znaleźlibyśmy strzelby do obrony przed dzikimi zwierzętami, pojechalibyśmy na rowerach (póki drogi jeszcze by się nadawały) gdzieś do Prowansji i założylibyśmy tam nową Polskę (kto by nam zabronił?!), uprawialibyśmy ziemię, zajadali winogrona, wylegiwali się na słońcu, czytali książki.
Kiedy człowiek zaczyna marzyć o eksterminacji całej ludzkości, to chyba znak, że dzieje się w życiu niewesoło:)
No i faktycznie, dostajemy ostatnio w kość, a końca nie widać. Szczerze mówiąc nie pamiętam, żebyśmy byli kiedyś w takich tarapatach. Toniemy w systemie, który w chłodny, nieprzyjazny, udający bezosobowość sposób, traktuje nas jak wrogi organizm, którego jak najszybciej trzeba się pozbyć. Tak przynajmniej czujemy się w tym zamieszaniu.
Cała kabała zaczęła się od tego, że zdaliśmy sobie sprawę, że w mieszkaniu, które wynajęliśmy, nie możemy się zameldować (pomimo faktu, że właścicielka przy podpisywaniu kontraktu zaklinała się, że nie będzie z tym problemu). Niby mała rzecz, a jednak okazuje się, że w Danii nie taka mała – bez zameldowania człowiek nie może podjąć pracy, iść do lekarza, na kurs językowy, etc. Nie dowiedzieliśmy się jednak tego tak od razu. Najpierw wzięliśmy się za całą kupę innych załatwień, z których każde po kolei okazało się niewypałem, tak jakby cały wszechświat zdecydował, że na każdy nasz ruch zareaguje oporem.
Oczywiście bez wpływów gotówkowych, prawie natychmiast zostaliśmy bez grosza. Najpierw trzeba było pożyczyć z jednego źródła. To wsiąkło błyskawicznie na bieżące wydatki – jedzenie, bilety, czynsz, rachunki. Następna pożyczka – okazało się, że starczyło tylko na zarejestrowanie się na stronie internetowej z ogłoszeniami mieszkaniowymi. Kolejna pożyczka na życie, ale okazuje się, że na angielskim koncie zrobił się nieautoryzowany debet, za który codziennie ściągają nam kupę kasy, trzeba to szybko zapełnić, a w międzyczasie przychodzi rachunek za internet. Tyle tylko, że nie za miesiąc, ale jakimś cudem za trzy miesiące plus opłata za instalację.
Ze sprzedanych butelek i puszek udało się zrobić zakupy na dwa dni, to kupiło nam trochę czasu. Oczywiście ciągle czekaliśmy na wypłatę Tani za zeszły miesiąc (choć już dwa tygodnie nowego miesiąca minęły) – pani z gminy była na urlopie, więc cierpliwie musieliśmy czekać na wyjaśnienie. Pierwszego dnia po powrocie z urlopu zadzwoniła do nas: „Ale przecież wy nie macie zameldowania. Jak chcecie dostać pieniądze?” „Ale…” „Nie ma ‘ale’ – bez zameldowania nie da rady wypłacić wam pieniędzy. System nie puszcza”. „Ok… Więc co?” „Jak to co? Znajdźcie sobie mieszkanie.” „Ale żeby znaleźć mieszkanie, potrzebujemy tych pieniędzy, których nie możecie nam dać, bo nie mamy mieszkania”. Normalnie, paragraf 22.
- Nie możemy teraz wrócić do Polski, co? – pyta nieśmiało Tania, hamując łzy.
Obejmuję ją.
- Raczej nie.
I zaczynam wymieniać ile wisimy i komu. Nie da rady. Teraz, niczym rzymska armia musimy przeć do przodu, bo centurion spalił za nami mosty i teraz tylko z tarczą albo na tarczy, nie ma innego wyjścia.
Przytulam ją mocniej. Otwieram najtańsze (z braku funduszy ostatnie na jakiś czas) wino dla siebie, Tania rozpakowuje paczkę wafelków i włączamy w sieci „Czas Honoru”, z desperacją uciekając od niezrozumiałej rzeczywistości kształtowanej przez biurokratów, polityków i biznesmenów, na ulice okupowanej Warszawy, chłopaki dają czadu pod samym nosem Abwehry i Gestapo, a my z niepokojem odliczamy odcinki pozostałe do końca.
Kiedy po raz tysięczny tego dnia klikam na email, facebooka i ogłoszenia mieszkaniowe, czekając na przełom, który nie ma zamiaru przyjść, a za oknem kpi lśniąca słońcem wiosna, zapach bzu wciska się przez okna, dzikie kaczki z małymi zataczają kółka na jeziorku, zieleń trawy, dębów i brzóz jest tak soczysta, że chciałoby się w niej wytarzać, to zdaję sobie sprawę, że chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak sam. Nie lubię tego wrażenia. Zamienia maj w listopad, serce w zardzewiałą puszkę, poezję w urzędowe formularze, a świat w niskopikselową grę komputerową na punkty, grę w którą jestem bardzo kiepski.
W obliczu trywialności, bezwzględności i mechaniczności materialnego życia, każda próba znalezienia w nim poezji i sensu spełza na niczym. Jedynie jakieś mocne wydarzenie wybijające mnie z wewnętrznego przekonania, że żyjemy w chłodnej, kalkulującej, interesownej maszynie - innymi słowy doświadczenie cudu - mogłoby mnie jeszcze przekonać, że… No, że jest po prostu inaczej, dobrze, normalnie jak w książkach.
Friday, 6 May 2011
Jasna Polana 6
• Słowem wstępu
• Niewolnictwo naszych czasów
Lew Tołstoj
• O Francisco Ferrerze
Murray Bookchin
• Reforma szkolnictwa
Francisco Ferrer
• Wartość społeczna Szkoły Nowoczesnej
Emma Goldman
• Hiszpański ruch wolnościowy w zarysie
Murray Bookchin
• Wymiana między światami
Peter Nabokov
• Sprzedawcy snów
Marcin Kreczmer
Jasna Polana 6 - pobierz
Wednesday, 20 April 2011
Podróż - 1
Podróż - 1
(Polska, Dania)
22.03.2004
Chyba już niedługo będę mógł zacząć dziennik autostopowicza - pojutrze ruszam. Dziś spędziłem sporo czasu w sieci, szperając po różnych podróżnych rupieciach, ale nic konkretnego nie znalazłem, żadnej oferty, że ktoś szuka pasażera do Hiszpanii. Za to wciągnął mnie pamiętnik Kingi, potrzebowałem dziś właśnie czegoś takiego - wyciągniętej reki, bo przyznam się trochę, że opadł mi entuzjazm i pojawił się lekki niepokój. Przecież zostawiam dom, dziewczynę i jadę dosyć daleko sam, nie wiem po co, nie wiem, co mnie spotka, a w dodatku zima nie chcę się skończyć.
Fajnie byłoby spotkać kogoś po drodze, byłoby raźniej, ale może właśnie tego potrzebuje: trochę samotności, żeby oczyścić wewnętrzną atmosferę.
***
Dziś skończyliśmy z Tanią ostatnie, wykończeniowe prace nad moim boskim pokrowcem na akordeon. Zajął nam trzy dni pracy, z przerwą na posiłki. Jestem z niego dumny. Wygodny (małe niedogodności niweluje jasiek włożony w odpowiednie miejsce) i mocny (mam przynajmniej nadzieję, ale przy tylu ściegach powinien trzymać się kupy przez lata). Jesteśmy wielcy.
Będzie mi brakowało Tani przez najbliższe tygodnie (i pewnie miesiące). Jutro ostatnie przygotowania, a w środę zaczynam od Krakowa.
23.03.2014
Ostatni wspólny wieczór z Tanią i w ogóle w domu. Ojciec kupił mi na pożegnanie butelkę wina i jeszcze postawił sałatkę owocowa z winogronami. Jest miła atmosfera, wszyscy się trochę o mnie martwią.
Cieszę się, że zobaczę Kraków. Spędziłem tam kilka fajnych lat, najpierw jako mnich, to był naprawdę świrnięty, ale budujący okres, a później z Tanią (jeszcze bardziej świrnięty i jeszcze bardziej budujący).
Mam nadzieje, że spotkam dobrych ludzi. Gdzieś przecież muszą być.
23.03.2004, Kraków
Dojechałem do pierwszego przystanku na drodze. Kraków. Wyjechałem z domu wcześnie rano, złapałem stopa do samych Kęt, gdzie czekałem jakieś piętnaście minut i złapałem pewnego faceta, urzędnika z biura podatkowego, jadącego do Andrychowa, a stamtąd po jakiejś pół godzinie podwiózł mnie sympatyczny pan, kopcący jednego od drugiego. Wysadził mnie w wiosce pod Krakowem. I jeszcze jeden stop, prawie pod same drzwi znajomych.
Nawet mi bardzo nie dolało, tylko parę kropel pod koniec podróży, a pogoda tak dopisała, że po godzinie gawędzenia z Iwoną (Arek był gdzieś w trasie biznesowej) pojechałem do centrum.
Na starym mieście odżyły stare wspomnienia, szczególnie z okresu, kiedy poznałem Tanię. Zrobiło mi się smutno, a potem postanowiłem zagrać trochę, żeby zdobyć parę groszy i w ogóle spróbować sił w nowym miejscu. Było cieniutko. Kasa ledwie co kapała, a oprócz tego czułem się bardzo niepewnie, zero kontaktu z ludźmi, ale co poradzę, nie jestem szołmenem. Ostatecznie jednak i tak znalazło się parę osób, które doceniły moją muzykę. Grałem trochę na Floriańskiej, później na Grodzkiej (chyba), a kiedy zaczęło lać, wróciłem do mieszkania. Wysłałem parę emaili, kilka też dostałem: od Tani i Ricarda, który teraz mieszka w Danii. Poczytam jeszcze "Wojownika Światła" i do spania.
25.03.2004, Kraków
Senny poranek. Leje jak z cebra, zimno i za bardzo nie wiem, co z sobą zrobić. Czekam, aż Arek pójdzie do pracy, żeby podłączyć się do internetu. Napiszę parę listów i jeszcze poszukam czegoś, co mogłoby pomóc mi w drodze, sam nie wiem czego. Tak w sumie to potrzebuje tylko dobrej pogody.
Nawet jeśli miałoby lać cały dzień i tak pojadę na miasto. Odwiedzę Jacka w jego zakładzie krawieckim, spróbuję też załatwić od Arka numer do Maćka i Marka - może zmieniłbym lokum na weekend. No i jeśli się rozpogodzi, pewnie w poniedziałek ruszyłbym dalej, bo nic tutaj po mnie.
Gdzie ja w ogóle chcę jechać? I po co?
Czyżbym się łamał? Już? Poczytam dla inspiracji dziennik Kingi. Cholera, gdybym miał trochę więcej kasy, czułbym się pewniej, ale co zrobić, będę musiał sobie radzić tak jak teraz. Wyzwanie i przygoda.
Może po drodze narąbię komuś drwa za parę euro albo miskę strawy. A propos - zgłodniałem. Mogłem jednak kupić wczoraj jakąś zakąskę. Zostało mi tylko cztery złote. Mam w sumie jeszcze stówę, ale na razie nie chcę jej rozmieniać, niech zostanie na czarną godzinę, choć z tą pogoda to czarna godzina tuż, tuż.
tego samego dnia później
Już w dobrym humorze, choć przez chwile myślałem, że się kompletnie zdołuję. Zimno, leje, teraz to już nawet nie deszcz, ale deszcz ze śniegiem.
Umówiłem się z Maćkiem na popołudnie. Żeby zabić czas postanowiłem połazić trochę po mieście, ale nie bawiłem się za dobrze. Przemokły mi buty, a poza tym jestem spłukany. Zobaczyłem kilku ulicznych muzyków, którzy pomimo pogody próbowali pracować, no więc idąc za ich przykładem wszedłem pod Sukiennice (żeby deszcz nie zmoczył akordeonu) i zacząłem. Pierwsze czterdzieści minut z Amelią - kiszka - Yann Tiersen nie przemawia chyba za bardzo do Krakowiaków. W końcu się wkurzyłem i zacząłem grać reggae. Od razu wyrwałem ludzi (i siebie przy okazji też) z obojętności. W parę minut zarobiłem dziesięć złotych. Nie chodzi nawet o kasę, ale po prostu podbudowałem się, że jednak wszystko jest możliwe.
Kiedy grałem, niedaleko stała pewna para - chłopak sprzedawał aparaty i filmy Kodaka, a dziewczyna czekała - jak się później dowiedziałem - na niego, żeby razem iść do kina. Przez cały czas śpiewali ze mną piosenki Marleya i tańczyli. Od razu inaczej się gra, mając przed sobą kilka życzliwych osób. Teraz jadę do Maćka porozmawiać o dawnych czasach.
Szukając znaków.
26.03.2004, Kraków
Wczoraj u Maćka było bardzo przyjemnie. Pogadaliśmy, zjadłem u niego obiad, zagrałem parę melodii i około szóstej wyszedłem. Nie chciało mi się wracać do mieszkania, więc pojechałem na miasto, połazić bezcelowo, pooddychać tutejszą atmosferą i w sumie z nadzieją, że kogoś spotkam albo coś się wydarzy.
Nic się nie wydarzyło. Bardziej cieszyłbym się tym spacerem, gdyby pogoda była inna, a tutaj śnieg, wiatr i zimno. Ma się zmienić od wtorku.
U Arka zostanę jeszcze do jutra, a dziś wieczorem zadzwonię do Marka, czy mógłbym się u niego zatrzymać na parę dni. Jeśli nie, to sprawdzę jeszcze w Hospitality Club. Poza tym mam jeszcze namiot. Najwyżej znajdę jakiś przytulny kącik na Plantach i tam się rozłożę.
Dziś w księgarni widziałem parę dobrych książek. Serce bolało. Najbardziej miałem ochotę na Hodżdżę Nassreddina. 59 zeta. Niestety, nie tym razem. Cholerne pieniądze. Ojciec zawsze mówił, że ukraść książkę to nie przestępstwo, bo książki należą do wszystkich, ale z tymi kamerami i czujnikami ciężko podążać ścieżką ojców.
Znalazłem jakiś "piwniczny" pub, żeby się ogrzać i wypić piwko na otuchę. Zarobiłem dziś siedemnaście złotych i gdyby mnie nie wyrzucili spod Sukiennic, poszłoby jeszcze lepiej, ale co tam. Tak jak wczoraj i przedwczoraj Amelia nie chwyciła, ale Bob Marley to hit. Od razu łapię dobry kontakt z ludźmi. Dziś jakieś dzieciaki spędziły ze mną godzinę, tańcząc i śpiewając, a ilu ludzi wysłało uśmiechy i pozytywne energie to sam nie wiem. Jestem doładowany.
Oprócz tego ta para którą spotkałem wcześniej (chłopak z aparatami i jego przyjaciółka), też dziś przyszła, żeby pogadać (Ewa i Robert).
Ewa powiedziała, że spróbuje załatwić mi nocleg u swoich znajomych. Sympatyczna dziewczyna, studiuje coś ze sztuką sakralną. Zaprosili mnie na przegląd muzyki gitarowej na Kazimierzu, ale jeszcze nie wiem, czy pójdę. Chciałbym dziś jeszcze zagrać na Floriańskiej.
później tego samego dnia
Coraz bardziej się rozpogadza i czuję, że ciężko mi będzie rozstać się z Krakowem, zawsze lubiłem to miasto, ale teraz czuję to jeszcze bardziej, tak jakby to miejsce naprawdę mnie przyjęło.
Granie dziś było extra. Najpierw grałem pod Sukiennicami, skąd wyrzuciła mnie straż miejska, ale wcześniej jakiś facet z jednej galerii wziął ode mnie kontakt i chciałby się ze mną skontaktować, żebym grał na spotkaniach młodzieży.
Później przeniosłem się na Floriańską i było jeszcze lepiej, zebrałem jakieś pięćdziesiąt złotych, a później spisało mnie dwóch uprzejmych policjantów - mieli zgłoszenie o zakłócaniu porządku. Żadnych problemów - po prostu musiałem zmienić miejsce, ponieważ mieszka tam jakaś upierdliwa kobieta.
Później roześmiana sympatyczna para wrzuciła dziesięć złotych i nauczała mnie o Jezusie (ale bez fanatyzmu).
Czuję, że muzyka daje mi możliwość kontaktu z ludźmi. Zawsze tego chciałem, ale nie miałem mocy ani odwagi. Odkąd gram, to jest tak, jakby otworzył się świat.
27.04.2004, Kraków
Dziś Ewa i Robert zaprosili mnie do irlandzkiego pubu. Spotkaliśmy się tam z całą ich paczką. Był zespół na żywo, przepięknie wymiatali, jednak irish folk rocks. Kiedy zespól miał przerwę, moi nowi znajomi namówili mnie, żebym chwycił akordeon i zagrał Boba Marleya. Oj, podskoczyła mi adrenalina, w pubie było ze sto osób, ale zebrałem się na odwagę i już po chwili cała sala klaskała i śpiewała Jaimming.
Impreza skończyła się późno. Złapałem ostatni autobus do Arka, ale przejechałem przystanek i następne parę godzin spędziłem, krążąc po krakowskich zaśnieżonych osiedlach, szukając mojej jaskini.
29.03.2004, Kraków
Dziś na ulicy młoda rastamańska para wrzuciła mi w czasie grania list do kapelusza:
Dzień dobry! Jezus! My tak bardzo uwielbiamy Amelię. Skąd pan to wiedział? To takie cudowne, że są ludzie, którzy stoją na ulicy i grają. Myślimy, że to zasiewa w sercach przechodniów kwiaty pokoju. Więc DZIEKUJEMY! Życzymy uroczej Wiosny , pełnej hipisowskiego ducha! Robert i Natalka
To ja wam dziękuję, dzieciaki.
Żegnaj Krakowie.
01.04.2004, Świnoujście
Uffffffff...
Nic więcej mi się nie nasuwa. Tylko długie ufffffffff...
Zmuszę się jednak, żeby skrobnąć parę słów. Od wczoraj rano jestem w trasie. Kalejdoskop twarzy, samochodów, dróg. Myślałem, że będę pisał jak Kinga o każdym, ale nie mam siły. Cieszę się, że jestem tutaj, w tym przytulnym schronisku, po kąpieli, kolacji, ze słuchawek leci dobra muzyka. Jutro znów czeka mnie zamieszanie, ale nie chcę teraz o tym myśleć. Muszę nabrać sił.
Wczoraj wieczorem, po dniu jazdy rozbiłem namiot gdzieś pod Gorzowem Wielkopolskim. Koszmar. Było już ciemno, kiedy go rozkładałem. Wpakowałem się w jakieś chaszcze, które, jak się okazało w świetle dnia, porastały stary zapomniany śmietnik. Było zimno i wilgotno. Mam bardzo małą, podłużną jedynkę, do której trzeba się wczołgiwać. W środku nocy zaczęło padać i nad ranem sufit przygnieciony śniegiem opadł mi na twarz. Śpiwór – co za ściema z tym komfortem przy minus dwudziestu. Zeszłej nocy nie było nawet minus pięciu i myślałem, że po mnie.
Korzystam teraz z okazji i suszę śpiwór oraz namiot na schroniskowych kaloryferach.
Jeśli chodzi o plany, to trochę się zmieniły. (Dlatego jestem w Świnoujściu). W ostatniej chwili, przed wyjazdem z Krakowa, dostałem email od Artura, że byłaby dla mnie praca w Kopenhadze, na budowie, tylko nie jest jeszcze pewien. Kiedy dziś, już tutaj, w Świnoujściu sprawdziłem pocztę, okazało się, że praca jednak nie wypaliła. Ale już za późno - postanowiłem odwiedzić ziemię Wikingów. Poza tym nie widziałem Artura i Ricarda szmat czasu, stęskniłem się za nimi. Więc Kopenhaga.
Niestety okazało się, że nie da się złapać stopa na prom. Wprowadzili teraz prawo, że choć kupuje się jeden bilet na samochód, za tę samą cenę, bez względu na ilość osób, to jednak trzeba imiennie zarejestrować wszystkich pasażerów w momencie kupowania biletów. Więc autostop na prom odpada. Pozostaje więc droga przez Niemcy. Jutro, albo pojutrze uderzę na Hamburg i stamtąd na Danię.
Pożyczę parę groszy od ojca, bo gdzie ja tu mam grać w Świnoujściu? W ogóle myślę, że ludzie z północy są trochę ciężsi, widzę jak trudniej jest tutaj złapać stopa. Pewnie i granie nie szłoby za dobrze. Ale nie chcę oceniać. Ludzie są różni, nie ma co generalizować. Myślę, że z tego zmęczenia wszystko widzę teraz w krzywym zwierciadle.
Tęsknię za domem i Tanią. Maminsynek ze mnie. Kiedy jest się w drodze, to tak, jakby nie istniało się dla nikogo. Chciałem doświadczyć tej samotności, ale teraz nie mam pewności, czy jestem gotowy. Brakuje mi ludzi.
Boję się tego obojętnego świata tam za oknem. Ale podjąłem się tej podróży, ponieważ chcę uwierzyć, że nie jest tak obojętny, jak się wydaje. Chcę spotkać bratnie dusze rozrzucone po świecie, chcę czuć braterstwo z ludźmi. Dziś kiedy stałem na stopa, to byłem rozwalony. Setki samochodów, kilka godzin czekania i nic. Zupełna obojętność, a czasami nawet złośliwość. Nie wszyscy tacy byli, inaczej nigdy nie dojechałbym do Świnoujścia, ale większość była właśnie taka - obojętna i chłodna. To mnie najbardziej zniechęciło i zmęczyło.
Chcę jednak jechać dalej. Cieszę się, że spotkam w Kopenhadze Ricarda i Artura. Coś się będzie działo.
02.04.2004, Świnoujście
Siedzę na ławce na deptaku koło plaży. Mam straszną ochotę pograć, choć ludzi niedużo, ale zagram i tak, dla siebie, dla przyjemności. Sprawy trochę się wyklarowały. Czekam na przekaz z domu, czterysta złotych, później przekraczam granicę dla pieszych tutaj, w Świnoujściu i jadę do Rostock, a stamtąd promem do Danii. No i wtedy będę miał jeszcze jakieś sto dwadzieścia kilometrów do przejechania. Pestka. Może wieczorem byłbym już w Kopenhadze?
Tak jak myślałem, zmęczenie nie sprzyja pozytywnemu myśleniu. Dziś, po nocy w schronisku, czysty, wypoczęty, z pełnym brzuchem, patrzę na świat inaczej.
04.04.2004, Kopenhaga
Jestem w Kopenhadze u Ricarda. Przyjechałem późnym wieczorem, ale nie odpocząłem, ponieważ porwali mnie od razu na koncert. Nie bawiłem się za dobrze, byłem wykończony. Teraz jest piąta rano, właśnie wróciliśmy i zdycham. Będę spał cały dzień.
Zleniwiłem się podróżując tutaj. Przejście graniczne w Świnoujściu przeszedłem pieszo, później wziąłem jeden pociąg, później następny, z Rostock prom (pięć euro) i z wioski w Danii autobus do jakiegoś miasteczka, aż w końcu pociąg do Kopenhagi. Z dworca zadzwoniłem do Ricarda. Strasznie się ucieszył, że już dotarłem, ja zresztą też. Choć czasami mieliśmy ciężkie momenty mieszkając w tamtej komunie w Hiszpanii, to jednak lubimy się i jesteśmy w stanie się dobrze zrozumieć. Mieszkanie przez półtora roku w jednym miejscu może połączyć ludzi.
Ricardo powitał mnie pizzą, po czym rozpocząłem edukację jeżdżenia na gapę środkami komunikacji miejskiej. Ricardo jest ekspertem. Dreszczyk emocji na start. No ale dojechaliśmy bez problemu.
Po powrocie z Indii Ricardo poznał w Kopenhadze dziewczynę z Finlandii i są teraz razem. Jestem pewien że długoterminowy związek dobrze mu zrobi. Dziewczyna spoko. Ma irokeza, gra na flecie i zjeździła stopem całą Europę. Mieszka tutaj też kilka innych osób. Sami artyści uliczni, studenci szkoły cyrkowej, aktywiści. Ich dom nazywa się Solarplexus. W całej Kopenhadze wiadomo, że robi się tutaj najlepsze Full Moon Party w mieście.
No dobra. Do łóżka kolego.
później tego samego dnia
Długo nie pospałem. Dziś idziemy z Ricardo do świątyni Hare Kryszna na festiwal, ma tam być Artur, pogadamy, a jutro zagram na ulicy i zobaczę, czy to ma tutaj w ogóle sens. Jeśli będzie dobrze, to zacznę szukać jakiegoś miejsca, żeby mogła przyjechać Tania, a jeśli niedobrze, to jadę dalej. Podobno jakiś znajomy Ricarda pojechał do Hiszpanii i ma kontakty z pracą. Ricardo poprosił go, żeby coś dla mnie znalazł.
Nie mam pojęcia, co z tego wyniknie, ale cieszę się, że tutaj jestem. Wszystko wydaje się łatwiejsze i cieplejsze wśród ludzi.
05.04.2004, Kopenhaga
Jestem zmęczony, ostatnio się tyle dzieje. Wczoraj mieliśmy w domu Full Moon Party. Najpierw był koncert reggae Cafa i jego zespołu. Caf jest rastamanem, ma z czterdzieści lat i wygląda jak biblijny prorok. Po koncercie wszyscy usiedliśmy razem i każdy musiał coś opowiedzieć. Jedna dziewczyna ze szkoły cyrkowej wykonała niesamowity monolog o wampirach. Nawet ja się odważyłem i opowiedziałem parę historii z czasów, kiedy eksperymentowałem z eksterioryzacją. Ricardo poszedł spać wcześniej, tak że trochę czułem się obco, nikogo tutaj jeszcze nie znam, ale jakoś się przełamałem.
Dziś rano poznałem faceta z Islandii. Nie pamiętam imienia. Cały czas palił haszysz i przez jakieś dwie godziny opowiadał mi o swojej teorii, że stosownie do ukrytych kodów wszystkich pism świętych i zapisków historycznych, to właśnie Islandia jest kolebką ludzkości. Niech mu będzie.
Wczoraj w świątyni spotkałem się wreszcie z Arturem. Stęskniłem za tym gościem. Rozmawialiśmy parę godzin. Artur też się cieszy, że jestem, nie ma tam zbyt wielu przyjaciół. Dziś wieczorem mam wpaść do Govindy i Artur (który tam pracuje) ma wynieść mi jakieś jedzenie. Podobno mają system, że jeśli do godziny ósmej coś zostaje, to rozdają to za darmo każdemu, kto przyjdzie. Fajnie.
Zaraz idę grać. Tzn. idziemy całą paczką. Ruthanna będzie grała na skrzypcach, dziewczyna Ricarda (Sana) na flecie, Ricardo na bębnach a ja na akordeonie. Zobaczymy jaką kasę ma tutaj dla mnie los. Nie mogę się przyzwyczaić do tych koron. Oni tutaj nie używają euro ale korony i przelicznik jest tak nierówny, że nie mogę zajarzyć, co ile kosztuje.
06.04.2004, Kopenhaga
Byliśmy wczoraj pograć na ulicy. Ricardo, Sana, Ruthanna i ja. Był czad, kiedy wystartowaliśmy z całą grupą i zaczęliśmy śpiewać oraz tańczyć, skacząc wysoko.
Ludzie tutaj są bardzo pozytywni i otwarci. Myślę, że pokocham to miasto i wydaje mi się, że jeśli przyjechałaby tutaj Tania, to też by się jej podobało.
Spotkałem dziś na ulicy paczkę chłopaków z Chile i Ekwadoru. Żyją z tego, co sprzedają na ulicy, tzn. nic trefnego, po prostu jakieś koraliki, kolczyki i inne duperele. Nawet robią na tym niezłe pieniądze. Mówią, że w lecie potrafią wyciągnąć dziennie z dwieście euro, a czasami i więcej. Fiu, fiu.
Ja zarobiłem dziś trzydzieści euro (przeliczam z koron) i zaczynam odkładać.
Po graniu, poszedłem wreszcie do tej sławnej Christianii. Super miejsce. Jest to alternatywna społeczność, istniejąca w centrum miasta od ponad trzydziestu lat. Kiedyś był to wojskowy fort, ale któregoś dnia, w latach siedemdziesiątych, grupa hippisów, aktywistów i artystów zajęła go i postanowiła zamieszkać tam na stałe. W końcu dostali pozwolenie od rządu na pozostanie tam na dobre.
Christiania otoczona jest murem, poza który nie mogą wjeżdżać samochody. Po przekroczeniu bramy ma się wrażenie, że wchodzi się do innego świata - świata wiecznej imprezy. Przed chwila było się jeszcze na ulicy, mijając ludzi w dobrych garniturach, dobrych samochodach, biegających w pogoni za kasą, aż nagle wchodzi się w miejsce rozleniwienia i relaksu. Ludzie przechadzają się bez celu, stoi tam kilka starych stoisk z falafelami (Pycha! Tylko 15 koron), muzyką i sprzętem do palenia różnych substancji. Kopcą tutaj nieźle. Co chwila dolatywał mnie aromat palonego haszyszu.
Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o to miejsce. Z jednej strony widzę, że jest tu dużo ludzi straconych, zabijających czas paleniem zioła i piwem, ale z drugiej strony czuję do nich sympatię. O wiele bardziej swojsko można czuć się z ludźmi, których główną myślą nie są pieniądze, niż z kapiszonami, którzy mają w oczach tylko licznik i zwykle patrzą nie na ciebie, ale przez ciebie (po tym jak skalkulowali, że na nic się im nie przydasz).
07.04.2004, Kopenhaga
Wczoraj granie było odlotowe. Wprawdzie lalo, padał śnieg i było zimno jak cholera, ale daliśmy czadu. Najpierw grałem sam, ale po chwili dołączyły do mnie latynoskie chłopaki. Zebrała się duża grupa, zaczęli tańczyć, śpiewać. Chłopaki z Chile, Boliwii i Ekwadoru kupowali co chwila wino na rozgrzewkę - mróz był niezły i jeszcze ten wredny duński wiatr.
Planują uzbierać tutaj trochę kasy, zabrać swoje wysokie białowłose duńskie dziewczyny i kupić u siebie autobus, którym chcą zjechać całą Amerykę Łacińską. Zazdroszczę im. No ale każdy ma swoją wyprawę.
Ostatnio tyle się dzieje, pędzę i nie jestem w stanie zapisać ani połowy z wydarzeń. Tak naprawdę piszę tylko z obowiązku. Zatrzymaj się chłopie. Pomyśl trochę nad życiem.
No dobra- przyszedł czas i znowu muzyka gra,
znajoma twarz, znajomy rytm, znajomych marzeń garść.
Lubię patrzeć na łąkę miejskich gwiazd,
obcego świata światła rozjaśniają noc
i wkrótce przyjdzie brzask
w tym mieście obcych słów i znajomych gestów.
Tak bardzo lubię świt tutaj
10.04.2004, Kopenhaga
Od dwóch dni pracuję razem z Ricardo u hinduskiej rodziny. Nie rozumiałem dlaczego potrzebują dodatkowej osoby do opieki na niepełnosprawnym dzieckiem, ale po pierwszym dniu zajarzyłem. To nie jest po prostu opieka nad dzieckiem, ale rodzaj rekonwalescencji. Chłopaczek ma porażenie mózgowe. Kilka lat temu odkryto, że można to wyleczyć, czasami nawet całkowicie, ale co to dziecko musi przechodzić. Horror. Jakieś osiem godzin dziennie ćwiczeń. I to nie jakieś tam lekkie rzeczy, ale ciężka harówa. Robi to już od kilku miesięcy i jest takie silny, że we czwórkę nie możemy go utrzymać.
Biedny dzieciak. Ciężka karma. Mam nadzieje, że Rahul nie jest na tyle świadomy, żeby wiedzieć, jak bardzo cierpi.
11.04.2004, Kopenhaga
Padam już na ryj, ale jeszcze skrobnę dwa słówka. Fajny dziś miałem dzień. Milo się grało, spotkałem dużo Polaków, złapałem ich na polskie piosenki. Później poznałem super chłopaka z Chile i jego żonę, Dunkę, która jest w ciąży. Alex i Maria. Ona pracuje z niepełnosprawnymi dziećmi, on robi warsztaty rzemiosła dla dzieci. Dziewczyna ma rodzić za dwa miesiące, tak że na razie siedzą tutaj, a potem jada do Ameryki Południowej. Podróżowali już po Meksyku, gdzie teraz chcieliby wrócić, a później wybierają się do rodzinnych stron Alexa w Chile. Pytałem ich, jak tam jest i powiedzieli, że świetnie, szczególnie w Chile. Kiedy podróżujesz stopem, to ludzie zapraszają cię do domów, stopa łapiesz w dwie minuty. Można dobrze zarobić na graniu i sprzedawania artesanias (koralików, itd).
Pytam o tę Amerykę dużo ludzi i wszyscy mówią to samo - że jest wspaniale. Może kiedyś się wybierzemy z Tanią?
Dziś znów pracowałem z Rahulem. Fajnie bo raz: widzę, że ta praca zmusza mnie do refleksji nad naturą tego świata, a po drugie extra gotówka zawsze mile widziana, szczególnie, że po dobrym starcie, nie zarabiam już na ulicy tyle, co na początku.
Ciągle nie wiem, co dalej. Dania miała być tylko przystankiem, a widzę, że teraz skończyła mi się inwencja twórcza i chęć do zmian. Z drugiej strony nie mogę się tutaj teraz osiedlić, to co zarabiam, nie wystarczyłoby na przeżycie dwóch osób.
Tęsknię za domem, ale czuję, że nie ma sensu jeszcze wracać.
20.04.2004, Kopenhaga
Wczoraj przeniosłem się do Artura. Zrobiłem większe pranie w pralni publicznej (Artur ma darmowa kartę), później pojechałem na miasto i było ciekawie. Najpierw grałem na tym placyku, który tak bardzo lubię (pod wieżą, na której przesiadywał Hans Christian Andersen), później zjadłem obiad w Govindzie, a później poszedłem na główny rynek. Najpierw dostałem wielkiego, haszyszowego jointa do kapelusza, a jeszcze później pewien facet zrobił ze mną wywiad dla hiszpańskiej telewizji publicznej. Miałem darmowa reklamę telewizyjną przed przyjazdem.
Oprócz tego spotkałem jeszcze Ruthannę. Powiedziała mi, że zna kogoś, kto być może miałby dla mnie pracę przy zbiorze truskawek. Jeśli by się udało, zostałbym te trzy tygodnie dłużej, żeby zebrać trochę więcej kasy, a jeśli nie, to są już moje ostatnie dni z piękną Kopenhagą.
Wpadłem po uszy w fajki. Życie uliczne wyciska na mnie stopniowo swoje piętno. Mowię sobie, że kiedy dołączy do mnie Tania, to rzucę, ale nie wydaje mi się, że będzie łatwiej. Odkładam to na później. Leń ze mnie.
22.04.2004, Kopenhaga
Czas Kopenhagi dobiegł końca. Mam mieszane uczucia, ale z przewagą pozytywnych, szczególnie po tym, jak dziś pożegnali mnie Alex i Maria. Przygotowali prawdziwą, wegetariańską ucztę. Rozmawialiśmy wiele godzin, opowiadając sobie historie z życia, oglądając zdjęcia z ich wypraw, słuchając muzyki, paląc trawę. Alex mieszkał gdzieś na krysznowskiej farmie, ale później postanowił praktykować życie duchowe na własną rękę. Zbliża nas ta wspólna przeszłość.
Na koniec dostałem od nich prezent: CD z muzyka zespołu Alexa, rękawiczki bez palców (do grania na akordeonie) i dla Tani ludziki z Gwatemali, które zabierają od nas zmartwienia, jeśli wyszepczemy je do nich przed snem i włożymy pod poduszkę. Mi się na pewno przydadzą na drogę. Jedną z nich odstąpiłem Arturowi. Niech też ma kogoś do pomocy w walce z jego zmartwieniami.
Przed obiadem u Alexa i Marii byłem jeszcze w Solarplexie, ale nie zastałem prawie nikogo. Pożegnałem się tylko z Cafem, Ruthanną i Tomem.
Caf poczęstował mnie obiadem, który Ricardo przyniósł wczoraj z Govindy. Później poprosił mnie, żebym nagrał z nim jeden z jego kawałków. Chciał spróbować, jak to będzie z akordeonem. I zagraliśmy. Choć cienko mi szło, to byłem szczęśliwy, że na koniec mogę z nim zagrać. Bardzo go cenię i lubię.
No a teraz jestem tutaj, z kochanym Arturem i słuchamy w milczeniu muzyki.
A przede mną Hiszpania...
Friday, 15 April 2011
Uliczne wędrówki
Uliczne wędrówki
(Kopenhaga)
Co za miłe spotkanie. Usiadłem na ławce na Højbro Plads, to chyba mój ulubiony placyk jak do tej pory. Siedział tam już starszy pan – siwa, bujna broda, lekko wyświechtane ubrania, widać upływ czasu, ale nie brudne, no i oczy; mądre i uśmiechnięte.
- Będzie panu przeszkadzało, jak sobie zapalę? – spytałem.
- To wolny kraj, tylko sam sobie szkodzisz – odpowiedział wzruszając ramionami.
- Ogólnie to ja nie palę, ale ostatnio dużo stresu, zmiana kraju, szukanie pracy, bariera językowa...
- Kiepskie wytłumaczenie, młodzieńcze - uśmiechnął się i machnął ręką, że w końcu nic mu do tego.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, obserwując przechodniów. Tłumy ludzi wyległy na ulice, przyciągniete wiosną, ponętne dziewczyny ubrane skąpiej niż jeszcze tydzień wcześniej, rodziny z głośnymi dziećmi, dorożki, riksze…
- Jesteś z Niemiec? – zapytał mężczyzna. Bardziej, aby zagaić rozmowę, niż z faktycznej ciekawości.
- Nie, Polak, a pan?
- Chorwat. Ale mieszkam tu już czterdzieści lat.
- O, to kawał czasu. I jak pan to ocenia po tylu latach?
- Lubię ten kraj. Mądrze zorganizowany. System jest tu dla ludzi, a nie ludzie dla systemu, jak w Chorwacji, czy u was w Polsce, jak się domyślam. Tylko teraz zaczęło się zmieniać. Prawicowy rząd, kapitalizm wolnorynkowy coraz bardziej atakuje, socjaliści wycofują się.
Od słowa do słowa okazało się, że Frank jest starym lewicowcem. Porozmawialiśmy nad obecną sytuacją, o polityce, pochwaliliśmy Chaveza i Moralesa za ich odwagę w postawieniu się Stanom, oceniliśmy coraz bardziej budzący się nacjonalizm, którym ludzie chcą walczyć z europejskim imperializmem. Później zeszliśmy na bardziej osobiste tematy. Frank jest na emeryturze. Powiedział, że jest szczęśliwy i wolny. I uwierzyłem mu, to się czuło.
- Wstajesz rano, kiedy chcesz, nie martwisz się pracą, żoną, bo jestem rozwiedziony – powiedział to z prawdziwie radosnym błyskiem w oczach. – Biorę mój aparat i chodzę sobie po ulicach, a później, wieczorem, w moim mieszkanku komponuję muzykę…
- Jaki rodzaj muzyki?
- Dubstep… - zawiesił głos, patrząc na mnie z łotrzykowsko przymkniętymi oczyma.
- Dubstep? Nigdy bym pana nie posądził – zaśmiałem się.
- Zawsze się ludzie dziwią. Ale naprawdę to lubię. A ty?
- Czy ja wiem… Czasami. Ale zbyt mroczne, a ja już i tak zbyt łatwo wchodzę w ciemność. Tak jak z Kierkegaardem – uwielbiam go, ale nie mogę przeczytać więcej niż dziesięć stron naraz, bo zbyt szybko zatapiam się w jego myślach, egocentryzmie, egzystencjalizmie.
- Ja na szczęście tak nie mam; zarówno Kierkegaarda jak i dubstep wchłaniam bez ograniczeń i niestrawności.
Znów chwila milczenia.
Posiedzieliśmy jeszcze trochę i oczywiście rozmawialiśmy więcej, niż te kilka zdań, które tu opisałem. Naprawdę czerpałem radość z tej rozmowy. A później poszedł robić zdjęcia królewskiej parze. Dziś są chrzciny ich dzieci – bliźniaków.
Brakuje mi tego – rozmów z mądrymi, spokojnymi ludźmi. Mam wrażenie, że jest ich coraz mniej. Czasami czuję, że sam należę do tej starszej epoki, z której pochodzi Frank, a nie do tej nowej – nastawionej na karierę, krzykliwej i bezmyślnej. W każdym bądź razie doładowałem się tą rozmową.
* * *
Czytam „Albo albo” Kierkegaarda. Wchodzi jak narkotyk – słodkie, oszałamiające i wciągające, a jednocześnie cały czas uważasz, aby nie przesadzić, aby nie dać się wciągnąć za głęboko, gdzie znana rzeczywistość rozkłada się na kawałki, pojawia się wyobcowanie i przenikliwe, paniczne pragnienie powrotu do normalności. Nawet jeśli ta normalność jest nijaka i trywialna, w takich momentach jest lepsza od absolutnej obcości, jaka ogarnia człowieka, kiedy przecina pępowinę i wznosi się wysoko, zbyt wysoko, wyżej niż wolno ludziom. Może dlatego nigdy w pełni nie zostanę artystą – choć szukam i tęsknię za niewiadomym, to równocześnie zbytnio boję się porzucenia normalności.
Najbardziej uświadomiłem to sobie w zeszłym roku, kiedy wziąłem grzyby. Psylocybina wysłała mnie daleko, zbyt daleko poza ograniczenia tego trzywymiarowego continuum, jak dziecko wyleciałem poza orbitę ziemską, bez skafandra, tlenu, statku kosmicznego – po prostu ja i kosmiczna, lodowata przestrzeń, wypełniona przeraźliwie obcymi formami, bez żadnego wspólnego mianownika ze mną.
Wcześniej myślałem, że jestem gotowy na wszystko, żeby dojść do sedna rzeczy, żeby złuszczyć warstwy zastałej rzeczywistości i zobaczyć, co jest pod nimi. Od tamtej nocy wiem, że nie jestem jednak gotowy. Marzę o przekroczeniu granic, jednak okazuje się, że chcę je przekroczyć na moich warunkach, a to niemożliwe – inaczej nie byłoby przekroczeniem granic, a jedynie kolejną małą podróżą wewnątrz mojego (pół)światka…
Ha, ha, taki właśnie wpływ ma na mnie Kierkegaard! Zamiast cieszyć się wiosną, zielenią, śpiewającymi ptakami, furkotem dorożek, to zaczynam analizować wszechświat, swoją w nim pozycję (czy raczej jej brak) i bać się swojego cienia. Dlatego pozostanę przy ograniczeniu dziesięciostronicowym. Zdrowiej dla mnie.
* * *
Pojechałem na Christianię. Znalazłem małą uliczkę z boku, gdzie nie ma za dużo ludzi. Przede mną stoi mały sklepik, jedyne miejsce na Christiani, gdzie piwo jest po 10, nie po 20 koron. Obok na murze wielkie grafiti – groźnie patrzący Meksykanin z wielkim sombrerem i karabinem, i słowa nawołujące do jedności ludu w walce o wolność i autonomię.
Lubię tu siadywać. Ogólnie na Christiani (nawet pomimo gangsterów z ciężkimi złotymi łańcuchami na szyi, basebolowymi czapeczkami i spodniami od dresu, którzy sprzedają haszysz i marihuanę na Pusher's Street), ale szczególnie w tym kąciku. Po lewej grupka podpitych facetów o czerwonych nosach i szyjach śmieje się gromko i opowiada coś z zacięciem. Zbyt słabo znam duński, żeby zrozumieć coś z sensem. Obok siedzi również zapijaczony pan, wydaje się, że czeka na coś… Tak. Zza rogu wybiega szczerbata dziewczynka o zadziwiająco białych włosach i ze śmiechem radości rzuca się mu na szyję.
- Dziadzio! Dziadzio! – woła (woła "dziadzio" w mej artystycznej wizji, lecz równie dobrze mogłaby wołać „wujek” albo cokolwiek). Widać, że wszyscy się znają. Od grupki mężczyzn odłącza się jeden, najniższy i najbardziej zapijaczony, podchodzi do dziewczynki i dziadka. Wyciąga ręce.
- Powąchaj – mówi do dziewczynki. – No dalej, nie bój się.
Dziewczynka wącha i krzywi się niemiłosiernie.
- Błeee…
Mężczyzna się śmieje i podnosi spod ławki zakrwawioną reklamówkę.
- Złapaliśmy dzisiaj rybę rękami! – ogłasza z dumą i wyciąga reklamówkę do dziadka. – Popatrz.
Dziadek i zafascynowana wnuczka zerkają do środka, mężczyzna tymczasem pokazuje uniwersalnym gestem rozmiar rzeczonej ryby. Ponad metr.
- Piliśmy sobie piwko nad kanałem, kiedy dojrzeliśmy tego olbrzyma. Niewiele myśląc skoczyliśmy, woda w tym miejscu płytka i jakimś cudem złapaliśmy potwora. Dziś wieczorem uczta!
Większość z tego wywnioskowałem po gestach, mimice i kilku słowach, które zrozumiałem – fisk, vand, øl, kokker.
Temu lubię tu siadywać. Jakby się człowiek cofnął w czasie o sto lat, mała wioska, społeczność, ktoś złowił rybę, naje się rodzina i przyjaciele. Mimo wszystkich swoich wad, to właśnie ma w sobie Christiania – autentyczność i subtelną patynę. Kiedy ludzie nie są zmuszeni do udziału w wyścigu szczurów, nie muszą akceptować neoliberalnych warunków gry, wracają do podstaw, ich życie opiera się, tak jak powinno, na najprostszych, bezpośrednich relacjach z ludźmi, gdzie wszystkie sprawy rozwiązują się w społeczności, bez udziału systemu, instytucji. Fakt - wszyscy tutaj popijają, palą hasz, ale ciężko być mieszkańcem wyspy w samym środku Babilonu, niełatwy kawałek chleba.
Dziewczynka dostała od dziadka loda w polewie czekoladowej, którym później dzieliła się solidarnie z psem (chyba nawet nie jej własnym, ale ulicznym), przysiadła się kobieta, prosząc, żebym otworzył jej butelkę z piwem, dwóch Eskimosów usiadło z murzynem i zaczęli rozmawiać o czymś szybko i głośno, co chwila wybuchając śmiechem, zawołali dziewczynkę i dali jej lizaka, sklepowa wyszła zapalić, zaraz zaczepił ją pan z rybą, dyskutowali przez chwilę, wreszcie sklepowa machnęła ręką i wzięła od niego zakrwawiona reklamówkę, domyśliłem się, że do sklepowej lodówki na przechowanie, grupka niemieckich turystów przepłynęła przez ulicę, przyglądając się ludziom, jak z batyskafu, z zafascynowaniem i lekkim wstrętem, nikt ich nie zauważył, jakby byli duchami, pies skończywszy loda podszedł do mnie i zanim zareagowałem polizał puszkę z Redsem, którego kupiłem w pobliskim polskim sklepie, zawahałem się przez chwilę, ale nie poszedłem w ślady dziewczynki, mój duch nie był wystarczająco niewinny – puszka wylądowała w koszu, zresztą ponad połowę już wypiłem, posiedziałem jeszcze chwilę, aż wreszcie ukłoniłem się dziadkowi, wsiadłem na rower i pojechałem.

Tuesday, 5 April 2011
Na dziś
(Kopenhaga)

Weekend, choć kiedy się nie pracuje, to nie znaczy zbyt wiele. Wybrałem się rowerem do miasta, jakieś 12 kilometrów, ale wszystko w naturze, ścieżkami leśnymi, nad jeziorkami, tak, że nie wydaje się daleko. Na drogę załączyłem w mp3jce Stachurę śpiewającego własne piosenki. Zanurzyłem się w tęsknocie za uczuciami, o których śpiewał i w końcu zgubiłem drogę, z leśnej ścieżki wyjechałem na szare przedmieścia i nie potrafiłem trafić z powrotem na szlak. Wreszcie dałem spokój i wsiadłem z rowerem do kolejki.
Rozłożyłem się w parku koło Norreport, ten z małym jeziorkiem, piję piwo, czytam “Dzienniki gwiazdowe” Lema (mój ulubiony ateista, któremu Dawkins nie dorasta do pięt ani intelektem, ani kulturą, ani klasą).
Mam nadzięję, że nie powróci ból głowy, który wczoraj zwalił mnie do łóżka już około szóstej. Po parku przechadzają się rodziny, dwójka dzieciaków turla się po zboczu, nie zważając na psie kupy, dzikie kaczki pływają po jeziorku, murzynka zmienia pieluchę krzyczącemu malcowi.
Miły dzień, choć ogólnie ciężko się jeszcze zrelaksować, wszystko jakieś takie niepoukładane. Byłbym bardziej wyluzowany, gdyby nie braki gotówkowe – zużyliśmy już cały debet z angielskiego banku (o spłacenie będziemy się martwić w odległej przyszłości), Tania dostanie wypłatę dopiero pierwszego czerwca, a w kieszeni zostały nam już drobniaki. Gram trochę na ulicy, ale kiepsko idzie, zresztą straciłem już do tego serce, nie ma tej radości sprzed lat. Ale nie chcę narzekać, bo nie czuję jakiejś tragedii z powodów finansowych, jakoś to będzie. Po prostu zbyt wielki jeszcze chaos na spokój. Poza tym ciągle czuję, że jeszcze nie zakorzeniliśmy się, że jesteśmy tu na kredyt i coś we mnie obawia się, że się nie uda. No ale to mój wewnętrzny czarnowidz, muszę jakoś z nim żyć.
Po miesiącu palenia stwierdziłem, że tego wystarczy, nie chcę wpaść w nałóg, zwykle po kilku tygodniach palenia czuję, jak zaciska się pętla i wtedy szybko wyrzucam tytoń, bibułki, zapalniczki, zanim odwrót jest jeszcze łatwy. Do następnego razu.
Weekend, choć kiedy się nie pracuje, to nie znaczy zbyt wiele. Wybrałem się rowerem do miasta, jakieś 12 kilometrów, ale wszystko w naturze, ścieżkami leśnymi, nad jeziorkami, tak, że nie wydaje się daleko. Na drogę załączyłem w mp3jce Stachurę śpiewającego własne piosenki. Zanurzyłem się w tęsknocie za uczuciami, o których śpiewał i w końcu zgubiłem drogę, z leśnej ścieżki wyjechałem na szare przedmieścia i nie potrafiłem trafić z powrotem na szlak. Wreszcie dałem spokój i wsiadłem z rowerem do kolejki.
Rozłożyłem się w parku koło Norreport, ten z małym jeziorkiem, piję piwo, czytam “Dzienniki gwiazdowe” Lema (mój ulubiony ateista, któremu Dawkins nie dorasta do pięt ani intelektem, ani kulturą, ani klasą).
Mam nadzięję, że nie powróci ból głowy, który wczoraj zwalił mnie do łóżka już około szóstej. Po parku przechadzają się rodziny, dwójka dzieciaków turla się po zboczu, nie zważając na psie kupy, dzikie kaczki pływają po jeziorku, murzynka zmienia pieluchę krzyczącemu malcowi.
Miły dzień, choć ogólnie ciężko się jeszcze zrelaksować, wszystko jakieś takie niepoukładane. Byłbym bardziej wyluzowany, gdyby nie braki gotówkowe – zużyliśmy już cały debet z angielskiego banku (o spłacenie będziemy się martwić w odległej przyszłości), Tania dostanie wypłatę dopiero pierwszego czerwca, a w kieszeni zostały nam już drobniaki. Gram trochę na ulicy, ale kiepsko idzie, zresztą straciłem już do tego serce, nie ma tej radości sprzed lat. Ale nie chcę narzekać, bo nie czuję jakiejś tragedii z powodów finansowych, jakoś to będzie. Po prostu zbyt wielki jeszcze chaos na spokój. Poza tym ciągle czuję, że jeszcze nie zakorzeniliśmy się, że jesteśmy tu na kredyt i coś we mnie obawia się, że się nie uda. No ale to mój wewnętrzny czarnowidz, muszę jakoś z nim żyć.
Po miesiącu palenia stwierdziłem, że tego wystarczy, nie chcę wpaść w nałóg, zwykle po kilku tygodniach palenia czuję, jak zaciska się pętla i wtedy szybko wyrzucam tytoń, bibułki, zapalniczki, zanim odwrót jest jeszcze łatwy. Do następnego razu.
Subscribe to:
Posts (Atom)