Saturday, 30 May 2009

Bristolski tren



Bristolski tren

Choć tytuł poważny, to ten tekst jest zwykłym żartem, choć jak można zobaczyć, z pewnością zabarwionym lekką dozą goryczy. Dostało się dziś Anglikom ode mnie:). Generalnie jednak mój pesymizm nie jest aż tak kliniczny jak wynikałoby z tego tekstu. Ot czasami trzeba sobie ponarzekać:). Choć tyle z mojego dzisiejszego wypadu do parku.

Słońce pokolorowało Bristol na złoto-zielono. Westbury Park, choć pełen Anglików, nabrał letniego uroku. Turkusowe niebo przecinane było od czasu do czasu przez jaskrawo-kolorowe latawce, do których przyczepieni byli ludzie, ślizgający się na napędzanych wiatrem deskorolkach.

Widać też było smużki dymu z jednorazowych grillów. Poczerniałe, nad ranem zostaną pozbierane przez śmieciarzy.

Ostatni dzień weekendu zwykle jest dla mnie bezowocnym sprintem, kiedy próbuję złapać i choć przez chwilę utrzymać w dłoni umykające momenty. Trzymam je delikatnie w rękach, jakby to były motyle, czując delikatne trzepotanie sekund. Kiedy jednak otwieram klatkę z dłoni, okazuje się, że w środku jest całkiem pusto. Kolejna chwila uciekła. To ciekawe, jak bardzo różnią się od siebie momenty z weekendu od tych z pracy. Kiedy mam dwunastogodzinną zmianę, kawałki czasu obłażą mnie beznamiętnie, jak oślizgłe ślimaki i męczą monotonnym śluzotokiem. Nie ma co ukrywać – nigdy nie polubię idei sprzedawania swojego bezcennego czasu za pieniądze.

Na początku, kiedy znalazłem się w Bristolu, łaziłem do parku, mając nadzieję, że znajdę choć kilka dusz, jak ja szukających kosmicznego kontaktu. (Mówiąc „kosmicznego” mam na myśli zwykłe, czterowymiarowe spotkanie wędrujących po wszechświecie dusz, które utknęły na tej zapomnianej przez Boga planecie.)

Z czasem zdałem sobie sprawę, że w tym kraju nie wylądowało zbyt wielu rozbitków i większość żyznej, angielskiej ziemi zajmują zadowoleni tubylcy. Uprzejmych, zdystansowanych tuziemców nie interesują dziwaczni kosmici, o barbarzyńskich akcentach. Rzadko który spyta z jakiej jesteś planety. „Łatwiej ci się tu żyje?”, „U was pijecie wódkę, aren’t you?”, A! Byłem w Krakowie!”. Możecie być pewni, że zwykle nie interesują ich odpowiedzi. Anglicy już tak mają.

Wrócę lepiej do natury. Siedziałem w kaczeńcach. Kiedy byłem mały, mama zawsze ostrzegała mnie, żebym nie dotykał kaczeńców, bo jeśli to zrobię, a później przez przypadek dotknę oczu, mogę stracić wzrok. To zabawne, ale nawet teraz, w wieku trzydziestu trzech lat, nikt nie przekonałby mnie, żebym chociaż zbliżył twarz do kwiatu kaczeńca. Nawet nie dotknę drania i choć to łagodny kwiatek, to dla mnie już zawsze będzie miał w sobie coś złowieszczego.

To nie jedyny kwiat, jaki spieprzyła mi mama. Boję się również tulipanów. Kiedy miałem z cztery, albo pięć lat, sąsiadka poprosiła ją, żeby namalowała jej na ścianie ogród pełen tulipanów. W góralskiej wiosce, w latach osiemdziesiątych, malowanie na ścianach motywów kwietnych było bardzo popularnym sposobem ozdabiania domów.

Tak więc mama dostała zamówienie na namalowanie tulipanów. Kiedy sąsiadka od nas wyszła, powiedziała do ojca: „Leszek, ja się boję tych tulipanów.” Nie domyślała się, że sięgający jej do kolan brzdąc, słysząc te słowa, przeraził się aż do szpiku kości. Wyobraził sobie krwiste, tłuste tulipany, które czają się na drewnianych ścianach starych domów, gotowe, żeby na ciebie wyskoczyć i przerazić na śmierć.
No i tak mu już zostało: kaczeńce wypalają oczy, a krwiożercze tulipany to kosmiczne rosiczki, które wzbudzają strach nawet w jednym z dwóch najważniejszych w twoim czteroletnim życiu bogów (tzn. w mamie – czasami nie jestem pewny, czy moje metafory są zrozumiałe.)



Okej, powracając do dnia dzisiejszego: wziąłem ze sobą dwie butelki cydru (o wiele bardziej podoba mi się to słowo od popularnego wśród Polaków na Wyspach spolszczenia „sajder”. W sumie nie wiem, czy oprócz mnie ktoś jeszcze mówi „cydr”) i trochę tytoniu.

Najpierw usiadłem pod miłymi krzakami, w których cieniu mogłem się schować, ale wkrótce dosiadła się przeraźliwie głośna rodzinka. Nawet nie próbowałem się zaaklimatyzować. Zrezygnowany poszedłem poszukać nowego, niezaludnionego krzaka. Nie było łatwo, zważywszy na tłumy ludzi, nie będących w stanie zdecydować, czy chcą się opalać, czy chłodzić w cieniu.

Wreszcie jednak udało się. Usiadłem pod niedużym jesionem, ulepiłem koślawego skręta (wiatr zwiał mi połowę jego zawartości) i włączyłem „Psią Krew”. Góralskie rytmy, podrasowane dobrym basem, podgrzały mi krew. Chciało mi się wyć na myśl, że parę tysięcy kilometrów stąd, ciągle stoją, nie zwracające uwagi na moją nieobecność, góry, wioski i schroniska, o tej porze roku pewnie już pełne leśnych włóczęgów.

Wypaliłem skręta, napiłem się cydru, trochę pożonglowałem, poczytałem książkę, ale nie udało mi się uciec przed nostalgią.

Zrozumiałem, że muszę uruchomić wibrujący bodhisattvą nadajnik. Strzyknąłem więc odstającym uchem, dostroiłem się do pielgrzymich częstotliwości i wystukałem pustą butelką o rower: „Dziewczyny i chłopaki, dziewczyny i chłopaki, przydałoby się pogadać. Over.”
Poplątały się nagle latawce, gałęzie jesiona zostały przygniecione prawie do samej ziemi podmuchem nieoczekiwanego wiatru, a dwóm, tłustym Angielkom zwiało z obfitych piersi staniki.
- Cześć Marcinsen.
Przede mną stał chudy, długowłosy chłopak. Dopiero kiedy odwrócił się do mnie profilem, zobaczyłem, że włosy wyrastały mu tylko z jednej połowy głowy; druga była ogolona na łyso. Widać było, że jest trochę speszony swoją ekstrawaganckością. Stał lekko przygarbiony, nie wyciągając rąk z kieszeni. Zobaczyłem, że na grzbiecie ma skórzaną papę (jak kiedyś mówiło się na punkowe, czarne, łuszczące się kurtki).
- Cześć koleżko – odpowiedziałem, po czym tknięty przeczuciem, dodałem – Odwróciłbyś się na chwilę?
Tak jak myślałem, na plecach napisane było białym sprayem: „Sid OK.”
- Skąd masz tę kurtkę? – spytałem lekko zaniepokojony.
Chudzielec odgarnął sobie z twarzy wyraźnie tłuste włosy.
- Marcinsen, nie rób sobie jaj. Przecież ja to ty. Nie mów, że wszystko zapomniałeś?
Przyjrzałem się mu uważniej. Rzadki wąsik, wątła klatka piersiowa, zamiast glanów przerobione opinacze, które choć jakbym się nie starał, nigdy nie miały przypominać martensów.
- Punio?



- No jasne – powiedział i usiadł obok mnie, ocierając z czoła pot.
- Nie za gorąco na taką kurtkę? – spytałem wskazując na grubą, sztywną skórę.
- Marcinsen, wiesz, że mnie niepokoisz?
- Co?
- Przecież powinieneś pamiętać. Punio nigdy nie ściąga papy ani glanów. Nawet w środku lata, kiedy większość ludzi siedzi nad rzeką w samych majtkach.
Z tym nie mogłem się kłócić. Punio nie ściąga papy. Kropka.
Mój gość popatrzył łakomie na dwie, tłuste dziewczyny, które wcale nie przejęły się brakiem staników.
- Jak się tu bawisz? – spytał.
Rozejrzałem się dookoła.
- Niezbyt.
- No co ty? Wygląda, że to całkiem miłe miejsce. Słońce, zieleń, to – wskazał głową na Angielki.– Przyroda, relaks, oprócz tego masz pracę, dziewczynę. Wydaje się, że dobrze się urządziłeś.
Skrzywiłem się.
- Co ty, Punio. To wszystko iluzja. Tak naprawdę równie dobrze mógłbym siedzieć na pustyni. Nie wiem co stało się tym ludziom, ale już dałem sobie spokój z próbowaniem nawiązania kontaktu. Jakieś kalectwo emocjonalne.
- Poważnie? – zapytał z powątpiewaniem. Popatrzyłem na niego poirytowany. Jednak drażnił mnie tak samo jak kiedyś.
- Nie wierzysz? W porządku. Widzisz tamtą grupkę? Tam po lewej, obok tego drzewa z czerwonymi kwiatami? - pokazałem palcem.
- Masz na myśli głóg?
- Punio, nie popisuj się. Przecież ja to ty, jak sam mądrze zauważyłeś. Nie masz więc przed kim brylować.
Zaśmiał się lekko zmieszany.
- No dobra, widzę ich całkiem wyraźnie. Wydają się sympatyczni. I co?
- Idź do nich. Przywitaj się, zagadaj.

Moje przeszłe "ja" zmierzyło taksującym wzrokiem kilku opalonych młodzieniaszków, każdy w przeciwsłonecznych okularach i towarzyszące im dziewczyny, wciśnięte, w ciasne, białe szorty. Dziewczyny, jak mogłem zrozumieć z dobiegających nas pojedynczych słów, rozmawiały o tym, który z bohaterów „Lost” jest przystojniejszy.
- Co to jest „Lost”? – zapytał zaciekawiony Punio.
- To jest to, co zastąpi dobre seriale w dwudziestym pierwszym wieku. No ale masz jeszcze trochę czasu, została ci jeszcze większość lat dziewięćdziesiątych i możesz cieszyć się do woli „Archiwum X”.
Długowłosy „ja”, zdecydowanie nabrał powietrza w płuca.
- W takim razie... - Powietrze uszło z niego ze świstem - Ale po co mam do nich iść? - zreflektował się.
- Po prostu przywitaj się, zagadaj, wymień grzeczności, cokolwiek chcesz.
- Przecież nie mówię po angielsku – spróbował się wykręcić.
- Punio, nie pieprz. Jesteś tylko w mojej wyobraźni. Właśnie sobie wyobraziłem, że znasz angielski, chiński i marsjański. Nie masz więc żadnego ekskjuzu.
- Faktycznie! Zrozumiałem co to znaczy „ekskjuz”! – zawołał podekscytowany. Następnie wstał, otrzepał papę z kaczeńców, uważając, żeby śmiertelnie toksyczny, żółty pyłek nie wleciał mu do oczu i z ociąganiem poszedł przywitać się z sąsiadami.

Wszystkie rozmowy ucichły.
- How can I help you? – spytał chłodno przystojny blondyn, odsuwając na czoło markowe okulary.
- Cześć chłopaki i dziewczyny – powiedział zmieszany, ale zdeterminowany, żeby spróbować Punio. – Czy nie spotkaliśmy się czasem na podniebnych szlakach? Pamiętam astralne imprezy i jestem prawie pewny, że widziałem tam wasze twarze...
Odpowiedziała mu niechętna cisza. Nie dał za wygraną. Wyciągnął z kieszeni papy do połowy wypitą butelkę Karo. „Ciekawe, czy jeszcze produkują to wino?” – pomyślałem. Spróbował podać napój dziewczynie siedzącej najbliżej.
- Napijesz się?
Nie wyciągnęła ręki. Nie zrażony kontynuował.
- Za dwa złote ...
- Funty! – podpowiedziałem mu z oddali.
- Za dwa funty – poprawił się – nauczę was ujeżdżać promienie gwiazd. Zobaczycie dalekie krainy, gdzie drzewa rodzą fortepiany, na których grają kosmiczne wiewiórki, a najpiękniejsze dziewczyny... i mężczyźni – dodał szybko, uśmiechając się przepraszająco do chłodno spoglądających Angielek– tańczą fokstrota, do wtóru orkiestry, uratowanej z Titanica, przez kosmitę – melomana...

Cisza stawała się coraz bardziej wroga. Jedna z dziewczyn, ta najbardziej wymalowana dotknęła ramienia swojego towarzysza i zaczęła mu coś szeptać na ucho.
Punio odchrząknął.
- A co z podróżami w czasie, koledzy? – miało to zabrzmieć mocno, ale przeważyła wrodzona wstydliwość i brak charyzmy. – Nie chcielibyście spotkać starożytnych bogów i pić z nimi złociste wino w zbudowanych z białego marmuru świątynkach? A co powiecie na skoczne festyny, w dniach pomiędzy wielkimi wojnami, kiedy ludzie myśleli, że najgorsze mają za sobą i teraz ludzkość będzie się miała już tylko lepiej? Wtedy ludzie wiedzieli jak się bawić... – Zabrakło mu słów i rzucił mi przez ramię bezradne, wołające o pomoc spojrzenie. Wskazał na mnie palcem.
- Sam właśnie przewędrowałem piętnaście lat, żeby spotkać samego siebie i pocieszyć go w potrzebie.
Zawstydzony pokiwałem im niepewnie.
Dziewczyna przestała wreszcie szeptać. Jej chłopak wstał i podszedł do Punia.
- Fuck off – powiedział.

Punio wrócił i usiadł obok mnie.
- Faktycznie ciężko, Marcinsen. Niewesoło.
- Sam teraz widzisz.
- Co ty tu w ogóle robisz? – spytał.
- W parku, czy w ogóle?
- W parku to widzę. Oglądasz dziewczyny w topless i pijesz piwo.
- Cydra.
- Niech będzie cydra. Pytam co robisz tutaj, w Bristolu? Zapewniam cię (i kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć), że jest wiele o niebo ciekawszych i przyjemniejszych miejsc. Przyznam ci się, że wcale nie uśmiecha mi się tu skończyć.
- Wcale nie skończyłem.
- Na pewno? – powiedział sceptycznie.
- Wiesz co? – nie wytrzymałem. – Szukałem kogoś, z kim mógłbym pogadać, a nie chodzącego wyrzutu sumienia.
Anglicy pakowali swoje burgery, komórki, dymiące grille i paletki do badmintona. Rzucali nam przy tym potępiające spojrzenia.
Punio popatrzył na mnie przepraszająco.
- Sorry Marcinsen. Nie mam wyczucia.
Zrobiło się cicho.
- To ja będę już spadał – powiedział, wyciągając do mnie rękę. – Jutro mam klasówkę z polaka.
Uścisnąłem sobie dłoń. Mile zaskoczył mnie mój mocny uścisk.
- To trzymaj się Punio. Uważaj na siebie.
- Dzięki.
- I jeszcze pamiętaj, że w 1995... – Nie dokończyłem.
Punio uśmiechnął się ze zrozumieniem.
- Przecież dobrze wiesz, że aż nie mogę się doczekać, żeby popełnić te wszystkie pomyłki, które na mnie czekają – powiedział, szczerząc do mnie zęby.
Wiedziałem. Dlatego nie miało sensu próbować coś zmienić. Pokiwał mi ostatni raz i rozpłynął się w powietrzu.

Słońce pożarło mój kawałek cienia. Dwie tłuste Angielki znów miały na sobie staniki. Niebo jeszcze bardziej zagęściło się od latawców. „Naprawdę chce ci się to ciągnąć?” – pomyślałem i schowałem notatnik do torby.

Jeśli nie podnosiłbym wzroku za wysoko, to ten kawałek łąki, obok kół roweru, mógłby nawet ujść za Polskę.

30.05.2009, Bristol

5 comments:

  1. Próbowałem sobie przedłużyć ten weekend, biorąc na dziś jeden dzień chorobowego. I co się stało? Gdy szedłem po ulicy, zobaczyła mnie z samochodu menadżerka z pracy. Dostałem przez telefon burę, a jutro czeka mnie rozmowa z szefostwem. Karma to karma;)))

    ReplyDelete
  2. Ja mowie cydr. Choc mowie, to rzadko bo za bardzo nie mam komu. Ani jednego Polaka nie mam w okolicy.

    Piekne slonce na pierwszym zdjeciu. Pogoda namdopisywala ostatnie dni i fajnie, ze ktos to uchwycil.

    ReplyDelete
  3. To się nazywa właśnie szczęścia potomstwa Kreczmerów... A co do opowiadania! Niesamowite:-)...postać Punia:D...wow. Fragment o mamie i kwiatach niezły, uśmiałam się do łez. Ciekawe, czy mama też tak zareaguje;-). Pozdrawiam!

    ReplyDelete
  4. Właśnie dostałem wiadomość od mamy na naszej-klasie - że ostrzegała mnie przed jaskrami, a nie przed kaczeńcami i że mam nie robić z niej nieuka:). Tym samym zamieszczam sprostowanie - kaczeńce są w porządku (co nie zmniejsza mojej obawy przed nimi:))

    ReplyDelete
  5. dobre ,poprostu dobre:)

    ReplyDelete