Thursday, 15 October 2009

Znowu do Anglii - 2008



Kartki z podróży 8
jesień 2008, pociąg do Katowic (a później na lotnisko)

I znowu – pociąg, walizki, nieprzewidywalne jutro. Cholera, który to już raz? Skończyły się nam półroczne wakacje od życia. Tzn. od walki o przetrwanie. Z paroma odłożonymi tysiącami, mogliśmy zapomnieć, że jesteśmy lumpen proletariat i wyluzować się przez kilka miesięcy.
Dużo się działo. Sporo lekcji od życia – i tych twardszych i tych przyjemniejszych. Zmarł tata – to było i ciągle jest ciężkie przeżycie. Brakuje mi go i ciągle czuję pustkę, jaką po sobie zostawił. Wszyscy walczyliśmy, ale nie dało się nic zrobić.
Nie przestaję też wspominać Camino de Santiago. To był chyba mój najlepszy pomysł, choć teraz wydaje się już snem, albo wspomnieniem z filmu. A przecież dopiero jakieś dwa miesiące minęły, odkąd wróciliśmy z trasy. Miesiąc w drodze, osiemset kilometrów piechotą, no kurde, to naprawdę było zajebiste. Ciekaw jestem, czy uda mi się kiedyś zrobić z tego książkę.
Poza tym byliśmy te pół roku blisko z rodziną, pierwszy raz od paru lat.
To tyle jeśli chodzi o podsumowanie. Lepiej nie skupiać się tylko na przeszłości. Przyszłość jest ciekawsza. Nigdy nie wiadomo, co i jak. To fakt – jestem zestresowany. Znowu zmiany, nowa sytuacja, ludzie, jak odnajdę się w nowej pracy, która gdzieś tam na mnie czeka, jak nie dać się kontrolować stresowi... Może wreszcie spotkam ludzi ze swojego plemienia. Może nauczę się nowych rzeczy. W końcu rok temu nie umiałem jeszcze żonglować.

Piękny dziś dzień, doskonały na podróż. Słoneczny, pogodny wrzesień, ale nie za gorąco. Za oknem migają uginające się pod ciężarem owoców jabłonki i grusze. Owoce obrodziły w tym roku niesamowicie. Jest mi lekko i świeżo. Powoli wchodzę w atmosferę podróży i ogarnia mnie podekscytowanie niemożnością zgadnięcia, co przynosi nam los. I to już na dniach. Tak jak zwykle ruszyliśmy w ciemno, bez żadnej, nakręconej pracy. Tak najbardziej lubię. W takim momencie czuć największą wolność (ale i największą niepewność, jak sobie już człowiek uświadomi, jaki głupi.)
Tanię bolą plecy i jest jej niedobrze. Powiedziałem, żeby się nie martwiła, zajmę się wszystkim i będę nosił wszystkie bagaże. Piszę to w trzęsącym się przedziale i wkurzam się, że przez pomyłkę wziąłem czarny długopis. Nienawidzę czarnego długopisu.



* * *
ciągle w pociągu

W takich momentach zastanawiam się, czy po prostu polecieć z muzyką i wyłączyć się ze świata, czy choć trochę spróbować opisać atmosferę. Tylko, że wtedy można wytrącić się z „transu”. Włączyłem na mp3 ten zespół z Finlandii, reggae, jak mu jest... Rappanna. Już od godziny płynę z nimi, łapiąc klimat. (...)
Kiedy o tym wszystkim piszę, ucieka mi to, co naprawdę chcę powiedzieć. Chciałbym umieć przerzucić słowa z serca na papier, bez pośrednictwa głowy. Tam niestety gubi się większość potrzebnych słów.
Może piosenką? W rytmie reggae...

Czasami jesteś tak sam,
że myślisz – nie ma innych
innych, takich jak ty,
do dzielenia serca
i dzielenia snów,
chcesz wspiąć się do góry,
zamiast tego mury,
ludzie zwykłe gbury

A jednak oni są,
porozrzucani
czasami sami
czasami razem, poukrywani,
zagubieni,
ci szczęśliwi w małych plemionach,
a tych pechowych
czeka jeszcze droga,
niełatwo jest znaleźć Boga,
tak samo trudno
braci,
a jeszcze trudniej
siebie.

3 comments:

  1. Katowice/Bristol/Katowice i tak w kolko. Skad ja to znam?

    ReplyDelete
  2. Mądra piosenka, mądry wpis. Pozdrawiam.

    ReplyDelete
  3. Dzięki za pozdrowienia.
    Fajnie się patrzy z perspektywy czasu, jak jechało się w ciemno i tak szybko wszystko się poukładało. Jak mawiał Szwejk: "Jeszcze nigdy nie było, żeby jakoś nie było" :)

    ReplyDelete