Friday, 6 November 2009

Manu Chao, anarchia i akordeon.







Kartki z podróży 10

Manu Chao, akordeon, ulica, szklanka trunku. Listopad jeszcze nie zamienił się w zimę i pod barowym parasolem wcale nie jest źle.

Śniłem dziś o buncie, rewolucji i wolności. Wyrzeczeniu się siebie, wzięciu sprawy w swoje serce, poświęceniu. Może dlatego odkopałem zakurzony akordeon i wyszedłem na ulicę. Minął równy rok odkąd grałem ostatni raz. Szukałem pracy, nie miałem kasy i granie było jedyną rzeczą, której mogłem się trzymać i czuć, że nie stoję w miejscu. Później udało się – zacząłem sprzedawać 43 godziny swojego tygodnia za kilkaset funtów w poważnej organizacji. Muzyka wylądowała w szafie, a konto bankowe zastąpiło kapelusz brzęczący monetami.

Manu płacze: „mentira, mentira, todo es mentira”.



Znowu jestem na deszczowej ulicy i znów brakuje mi odwagi, tak jak za pierwszym razem. Znów czuję się słabszy od ulicy. Próbuję przypomnieć sobie filozofię, którą kiedyś przezwyciężałem tremę i nieśmiałość. Najważniejsze jest zapomnieć o poczuciu własnej wartości. Tak jak pisze Carlos Castaneda – poczucie własnej wartości jest główną przeszkodą w poznaniu siebie i w nawiązaniu kontaktu z naturalną mistyką płynącą w eterze.

Wychodząc z instrumentem na ulicę, nagle okazuje się, że jesteś sam w obliczu obojętnej masy. Najpierw, z naciśnięciem pierwszych klawiszy, po wykrzyczeniu drżącym głosem pierwszych strof piosenki, czujesz się nagi i bezbronny. Świat wydaje się nawet bardziej szary niż zwykle. Szum rozmów, suchy tupot obcasów i samotność. Najważniejsze jest przebicie się przez tę ścianę. Zamknij oczy i poczuj swoją muzykę, pomimo trzydziestu kilku lat na karku, spróbuj mieć wiarę w mądre słowa Boba i Manu. „Sometimes I dream about reality, sometimes I feel so gone...”

Nagle, niezauważenie zmienia się sceneria. Z bezosobowego szumu przebijają się słowa i uśmiechy, głos przestaje drżeć, artystyczna pustka zamienia się w złoty blask. Ściany już nie ma i tak samo nie ma ciebie. Tzn. nie „ciebie” prawdziwego, ale tej części twojej osobowości, która jest definiowana przez otoczenie, a nie duchową iskrę wewnątrz. Uświadamiasz sobie kim jesteś, jak bardzo jesteś innymi, mistyczna jedność... Tym jest dla mnie (czasami) granie na ulicy.

Ciężko jest się przebić. Myślisz, że już prawie jesteś po drugiej stronie ego, kiedy kształtna brunetka, na oko Hiszpanka, przechodzi obok twojej ławki. Nie potrafisz oderwać oczu od jej kołyszących się bioder i obfitych piersi. Czarna, krótka spódniczka i zgrabne nogi w czarnych rajstopach... Znów jesteś sam. „Infinita tristeza, infinita pobreza, otro mundo...”



Dziś w nocy strzelałem do generałów. Każda kula trafiała do celu. Kiedy padali na ziemię, medale rozsypywały się po bruku, niczym złote, bezużyteczne chrząszcze. Czułem się wolny i radosny. Pachniał mi proch, czułem też bez. Chyba była wiosna. Nie bałem się śmierci, nie bałem się starości, odrzucenia. Harmonia i muzyka... Jesteś gotowy, żeby podnieść akordeon i strzelać nutami?

Pamiętam kiedy w 2003 pod Wieżą Eiffla musiałem uciekać przed policją. Najpierw grałem. Byłem jedynym muzykiem w okolicy i jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że w tamtym miejscu panował zakaz „żebrania”. Ludzie zatrzymywali się i wrzucali mi do kapelusza smakowite monety i jeszcze smakowitsze uśmiechy. Po jakichś dwudziestu minutach wyrzucono mnie po raz pierwszy. Przechodnie zaprotestowali, ale chłodni chłopcy w mundurach z naciskiem powtarzali, że mam się wynieść. Poszedłem, a po chwili wróciłem i znów łowiłem dusze i monety. Drugi raz chłopcy w mundurach nie byli tak uprzejmi, jak za pierwszym razem. Jeden z nich mnie popchnął, a drugi spisał moje dane i adres.

Kilka miesięcy później grałem w Madrycie. Po kilku piosenkach stary rastaman wrzucił mi do kapelusza tłusty kawałek haszu. Zrobiłem przerwę, skręciłem grubego skręta, po którym wydawało mi się, że śpiewam równie dobrze jak Bob Marley. I znowu przyszli chłopcy w mundurach. „Co tam palisz?” „Nada.” „Nada? Nie wydaje nam się. Tym razem ci darujemy, ale konfiskujemy narkotyki. Spadaj, chłopcze.” Zabrali resztę haszu i spisali moje dane. Błąkając się po ulicach, zobaczyłem w ciemnym zaułku policyjny samochód, z którego okien wydobywał się gęsty dym. Znam ten zapach. Dwóch policjantów siedzi w środku, z rozanielonymi twarzami. Poznają mnie. Uśmiechają się i żartobliwie grożą mi palcem. Odpowiadam uśmiechem i pokazuję im dwa palce w kształcie V. Robią to samo.

Jeszcze jedna scenka. Znów z paleniem. Nie chcę wyjść na palacza, ale lubię wspominać tamten moment. Kopenhaga. Christiania, hippisowskie osiedle w środku miasta, żadnych samochodów, modnych sklepów, biegających w pośpiechu ludzi. Kolorowe grafitti, matki z niemowlakami przywiązanymi do pleców starymi szmatami, podpici Eskimosi, uśmiechnięci Latynosi zaczepiają dziewczyny. Wyciągam akordeon i zaczynam grać „Natural Mystic”. Po pierwszych kilku słowach przerywa mi stary hippis. Siwe, brudne włosy, korale i frędzle, zapach potu i taniego alkoholu. „Źle to robisz, stary”. „Tak? To znaczy się co?” „Nie jesteś skupiony, rozglądasz się dookoła, nie czujesz muzyki, niedobrze” „To co mam zrobić”. Hippis podaje mi skręta. Mocna, kopenhaska czekolada. „A teraz zamknij oczy i śpiewaj”.

Najpierw wydaje mi się, że chyba nie będę w stanie zagrać. Przeliczyłem swoje siły i chyba muszę usiąść. W końcu palę tylko okazyjnie. Ale zbieram się do kupy i zaczynam. Jeszcze nigdy nie grałem tego tak powoli. „There is a Natural Mystic flowing trough the air, If you listen carefully, now you will hear...”. Pomału wchodzę w słowa piosenki i dźwięk instrumentu. Zaciskam oczy, jestem skoncentrowany i poważny, rozumiem i czuję każde słowo piosenki. Po chwili wydaje mi się, że atmosfera robi się gęstsza, dźwięki i słowa nabierają mocy. Wręcz wydaje mi się, że to już nie tylko ja śpiewam, ale całe miasto. Słyszę nawet gitarę i drugi akordeon. Wow, tego jeszcze nie było. Chyba przesadziłem. Głosów jest coraz więcej i mam wrażenie, że lecę. Gram coraz wolniej i ciszej, powtarzam ostatnie słowa wiele razy, „such a Natural Mystic, going trough the air...”, nie chcę, żeby to się skończyło. Wreszcie zapada cisza. Składam akordeon i zamykam skórzaną klamrę. Powoli otwieram oczy... Wokół mnie siedzi z dwadzieścia osób, chłopak z gitarą, dziewczyna z akordeonem. Wszyscy uśmiechają się i zaczynają klaskać. „Thank you man, that was something”. Stary hippis sięga do kieszeni i wrzuca monetę, patrząc zachęcająco na publikę. Ludzie idą w jego ślady. Brzęczą monety, ludzie siadają dookoła, czekając na więcej. Hippis poklepuje mnie po ramieniu. „Tak się to robi chłopcze. Z serca. Z serca, nie z głowy, I’m telling you”...




7 comments:

  1. Znów rewolucyjnie:). Ostatnio zaczytuję się w Chomskym i wciągnąłem się w "History of anarchizm" Petera Marshala, i pewnie stąd ostatnio tyle u mnie lewackich klimatów.
    Co do palenia - tak jak pisałem w tekscie - nie chcę wyjść na palacza:)), ale prawda jest taka, że kiedy jest się w drodze, wyłącza mi się racjonalna część umysłu i próbuję poczuć ulicę głęboko, bez ściemy.
    W domu, z żonką jestem grzeczny:)

    ReplyDelete
  2. Taka dychotomia jest niebezpieczna. Zwłaszcza, że "ciemna" strona bardziej ciągnie. Przynajmniej "rewolucjonistów" :)

    ReplyDelete
  3. dwa razy próbowałam wchodzić na Twój blog ( to jest trzecie podejście) i dwa razy mi się wieszał komputer :-(

    sny masz po prostu niemożebne ;-)) zacznij pisać scenariusz serialu, będziesz bogaty!

    to strzelanie do generałów... hm...

    towarzysz Che byłby z Ciebie dumny!

    ReplyDelete
  4. Hasta la victoria siempre!

    ReplyDelete
  5. Dzięki Emma za rewolucyjnego ducha:). Nie mam pojęcia dlaczego ci się wiesza. Może nie radzi sobie z plikami muzycznymi? Gdzieś indziej też ci się zawiesza?
    PS. Zastanawiam się czy nie wkleić całości tego snu. Była w nim pozytywna moc.

    ReplyDelete
  6. Ech, ci hiszpańscy policjanci... :))

    ReplyDelete