Friday, 6 January 2012

Byli też ciemnoocy...



Byli też ciemnoocy o ochrypłych głosach
(Zapiski z siedmiu dni łowienia snów na uliczkach Granady)

Spis treści:

1. W maszynie czasu i parę słów o uldze
2. Szalone sny, chmury i stewardessy
3. Pierwsze wrażenia – palacze, autobus i deszczowa kołysanka
4. Wreszcie Granada!
5. Finansowe rozterki spłukane kawą z mlekiem
6. Śniadanie w Albayzin i trochę historii (oraz kłótnia kochanków)
7. Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny
8. Stary znajomy
9. Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki Pepe
10. Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?
11. Kiepski obiad i złowieszcza kelnerka w arabskiej karczmie
12. Trochę melancholii i refleksji po Alhambrze
13. Prawdziwy smak flamenco
14. Patatas, śliczna kelnerka i jeszcze więcej melancholii pod nocną katedrą, gdzie całowali się cyrkowcy
15. Tak, byłem w Sacromonte i piłem wino w Mirador de San Nicolas, spoglądając na złotą Alhambrę
16. Pożegnanie z Miastem Jastrzębi, a później plaża i wyjaśnienie filozofii urlopu
17. Kto boi się piątku trzynastego? Ogólnie o Hiszpanii i Domu

1 W maszynie czasu i parę słów o uldze

Boże, jaka to była ulga móc się wreszcie wyrwać z szarej codzienności, zobowiązań i 45 godzinnego tygodnia pracy i choć na kilka dni zanurzyć się w niewiedzy co do kolejnego dnia i ekscytacji w oczekiwaniu na jego niespodzianki. Dlatego też moje planowanie ograniczyło się tylko do kupna biletu na trasie Bristol-Malaga-Bristol. Co miało dziać się pomiędzy, zostawiłem w rękach Opatrzności.

Już raz odwiedziłem Granadę. Było to z pięć lat temu. Na kilka miesięcy utknęliśmy z Tulasi w moim domu rodzinnym na wsi i po zimie spędzonej w mojej małej R….., naprawdę chciałem wyrwać się na świat. Tulasi ciągle miała jeszcze dosyć po zeszłorocznej wyprawie do Holandii i Francji, tak więc nie mogłem ciągnąć jej ze sobą, ale na szczęście zrozumiała, że tego potrzebuję i dała mi zielone światło. Gdzieś w marcu spakowałem więc plecak i ze stówą w kieszeni postanowiłem ruszyć w Europę, szukając mistyki i przygód.

Jak pamiętam Granadę z tamtej podróży? Przede wszystkim, kiedy tam dotarłem, miałem już kompletnego doła. Czułem się samotny i smutny, szczególnie po tym jak obiła mnie i obrabowała banda marokańskich gówniarzy. Granie na ulicy szło mi kiepsko i prawdę mówiąc, całkowicie się rozmazgaiłem. Zamiast oddychać atmosferą Andaluzji, chłonąć wzrokiem pachnące starożytnością budowle Alhambry i smakować bohemskie fiesty z ulicznymi artystami, marzyłem już tylko o swojej dziewczynie, kominku i ciepłym łóżku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie jestem tym twardym i filozoficznym podróżnikiem, jakim chciałbym być, ale po prostu zwykłym, zestresowanym życiem chłopakiem, który marzy o przygodach, bo naczytał się za dużo książek. Niestety, kiedy zdałem sobie z tego sprawę, nie miałem ani grosza, oznaczało to więc, że czy tego chcę, czy nie, utknąłem dosyć spory kawałek od mojego wymarzonego azylu, gdzie czekała na mnie wytrenowana w pierwszej pomocy (sercowej) ratowniczka.



Myślę, że mogłem wtedy lepiej skorzystać ze spędzonego tam czasu. Po pierwsze, w ogóle nie odwiedziłem Alhambry. Wejście kosztowało tylko dziesięć euro, ale w jakiś sposób w tym codziennym zmaganiu o przetrwanie nie udało mi się wygospodarować ani czasu, ani kasy. Oglądałem ją tylko codziennie z jaskini na Sacromonte, gdzie przez kilka dni znajdował się mój dom. Muszę przyznać, że wieczorem, przy ognisku i gwieździstym niebie, ten błyszczący klejnot arabskiej Hiszpanii rozbudzał wyobraźnię i tęsknotę za piękną cywilizacją, która odeszła w zapomnienie kilkaset lat wcześniej.

Wspominając Granadę, pamiętam stare, ciasne uliczki i mnóstwo ulicznych mimów, grajków, Rumunów kaleczących akordeon (lub z rzadka pokazujących akordeonowe mistrzostwo) i Cyganek „rozdających” gałązki jakiegoś, ponoć szczęśliwego krzaka. Biada turystom, którzy uwiedzeni chytrym uśmiechem śniadych, kolorowych kobiet, wzięli do ręki rzekomy prezent. Nachalne Cyganki nie popuściły, dopóki nie wydoiły z ofiary przynajmniej kilku euro. Z kolei ich mężowie przechadzali się po ulicy z małymi taboretami, wyławiając z tłumu tłustych amerykańskich, angielskich lub niemieckich turystów i proponując im czyszczenie butów. Czyszczenie trwało 30 sekund, po których uniżoność zamieniała się w nachalną wrogość. Nie było szans, żeby ktoś wykpił się sumą mniejszą niż pięć euro. Przyznam się, że miałem czasami ubaw, widząc z jaką dumą ci bogaci przedstawiciele pierwszego świata rozglądali się dookoła, kiedy cygański pucybut szorował ich buty i z jakim zaskoczeniem i przestrachem reagowali na zdecydowane żądanie pieniędzy ze strony swoich chwilowych „służących”.

Pamiętam pewnego faceta, zdaje się niemieckiego turystę, myślę, że około pięćdziesiątki. Grałem właśnie jakiś kawałek Boba Marleya, kiedy zobaczyłem, że wypadła mu z kieszeni paczka Cameli. W pierwszym odruchu miłości do całego świata podniosłem fajki i zacząłem wołać za nim w różnych językach, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Usłyszał mnie już za pierwszym razem, ale przypuszczając, że chcę od niego coś wyżebrać, kompletnie mnie zignorował. Nie zrażony położyłem akordeon na ziemi, podbiegłem do niego i dotknąłem jego ramienia. Facet podskoczył jak oparzony i zaczął krzyczeć do mnie coś po niemiecku, wspierany w tym przez swoją żonę. Zagrał mi tym na nerwach. Pokazałem mu więc paczkę jego Cameli i odwróciłem się na pięcie.
Czy gościu poczuł się choć trochę głupio? Wręcz przeciwnie – ze złością ruszył w moim kierunku i wyrwał mi papierosy z ręki. Mogłem tylko pokręcić z niedowierzaniem głową i wrócić do grania. Po jakiejś godzinie zobaczyłem jak dwóch Cyganów, przy akompaniamencie piskliwych wrzasków „gałązkowych” Cyganek szarpie go za ubranie, żądając zapłaty za wypastowanie butów. Było mi go nawet trochę żal.

Pamiętam też jak miejscowi ludzie starali się nie dostrzegać tych wszystkich włóczęgów, punków, hipisów i reszty kolorowej, złachmanionej menażerii, która zalała ich ulice. W sumie nie dziwię się ich niechęci. Każdy róg ulicy obstawiony był przez żebraka, albo ulicznego artystę, który mniej (jak ja) czy bardziej nachalnie domagał się wynagrodzenia za swój wysiłek.

Któregoś dnia, bardzo zmęczony i zniechęcony usiadłem gdzieś na ławce, żeby odpocząć, napić się wina i nabrać dystansu do rzeczywistości. Podszedł wtedy do mnie Pablo, pochodzący z jakiejś wioski w Galicji i poprosił o papierosa. Podzieliłem się z nim resztką tytoniu, winem i w zamian mogłem wysłuchać jego historii. Alkoholik, żonaty, dwójka dzieci, mały warsztat stolarski. Któregoś dnia znalazł swoje rzeczy na ulicy, drzwi zamknięte i żona obwieściła mu z okna, że już tam nie mieszka. Jako, że Pablo był spokojnego usposobienia, pozbierał swoje rzeczy i postanowił zacząć nowe życie po drugiej, cieplejszej stronie Hiszpanii. Skończył na ulicy.
- A jak ty zostałeś bezdomnym? – spytał mnie na koniec.
Kiedy powiedziałem mu, że nie jestem bezdomny, że mam kochającą żonę, dom, rodzinę i po prostu chciałem doświadczyć trochę przygody, Pablo nie mógł powstrzymać śmiechu. Zaczął klepać się głośno po udach, a oczy lśniły mu niedowierzaniem i gorzką wesołością.
- Przygody?! Szukasz przygody?! I jak? Znalazłeś? Jak się bawisz?! – zawołał.
Facet dotknął sedna sprawy – miałem już dosyć.
Kilka dni później, kiedy rankiem zmierzałem na drogę wylotową z Granady, w nadziei na stopa, zderzyłem się z Pablem na ulicy i powiedziałem mu, że zamierzam na jakiś czas odpocząć od przygód. Pokiwał ze zrozumieniem głową, życzył mi szczęścia w życiu i poradził poważnie, żebym nie spieprzył tego co mam, bo bardzo łatwo jest wszystko stracić. Uścisnęliśmy sobie ręce, a kiedy odchodziłem już w swoją stronę, pod wpływem impulsu zawróciłem i dałem mu dziesięć euro.
- Napij się za mnie Pablo i nie daj się.
Bez słowa schował dychę do kieszeni i kiwnął mi głową w przeraźliwie smutny i pogodzony z losem sposób. Myślę, że Pablo był najsmutniejszą osobą, którą tam poznałem.

Może oprócz Eda. Ed był niemieckim, czterdziestoletnim punkowcem, który od kilku już lat włóczył się po Hiszpanii. Osoba z rodzaju tych sympatycznych miśków-straceńców, których wszyscy lubią i którymi zawsze opiekuje się jakaś ładna dziewczyna, która jednak nigdy z nimi nie śpi. Facet był sympatyczny, ale nie pomogło mu to w spotkaniu ze skinheadami, kilka dni przed naszym spotkaniem. Pierwszy raz zobaczyłem go na dworcu w Maladze, kiedy czekałem na autobus do Granady. Ed wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Szeroka, zaropiała rana rozdzielała jego głowę na pół, a krzywe szwy, które wyglądały, jakby sam je sobie założył, ozdabiały też jego ramię i trzy palce lewej ręki. Najgorzej wyglądała ręka. Zsiniałe, opuchnięte palce wykrzywione były w nienaturalny sposób i Ed co chwila wycierał o brudne spodnie wylewający się z nich śluz.
Po kilku dniach w Granadzie spotkałem go po raz drugi. Tym razem, ponieważ byłem już jego „starym” znajomym, Ed (zapomniałem dodać, że chłopak nigdy nie trzeźwiał) opowiedział mi jak znalazł się na dnie. Jakieś kilkanaście lat wcześniej zakochał się z wzajemnością we wspaniałej dziewczynie. Byli z sobą kilka lat, wszystko szło jak po maśle, mieli już plan, jak rozkręcić mały biznes, pobrali się i kilka miesięcy po ślubie dziewczyna dowiedziała się, że ma raka. Po dwóch tygodniach już jej nie było. Ed nigdy nie podniósł się po tym ciosie i stracił wolę życia.
Przez chwilę, kiedy mi to wszystko opowiadał, udało mi się zobaczyć go, jako tego dwudziesto-kilkuletniego, zakochanego, pełnego energii człowieka. Miałem wrażenie jakby tamten Ed próbował przebić się na zewnątrz, ze swojej smutnej celi, ale trwało to tylko kilka sekund, po których znów spoglądał na mnie bezzębny, bełkoczący i poraniony wrak.

Spotkałem go jeszcze raz, w kolejce po jedzenie, w jadłodajni dla bezdomnych. Brudny bandaż zakrywał kikuty obciętych przy samym ciele palców. Ed przywitał mnie wylewnie i biorąc w objęcia pokazał z niedowierzaniem i żalem na swoją rękę.
- Mówiłem skurwysynom, żeby nie obcinali, ale te hiszpańskie konowały nie chciały mnie słuchać!
Wyciągnąłem z kieszeni i podałem mu kawałek haszu, który ktoś wrzucił mi tego dnia do kapelusza, podczas jednego z moich ulicznych koncertów. Ed uśmiechnął się z wdzięcznością.
- Hej, a ty nie palisz? – zawołał za moimi oddalającymi się plecami.
Życie naprawdę potrafi być pogmatwane i choć ze strachem próbujemy ułożyć wszystko po naszej myśli, to ile tak naprawdę mamy kontroli nad własnym losem? Nie spotkaliśmy się już nigdy więcej. Mam nadzieję, że wreszcie udało mu się znaleźć spokój.

To kilka wspomnień z Granady, które udało mi się przywołać. Niedługo miałem zamiar położyć się do łóżka i wziąć do ręki książkę Lauriego Lee, do którego zapałałem ostatnio namiętną miłością. Wiedziałem, że z nerwów i podekscytowania najprawdopodobniej nie będę mógł zasnąć przynajmniej do północy. Później, o 3:40 czekała mnie pobudka, o 4:00 miała przyjechać taksówka, a o około 10:00 rano miałem już być w Maladze.

2 Szalone sny, chmury i stewardessy

Jak zwykle, kiedy wybieram się w podróż wcześnie rano, obudziłem się dosłownie kilka minut przed budzikiem. Tak jak przypuszczałem, długo nie mogłem zasnąć, przewracając się z boku na bok i rozmyślając o nadchodzącym tygodniu samotnego włóczenia się po Granadzie. Pomimo tego, kiedy już zamknęły mi się oczy i dotknął mnie oddech Morfeusza, zamiast ciemnych Andaluzyjczyków spotkałem moją Tulasi, która właśnie rodziła, siedząc na fotelu w naszym mieszkaniu. Byłem zdziwiony, że robi to tutaj, w domu, bez pomocy lekarza, ale jak to bywa we śnie, zaakceptowałem to bez dyskusji. Uśmiechając się nieśmiało, poprosiła mnie, żebym się odwrócił, a po chwili podała mi zawiniętą w ręcznik, świeżo urodzoną dziewczynkę. „Pomyśl, że jeszcze przed chwilą tej małej osóbki nie było na świecie” – powiedziała ze zmęczonym uśmiechem – „a teraz, kiedy tylko jej dotkniesz, twoje serce nie uwolni się już w tym życiu.” Po tych słowach, z dziwnego snu, wyrwała mnie na jawę, coraz szybciej kręcąca się rzeczywistość.

Siedząc na lotnisku, próbowałem nie dać się porannemu otępieniu i pozbyć się wewnętrznej ociężałości, która zwykle ogarnia mnie, kiedy muszę obudzić się kilka godzin przed zwykłym dla mnie czasem.
Odprawa poszła gładko, zero kolejki i oprócz kilku angielskich chavsów, którzy żartobliwie wepchnęli się do ogonka przede mnie, żeby po chwili przy wtórze rubasznego śmiechu i żołnierskich dowcipów, pozwolić mi podejść do odprawy pierwszemu, nie było zbyt wielu osób.
Chyba z połowa pracowników lotniska; sklepikarze, urzędniczka w okienku informacji, pani w kantorze, byli Polakami.

Poranna lista:

1. Za krótko obciąłem wczoraj paznokcie i tak mnie teraz bolą opuszki palców, że ledwo co trzymam długopis.
2. Od paru dni męczy mnie swędząca wysypka.
3. Cieszę się, że odetchnę przez te parę dni od pracy z dzieciakami i od Anglii w ogóle.
4. Czy jestem melancholikiem i za bardzo skupiam się na sobie?
5. Jeszcze dziś napcham się chocolate con churros i spróbuje tego słynnego Jerezu.
6. Lubię mieszkać w małych, obskurnych i tanich hiszpańskich hotelikach, gdzie nikt mnie nie zna.
7. Jeszcze bardziej lubię szwendać się po ulicach miasta, w którym nic mnie nie wiąże, żadne znajomości, czy praca i gdy mogę bezstronnie obserwować ludzi i pić piwo w starych, ustronnych knajpkach.
8. Czytałem wczoraj „As I Walked Out One Midsummer Morning” Lauriego Lee i zżera mnie zazdrość, że nie potrafię pisać tak jak on. Przeczytałem tylko rozdziały od opuszczenia przez niego rodzinnego domu i o włóczędze ze skrzypcami po południowej Anglii, a później o rocznej tyrce na budowie w Londynie. Część hiszpańską zostawiłem sobie na podróż.
9. Biorę się za śniadanie, które moja Tulasi przygotowała dla mnie dziś rano. Żeby to zrobić wstała razem ze mną o 3:30! This is love.

* * * * * * * * *

Spoglądałem przez okno samolotu (skoro leciałem sam, to wreszcie mogłem usiąść przy oknie) myśląc, ile Laurie Lee byłby w stanie znaleźć słów, porównań i metafor na opisanie tego widoku. Czytając jego książki i próbując później opisywać rzeczywistość swoimi słowami, czuję się jak dziecko, które po wyjściu z wystawy, powiedzmy Malczewskiego, bierze się samo za rysowanie i wychodzi mu z tego ludzik; kółko jako głowa, kreska jako tułów i cztery krótsze kreski jako kończyny. Pocieszam się, że pisanie wyrabia się wraz z praktyką i pamiętam, że w przeszłości, im więcej czasu spędzałem z długopisem, tym łatwiej było mi się wyrazić i znajdywać odpowiednie słowa.

Za dwie godziny mieliśmy być już w Maladze. Póki co, jak dzieciak przykleiłem twarz do szyby i syciłem oczy przestrzenią, myśląc przy tym, że gdybyśmy roztrzaskali się gdzieś w dole (kto choć raz podczas lotu nie bawił się taką myślą?), to z pewnością pofrunąłbym z powrotem tu, na górę, żeby powywijać trochę koziołków, tym razem już bez nerwów i bez niewygodnego pancerza z plastyku i stali.
Na samym początku lotu mogłem jeszcze zaczepić oczy o znajome kształty oszronionych, kanciastych pól, płaskich gór i niepozornych, niechlujnie porozrzucanych klocków zabudowań, ale później wznieśliśmy się już na poziom wyżej i do oglądania pozostały mi tylko abstrakcyjne, przerażające (w jakiś senny sposób) kłęby chmur.

W środku krzątały się stewardessy z włosami spiętymi tak gładko i ciasno, że wydawało się jakby skóra na ich czołach miała zaraz pęknąć. Przejęte, dumne i oficjalnie uśmiechnięte roznosiły kanapki i colę po kosmicznych cenach, czekając, aż skończy się ich podniebny dzień pracy i będą mogły oddać się wieczornej, stewardessowskiej rozrywce. Ciekawe, czy kiedykolwiek pozwalają tym włosom rozrzucić się niesfornie i pozwolić odpocząć zmaltretowanej skórze głowy? Ciekawe też, czy po całym dniu noszenia chłodnego uśmiechu są w stanie wymienić go na szczery, czy też zostaje im tak już na zawsze.

Pasażerami byli w większości Anglicy w średnim wieku, przeglądający ze szczęściem swoje przewodniki, albo rozochoceniu budowlańcy, jak ta grupka wygolonych chłopaków kilka siedzeń za mną, którzy lecieli do Hiszpanii, żeby podtrzymać tam sławę brytyjskich pijusów na urlopie. Za dwie godziny nasze drogi miały się rozejść, kiedy jedni odjadą taksówkami do swoich drogich hoteli przy plaży, a drudzy hałaśliwymi grupkami zaleją nadmorskie bary, prześcigając się w ilości wypitych piw i opowiedzianych sprośnych dowcipów, a później, rankiem, marokańscy i senegalscy czyściciele ulic spłuczą z ulic plamy wymiocin, a czasami i krwi.

Dalszy ciąg porannej listy:

10. Wreszcie pojawia się radość z podróży, wypierając opary snu i angielskiej, zimowej chandry.
11. Im dalej, tym lżej.
12. Gdybym był bogaty (ale tak naprawdę bogaty), pierwsze kilka lat spędziłbym tylko na podróży, nie darowałbym żadnemu zakątkowi świata, choć pierwszeństwo i tak miałaby moja Hiszpania.
Później zrobiłbym sobie krótką przerwę.
13. Coraz bardziej jestem przekonany, że uda mi się skończyć moją książkę o Camino. Każdy większy plan, żeby go spełnić, potrzebuje medytacji, wyobraźni, obrazowania (często wyobrażam sobie jak wygląda okładka mojej książki, albo jak pachnie jej druk.)
14. O chmurach już pisałem.

3 Pierwsze wrażenia – palacze, autobus i deszczowa kołysanka

Nie przypuszczałem, że poczuję aż taką ulgę, kiedy znajdę się w Hiszpanii. Ostatnie pół roku w Anglii, osaczony angielską, sztuczną uprzejmością i odbijający się od dystansu, jaki roztaczają wokół siebie Anglicy, czułem się coraz bardziej zmęczony.
Hiszpania przywitała mnie głośnym gwarem w autobusie, w którym obcy ludzie, bez żadnych oporów zagadywali do siebie z uśmiechem. Przywitała mnie też palaczami i papierkami na ulicach, starym dziadkiem toczącym się powoli na rozklekotanym rowerze, no i dziewczynami, które nie mają wymalowanej urody śniętych ryb, zamiast której lśnią orzechowymi oczami, czarnymi włosami i pewnym siebie wdziękiem.

Myślałem najpierw, żeby zostać parę godzin w Maladze, ale za bardzo ciągnęło mnie do Granady, od razu więc poszedłem na dworzec. Autobus odjeżdżał za dwadzieścia minut. Z przyjemnością przyjrzałem się ludziom czekającym na dworcu, z których prawie każdy, pomimo widocznych tablic z zakazami, trzymał w dłoni papierosa. Uff, co za ulga! Stęskniłem się za ludźmi, którzy od samych narodzin mają we krwi brak poszanowania dla biurokracji i przepisów.

Kiedy wylądowałem, niebo było bezchmurne, ale teraz zakryło się już za ciężkimi, stalowymi obłokami i silny wiatr zaczął szarpać pióropusze palm. Hiszpanie chodzili opatuleni w kurtki i płaszcze, ale dla mnie to było już lato, szczególnie po tym, jak dzień wcześniej musiałem pedałować do pracy w strugach deszczu ze śniegiem. Ciągle nie miałem planów, chyba że poza ogólnym zarysem – wjechać do Granady, zjeść syty obiad w jakiejś wegetariańskiej restauracji, następnie siąść na ławce gdzieś w centrum i tam zastanowić się co dalej. Nie chciałem ograniczać się żadnym planem. Postanowiłem mieć oczy otwarte na sytuacje i ludzi, i zobaczyć co z tego wyniknie.

* * * * * * * * *

Autostrada z Malagi ciągnie się krętymi serpentynami, pomiędzy kopulastymi, rdzawymi wzgórzami, porośniętymi kępami suchej trawy, gdzie co i rusz, z wysepek drzew i palm wynurzają się bogate wille z basenami i zwykle kilkoma samochodami na podjeździe.
Choć znajdowałem się daleko od centralnej Hiszpanii, to tak właśnie pamiętałem przyrodę w okolicach Guadalajary, gdzie kiedyś mieszkałem. Drzewa oliwkowe, karłowate dęby, czerwonawe skały i trawa, na której nie da się usiąść, żeby kolce i osty nie poharatały ci tyłka. Ta część Hiszpanii jest o wiele mniej żyzna i przyjazna (przynajmniej atmosferycznie) niż północ, gdzie Navarra, Cantabria i Galicia nabrzmiałe są ożywczą zielenią lasów i pastwisk.

* * * * * * * * *

Rozpadało się, ale miałem przeczucie, że nie był to deszcz, który zamierzał zostać na dłużej. Wreszcie zmęczyła mnie monotonność wzgórz, których i tak łagodne krawędzie złagodziła dodatkowo mgła. W końcu ściekające po kryształowych policzkach autobusu krople deszczu, utuliły mnie do snu.

4 Wreszcie Granada!



- Paella vegetariana, ensalada mixta i vino de casa por favor! – powiedziałem w końcu do uśmiechniętej kelnerki o czarnych, kręconych włosach, po pół godzinie przeglądania obszernego, kolorowego menu w Raices, naprawdę dobrej restauracji wegetariańskiej, z wyjątkowo bogatym wyborem dań. Głód skręcał mi już kiszki, musiałem więc uzupełnić swoją energię i rozjaśnić deszczową Granadę czerwoną Rioją. Ensalada mixta była przepyszna. Nigdzie sałata, pomidory i oliwki nie smakują tak jak w Hiszpanii. Do tego zawsze dostaniesz kawałek świeżego chleba i naczynko z oliwą. Jest coś szczególnego w tej oliwie, którą podają tutaj i jeszcze nigdy nie udało mi się kupić ani w Polsce, ani w Anglii niczego, co miałoby jej mocny i lekko cierpkawy smak.

Paella była w porządku, chociaż nie umywała się do tej, jaką uraczył nas w czerwcu, w Villa de Mazarife Jose Antonio – cudownie uzdrowiony z raka gospodarz schroniska na Camino de Santiago (no ale to zupełnie inna historia, na zupełnie inną okazję). Myślałem, że już nic więcej w siebie nie wmuszę, ale sympatyczna, ciemnooka kelnerka namówiła mnie na jagodowy deser. Po tym wszystkim poczułem się naprawdę najedzony i lekko podchmielony, a jedyne czego mi brakowało, to odrobina tytoniu, na który postanowiłem sobie wyjątkowo, w ramach wakacji od wszystkiego pozwolić.

* * * * * * * * *

Miasto nie zmieniło się bardzo od mojej ostatniej wizyty. Wprawdzie było tutaj teraz trochę więcej sklepów i reklamy były jaskrawsze, to jednak ludzie pozostali tacy sami. Kiedy pytałem w informacji turystycznej o drogę do Raices, okienko otoczyło z sześciu punkowców, którzy z trudnością wybełkotali, że potrzebują planu miasta. Kiedy ja ostatni raz widziałem jakiegoś punka?

* * * * * * * * *

Po posiłku w Raices, dość szybko znalazłem mały hotelik, w samym centrum, za osiemnaście euro za noc. Stwierdziłem, że następnego dnia spróbuje poszukać czegoś tańszego i jeśli uda mi się znaleźć coś za piętnaście, to zamelduję się tam już do końca pobytu.
W poszukiwaniu przygody przeszedłem całą Granadę wzdłuż i wszerz. Najpierw skierowałem swoje kroki w stronę Sacromonte, ale kiedy znalazłem się już u stóp góry, na której zboczu leżała moja stara jaskinia, zawróciłem w stronę miasta, dochodząc do wniosku, że pełen nowych sił wejdę tam jutro, przed południem. Postanowiłem trzymać się centrum i nie śpiesząc się, przeszedłem kilka kilometrów w stronę dworca autobusowego, przyglądając się z ciekawością kolorowej mieszaninie ludzi, tworzących wieczorny, miejski tłum. Około siódmej, ósmej wieczorem ulice Hiszpańskich miast są zawsze zatłoczone i głośne, bardziej nawet niż angielskie ulice w godzinach szczytu.

Widziałem dużo młodzieży, która w roześmianych grupkach, w oczekiwaniu na piątkowe imprezy, mieszała się z parami starszych ludzi, trzymających się za ręce, którzy przechadzając się wolnym krokiem, z lekką dezaprobatą i zazdrością obserwowali młodsze pokolenie.
Miałem nadzieję, że uda mi się natknąć na jakiś koncert, czy fiestę, ale nie mogłem wyrwać się z roli anonimowego przechodnia i żałowałem, że nie mam z sobą mojego małego akordeonu, który zwykle pomagał mi przełamać lody i wyłowić z tłumu „moich” ludzi. W końcu po jakichś dwóch, trzech godzinach spaceru, postanowiłem wrócić do hotelu i odpocząć, pogrzać się trochę, pooglądać hiszpańską telewizję.

Okazało się, że hotel nie ma ogrzewania, ale kiedy usiadłem w salonie z telewizorem, sympatyczna, starsza pani, która dała mi wcześniej klucze, przytargała mi gazowy grzejnik, a w moim pokoju położyła na łóżku dwa dodatkowe koce. Miałem wrażenie, że jestem jedynym klientem, a zważywszy na to, że było jeszcze przed sezonem, całkiem możliwe, że miałem rację.

* * * * * * * * *

Lista wieczorna:

1. Z jednej strony jestem zadowolony i czuję się tutaj jak w domu. Ludzie są żywi i prawdziwi.
2. Z drugiej strony, jak zwykle w podróży, czuję się trochę oszołomiony i samotny.
3. Wiadomości podają informacje o kolejnej ofierze „de machismo”. Kobieta została zamordowana przez swojego męża. Facet dostał dwadzieścia jeden lat więzienia.
4. Około dziewiątej natknąłem się na ulicy na religijną procesję. Uroczyście ubrani Hiszpanie o poważnych twarzach, dostojnie nieśli krzyż z Jezusem, który wyglądał jakby prosto z „Pasji” Mela Gibsona.
5. Jutro spróbuję trochę zaoszczędzić. Dziś pękło za dużo kasy.
6. Buenas Noches.

5 Finansowe rozterki spłukane kawą z mlekiem

Rankiem, opatulony w kilka warstw koców, po raz kolejny przebrnąłem przez wszystkie wczorajsze wydatki. Tak, nie było mowy o pomyłce: nie wydałem wczoraj za dużo kasy. Ja po prostu zgubiłem pięćdziesiąt euro, które jeszcze w Maladze wyciągnąłem z bankomatu. Chciałbym powiedzieć, że się nie przejmowałem, ale trochę jednak zepsuł mi się humor. Tyle kasy to dwa dni jedzenia i hoteli.

Obudziłem się przed piątą i już nie mogłem zasnąć. Nie wiem, czy to z powodu głośno rozmawiającej za ścianą pary, czy też podziałało tak na mnie nowe miejsce, albo myśl o utracie pieniędzy (to tylko pięćdziesiąt euro!), ale nie byłem w stanie zasnąć po raz drugi. W końcu, po godzinie leżenia, wygrzebałem się z łóżka i starając się iść na palcach, żeby nie dotykać za bardzo lodowatej posadzki, poszedłem wziąć prysznic. Niestety nie było gorącej (ani nawet ciepłej) wody, ochlapałem się więc zimną, żeby choć trochę się odświeżyć. Kiedy wróciłem do pokoju, z nadzieją zerknąłem na chaotyczny stos moich rzeczy, leżących na drugim łóżku i postanowiłem systematycznie przegrzebać wszystkie kieszenie w spodniach, bluzach, kurtce i plecaku. Nadzieje okazały się płonne, jednak nieodwołalnie byłem w plecy o tą pięćdziesiątkę.

Za oknem było jeszcze ciemno, ale wyczuwając nadchodzący dzień, ptaki szczebiotały coraz głośniej. Usłyszałem też samochód, który chyba zbierał śmieci, bo za każdym razem, kiedy cichnął warkot jego silnika, rozlegał się głośny, blaszany hałas. Głosy rozmawiającej wcześniej pary ucichły na dobre, tak jakby obydwoje wyczuli, że porzuciłem już myśl o zaśnięciu. Teraz wreszcie spokojnie mogli odpocząć i wykorzystać do oporu cały czas, jaki przysługiwał im w hotelu, czyli do dwunastej w południe. Ja planowałem zwinąć się trochę wcześniej, ale na razie wziąłem się za książkę.
Laurie Lee przybył właśnie do Zamory i zaprzyjaźnił się z grupką niemieckich muzyków ulicznych.
Zaplanowałem, że około dziewiątej pójdę na kawę i croissanta, a co do obiadu, to powodowany wyrzutami sumienia stwierdziłem, że w ramach oszczędności, zamiast znów pójść do restauracji, zjem gdzieś pizzę za trzy euro, albo coś podobnie taniego. Tak więc najpierw śniadanie, później znalezienie nowego hoteliku (tym razem z ciepłą wodą) i Alhambra. Wczoraj w telewizji zapowiadali jasny i słoneczny dzień, więc wszystko było tak, jak powinno być na urlopie.

* * * * * * * * *

Nigdzie nie robią takiej kawy z mlekiem jak w Hiszpanii. Latte, czy cappuccino jakie podają w Anglii, nawet się do niej nie umywa. Osobiście nie przepadam za kawą, ale kiedy jestem w Hiszpanii, żłopię ją litrami.

Po tym jak pożegnałem się z miłą hospitalerą hoteliku, którego nazwy już nie pamiętam (wiem, że znajdował się na C/ Lucena) skierowałem się na Plaza de la Trinidad, gdzie wypatrzyłem małą kawiarenkę. Zamówiłem tam dwa croissanty z masłem i dżemem, oraz aromatyczną, przepyszną cafe con leche, której na przykład Włosi nie uważają nawet za kawę, przekładając nad nią, swój czarny, gorzki i gęsty napój, sączony z maleńkich filiżanek.

Na złość prognozie pogody niebo, grożąc deszczem, pozostało stalowo-szare.
Przerzedzone grupki wracających do domów po piątkowych imprezach młodych ludzi, pojawiały się z różnych stron, jak ciche i zmięte garście biletów dyskotekowych, które już nie kusiły żadnymi obietnicami: ci którzy mieli coś dostać - dostali, a ci którzy spędzili noc sami, będą musieli czekać na następną szansę, pewnie jeszcze tego samego wieczoru.
Pod ciężkimi od owoców gałęziami drzewka pomarańczowego stał kiosk ze świeżym pieczywem, do którego ciągnęła się nieduża kolejka starszych ludzi. Niektórzy z nich przeglądali poranne gazety, a inni rozmawiali o czymś z przejęciem, ale siedziałem za daleko, żeby wiedzieć w czym rzecz. Jedna ze starszych kobiet wyciskała drugiej pryszcza na policzku, nie przejmując się resztą towarzystwa. Z państw europejskich, chyba tylko tutaj, w Hiszpanii ludzie czują się na ulicy, jakby byli w swoim własnym domu.
Ulice ciągle pozostawały w miarę ciche, ale już wkrótce miały zapełnić się tłumem przechodniów, który wieczorem znowu przekształci się w podekscytowaną ludzką lawę, zalewając gorącymi falami kafejki, bary i otwarte do późnego wieczora sklepy. Wysączyłem ostatni, już zimny łyk kawy, zarzuciłem plecak na ramię i wyszedłem na chłodną, świeżą ulicę.

6 Śniadanie w Albayzin i trochę historii (oraz kłótnia kochanków)

Z kawiarenki, energicznym krokiem ruszyłem do Sacromonte. Do końca nie byłem pewny co zrobić i kiedy wreszcie dotarłem do skrzyżowania dróg za Plaza de St. Anna, z których jedna odbijała w prawo, na Alhambrę, a druga szła prosto, zdaje się na Albayzin, zdecydowałem iść prosto. Następnie zamiast kontynuować marsz pod górę, co jak się później przekonałem, zaprowadziłoby mnie w znajome strony, skręciłem w prawo, gdzie stroma droga, zawiodła mnie do Abadia de Sacromonte, średniowiecznego, zdaje się opuszczonego klasztoru, gdzie podobno w XVI wieku znaleziono kości trzech chrześcijańskich męczenników.

W trakcie mojego marszu słońce pokazało się tylko na chwilę, żeby po kilkunastu minutach schować się w oparach mgły, którą samo obudziło swoim dotknięciem. Oprócz kilku rowerzystów, ciasno opiętych jaskrawymi i profesjonalnymi rynsztunkami „prawdziwego” wyczynowca, znajdowałem się na drodze prawie całkiem sam. Miejsce nie spodobało mi się za bardzo i co chwila spoglądałem tęsknym wzrokiem na wzgórza po drugiej stronie rzeki, które podziurawione jaskiniami, rozbrzmiewały nawoływaniami i śmiechem. Postanowiłem sobie, że tamtą stronę zachowam na jutro, żeby nie oblecieć wszystkich, fajnych miejsc, jak japoński turysta, w jeden dzień. Zawróciłem więc w stronę miasta, do którego jednak nie doszedłem, ponieważ odbiłem na skrzyżowaniu w prawo, do Albayzin, nad którym wznosi się Sacromonte, z jaskinią, która przez kilka dni była kiedyś moim domem.

Albayzin zaskoczył mnie tłokiem na ulicach. Dzielnica ta jest trochę ukryta i z oddali nie wydaje się, żeby cokolwiek się tutaj działo, kiedy jednak zanurzyłem się w jej uliczki, odkryłem nagle tętniące życiem, sklepikami i ludźmi miejsce. Zagadnięta przeze mnie pani skierowała mnie do sklepu spożywczego (koniec z restauracjami!), gdzie zaopatrzyłem się w słony owczy ser, świeży chleb, avocado i karczochy w puszce.



Podróżowanie samemu ma swój szczególny urok. Mógłbym tak siedzieć na tej ławce cały dzień, obserwując przechodniów i nie myśląc o tym, że muszę coś zrobić. Pełen brzuch, kilka łyków wina, słońce i bulgocząca fontanna wprowadziły mnie w senny i przyjemny letarg. Przestałem myśleć o pracy, gdzie jutro, w normalnym tygodniu musiałbym spędzić dwanaście godzin, jak również o różowej wysypce, która za cholerę nie chciała ze mnie zejść. Odłożyłem wszystko na przyszły tydzień, gdy znowu wrócę do deszczowej, angielskiej codzienności i wieczornych melancholii. Teraz, dziś, mogłem po prostu być i robić to, na co w danym momencie przyszła mi ochota (w granicach rozsądku oczywiście).

Rozejrzałem się dookoła, wypatrując czegoś, co zatrzymałoby mnie na tym placyku dłużej, i kiedy nie wydarzyło się nic szczególnego, żadne niespodziewane spotkanie z zesłanymi przez Wszechświat przyjaciółmi (ani wrogami), pomyślałem, że pewnie za chwilę pozbieram się i wdrapię na wzgórze, które teraz niewidzialne, skryło się za ścianami budynków, gdzie będę mógł wyłożyć się na trawie i leniwie wpatrywać w leżącą w dole Granadę.

* * * * * * * * *

Nie udało mi się znaleźć mojej jaskini. Przeszedłem wzgórze wzdłuż i wszerz, ale wszystkie jaskinie po tej stronie Sacromonte wydawały mi się prawie takie same. Wreszcie rozłożyłem plecak na wzniesieniu, które miało najmniej kamieni i gruzu. Słońce zaczęło grzać tak bardzo, że musiałem rozebrać się do spodenek.



Z miejsca, w którym leżałem rozciągała się szeroka panorama, obejmująca całą Granadę, Alhambrę i bardziej na lewo monumentalne, ośnieżone szczyty Sierra Nevady.
Postanowiłem odświeżyć sobie trochę historię miasta i zatopiłem się w lekturze przewodnika, od którego co chwila odrywały mnie ochrypłe krzyki kłócącej się pary – starej, pijanej Hiszpanki i jej marokańskiego partnera, którzy jak się wydawało, zamieszkiwali jaskinię jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie.

Zanim jeszcze zjawili się tutaj Rzymianie, na miejscu Granady leżała mała iberyjska osada, którą najeźdźcy z sąsiedniego półwyspu przechrzcili na Illiberis, ale choć tutejsza ziemia znana była ze swojej żyzności, jej blask przyćmiony był przez ówczesną stolicę prowincji, Cordobę. W VI wieku władzę przejęli tutaj Wizygoci. (Przez chwilę zdawało się, że wrzeszcząca para, w zgodnej nienawiści zdecydowała się pójść gdzieś indziej, ale niestety wkrótce okazało się, że zeszli tylko do jaskini poniżej, gdzie inna Hiszpanka wydawała się pełnić rolę ich mediatorki). Podczas panowania Wizygotów, na południowym zboczu Alhambry rozwinęła się żydowska osada, Garnatha. Żydzi i Chrześcijanie żyli tutaj w takiej wzajemnej niechęci, że kiedy w 711 roku Muzułmanie najechali tę okolicę, Żydzi stanęli po stronie najeźdźców.

Następne kilka wieków było świadkami przechodzenia miasta z rąk do rąk różnych arabskich dynastii, żeby w końcu jako ostatnie z arabskich królestw, po siedmiomiesięcznej bitwie, ulec stupięćdziesięciotysięcznej armii tzw. Królów Katolickich, czyli Ferdynanda i Izabeli. Po kilku wiekach, podczas okupacji przez armię Napoleona, miasto doznało sporych zniszczeń i nawet Alhambra była używana jako koszary. Następnie, w czasie wojny domowej zginęło w Granadzie około siedmiu tysięcy liberałów i republikanów, zamordowanych przez Franco, w tym słynny poeta Fedrico Garcia Lorca, który zginął zastrzelony przez funkcjonariuszy Guardii Civil.

Miałem ochotę jeszcze poczytać, ale zmęczony wściekłymi krzykami kłócących się sąsiadów, postanowiłem znaleźć inne miejsce i położyłem się w końcu pod starym, arabskim murem, który od wieków dzieli Sacromonte na pół. Wkrótce ciepło, szum drzew i miękkość trawy, której skrawek udało mi się niespodziewanie znaleźć, wprowadziły mnie w błogą drzemkę, a ciężki przewodnik wysunąwszy się z rozluźnionych palców, opadł cicho na ziemię.

7 Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny

Zdecydowałem, że tego dnia też nie pójdę do Alhambry. Stwierdziłem, że to dopiero mój drugi dzień w Granadzie i nie chcę „zużyć” wszystkich jej atrakcji.
Po południu znalazłem w miarę miły hotelik. Też osiemnaście euro, ale o wiele przyjemniejszy, a oprócz tego okazało się, że w pokoju mam grzejnik i telewizor.

Wziąłem prysznic, rozpakowałem się (postanowiłem zostać tam do czwartku) i obejrzałem prawie całą „Planetę Małp” z '68 roku, z Charltonem Hestonem w roli głównej.
Wreszcie, po jakichś dwóch godzinach odpoczywania, znowu wyszedłem na ulicę. Usiadłem na murku, na Plaza de St. Anna, z Alhambrą za moimi plecami i… nic. Widziałem jak dookoła mnie pulsuje życie towarzyskie, grupki dumnej, kolorowej młodzieży grają na gitarach i bębnach, popijając wino, paląc skręty, popisując się przed pięknymi dziewczynami swoim żonglowaniem, albo pięknym głosem, ale zamiast czuć radość, poczułem ukłucie zazdrości.

Poniżej, nad rzeką również siedziało parę osób, pijąc schłodzone w rzece piwo, w przytulnym odosobnieniu zarośli i skał. Dwie dziewczyny grały na kastanietach i tamburynie, podczas gdy brodaty, dwudziestokilkuletni chłopak, w kolorowym, zawadiacko przekrzywionym kapeluszu, uderzał mocno w struny gitary i śpiewał coś, co ciężko było mi rozpoznać, poprzez szum rzeki i gwar rozmów z pobliskich barów i kawiarenek.

Lista jednopunktowa:

1. Jestem smutnym gościem, który wpadł tu tylko na chwilę i wie, że ma za mało czasu, żeby naprawdę posmakować tej ulicy i tego miasta, z jego tajemnicami, które ci bezczelni, nie obawiający się wcale raka płuc młodzieńcy, znają jak własną kieszeń. Dla nich to po prostu dom, o dumnej, czasami wstydliwej historii, pełen beztroski i pierwotnej wiary w kult prawdziwego mężczyzny, oraz krwawej, ciężkostrawnej kuchni, której nigdy nie spróbuję.

W Hiszpanii tak wielu młodych ludzi próbuje pokazać swoją niezależność i naturalny opór wobec zorganizowanej kontroli państwa i instytucji. Bunt ten jednak, nie przeszkadza im być dumnym z urodzenia się Hiszpanem, Andaluzyjczykiem, Baskiem, Gallego, czy Katalończykiem.
Nie mitologizuję Hiszpanów. Tak jak wszędzie, tak i tutaj są różni ludzie i problemy. Myślę jednak, że ten kraj, jako jeden z nielicznych w Europie (a być może jedyny w Europie Zachodniej), zachował w sobie ogień indywidualności, który w innych krajach coraz bardziej gaśnie.

Wędruję myślami do lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy to Hiszpania tętniła rewolucyjnym życiem, kiedy dziesiątki tysięcy ludzi zostało porwanych przez socjalistyczne i anarchistyczne idee równości i nitscheańską wiarę w moc ludzkiego ducha. Ze wszystkich państw Europy Zachodniej, tutaj rewolucja była chyba najbliższa wybuchowi. Ciekawie byłoby zobaczyć jak wyglądałaby ona w wykonaniu Hiszpanów, którzy są przecież tak inni od Rosjan, czy Chińczyków. W czasie wojny domowej połowa kraju była w rękach republikanów, jednak przy wsparciu Hitlera i Mussoliniego, Franco musiał wygrać tamtą wojnę.
Nie tylko Hiszpanów porwał duch walki. Wkrótce powstały Międzynarodowe Brygady, które zasiliły tysiące ludzi z całego świata, w tym między innymi George Orwell, czy też Laurie Lee. Oprócz tego byli też nasi „Dąbrowszczacy”, polscy obywatele walczący w Hiszpanii przeciwko Franco, których ogółem, w wojnie brało udział około pięciu tysięcy osób.

* * * * * * * * *

Pogrążony w myślach nie zauważyłem nawet, że słońce zaszło już za Pałacem Królów i dopiero chłód wyrwał mnie z odurzających wizji walki o słuszną sprawę. Tłum na placyku zelżał już o jakąś połowę. Dystyngowane panie z dziećmi oglądały z zainteresowaniem wyczyny dredziastych żonglerów. Grupka eleganckich, pachnących perfumami Marokańczyków o wyżelowanych włosach, rozmawiała o czymś z ożywieniem, podczas gdy ich gardłowy, arabski język, dziwnie pasował i równocześnie nie pasował do tego miejsca i wieczoru. Radosne, spuszczone ze smyczy psy zawierały nowe znajomości, a zmęczeni, angielscy turyści robili zdjęcia znikającej w zmierzchu Alhambrze, oraz przyglądali się ze znudzeniem i niezrozumieniem, głośnym, ruchliwym tubylcom.

Pomyślałem sobie, że jutro z pewnością odwiedzę Alhambrę. Może, jeśli będę miał szczęście i wewnętrzną muzykę, która grała mi teraz, poczuję tam coś szczególnego. Jak bohater „Kronik Marsjańskich” Raya Bradburego, który przechadzając się po uliczkach wymarłego miasta pięknej, odeszłej już w przeszłość cywilizacji, był w stanie choć przez chwilę usłyszeć zapomnianą muzykę i zrozumieć słowa martwych, marsjańskich poetów.

Mała dziewczynka, bawiąc się w chowanego z mamą i tatą, schowała się za filarem ławki, na której siedziałem i patrząc mi poważnie w oczy, przyłożyła do nosa palec i wyszeptała: „Tsssss…”, a po chwili już jej nie było.

8 Stary znajomy

Wieczorem, po tym jak opuściłem placyk świętej Anny, spotkała mnie miła niespodzianka. W sieci kolorowych, lśniących klejnotami arabskich sklepów uliczek, natknąłem się na Fernanda.
Kiedy byłem tutaj pięć lat wcześniej, zarabiając na życie akordeonem, kilka razy grałem pod należącym do niego sklepem z pamiątkami. Przypadłem mu wtedy do gustu i zawsze wrzucał mi parę groszy do kapelusza, a raz wynajął mnie nawet na urodziny swojej pracownicy, żebym zagrał jej „Cumpleanos Feliz” („Sto lat”). Pod koniec, kiedy chciałem już wracać do domu, mając po dziurki w nosie tej mojej chaotycznej wyprawy, poprosiłem starego przyjaciela, Artka, żeby przysłał mi z Danii pięćdziesiąt euro, dzięki czemu miałbym choć parę groszy na powrót do Polski. Przesyłka od Artka opóźniała się coraz bardziej, aż w końcu nie wytrzymałem i obwieszony plecakiem, śpiworem i akordeonem odwiedziłem Fernanda w jego sklepie i poprosiłem o pożyczkę.

Zaskoczyło mnie wtedy, że bez mrugnięcia okiem się zgodził i od razu sięgnął do kasy. Potrzebowałem wtedy tego, żeby ktoś potraktował mnie po ludzku a jego zachowanie podniosło mnie bardzo na duchu. Zostawiłem mu numer przekazu, który był potrzebny, żeby odebrać na poczcie pieniądze, które jakoś nie mogły do mnie dojść i obiecałem wysłać mu kartkę z Polski, ale niestety po drodze do domu zgubiłem jego adres.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem zaraz po przyjeździe do Granady, była próba odnalezienia Fernanda, ale niestety nie udało mi się rozpoznać sklepu, w którym wtedy szefował.
Tego dnia, wieczorem przechadzałem się po prostu bez celu, w okolicach katedry, kiedy nagle zobaczyłem jego znajomą twarz. Podszedłem się przywitać i po chwili, kiedy mnie sobie przypomniał, zaciągnął mnie do sklepu, żeby przedstawić żonie i pochwalić się parą bliźniaków: Juanem i Pedro.

Porozmawialiśmy przez chwilę. Ucieszył się bardzo, kiedy powiedziałem mu, jak wiele wtedy znaczył dla mnie jego gest, po czym pogratulował mi pracy z dziećmi, zwierzając się, że jego żona bezskutecznie próbuje znaleźć zatrudnienie w tego rodzaju zawodzie. Nie miał już swojego sklepu, który zbankrutował kilka lat temu i obecnie prowadził firmę budowlaną. Pokazał mi też początki katarakty, która zaczęła pokrywać jego oczy i powiedział, że trochę go to martwi.
Po pół godzinie rozmowy, uściskaliśmy się serdecznie i poszedłem w swoją stronę, żeby nadal szukać skarbów, zagubionych na uliczkach gwarnej nocy.

9 Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki Pepe

Poranek przywitał mnie jednoznacznym błękitem oszlifowanego diamentu nieba. Choć w cieniu chłód ciągle jeszcze szczypał, to z minuty na minutę, zamiast szukać słonecznego blasku, instynktownie zacząłem przylegać do popękanych, białych ścian, które kusiły ożywczym cieniem. Niezdecydowany co do tego, gdzie uraczyć się mleczną kawą, w końcu skierowałem się na Plaza Nueva, gdzie poranny, niedzielny spokój, w niczym nie przypominał wczorajszej atmosfery festynu. Zamówiłem kawę, oraz tosta z masłem i dżemem, po czym na pół godziny zawędrowałem razem z Laurie Lee do przedwojennej Segovii i Madrytu.

Był to inny świat od tego, który miałem przed swoimi oczami teraz; biedniejszy, oryginalniejszy i niewinny, na rok przed bratobójczą wojną, której cienie do teraz prześladują Hiszpanię. Niektóre rzeczy pozostały jednak takie same. Ciasne kafejki z dumnymi i smutnymi (nierzadko bezczelnymi) kelnerami, zmęczeni i brzydcy żebracy, monotonnie i mechanicznie zbierający swoje grosiki, których pokornym prośbom, zaprzeczają chytre i nieprzyjemne oczy. Oprócz tego flamenco, słońce, Cyganie, choć dziś już nie tak malowniczy jak wtedy i oczywiście turyści, którzy w krótkim okresie Republiki, zalali Hiszpanię w poszukiwaniu słońca i wrażeń.

Przez chwilę zastanawiałem się, czy w końcu nie zwiedzić Alhambry i nawet wdrapałem się pod samą jej bramę, ale okazało się, że dostępne są tylko dwa rodzaje biletów – jeden ważny od ósmej do czternastej, a drugi od czternastej do dwudziestej, doszedłem więc do wniosku, że tak jak planowałem wcześniej, wolę jednak pójść tam wieczorem. W sklepiku z pamiątkami kupiłem mały przewodnik po pałacu i zszedłem z powrotem w dół, w stronę rzeki, a następnie do Albayzin, gdzie dobiegające ze sklepu z pamiątkami (Galeria Albayzin na Plaza del Salvador) dźwięki grającej flamenco gitary, skusiły mnie, żeby usiąść na zanurzonej w cieniu kamiennej ławce.
Wyraźnie znudzona dziewczyna, która, jak mi się wydawało prowadziła sklepik, wyszła na zewnątrz, usiadła na murku i zaczęła czytać jakąś książkę, do momentu, gdy młody, jasnowłosy chłopak nie przywitał jej dźwięcznym „Hola guapa!”. Kiedy odpowiedziała, zaskoczył mnie jej przyjemny, melodyjny głos, w ogóle nie pasujący do jej zwalistej, prawie otyłej figury i czarnych, zniszczonych trwałą ondulacją, błyszczących (pewnie polakierowanych) włosów. Towarzystwo chłopaka sprawiło, że przestała się garbić, porzuciła swoją niedbałą, leniwą postawę, na rzecz zalotnej pozy, lekko podkreślającej wcięcie talii i figlarnie przekrzywiła głowę.

Wyżej, ponad areną starożytnej, męsko-damskiej gry i ponad dźwiękami zawodzącego flamenco, przed moimi oczami rozciągało się zbocze Sacromonte (Świętej Góry), nad której twarzą, pooraną bliznami jaskiń, wznosiła się dumna korona arabskiego muru, pozostałość innego, ciągle jeszcze niezapomnianego tutaj świata.
Z mojej ławki mogłem widzieć obydwa miejsca, w których wczoraj odpoczywałem; kamieniste wzniesienie, gdzie byłem świadkiem zaciekłej kłótni tłustej starej Hiszpanki i jej konkubenta – nerwowego, kościstego Marokańczyka, a po lewej, pod samym murem, strome, ukryte pośród drzewek zbocze, u stóp biało-brązowego budynku, gdzie cieszyłem się drzemką.

* * * * * * * * *



Drugie śniadanie postanowiłem zjeść w El Triunfo; małym parku, kilkanaście minut spaceru z Plaza Nueva. W niedzielę, w Hiszpanii większość sklepów jest pozamykana, ale udało mi się znaleźć mały, kiepsko zaopatrzony, chiński sklepik. Kupiłem chleb, ser, oliwki, karczochy i rozłożyłem się w cieniu, na betonowej ławce, ukrytej wśród drzew. Niedaleko ode mnie, leżał na kartonie starszy pan, Marokańczyk, który z wdzięcznością przyjął zaproszenie do posiłku.
Kiedy skończyliśmy jeść, staruszek poszedł kontynuować drzemkę, a do mnie zbliżył się wielki facet, około pięćdziesiątki, o wyłupiastych brązowych oczach i szczerbatym uśmiechu.
- Buen dia nino, nie przeszkadza ci, że sobie z tobą usiądę?
Z radością przyjąłem towarzystwo i zrobiłem trochę więcej miejsca na ławce. Wielki mężczyzna wyciągnął z kieszeni grubego skręta.
- Zapalisz porrito?
- Trawa, czy czekolada?
- Trawa, trawa, nie palę czekolady, za bardzo uderza do głowy.
Zaciągając się pachnącym jointem, Pepe zaczął wychwalać Granadę i Andaluzję jako miejsce, którego zazdrości im cały świat. Po chwili wyciągnął z plecaka butelkę rozrobionego z Fantą wina i pociągnąwszy dużego łyka, podał mi trunek. Prawie nie poczułem alkoholu w tej miksturze, ale i tak byłem na leciutkim rauszu, skończywszy przed chwilą wino, którego zostało mi trochę z wczoraj.

Pepe należał do typu dużych, żartobliwych i gadatliwych olbrzymów, którzy w jakiś sposób są w stanie znaleźć wspólny język z każdym i których rubaszność zmieszana z grubiaństwem sprawia, że jesteś w stanie dużo im wybaczyć. Pepe słysząc, że lubię podróżować, wyciągnął komórkę i zaczął pokazywać mi z dumą swoje zdjęcia z podróży do Włoch i do Belgii, opowiadając o górach po jakich się wspinał i winach które próbował.
Później przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, aż w końcu Pepe zaczął okazywać zainteresowanie otoczeniem.
- Hombre, patrz na tę sikorkę – oblizując się, wskazał głową na spacerującą niedaleko, młodą, cycatą dziewczynę. Po chwili zagwizdał na chudą Cygankę w średnim wieku i na krótko ostrzyżoną, drobną punkówę. Jakby czytając moje myśli, wyjaśnił:
- Dla mnie nie ma znaczenia, czy kobieta jest chuda, gruba, ładna, młoda, stara, czy brzydka. Ja widzę tylko ich kobiecość, esencję i nic ponad to.
- Y usted jest żonaty? – spytałem.
- Właśnie dlatego nie jestem! Dlaczego miałbym unieszczęśliwiać jakąś mujer? Nigdy nie wytrzymałbym z jedną.

Musiałem przypaść mu do gustu, bo powiedział mi, żebym zaczekał, a on w tym czasie przyniesie drugie wino. Nie zdążyłem nawet napisać pięciu zdań w swoim dzienniku, kiedy był już z powrotem, z kartonem najtańszego wina (Don Simon) i butelką Fanty. Sprawnie rozrobił trunek z oranżadą, w dwóch plastykowych butelkach, z których jedną podał mi, a drugą położył na ławce, obok swojej ręki.

Posiedzieliśmy tak jeszcze przez chwilę, komentując grających na bębnach rastamanów, którzy siedzieli kilka ławek dalej i każdą dziewczynę, która zjawiła się w zasięgu wzroku, tzn. Pepe komentował, a ja zgadzając się, albo i nie, i tak potakująco kiwałem głową.
W końcu zostawiłem go ze starszym panem, który przysiadł się na naszą ławkę i ruszyłem po raz kolejny w stronę starego miasta.

10 Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?

Otworzyłem oczy i bez powodzenia spróbowałem przełknąć nieobecną ślinę. „Pić…” jęknąłem. Po chwili jęknąłem jeszcze raz, uświadamiając sobie, że nie mam żadnego soku, ani nawet wody, żeby ugasić pragnienie. Dotyk chłodnej posadzki mojego hotelowego pokoju otrzeźwił mnie trochę i pomógł odzyskać zmysł równowagi. Poczłapałem do kuchni, w wyobraźni widząc już jakiś zapomniany przez hospitalero karton soku pomarańczowego. W końcu znalazłem tylko cytrynę, którą wycisnąłem do dzbanka wody i tak zaopatrzony wróciłem do pokoju. Kiedy wreszcie ugasiłem pierwsze pragnienie, spróbowałem uporządkować chaotyczne i mgliste wspomnienia z drugiej połowy wczorajszego dnia.

Z El Triunf, tak jak planowałem, wróciłem do centrum starego miasta. Mijając Plaza Nueva, poprzez Carrera del Darro doszedłem do Plaza de St. Anna, pod Alhambrą i spędziłem tam kilka godzin, czytając w blasku słońca (o czym świadczyła moja piekąca, czerwona twarz) i paląc kiepską tabakę.



Kiedy zacząłem już tracić zainteresowanie książką, usłyszałem głośną muzykę - coś wesołego z lat dwudziestych. Podniosłem głowę i zobaczyłem ubraną w spódniczkę z trawy dziewczynę, pląsającą jak szalona, niczym pijana artystka z moskiewskiego cyrku. Dziewczyna, która miała w sobie coś wschodnioeuropejskiego, wkrótce przyciągnęła uwagę ludzi odpoczywających na okolicznych ławkach i klientów pobliskiego baru, siedzących wygodnie pod osłaniającymi ich od palącego słońca parasolami. Pokaz trwał z piętnaście minut. Choć taniec nie był profesjonalny i czasami wydawał się przypadkowym zlepkiem kroków i podskoków, to spodobał mi się entuzjazm, z jakim go wykonywała. Kiedy skończyła, wrzuciłem jej monetę i zaproponowałem papierosa i łyk wina, co przyjęła z wdzięcznością.
- De donde eres? (Skąd jesteś?) – spytałem.
- Soy Polaca.
- Hej! Ja też!.
Dziewczyna pochodziła gdzieś z północy Polski i mieszkała w Granadzie już od czterech lat, kiedy to przyjechała autobusem, zobaczyć jak wygląda Hiszpania i ostatecznie spodobało się jej tak bardzo, że została. Teraz mieszkała w jaskini na Sacromonte, gdzie, jak z dumą ogłosiła, udało się jej ostatnio nawet zameldować. Wyciągnąłem z niej tylko jej lokalne imię – Vinia.
Kiedy zaczęła przygotowywać się do kolejnego występu, pożegnałem ją i skierowałem się na Plaza Nueva, gdzie chciałem zjeść pozostałości z obiadu (chleb, ser i oliwki) i dokończyć butelkę wyśmienitej Riojy.



Tam właśnie spotkałem Eduarda – Baska, któremu zawdzięczałem większą część mojego siarczystego kaca.
Kiedy jadłem, obok mnie, na ziemi usiadł długowłosy chłopak, w moim wieku i zaczął czytać książkę. Rozgrzany towarzysko po dzisiejszych spotkaniach, wyciągnąłem do niego butelkę.
- Napijesz się?
Brodaty, ciemnowłosy chłopak o czystych, sympatycznych oczach przyjął poczęstunek i powiedział żartobliwie:
- Szkoda, że nie podzieliłeś się swoim obiadem. Wyglądał przepysznie – i przysiadł się bliżej, wyciągając rękę.
- Eduardo.
- Martin – odpowiedziałem mocnym uściskiem.
Rozmowa szła nam przyjemnie i wartko. Eduardo był młodym architektem, który niedawno dostał pracę w Granadzie i pochodził z małej wioski, gdzieś w Pais Basko. Po chwili okazało się, że obaj dzielimy doświadczenie Camino de Santiago i następną godzinę poświęciliśmy na grę zgadywania i przypominania sobie kolejnych miast, albergues i hospitaleros z trasy.
Kiedy skończyliśmy wino, Eduardo zaproponował, że kupi następne i pobiegł do pobliskiego, jedynego otwartego w niedzielę sklepu.

Kiedy wrócił, rozmawialiśmy jeszcze o Hiszpanii, wojnie domowej, rewolucji (przy czym próbowałem go bezskutecznie przekonać, że jeśli rewolucja ma się gdzieś zacząć, to właśnie tutaj, w Hiszpanii), o Anglii, Bogu, jego życiu, moim życiu. W połowie butelki dołączyło do nas kilku jego przyjaciół, i wkrótce stworzyliśmy całkiem sporą i głośną grupkę. W międzyczasie zrobiło się już ciemno i chłodno, więc wszyscy stwierdzili, że trzeba by znaleźć jakieś schronienie. Wreszcie większość zdecydowała się pójść do domu jednego z chłopaków, żeby kontynuować imprezę, ale Eduardo nie był zbytnio zainteresowany, więc odłączyliśmy od reszty i za jego namową poszliśmy na piwo i tapas do najbliższego baru.

Odwiedziliśmy dwa lokale, ale nie pamiętałem ani ich nazwy, ani nazwy ulicy, bo w tamtym momencie rzeczywistość zaczęła dla mnie wyglądać trochę mętnie i abstrakcyjnie. Z pierwszego baru pamiętam, kiedy założyłem się z Eduardem, że zaproszę do naszego stolika dwie Japonki, które samotnie popijały piwo przy bufecie. Pamiętam jak zmroziły mnie wzrokiem i ostentacyjnie odwróciły głowy w drugą stronę.
- Don Juany to z nas nie są – powiedziałem teatralnie smutnym głosem do Eduardo i oboje wybuchnęliśmy śmiechem, przeklinając naszą nieatrakcyjność.
W drugim barze zabawiliśmy dłużej i to tam rzeczywistość z abstrakcyjnego, ale ciągle dość ostrego obrazu, przeszła w wirującą i dźwięczną mgłę.

Dwóch młodych Cyganów grało na gitarach, śpiewając z życiem i energią pieśni flamenco, podczas gdy kilka dziewczyn w kolorowych spódnicach klaskało i tańczyło ze skupieniem, pogrążone w spoconej, erotycznej i wibrującej medytacji. Obydwoje z Eduardo nie mogliśmy oderwać oczu od tej sceny i następną godzinę spędziliśmy, wpatrując się w tę spontanicznie powstałą juergę, kiwając tylko do rytmu głowami.

Nie wiem o czym myślał Eduardo, dla którego, jako Baska, ta scenka pewnie również była czymś egzotycznym, ale ja byłem kompletnie pogrążony w odurzającej zazdrości, wiedząc, że jestem tutaj, w tym kraju tańca i miłości, którym Hiszpania ciągle jeszcze jest, tylko gościem, duchem z innego świata, który przysiadł w tym starym barze i z nostalgią przysłuchuje się ognistym gitarom, pośród żywych ludzi, którzy nie mogą go zobaczyć.
W końcu, z kolejnym łykiem trunku zawirował mi świat. Z Eduardem za przewodnika, dotarłem jakoś do swojego hoteliku, a po chwili spałem już jak dziecko, ciągle słysząc smutno-radosne dźwięki strun i ochrypłe głosy Cyganów z innej epoki.

11 Kiepski obiad i złowieszcza kelnerka w arabskiej karczmie

Na śniadanie zjadłem posiłek, składający się ze świeżego, chrupiącego chleba, karczochów z puszki, avocado i owczego sera. Ciągle czułem się zmęczony po wczorajszej borracherze, stwierdziłem więc, że wrócę na trochę do hotelu i poleżę w łóżku, czytając książkę albo oglądając telewizję. Po drodze kupiłem jeszcze u Chińczyków ładowarkę do telefonu i gdzieś tak do czternastej leżałem po prostu w pokoju, lecząc kaca sokiem pomarańczowym i śledząc z wypiekami na twarzy dalsze przygody Lauriego Lee.

Po kilku miesiącach włóczęgi, w końcu dopadła go wojna, której początek pasjonująco opisał z punktu widzenia dwudziestoletniego, niewinnego trampa. Próbowałem wyobrazić sobie, jakie to było uczucie, doświadczać życia, tak jak ja robię to teraz i nagle widzieć jak wali się porządek świata, i jak zwykli ludzie, pechowcy historii, przez chwilę czują, że mogą zmienić przeznaczenie. Jak marzą o wymazaniu niesprawiedliwej przeszłości i o podzieleniu świata na nowo, tym razem uczciwie i mądrze. A trochę później patrzeć, jak ich marzenia rozsypują się pod ciosami ślepej siły, pragnącej zachować stary porządek świata.

Niektórzy ludzie rodzą się za wcześnie, (a niektórzy za późno) a ich próby naprawienia historii, z góry są skazane na niepowodzenie.
Do takich refleksji zaprowadził mnie Laurie Lee i nagle z żalem zdałem sobie sprawę, że doszedłem do końca książki.

Później poleżałem jeszcze trochę z rękami pod głową, wpatrując się w sufit, aż zaczęły mnie kusić dobiegające zza pół otwartych okiennic głosy ulicy, wabiące obietnicą nowych twarzy i rozmów, wysmarowałem więc twarz kremem na oparzenia słoneczne i wyszedłem ”na miasto”.
Po trzech dniach żywienia się chlebem i serem stwierdziłem, że przydałoby się zjeść coś ciepłego, więc targany wyrzutami sumienia, zacząłem szukać jakiejś restauracji z wegetariańskim jedzeniem. (Skąd wyrzuty sumienia? Jak zwykle - wydawanie ciężko zarobionej kasy zawsze boli.)

Wreszcie, błądząc po arabskiej dzielnicy, na ulicy Caldereria Nueva znalazłem małą arabską restauracyjkę, gdzie podawano jarskie potrawy. Jedzenie było kiepskie, a kelnerka bardzo niemiła, traktująca każde wymaganie jak osobisty zamach na swoje swobody obywatelskie, ale cieszyła mnie inność tego miejsca; jego północno-afrykański wystrój i marokańska muzyka.

Po mojej lewej stronie siedziała spora muzułmańska rodzina, rozmawiająca jednak po hiszpańsku. W grupie wyróżniała się biała kobieta, która przejęła arabski strój i zachowanie, jednak jej łamany hiszpański i angielskie zdania, którymi go przeplatała, zdradzały jej „niewierne” pochodzenie. Dopóki mężczyźni siedzieli z kobietami, te pozostawały ciche, ale kiedy po posiłku wyszli na papierosa, zaczęły nieśmiałą rozmowę, której przewodziła biała „Arabka”. Kiedy w końcu wyszła do toalety, dwie pozostałe dziewczyny, ściszonym głosem zaczęły ją obgadywać.
Po prawej ręce miałem izraelsko-anglosaską grupkę, której członkowie komentowali po angielsku i w jidysz, kiepską jakość posiłku, i starali się nie widzieć stalowych spojrzeń, rzucanych im przez muzułmanów, siedzących po mojej lewej.

Po pewnym czasie, niesympatyczna kelnerka zajęła opróżniony przez Izraelitów stolik i z niezadowolonym wyrazem twarzy zajęła się brzęczącym obliczaniem miedzianych napiwków. Co kilka sekund rzucała nieprzyjemne spojrzenia w stronę drzwi wejściowych, mając nadzieję, że choć przez chwilę, żaden przechodzeń nie wpadnie na głupi pomysł zjedzenia tu obiadu. Wychyliłem ostatni łyk wina i skierowałem się (który to już raz?) w stronę Alhambry, z silnym postanowieniem, że jeśli nic nie przydarzy się po drodze, to tym razem spróbuję tam dotrzeć.

12 Trochę melancholii i refleksji po Alhambrze



Usiadłem na ławce, oddając się myślom. Czułem, że muszę spróbować wejść na trochę wyższą falę melancholii i wznieść się z suchej depresji i wyobcowania, na smutną nostalgię, która nawilżyłaby mi duszę choć kilkoma kroplami ciepłej zadumy. Nie wiedziałem, co ściągnęło mnie tak bardzo w dół. Może była to zatłoczona hałaśliwymi turystami Alhambra, która w niczym nie przypominała wierszy Lorci, ani obrazów Giraulta de Prangey, ale raczej supermarket pełen klientów, biegających ze swoimi aparatami od jednego produktu do następnego. A może to dzisiejszy kac zmieszał się z tęsknotą za domem i zmienił mnie z żądnego przygód, siedmiodniowego wagabundy, w zagubionego i gorzkiego faceta ścigającego złudzenia.

Miałem niewielką nadzieję, że uda mi się zobaczyć Alhambrę taką, jaką wyobrażałem ją sobie jeszcze kilka dni temu (a w sumie to kilka lat, od momentu, kiedy zobaczyłem ją pierwszy raz z jaskini na Sacromonte), ale nie potrafiłem przedrzeć się przez przez spoconych, podekscytowanych turystów, którzy wymieniali się szablonowymi okrzykami zachwytu ani groźnych ochraniarzy, rozmawiających poważnie przez krótkofalówki.

Trudno jest mi napisać coś o samych zabytkach - coś co nie było już napisane tysiące razy. Tak, budowle dawnych mieszkańców tej ziemi różnią się od topornych, grubo ciosanych z kamienia pozostałości po ich chrześcijańskich następcach. Jest w nich lekkość, dbałość o szczegóły, cierpliwość (tak cierpliwi potrafią być tylko ludzie pustyni) i zmysłowość, którą znamy z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Tamci ludzie inaczej postrzegali świat, starali się czerpać z niego radość innymi zmysłami niż my oraz wyrażać siebie w cierpliwej dokładności i delikatności.

Tyle mogłem zobaczyć, ale byłem daleko od prawdziwego dotknięcia tego, co rejestrowałem oczami i aparatem. Może gdybym był tam sam, w ciepłą letnią noc, dawni władcy Alhambry z dumą oprowadziliby mnie po swoich domach i pałacach, opowiadając o swoich marzeniach i wizji świata. Dziś jednak nie było tam żadnych duchów, które wystraszone fleszami aparatów i krzykami biegających po krętych korytarzach dzieci, uciekły; może na pustynie niedalekiej Afryki, ujeżdżając piaskowe konie, a może wróciły do swojego Raju, odpocząć wśród pięknych Hurys. Dziś byłem tam tylko ja, misterne, martwe rzeźby i spoceni turyści.

Przechadzając się po Alhambrze i spoglądając w dół, na Granadę, pomyślałem o tysiącach Arabów, którzy tutaj mieszkali a którzy w końcu musieli opuścić Hiszpanię; ostatni z nich w XVI wieku zostali zapakowani na statki i porzuceni na plażach Afryki.
Kilkaset lat później Walter Starkie, kolejny pisarz, którego bardzo lubię, przemierzając Maroko został zaproszony na kolację do domu pewnej arabskiej rodziny. Po posiłku gospodarz wyciągnął z szafy zawinięty w materiał jakiś ciężki przedmiot i podał go Starkiemu.
- Zobacz.
Starkie wyciągnął z zawiniątka masywny, metalowy klucz i spojrzał pytająco na gospodarza, na co ten powiedział uroczyście:
- Kiedy Hiszpanie wyrzucali nas z naszych domów, każda z rodzin zachowała klucz do swojego domu i od tego czasu jest on przekazywany z pokolenia na pokolenie.
- Ale po co? – spytał zaciekawiony Starkie.
Oczy starego Araba zabłysnęły ogniem.
- Bo pewnego dnia wrócimy do domu.

13 Prawdziwy smak flamenco

Około dziewiątej wieczorem leżałem już w łóżku, skacząc po ośmiu dostępnych kanałach telewizyjnych. Zadzwonił telefon. To Eduardo zapraszał mnie do baru, gdzie tej nocy grali flamenco. Miałem do wyboru – zostać ze swoją melancholią i czarnymi myślami, oglądając hiszpańskich „Milionerów”, w ciasnym pokoiku hotelowym, albo wziąć ją (melancholię) na koncert flamenco, gdzie być może pozwoliłaby mi bardziej wczuć się w żałosne i ochrypłe skargi cygańskich artystów.

Bar nazywał się Estrella, co znaczy „gwiazda” i leżał ukryty w małej uliczce, której koniec wychodził na Plaza Nueva (czyżby wszystkie drogi prowadziły na Plaza Nueva?).
Kiedy przybyliśmy na miejsce, okazało się, że jesteśmy pierwszymi klientami, więc z zadowoleniem zajęliśmy miejsca w ciasnym pomieszczeniu, które, jak mówił Eduardo, w ciągu kilkunastu minut będzie zapchane do granic możliwości.

Faktycznie, po chwili ludzie głośną falą zaczęli wlewać się do środka. Najwidoczniej wszyscy się znali i co chwila ktoś witał barmana głośnym okrzykiem, objęciem, albo nawet cmoknięciem w policzek. Nie zauważyłem nawet, kiedy zjawili się muzycy, ale w sumie połowa z tych ludzi wyglądała, jakby zaraz miała wziąć do ręki gitary i zacząć zawodzić o andaluzyjskich tęsknotach. Później, już w trakcie koncertu, większość z nich bezgłośnie i nieomylnie powtarzała słowa piosenek, śpiewanych przez dwójkę artystów.

Z tłumu szczególnie wyróżniała się jedna postać. Był to stary Cygan, o przenikliwych, ciemnych oczach i kręconych włosach, tak czarnych, że prawie granatowych. Wyglądał jak skrzyżowanie indiańskiego wodza i Al Pacino. Spytałem o niego Eduarda. Wyszeptał mi na ucho, że jest to słynny Manuel Arana, który urodził się w jaskiniach Sacromonte i całe życie poświęcił flamenco. Można go spotkać na każdej większej juerdze. Sam jest wyśmienitym śpiewakiem i gitarzystą, legendą Granady. Eduardo dodał, że skoro zjawił się tego wieczoru w Estrelli, oznacza to, że dzisiejsi artyści muszą być naprawdę dobrzy.

Facet miał coś w sobie i ciężko było mi oderwać oczy od jego wyprostowanej, dumnej postaci. Później, kiedy zaczął się już koncert, Manuel Arana, z zamkniętymi oczami zaczął kołysać się do transowego rytmu, śpiewając cicho do siebie, albo wyrażając swoje uznanie głośnymi „Ole!”, „Pero como toca!”, „Escucha a esta chica!”.

Muzyków było dwoje. Gitarzystą był jowialnie, może nawet trochę komediowo wyglądający ciemny Andaluzyjczyk, o ogromnym nosie i wielkich, śmiejących się oczach. Wyglądał jak przerysowana postać z „Don Kichota”, ale jakiekolwiek pozory śmieszności zniknęły bez śladu, kiedy zamknął oczy i zaczął mistrzowsko uderzać w struny, albo delikatnie muskać je opuszkami palców.

Towarzyszyła mu kobieta, około czterdziestki, o głosie tak ochrypłym i smutnym, że w niektórych momentach wydawało się, jakby jej struny głosowe miały zaraz pęknąć, nie będąc w stanie znieść więcej alkoholu, dymu i śpiewu.
Spodziewałem się czegoś innego. Oczekiwałem, tak jak wczoraj, żywego rytmu i melodyjnych piosenek, ale to co dostałem, było kompletnie innym doświadczeniem. Czasami dźwięk gitary zniżał się prawie do szeptu, żeby nagle wybuchnąć szorstkim akordem, po którym następowała cała seria prawie jazzowych improwizacji. Dziewczyna zwykle zaczynała piosenkę dosyć cicho, sama wyklaskując sobie rytm, za to pod koniec pieśń przechodziła w krzyk, przeraźliwą skargę na zły los, a nawet płacz. W pewnym momencie naprawdę zaczęła głośno szlochać i w tym szlochu zgubiła się granica pomiędzy tym, co było tylko przedstawieniem, a jej prawdziwymi emocjami, co miejscowi znawcy przywitali głośnym aplauzem i serią pełnych podziwu „Ole!”.

Śmiało mogę powiedzieć, że to był pierwszy raz w życiu, kiedy naprawdę poczułem flamenco i nie mam na myśli współczesnych, melodyjnych zespołów grających tzw. fusion, jak np. Ojos de Brujo, ale prawdziwe, czyste flamenco, roots. Żałuję, że nie potrafię opisać tego wszystkiego lepiej.

14 Patatas, śliczna kelnerka i jeszcze więcej melancholii pod nocną katedrą, gdzie całowali się cyrkowcy

Lista południowa:

1. W Vico, na małą wioskę zawalił się kilkuset tonowy głaz, który wisiał nad jej domami od setek lat. Przez jeden dzień przejęci mieszkańcy, na których zawalił się świat są w centrum uwagi całej Hiszpanii.

2. Kupiłem prezenty. Dla Tulasi czerwoną, kwiecistą sukienkę i misternie zdobioną szkatułkę z drewna, jakie na setki sprzedają arabscy handlarze. Dla Nicka kupiłem zestaw herbat o szumnie brzmiących nazwach, jak Cuentos de Alhambra, Esplendor Andaluci, Pasion Turca.

* * * * * * * * *

We wtorek po raz kolejny odwiedziłem Raices, miłą wegetariańską restaurację, w której najadłem się pierwszego dnia pobytu w Granadzie i gdzie, jak podejrzewam, zgubiłem pięćdziesiąt euro. Widząc jak moje konto w banku topnieje szybciej niż śnieg w kwietniowy, słoneczny dzień (facet, to ma być literackie porównanie?!), zamówiłem tylko jedno danie. Patatas de la Casa, czyli frytki zalane śmietaną i obsypane smażonymi pieczarkami. Do tego cierpka Rioja i sernik jagodowy na deser.

Znów obsługiwała mnie ta sama, miła dziewczyna co ostatnio. Długie kręcone włosy, szczery uśmiech i miła twarz; wprawdzie pozbawiona klasycznej, zmysłowej urody, ale ładna dzięki przebijającej z wewnątrz przyjacielskości i prostocie. Bardzo lubię takich ludzi i miałem ochotę porozmawiać z nią przez chwilę, ale po kilku latach pracy w restauracjach wiem, jak męczący są klienci, którzy w godzinach szczytu próbują uszczęśliwić obsługę przyjazną konwersacją.
Sama restauracja też zrobiła na mnie duże wrażenie. Menu mieściło się w grubej, opatrzonej zdjęciami i szczegółowymi opisami księdze i jako były kucharz wiedziałem ile wysiłku kosztuje zaprezentowanie tak zróżnicowanego wyboru potraw. Ceny również były przystępne i gdybym był krytykiem gastronomicznym, Raices dostałoby dziesięć gwiazdek, na dziesięć możliwych.

* * * * * * * * *

Pomimo wyśmienitego posiłku, przegrywałem pojedynek z depresją. Próbowałem walczyć głównie z tego powodu, że chciałem opublikować zapiski z podróży; albo w jakimś czasopiśmie, albo przynajmniej w internecie, a komu chce się czytać o czyichś mentalnych problemach, skoro większość z nas ma swoje? W końcu dałem sobie spokój z próbowaniem na siłę i wrzuciłem na luz. Najważniejsza jest autentyczność i naturalność.

Za oknem było już prawie ciemno. Wysmarowałem swędzącą wysypkę kremem, który w ogóle nie działał, ale nie chciałem rezygnować z choć minimalnego efektu placebo, tym bardziej, że wizytę u lekarza miałem dopiero w następny poniedziałek. Programy w telewizji były marnej jakości, być może jeszcze gorszej niż standardowa, europejska sieka. Nie chciało mi się jeszcze spać, tak więc choć czułem się leniwy i słaby, postanowiłem połazić jeszcze po ulicach i być może napić się piwa w jakimś małym, przyjaznym barze z dobrą muzyką.
Na korytarzu natknąłem się na hospitalero, który stojąc na drabinie, wkręcał żarówkę.
- Hola caballero! Idziesz na spacer? – zawołał do mnie przyjaźnie.
- Buenas tardes. Tak, ileż można siedzieć w pokoju?
- Dziś jest piękny i ciepły wieczór. Doskonały wieczór na spacer.
Faktycznie wieczór był przyjemny, muskany ciepłą bryzą i przesiąknięty zapachem wiosennych kwiatów z pobliskiego parku. Towarzystwo przechodniów, oraz hałas samochodów i skuterów przegoniły trochę kąsającą samotność. Na Plaza Nueva zastałem grupki włóczęgów, pijących piwo z litrowych, pękatych butelek, kelnerów powoli sprzątających krzesła, marokańskich sklepikarzy, wypatrujących ostatnich klientów i spoglądających z niezdecydowaniem na zegarek oraz przyglądających się przechodniom policjantów. Doszedłem aż na Plaza de St. Anna, gdzie usiadłem na chwilę na ławce, słuchając dobiegającej z nad rzeki melodii granej na flecie.

* * * * * * * * *



Kiedy doszedłem pod Catedral, panowała już noc. Na placu ciągle było jeszcze kilka osób, głównie zakochane pary. Gdzieś na innej ulicy, niewidoczny, stary Rumun, grał coś smutnego na akordeonie. Pod bramą katedry zobaczyłem początkujących cyrkowców, którzy ćwiczyli jazdę na unicyklu, korzystając z nocy, zapewniającej mniejszą liczbę gapiów.

Później dołączył do mnie Paco, kelner. Opowiedział mi jak nienawidzi swojej pracy, w której czuje się jak niewolnik, ale niedawno zakochał się i ożenił, tak że musiał wziąć się za jakąś robotę. Poradził mi też, że jeśli kiedykolwiek będę chciał kupić dobry haszysz, powinienem pójść do przejścia podziemnego, pod parkiem El Triunfo, gdzie muszę wypatrywać młodych Marokańczyków.

Kiedy Paco poszedł odpocząć przed kolejnym dniem zmagań, o mało co nie najechał na mnie chłopak, sunący szybko na biurowym krześle. Za nim biegła zmieszana dziewczyna, która rzuciła mi przepraszające spojrzenie i podniosła w biegu, zgubiony przez jej towarzysza but.
Był też pies, a zakochani cyrkowcy zaczęli całować się namiętnie obok porzuconego unicykla. Trochę dalej, po drugiej stronie placu, młody, czarny jak smoła Afrykańczyk wracał do domu, po całym dniu sprzedawania na ulicy pirackich płyt i chyba z przyzwyczajenia przemykał pod ścianą, rozglądając się ukradkiem na boki.
Zaczęło robić się coraz chłodniej i prawie umilkł szum pojazdów, które dziś już senne, jutro znów miały z rykiem opanować ulice.
Licha, niedokończona katedra i złociste światło latarni.
Lśniący w księżycu granatowy bruk.

15 Tak, byłem w Sacromonte i piłem wino w Mirador de San Nicolas, spoglądając na złotą Alhambrę

Po kilku dniach w Granadzie, poczułem się już trochę zmęczony miastem i ludźmi. Wypiwszy poranną kawę w kawiarence na Plaza Nueva, zaopatrzyłem się w chleb, owczy ser, sok pomarańczowy oraz butelkę Riojy i postanowiłem wspiąć się na Sacramonte, tyle tylko, że tym razem nie od strony Albayzin.

Szedłem tak jak pierwszego dnia, w stronę Abadin de Granada, ale zamiast iść prosto, drogą, która zaprowadziłaby mnie do zrujnowanego klasztoru, za radą spotkanego chłopaka z psem, skręciłem w lewo, w czarną metalową bramę. Już po chwili znalazłem się w sieci ścieżek, wijących się pomiędzy zamieszkałymi jaskiniami, gdzie w miniaturowych ogródkach wygrzewali się w porannym słońcu obdarci (a może to tylko moja wyobraźnia zasugerowała się barwnymi opisami Waltera Starkie z „Don Gypsy”) tubylcy.

Jaskinie z tej strony Sacromonte okazały się o wiele lepiej utrzymane i zadbane niż te od strony Albayzin. Tam są to raczej dziury w ziemi, otoczone złomem i gruzem, tutaj natomiast dobudowane ganeczki, drzwi i kable z elektrycznością, świadczyły o dobrej infrastrukturze i teraz mogłem zrozumieć, jak Vinia mogła zameldować się w jaskini.
Po kilku minutach zostawiłem osiedle za sobą i krętymi ścieżkami, które zaprowadziły mnie najpierw do rzadkiego lasu, dotarłem wreszcie na szczyt.

Atillo i Mateo obozowali w krzakach na samym szczycie i kiedy wyczołgali się z potarganego, krzywo rozbitego namiotu, od razu przyszli się przywitać i przy okazji spytać, czy mam coś do palenia. Poczęstowałem ich tabaką (choć nie o to dokładnie im chodziło) i spędziliśmy z godzinę na rozmowie. Pochodzili z Włoch, z Rzymu i planowali spędzić rok, podróżując po Hiszpanii i sprzedając artesanias podczas festiwali, w różnych miastach całego kraju. Poczęstowali mnie jabłkiem i powiedzieli, że jeśli chcę, mogę iść z nimi, a oni pokażą mi dzielnicę cygańską (która okazała się być górną częścią Albayzin).

Choć było jeszcze wcześnie, na ulicy już można było spotkać Cyganów, oferujących tanią trawę i haszysz. Atillo i Mateo zaopatrzyli się obficie, po czym rozstaliśmy się; oni poszli wziąć prysznic w domu jakichś przyjaciół, a ja zszedłem w dół, aż trafiłem do Mirador de San Nicolas.
Nazwałbym to miejsce Montmartre Granady. Jest to brukowany placyk otoczony murkiem, z widokiem na Alhambrę i Sierra Nevada, pełen młodych malarzy, oferujących swoje usługi siedzącym na murku turystom oraz handlujących koralikami i szkicami Alhambry włóczęgów i hipisów.

Kilka metrów po mojej prawej stronie cygański gitarzysta śpiewał pieśni flamenco, spłukując każdą łykiem wina i pociągnięciem haszyszowego skręta. Zdawało mi się, że rozpoznałem w nim Cygana, który grał w barze, do którego pierwszej nocy naszej znajomości zaprowadził mnie Eduardo, ale nie byłem tego pewny.

Słońce przyjemnie przypiekało mi plecy i pomyślałem, że chyba zostanę tu do wieczora. Nie miałem ochoty wracać do miasta. Wolałem spędzić mój ostatni dzień w Granadzie tutaj, czytając Lauriego Lee, pisząc w dzienniku i słuchając muzyki.
Jedyne miejsce z niezajętym cieniem (lub raczej z jego odrobiną) znajdowało się pod murkiem, gdzie wyłożyłem się w pozycji horyzontalnej i oddałem lekturze „I Can’t Stay long”.
Z neutralnego szumu rozmów wybił się nagle głośny szloch.
- Carmen! Carmen! Quiero solo ayudarte! (Chcę ci tylko pomóc!) – jasnowłosy dandys krzyczał przez łzy do telefonu.
- Nie rozłączaj się! Proszę! – wołał łkając, obojętny na otaczających go ludzi, przemierzając równocześnie plac szybkimi, długimi krokami, w najróżniejszych, przypadkowych kierunkach. Angielscy i niemieccy turyści przyglądali mu się z zaciekawieniem i przestrachem, ale miejscowi starsi panowie z laskami, zaczęli się tylko śmiać oraz rzucać głośne komentarze, dotyczące cierpień miłości, okrucieństwa kobiet i płomieni pierwszego zauroczenia. Robili to jednak bez z złośliwości, ale raczej z sympatią i nostalgią.
W końcu dziewczyna musiał się rozłączyć, bo szloch chłopaka przeszedł w głośny jęk.
- Nie! Nie! – zawołał, po czym obojętny na resztę świata pobiegł uliczką gdzieś w dół, najprawdopodobniej pod okno tajemniczej i niedostępnej Carmen.

16 Pożegnanie z Miastem Jastrzębi, a później plaża i wyjaśnienie filozofii urlopu

Żegnając się z moim hotelikiem w Granadzie, pożegnałem się też z urlopowym paleniem fajek. Wrzuciłem do śmieci pozostały tytoń, bibułki, oraz filtry i powiedziałem do siebie trzy razy: „Nie jestem palaczem”, żeby w ten sposób utożsamić się z moim niepalącym „ja”. Mogłem podziwiać Hiszpanów za ich beztroskę w podejściu do palenia, która odzwierciedlała całokształt ich podejścia do życia, mogłem im nawet tego zazdrościć, ale miałem za dużo zdrowego rozsądku, żeby oddać się tej zdradliwej kochance, której tak bezgranicznie ufają Hiszpanie.
Następnie zarzuciłem na plecy mój bagaż, postawiłem na stoliku pożegnalny list i poszedłem w stronę dworca autobusowego, przyglądając się z żalem parkom, piekarniom, Marokańczykom, pięknym, smagłym dziewczynom, skuterom i po raz ostatni wciągając głęboko w płuca pachnące kwiatami i porannymi spalinami granadyjskie powietrze.

* * * * * * * * *

Wysiadłem z autobusu w Maladze, z dotkliwym uczuciem głodu. Rozpocząłem więc bezowocny tur po biurach informacji turystycznej, gdzie zwykle w odpowiedzi na pytanie o restaurację wegetariańską, dostawałem zmieszane, puste spojrzenia i próby skierowania mnie do zwykłej restauracji, gdzie „na pewno mają dania dla wegetarian”. W końcu poszedłem do kafejki internetowej i wkrótce znalazłem kilka miejsc, gdzie mógłbym zjeść dosyć tanio.

Zdecydowałem się na tajski bufet, na C/Peregrinos. Jedzenie było ok., choć nie jestem fanem dalekowschodniej kuchni, która jest dla mnie trochę mdła. Za to obsługa zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Starszy pan, właściciel restauracji zajął się mną, jakbym odwiedził go w jego własnym domu i łamanym hiszpańskim zaczął opowiadać mi o chwałach wegetarianizmu i o tym, że świat potrzebuje zmiany.

Po zaspokojeniu pierwszego głodu poprosiłem o deser. Gospodarz zdziwił się, że zjadłem tak niedużo (a zjadłem normalny, porządny obiad) i próbował namówić mnie na (gratisowe) dokładki. W końcu dał za wygraną i przyniósł mi deser, plus herbatę na koszt domu.
Kiedy powiedziałem mu, że jedzenie było przepyszne, bardzo się ucieszył i z dumą zaczął wołać coś do swoich pracowników.

To było na prawdę miłe doświadczenie szczerej gościnności i uprzejmości, tak różne od chłodnego profesjonalizmu z północy Europy, gdzie w jakimś chorym zaprzeczeniu domowości i swojskości, najważniejszy jest przyklejony uśmiech, oficjalność i dystans pomiędzy gośćmi, a „gospodarzami”.
Syty i zadowolony, chciałem odwdzięczyć się za przemiłą obsługę napiwkiem. Skośnooki gospodarz jednak zdecydowanie odmówił, a kiedy dowiedział się, że szukam taniego hotelu, zostawił swoim podwładnym jakieś wskazówki i wyszedł ze mną, żeby zaprowadzić mnie do najtańszego hotelu, który znajdował się kilka ulic dalej, po czym życząc mi szczęścia, wrócił do swojej pustej, niedocenionej restauracji.

Ostatecznie nie zatrzymałem się w tamtym hotelu. Pokój był ciasny, ciemny i obleśny. Hospitalero, mówiący z rosyjskim akcentem, smażył w swoim pokoju, na kuchence gazowej jajka sadzone na boczku, a na stole stała butelka wódki. Pół godziny później zawinąłem do Pension Costa Rica, gdzie za dwadzieścia euro miałem spędzić moją ostatnią noc w Hiszpanii.

* * * * * * * * *

Nie byłem w nastroju do zwiedzania, zostawiłem więc miasto za sobą i rozłożyłem się na plaży, żeby posłuchać szumu fal i odpocząć od wrażeń. Choć było słonecznie, to jednak ciągle był to marzec i poza kilkoma śmiałkami, większość ludzi trzymała się z daleka od wody (która jak przypuszczałem miała temperaturę Bałtyku w sezonie letnim).

Był to ostatni dzień mojej wycieczki. Czułem się zmęczony i po kilku dniach włóczenia się po ulicach, poznawania nowych ludzi, miejsc, czyli tego wszystkiego, za czym tęskniłem przez ostatnie kilka miesięcy, teraz marzyłem jedynie o swojskim, znajomym domu, z czekającą tam Tulasi.

Zawsze tak jest. Zmęczony codzienną rutyną, pracą, każdego dnia tymi samymi twarzami, człowiek zaczyna marzyć o oderwaniu się od tego wszystkiego i o przygodzie.
Zostawić za sobą znajomy świat i zanurzyć się w ulicach, rozbrzmiewających obcymi dźwiękami, gdzie nie dostrzegają nas twarze, inne niż te, które nie dostrzegają nas w mieście rodzinnym.
Czasami marzy nam się, żeby z podnieceniem i otwartością dziecka, obudzić się pewnego dnia w obcym mieście. Chciwy jego darów i świadomy swojego uprzywilejowanego statusu gościa, człowiek najpierw poddaje się odurzeniu. Wszystko jest inne; ulice pachną inaczej, kawa smakuje inaczej, ludzie reagują inaczej, dziewczyny są piękne w inny sposób.

Dumny, że dzielisz język (a przynajmniej próbujesz) z tubylcami, dźwięcznie i głośno naśladujesz, albo nawet tworzysz fantazyjny akcent i używasz soczystych zwrotów, których kiedyś nauczyłeś się z nadzieją, że pewnego dnia będziesz mógł się nimi popisać.
Pijesz poranną kawę z mlekiem, w małej kafejce, czytając miejscową gazetę i wyobrażając sobie, że jesteś mieszkańcem tego obcego, tajemniczego miasta, a wieczorem zawierasz znajomości z przypadkowymi ludźmi (zawsze kierując się instynktem).

Później pijecie wino, rozmawiając o swoim życiu, jakbyście znali się od lat. Czujesz się wolny i szczególnie na początku, te kilka dni wakacji wydaje ci się wiecznością. Takie zauroczenie może przetrwać kilka dni, tygodni, raczej rzadko kilka miesięcy, choć wszystko zależy od osoby; jej entuzjazmu, fantazji i wytrzymałości.

Ja jestem krótkodystansowcem i kiedy nie dzielę swojej podróży z Tulasi, to już po kilku dniach, zasypany wrażeniami, atrakcjami i innością zaczynam czuć przesyt i niepokój.
Próbuję z tym walczyć i mimo utraty entuzjazmu, ciągle staram się czerpać ile się tylko da z tego czasu, który mi został, ale dość szybko zdaję sobie sprawę, że to już. Podano mi wspaniały posiłek, na który rzuciłem się jak głodomór, ale dość szybko się najadłem i choć było przepyszne, to więcej już nie zmieszczę.

Myślę, że ma to swoje plusy. Po pierwsze wiedziałem, że to, czego udało mi się doświadczyć, wzbogaciło mnie; urodziłem kilka dobrych myśli, dowiedziałem się nowych rzeczy, usłyszałem parę dobrych historii, spotkałem kilka ciekawych osób, tak więc nie byłem rozczarowany. Po drugie nie czułem już tego zmęczenia Bristolem, pracą i codziennością. Wręcz przeciwnie – swojska, ciepła codzienność nabrała znowu blasku i cieszyłem się, że od jutra znowu będę w domu i być może w niedzielę pójdziemy puszczać latawiec.

Natomiast ten urlop w Granadzie poleży chwilę na szafce, pomiędzy starymi dziennikami, tam dojrzeje, nabierze blasku szlachetności, który przychodzi z czasem, a za parę miesięcy, czy lat będę mógł przeżyć ten tydzień jeszcze raz, w swoim pokoju, ze znajomą muzyką z głośników i z bliską osobą obok mnie, jak przystało na prawdziwego domatora.

Lista wieczorna:

1. Nie lubię Malagi. Już kiedy byłem tu ostatnio, nie przypadła mi do gustu. Głośna i arogancka.
2. Choć lubię szelest fal i widok morza, to lubię to tylko przez chwilę. Po pewnym czasie, jako prawdziwy góral, zaczynam jednak czuć się na plaży nieswojo.
3. Poprosiłem hospitalero o czystą pościel i się obraził.
4. Cieszę się, że kiedy jutro wrócę do domu, będę miał jeszcze całą sobotę wolną.
5. Zastanawiałem się, czy zostać na noc w Maladze, czy też pojechać do świątyni Kryszny w pobliskiej Churrianie.
6. Pościel naprawdę była brudna, w przeciwnym wypadku nie sprawiałbym dziadkowi przykrości.
7. Karczochów mam dość przynajmniej na rok.
8. Za oknem kołysankę śpiewają mi samochody, autobusy, skutery, głośne dzieciaki, klaksony, muzyka z baru, ale jednak nie męczy mnie to tak bardzo, jak się obawiałem. Kiedyś w Warszawie mieszkaliśmy w mieszkaniu, którego okna wychodziły na ulicę. Z czasem, ciężko było już zasnąć bez jej melodii.

17 Kto boi się piątku trzynastego? Ogólnie o Hiszpanii i Domu

Kiedy przyjechałem na lotnisko, zdałem sobie sprawę, że dziś piątek trzynastego, ale jakoś nigdy nie byłem przesądny jeśli chodzi o ten dzień, tak że do samolotu wsiadłem ze zwykłym poziomem podenerwowania, bez jakichkolwiek dodatkowych wrażeń. Chyba, że do wrażeń zaliczyć grubego, spoconego pana, w fotelu przede mną, który przeraźliwie śmierdział czosnkiem i potem.

Akurat na pożegnanie trafiłem na rozdział „I Can’t Stay Long”, w którym Laurie Lee opisuje Hiszpanię i przede wszystkim Hiszpanów. Choć docenia on widoki, przyrodę itd., to jednak jako humanistę, interesują go głównie ludzie. Dzięki mistrzowskiemu zmysłowi obserwacji oraz wibrującemu życiem językowi, Laurie Lee jest w stanie opisać to, co większość ludzi może jedynie przeczuwać, ledwie dotykać, a przy próbach opisania, albo chociaż wyartykułowania tych wrażeń, zostaje z kilkoma mglistymi odczuciami w dłoniach, jak po obudzeniu się ze snu, kiedy senne wspomnienia są wprawdzie jeszcze żywe, ale jednak gubią już kształt, dotyk, czy zapach. Laurie Lee należy do tych nielicznych mistrzów słowa, którzy potrafią poczuć i opisać świat w taki sposób, że niczym kolorowa fotografia, wydaje się on mieć jeszcze większy urok i smak niż w rzeczywistości. Czytając jego słowa, czuję to samo, co przy czytaniu Dostojewskiego, Jacka Londona, Orwella, czy Raya Bradburego. W ich książkach ciągle jeszcze można cieszyć się eleganckim, żywym językiem i poezją.

Sposób w jaki Laurie Lee opisał Hiszpanię, sprawił, że choć dzień wcześniej byłem już nią trochę zmęczony, to teraz, kilka tysięcy metrów nad jej szybko uciekającym krajobrazem, żałowałem, że już mnie tam nie ma. Kwadraty pól, proste kreski autostrad, kręte leśne drogi, oraz brązowo-brunatne góry i czerwonawe placki miast stały się już tylko książką, która leżała zbyt daleko, żeby rozróżnić słowa i wczytać się w jej opowieści.

Kiedy parę lat temu, pierwszy raz odwiedziłem Hiszpanię, zostałem tam ponad rok. Cały ten okres spędziłem w małej społeczności, niedaleko Guadalajary, pracując w ogrodzie, gotując i ucząc się hiszpańskiego.

Ciekawe jest to, że Hiszpania wtedy wcale mnie nie zafascynowała. Odpychała mnie jej obca muzyka, przesadność gestów, duma, którą wtedy brałem za arogancję, drażniła mnie też zaściankowość Hiszpanów. Dopiero kiedy wyjechałem, zacząłem zdawać sobie sprawę, że zamiast odczuwać ulgę, zaczynam coraz bardziej tęsknić. Uświadomiłem sobie, że w jakiś sposób, sam nie wiem dokładnie kiedy, pojawiła się we mnie fascynacja i sympatia wobec hiszpańskich zalet, z których dopiero po wyjeździe zacząłem sobie zdawać sprawę. Towarzyskość, otwartość na innych, bezpośredniość w wyrażaniu swoich uczuć, duma ze swojego pochodzenia i tradycji (która nagle przestała mieć dla mnie posmak arogancji).

Wkrótce zacząłem interesować się wszystkim co hiszpańskie, a szczególnie muzyką, która z mocą porwała moje serce. Manu Chao, Macaco, Amparanoia, Quinto Parpadeo, El Puchero del Hortelano, Los Aslandticos… Muzyka, która szukając nowych dźwięków, zachowała jednak swoje stare, ogniste brzmienie. Do tego wszystkiego szczere, płynące z serca teksty, mówiące o prawdziwych, starych jak świat rzeczach; wolności, miłości, wspólnocie, równości, zabawie, albo o Bogu; nie tym kościelnym, którym ludzie są już zmęczeni, ale ludzkim i bliskim.
Zupełne przeciwieństwo mdłych i cukierkowych, anglosaskich produkcji, których osobiście nie jestem w stanie znieść.

Poznając kulturę i historię Hiszpanii, znalazłem kolejną rzecz, która mnie zafascynowała. Zdałem sobie sprawę, że to nie jest jeden kraj, ale wiele, oddzielnych, dumnych państewek, z których każde czuje swoją odrębność i wyjątkowość oraz w pełni wierzy w wyższość swojego regionu nad resztą całego świata. Ta duma jest jednak tak niezachwiana, że jak pisze Laurie Lee, nie ma w niej wrogości wobec inności, a jedynie przyjazne docenienie i ciekawość.

Doświadczyłem, że wszędzie, jeśli tylko okażesz szacunek, nie mówiąc już o podziwie i sympatii wobec prowincji, w której akurat jesteś, czy w ogóle wobec Hiszpanii, a do tego pokażesz, że zadałeś sobie trochę trudu, żeby poznać ich język (choć kilka słów), ludzie przyjmą cię z otwartymi ramionami i będą traktować jak swojego.

Byłem jeszcze w drodze, ale już nie mogłem doczekać się powrotu. Myślałem o tym, że następnym razem chciałbym poznać zachodnią część Andaluzji z Sevillą, Cadizem i Jerez de la Frontiera.
Na razie jednak, wracałem do domu i z tego cieszyłem się najbardziej. Czym byłaby podróż, bez własnego miejsca i czekającej tam na nas bliskiej osoby?

Za oknem widać już było tylko błękitne morze, a gdzieś z przodu czekały na mnie mokre, zielone brzegi Anglii. Adios.

No comments:

Post a Comment