Wednesday, 4 January 2012

Niespójny esej o miłości



Najpierw myślałem o spójnym eseju, ale po co, jednak niech to będzie free writing style, może sam się czegoś dowiem, zamiast mądrzyć się niepotrzebnie i jałowo.

Tytuł o miłości. A w niewidzialnym podtytule, o jej braku, to znaczy o tym bolącym miejscu, co tak męczy w środku. No bo zmęczony jestem, nie ma co ukrywać. Uderzył mnie bezsens życia, pustka, brak wiary i zerwane więzi ze światem dobrych duchów i mądrych książek o głębszej harmonii istnienia. Samotnie cholernie mi jest. I to nie tylko dziś wieczorem, ale codziennie, od miesięcy, w każdej godzinie i minucie... I to wcale nie to, że jesień (zima? W Kopenhadze to tylko brudny listopad), nagie drzewa, wiatr, szarość i deszcz, nie, to wcale nie to. Przecież w czerwcu, w zalewie zieleni, koło stadnin, piratując na rowerze między końmi, to już wtedy próbowałem uciec z piskiem opon duchowi chaosu i bezczuciowości. Nie pomogły upały, zapach lip, kaczki z małymi, jeziorka – nic. Dopadło mnie i już. Egzystencjalna tortura.

Siedzę i dumam, jak wyjść z tego ciasnego pokoju, jak wyfrunąć przez lufcik w niebo wysypane gwiazdami, gdzie każda gwiazda ma swoją melodię, każda zapatrzona w boskiego kompozytora, każda rozumiejąc swoje miejsce we wszechświecie. Tego właśnie brakuje, nie ma. I stąd strach, niepokój, desperacja, puste dźwięki pustych melodii.
Ech… co za jęczenie.

Free writing, uwolnić klawiaturę… palce w lewej ręce stwardniałe od strun jak pięta, trochę jestem dumny, że przetrwałem okres bolących odcisków, teraz mogę wreszcie grać, kiedy mam wolny dzień, to brzdękam godzinami, ciesząc się, że coraz lepiej wychodzi.

W rogu malutkiego pokoju choinka. Pierwszy raz w doniczce, pewnie postoi jeszcze z miesiąc, a później gdzieś do parku wyniesiemy i posadzimy, może wyżyje. Z chęcią bym ją potrzymał dłużej, ale to już by było chyba za szalone. Cóż to za bzik z choinką? Najlepszy moment miałem, kiedy Tania ją ubierała. Leżałem cicho na łóżku w nogach i było mi spokojnie, pierwszy raz od… nie pamiętam.
Myślę, że to z dzieciństwa mi zostało. Lubiłem ten moment ubierania choinki przez mamę, ten odświętny nastrój i bardzo duże prawdopodobieństwo, że tata będzie trzeźwy, choć ten jeden raz w roku na pewno. I tak mi zostało.

Ciężko tak pisać bez przerwy, bo wchodzą myśli o pracy i lęku, a przecież nie po to mam dni wolne, żeby męczyć się codziennym ciężarem.

Śniłem ostatnio o pocałunku doskonałym. Nie wiem, kim była dziewczyna, jej twarz nie przetrwała do rana. Pamiętam tylko jej usta – pełne, mocne i miękkie równocześnie. To było tak, jakbym jadł jakiś cudowny, rajski owoc. Jej oddech pachniał kwaśno-malinowo, jej gorąco-chłodne wargi smakowały czymś fajnym, świeżym, miętowym i słodkim. Cała nasza zmysłowość skupiła się na ustach, uwaga nie spłynęła niżej (if u know what I mean). Obudziłem się rozcałowany i rozanielony.

A innym razem, chyba dzień wcześniej śniłem o śmierci i odrodzeniu. No więc najpierw wojna – każdy tłukł się z każdym, wszystkie kraje wystąpiły przeciwko sobie, bez ładu i składu, każde państwo ze swoją bronią, jakby wszystkim szajba odbiła, jak te małe zwierzątka, zapomniałem jak się nazywają, które nagle zaczynają biec ku morzu i toną tysiącami, jakby natura zmuszała ich do zachowania równowagi populacyjnej. No i tak było z ludźmi w moim śnie.
Cholernie nie chciałem umrzeć. Biegłem, chowałem się, uciekałem, kombinowałem, wiłem się jakbym mógł coś zmienić. Nagle złapał mnie olbrzym. Pół człowiek, pół robot, skonstruowany do walki. Chwycił mnie między dwa palce i podniósł do góry.
- Nie chcę umierać – zakwiliłem.
Olbrzym się zaśmiał.
- Możesz sobie nie chcieć. Każdy musi umrzeć.
- Połóż mnie na ziemi, proszę, daj mi jeszcze pożyć, choć chwilkę…
Olbrzym (przypominający pewnego kolegę, którego nie widziałem już od lat, z którym lubiliśmy się dosyć mocno), postawił mnie na ziemi i podał szklankę trucizny.
- To będzie mniej bolało, niż jakbym cię miał zadeptać.
- Ale… - jęknąłem, wyciągając jednak rękę. Olbrzym patrzył dobrotliwie, a dookoła nas wybuchały granaty, moździerze, spadały dzidy, strzały. No i co miałem zrobić? Wychyliłem szklankę i położyłem się w zabłoconej koleinie po czołgu. Chłód zaczął się w stopach. Lodowaty dotyk przesuwał się coraz wyżej, to było tak, jakby w wielkim budynku stopniowo gasły światła – od parteru, coraz wyżej. I tam gdzie już zgasły, znikał też budynek. Lodowatość rozprzestrzeniała się coraz bardziej, wiedziałem, że umieram, strasznie się bałem, chciałem to zatrzymać, wiedziałem, że teraz to już tylko pustka, czerń i ten bezosobowy lód na zawsze.
I umarłem.

Po drugiej stronie bramy z lodu i nicości było całkiem miło. Zielono, cicho, pachnąco. Czerwcowa jasna noc. I czekała tam na mnie dziewczyna. To była Tania, ale taka, jaka byłaby po przejściu na drugą stronę – bez strachu, bez granic, bez ego. Chwyciła mnie za rękę.
- Fajnie, że już jesteś – powiedziała.
- I co teraz? – zapytałem.
- Trzymaj mnie mocno. – Ścisnęła moją dłoń i wznieśliśmy się do góry. Najpierw powoli niezgrabnie, nie mogliśmy się nawet wzbić ponad korony drzew.
- Przestań kontrolować – powiedziała.
Zrozumiałem. Przestałem koncentrować się na fruwaniu, porzuciłem wiarę, że to ode mnie coś zależy. I dopiero wtedy poczułem prawdziwą wolność. Wystrzeliliśmy do góry jak rakiety, niczym nie skrępowani. Nad głową gwiazdy, pod stopami las, łąka, woda, jakieś domki z migoczącymi oknami, a pomiędzy tym my – zadziwieni, roześmiani, wolni i tak cholernie niematerialni, że aż rozkosz.

4 comments:

  1. Niesamowicie o miłości :)

    ReplyDelete
  2. Cześć Margo, dzieki za odwiedziny. O miłości? Raczej pusty miejscu, które na nią czeka. Mówię tutaj o tej ogólnej, wszechświatowej miłości, bo tą ludzką, codzienną, to Bóg mnie obdarzyłna szczęście:)

    ReplyDelete
  3. Dziękuję za ładny i chwilowo kojący egzystencjalne roztrzęsienie wpis. Pozdrawiam serdecznie:)

    ReplyDelete
  4. No tak, ale to moje odczucia po przeczytaniu, jeżeli nie zrozumiałam, to cóż, tak widocznie mam, myślę po swojemu. Przepraszam :)

    ReplyDelete