Sunday, 7 December 2025

Wernisaż, Food Not Bombs, zmiany nastrojów

Dobre były te ostatnie dni.
Po tamtym wtorkowym paskudnym spotkaniu Federacji, na którym oczekiwałem rozmowy, komunikacji i rozwiązań, a natknąłem się na twardą ścianę i wrogość, na poważnie zacząłem rozważać zmianę miasta, rozpoczęcie gdzieś od zera.
Podzieliłem się tym na terapii w czwartek. Pani Kasia spytała, czy cały Wrocław mnie nienawidzi? Nie, mam tutaj przyjaciół, bliskich. Ludzie, którzy mnie znają, nie odwrócili się. No właśnie, więc zamiast skupiać się na tych pierwszych, lepiej osadzić się w swoich ludziach.
Bardzo to poczułem.

W piątek miałem wernisaż w Kalaczakrze. Rano rozwiesiliśmy obrazy, pięknie się wkomponowały. Wieczorem trochę się martwiłem, bo knajpa była pełna, ale ani śladu przyjaciół. Zrobiło mi się przykro. Ale nagle wszyscy się zeszli, nawet tacy, których się nie spodziewałem. Kiedy przyszedł czas na speech, puścił mnie stres. Opowiedziałem o mojej sztuce, życiu, potrzebie wolności osobistej i społecznej. Goście słuchali uważnie, później posypały się pytania.
Po przemowie siedliśmy wspólnie - rozmowy, wino, radość.
To był piątek.

W sobotę rano poszedłem pomóc przy Food Not Bombs. Irek namawiał mnie już od dłuższego czasu, no i wreszcie się zebrałem. Ugotowaliśmy gar zupy, kompot, surówkę, mieliśmy też sporo ubrań zimowych i kosmetyków. Wszystko to rozdaliśmy potrzebującym na Dworcu Nadodrze.
Wróciłem do siebie szczęśliwy, spokojny, z poczuciem, że się przydałem, że zrobiłem coś dobrego.

No ale ostatniej nocy wymęczyły mnie koszmary. Śniła mi się Z., była wstrętna, wyniosła, fałszywa. Obudziłem się w złym humorze. Miałem zaplanowane nagrywanie audycji na dzisiaj, ale dałem sobie spokój, to nie był ten dzień. Założyłem na uszy ostry hiszpański hip hop feministyczny i pojechałem się powłóczyć rowerem. Przypomniałem sobie, że Kasia jest na Marinie Kleczków na stoisku świątecznym ze swoimi czapkami. Pojechałem ją odwiedzić. Postawiła mi obiad (szaszłyki wegańskie), pogadaliśmy.

No ale nastrój się zmienił dopiero, kiedy zacząłem gadać z jej sąsiadką ze stoiska obok. Uwielbiam ludzi, którzy od razu się odsłaniają, otwierają, opowiadają o życiu, nie mają filtrów i ścian. W towarzystwie takich osób czuję się bezpiecznie. Marzy mi się, żeby wszyscy ludzie tacy byli:)
A oprócz tego bardzo mi się spodobała, nie mogłem się napatrzeć xd 
Przypominała Polę Raksę, moją pierwszą miłość:) 

No i fajnie było pogadać z kimś starszym (39 lat). Po ostatnich przygodach z młodszymi osobami, to ulga rozmawiać z kimś, kto ma za sobą lata doświadczeń i dojrzałość.
Dwie godziny przeleciały błyskawicznie. Widziałem, że też się jej fajnie ze mną gada.
- Jezu, jaka miła rozmowa. Aż żałuję, że masz chłopaka - powiedziałem pół żartem, zbierając się do wyjścia.
Zaśmiała się.
- Zobaczyłbyś, że na dłuższą metę jest ze mną dużo problemów.
- Może właśnie to mi się w tobie podoba? - też się zaśmiałem. 
Objęła mnie na pożegnanie.
Teraz już siedzę w Kali. Piję grzańca. Zerkam z dumą na ściany ozdobione moimi obrazami.
Humor lepszy:)


2 comments:

  1. Pani Kasia ma rację, olej tych ludzi z Federacji, możesz przecież anarchizować się w innym, przyjaznym, towarzystwie:-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Exactly:) I taka teraz jest moja taktyka. Trzymać się swoich ludzi i tyle.

      Delete