Uff, na szczęście weltschmertz minął:) Napisała Kasia, żebym wpadł na jarmark świąteczny na Marinie Kleczków, gdzie siedzi z czapkami. Kupiła mi wegańskie szaszłyki i pożyczyła dwie stówy. Bardzo to było miłe i urocze z jej strony. Posiedzieliśmy chwilę, ale głównie spędziłem czas z Dorotą. Dżizas, ale nam kliknęło z tą dziewczyną. Rozmawialiśmy trochę na poważnie, ale też poczucie humoru mamy podobne, żarty nam fajnie płynęły. Powiedziałem jej, że mam wrażenie, jakbym spotkał siebie, tylko ładniejszego.
- Ja mam dokładnie to samo wrażenie - powiedziała ze śmiechem.
- Tak w ogóle to mam ogromnego crasha na ciebie - dodałem w tym samym, żartobliwym (ale nie do końca) nastroju.
Zasłoniła twarz dłońmi, zaśmiała się zawstydzona, ale widziałem, że była zadowolona z komplementu.
- Mi się zawsze podobali wysocy i chudzi chłopacy...
No ale nie zarywam do niej na poważnie, wiem że jest w fajnym związku. Ona zresztą też podchodzi do tego na luzie. Po prostu pozwoliliśmy sobie na niewinny flirt.
Potrzebowałem tego. Żeby po prostu poczuć to połączenie, o którego braku pisałem w poprzednim poście.
Wreszcie pożegnałem się z dziewczynami, opuściłem kolorowy, głośny jarmark i popiratowałem rowerem przez nocny, mroźny Wrocław.

No comments:
Post a Comment