Friday, 5 August 2011

Открыла сердце

Zulya tribute:)



Открыла сердце (и ты вселился)

Вот открыла сердце я,
И в него вошла любовь.
Не просила, не ждала,
Но не буду прогонять.
Нет, не буду прогонять.

Вот открыла сердце я,
И в него вселился ты.
Не гадала, не звала,
Что ж, не буду прогонять.
Нет, не буду прогонять.

Но глубоко сердце мое,
никто не знает, что нас ждет.
Kоль не страшно, заходи,
Вместе нам не страшna путь.
Я не буду прогонять.
Нет, нет, нет.

Otworzyłam serce (i wszedłeś ty)


Więc otworzyłam serce,
i weszła tam miłość.
Nie oczekiwałam jej, nie szukałam,
ale nie będę przeganiać.

Więc otworzyłam serce
i wszedłeś tam ty.
Nie chciałam tego, nie zapraszałam,
ale nie będę przeganiać.

Moje serce jest głębokie.
Nikt nie wie, co w środku.
Jeśli się nie boisz, wejdź,
nie będę przeganiać.
Razem nie będzie nam strasznie.

Monday, 1 August 2011

A stranger in Copenhagen


Hej wszystkim.
Ostatnio nie mogę się za bardzo zebrać do pisania. Za to swoje żale staram się wylewać w obrazkach:) Zrobiłem tę stronę facebookową, jeśli ktoś chcę pośledzić moje wygłupy, to zapraszam. Mam nadzieję, że link działa.

A Stranger in Copenhagen

No a jeśli nie działa, wystarczy wpisać w wyszukiwarce facebooka "A stranger in Copenhagen" i stronka powinna wyskoczyć. Po wejściu na stronkę można kliknąć przycisk "like" i następne wpisy będą już wyskakiwać na waszej ścianie facebookowej (jeśli ktoś by nie wiedział:).

* * *

Poczułem ostatnio, że muszę znaleźć lżejszą formę wyrażania się. Od kilku miesięcy życie jest dosyć chaotyczne i nie ma oddechu (ach, jakie to było miłe być znudzonym i bezczynnym!;), dlatego próbuję jakoś się z tego pośmiać, stąd ta inicjatywa.

Friday, 15 July 2011

Rewolucje odśrodkowe



Tytuł trochę przekorny, w kontekście mojego ciągłego wahania się i szukania balansu pomiędzy wejściem do środka, a wyjściem na zewnątrz, w sferę działań społecznych.
Ostatnio ciągnie mnie bardziej do wewnątrz. Nie wiem za bardzo, czy mam jakis wybór. Brak satysfakcji był tak silny, że musiałem coś z tym zrobić. Chwyciłem się duchowości, intropsekcji, transracjonalnego mistycyzmu (w odróżnieniu od tego irracjonalnego:) i czekałem na zmianę.
No i trochę się pozmieniało. Wystarczyło rozluźnić granice, żeby ze środka wyszło coś nowego.
Wróciłem właśnie z Polski, z Sudetów, gdzie wydarzyło się wiele ważnych rzeczy. Zapiski stamtąd wrzucam na innego bloga, gdzie trochę bardziej niż tutaj wchodzę w tematy duchowości (czy religijności, choć do tego słowa mam lekki uraz), jeśli ktoś chce zerknąć i nie boi się szoku kulturowego i pojęciowego, niech da znać w komentarzach, podeślę linka.
Tutaj wrzucę jedynie parę zdjęć z wyprawy (wewnetrznej i zewnętrznej, choć tą pierwszę nie jest łatwo uchwycić aparatem).
Pozdrawiam wszystkich śledzących:)




















Friday, 1 July 2011

Karciane opowieści



Karciane opowieści

Spotkaliśmy się tam, gdzie Małgorzata ćwiczyła zwykle latanie na miotle. Lubiłem leżeć pośród łopianów, słuchając dzikiego śmiechu najpiękniejszej dziewczyny pod księżycem ze snów. Podziwiałem jej profil podkreślany blaskiem gwiazd. Nie będę ukrywał, że najbardziej pasjonował mnie zadarty nosek nagiej heroiny.

Czasami czekałem na darmo. Ze smutkiem wczołgiwałem się wtedy do tunelu czasoprzestrzennego, który prowadził mnie obok jabłonki, przez strumyk i norę jeża, z powrotem pod kołdrę. Później leżałem godzinami patrząc w sufit, zazdroszcząc Mistrzowi i paląc niedopałki wygrzebane z popielnika.

Którejś nocy, wyjątkowo srebrzystej oraz pachnącej rumiankiem i ziemią, kiedy nosek Małgorzaty wydawał mi się szczególnie pięknie zadarty, usłyszałem obok siebie szelest rozsuwanych łopianów. Zdziwiony zerknąłem przez ramię i zobaczyłem czołgającego się w moją stronę starszego, kościstego pana, w piżamie, z zeszytem w jednej ręce i jak mi się wydawało, z talią kart w drugiej. Mając obie dłonie zajęte, przesuwał się głównie za pomocą łokci, sapiąc przy tym niemiłosiernie.

– Tss – syknąłem karcąco, przykładając do nosa palec i wskazując na niebo.
Starszy pan zrobił przepraszającą minę i, tym razem już o wiele ciszej, podczołgał się bliżej. Położył zeszyt i karty (z bliska mogłem rozpoznać talię tarota) na wygniecionej przeze mnie trawie i wyciągnął rękę.
– Mistrz – powiedział szeptem. – Pisarz – dodał nieśmiało.
– Eee... Pankracy – wydukałem z trudem, w kompletnym zaskoczeniu. Mistrz usadowił się wygodniej, przyklepując dłońmi trawę i liście wokół siebie. Oddychał już spokojniej. Rozchylił dwa łopiany i spojrzał na podniebne akrobacje Małgorzaty. Tymczasem ja próbowałem zapaść się pod ziemię, a kiedy to nie poskutkowało, zacząłem wymacywać stopą końcówkę mojego czasoprzestrzennego tunelu.
– Piękna, nieprawdaż? – Mistrz przerwał milczenie i odwrócił się do mnie, jakby oczekując potwierdzenia. Przestałem gmerać stopą. Śmiech Małgorzaty zabrzmiał jak brzęk rozbijanych na kawałki butelek najsłodszej lemoniady. Uświadomiłem sobie, że jestem zwykłym, paskudnym podglądaczem. Mistrz, widząc jak grzęznę w czarnych myślach, sięgnął do kieszeni piżamy i wyciągnął srebrną piersiówkę.
– Niech pan sobie pociągnie. – Wysunął rękę. – Swojska śliwowica.
Z wdzięcznością przyjąłem poczęstunek. Trunek rozlał się gorącem po całym ciele. Oddałem piersiówkę.
Następnie dodał:
– Jeśli chodzi o tę sytuację, to proszę się w ogóle nie przejmować. Mogę widzieć, że jest pan człowiekiem subtelnych doświadczeń i sztuki, dlatego nie posądzam go o zdrożne myśli dotyczące mojej gołej małżonki. Tak więc, jak prawdziwi dżentelmeni, możemy uznać ten temat za niebyły. Zgoda?
Uśmiechnąłem się blado i kiwnąłem głową.
– To dobrze – powiedział Mistrz i pociągnął zdrowo z piersiówki. Następnie schował ją z powrotem do kieszeni, sięgnął po karty i wyciągnął je w moją stronę.
– Niech pan wybierze jedną, młody człowieku.
Wystawiłem rękę.
– Lewą, lewą proszę.
Wybrałem kartę. Chciałem podać ją Mistrzowi, ale zasygnalizował głową, żebym najpierw sam ją obejrzał. Dwójka pucharów. W parku na ławce siedzi zakochana para. Mężczyzna słucha uważnie słów czarnowłosej dziewczyny, patrząc jej przy tym w oczy jednoznacznie cielęcym wzrokiem. Rumieniec na nowo oblał mi twarz, ale Mistrz taktownie schował kartę z powrotem do talii, tylko pobieżnie zerkając.
– Pan często tutaj przychodzi? – spytałem, żeby zatrzeć zmieszanie.
– Od czasu do czasu. Ale zwykle siedzę w tamtych krzakach, pod wierzbą – wskazał na drugą stronę polany.
– Aha.
– Przepraszam, że nigdy nie przyszedłem się przywitać i przedstawić, ale nie chciałem pana niepotrzebnie niepokoić. Dopiero dzisiaj...
Małgorzata spikowała wyjątkowo ostro i musieliśmy zanurkować głębiej w łopiany.
– Bestyjka – pokręcił głową Mistrz, cmokając z podziwem, po czym wrócił do tematu: – No więc dzisiaj wpadłem na pomysł nowej książki i stwierdziłem, że pan, jako człowiek inteligentny i wrażliwy, mógłby podać mi pomocną dłoń.
– To bardzo pochlebne, Mistrzu, ale myślę, że przecenia pan moje zdolności. Jestem zwykłym włóczęgą po snach, nikim więcej. Co do moich zdolności pisarskich... – machnąłem ręką.
Mistrz położył mi dłoń na ramieniu.
– Wiem, wiem jak to jest – powiedział ze współczuciem. – Niespełnione ambicje, niebosiężne marzenia, paląca szarość rzeczywistości.
– No właśnie...
– Ale to nic! – przerwał mi z entuzjazmem, szybko jednak ściszył głos i dodał prawie szeptem: – Właśnie pan jest doskonałą osobą, żeby pomóc w moim projekcie. To nie przypadek, że wpadliśmy na siebie tutaj, za podszewką rzeczywistości. Musi się pan zgodzić. Proszę.
– W takim razie...
– Dziękuję, dziękuję kochany! – wykrzyknął z wdzięcznością i ucałował mnie siarczyście w policzek.
Popatrzyłem z niepokojem w niebo, ale na szczęście Małgorzaty już nie było. Musiała zniknąć niezauważenie, kiedy rozmawiałem z jej mężem. Mistrz również dostrzegł nieobecność żony. Stanąwszy na nogi, otrzepał ubranie z trawy i błota. Następnie wskazał na płaski głaz na środku polany.
– Tam powinno nam być o wiele wygodniej – stwierdził i ruszył dziarskim krokiem. Podniosłem z trawy najwidoczniej zapomniane karty i zeszyt, po czym pobiegłem za nim, potknąwszy się po drodze o wystający korzeń. Mistrz usiadł przy kamieniu, który mógł śmiało służyć jako stół.
Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem, że w jego aurze nastąpiły pewne zmiany. Zniknęła gdzieś skromność i roztargnienie. Już nie patrzyłem na roztrzepanego, starszego pana, ale na prawdziwego mistrza. Pokazał, żebym usiadł na trawie, naprzeciwko.
– Zanim zaczniemy, musimy porozmawiać o tej historii.
– O jakiej historii? – zdziwiłem się.
– No właśnie o tej.
– Coś z nią nie tak?
– Sam zobacz.
(Nie zaskoczyło mnie to nagłe przejście na „ty”. Miły staruszek był już przeszłością).
Przejrzałem zapisane strony. Nic.
– Nic?
– Nie mam pojęcia, o co chodzi.
Westchnął, kiwając z dezaprobatą głową.
– Literatura musi mieć smak, zapach, dotyk, kolor. Musi też zaskakiwać, porywać umysł czytelnika, przyciągać jego uwagę. Zgadzasz się?
Przytaknąłem.
– Zacząłeś dobrze. W pierwszym zdaniu wprowadziłeś piękną, nagą dziewczynę, latającą na miotle. W drugim zaatakowałeś zmysły czytelnika: zieleń łopianów, bagienne zapachy, kobiecy śmiech, zadarty nosek. Zaraz później lekki niepokój; dziewczyna się nie pojawia, wracasz do domu za pomocą fantastyczno–naukowej dewizy, przeżywasz męki zazdrości.
Opuściłem oczy.
– Po prostu świetne, wciągające i tak ma właśnie być - podsumował.
Poczułem się mile połechtany.
– Dziękuję.
Mistrz popatrzył surowo.
– Niestety – jego głos zawisł znacząco w powietrzu. – Potem była to już równia pochyła.
Ta uwaga zabolała.
– Przede wszystkim suche dialogi. Chłopcze, jesteśmy dwiema różnymi osobami. Nie możemy mówić tak samo. To już nie jest literatura, ale marny scenariusz brazylijskiego serialu. Po drugie: twoje charaktery są niespójne i płytkie. Raz jestem roztrzepanym staruszkiem...
– Nie napisałem „staruszkiem”, ale „starszym panem”!
– Potatoes, patatas, jak zwał tak zwał. Zaraz później jestem aroganckim, władczym guru, który zajmuje się krytyką literacką. Po prostu mi to zgrzyta.
Po kilku chwilach ciężkiej ciszy Mistrz zapytał:
– Czy ty w ogóle wiesz, gdzie idziesz z tą historią?

Rozejrzałem się dookoła, szukając ratunku. Rechotały żaby, a świerszcze grały na skrzypcach (tak, jak wtedy, gdy byłem dzieckiem). Czarna ściana lasu falowała powoli i majestatycznie. W oddali kołysały się też łopiany. Przez chwilę, zagubiony już w tym wszystkim, zastanawiałem się, czy przypadkiem to nie ja nimi poruszam, obserwując z ukrycia całą tę scenę. Zwróciłem w stronę Mistrza zrezygnowaną twarz.
– Nie mam pojęcia, co z tym zrobić.
– Prawdziwa mądrość zaczyna się od uświadomienia sobie własnej ignorancji – skomentował z uśmiechem i przetasował talię tarota. Następnie wyciągnął ją do mnie.
– Wybierz trzy karty.

Zamknąłem oczy i, przywołując Duszę Wszechświata, spełniłem polecenie Mistrza. Trójka kijów, siódemka kijów i Mag. Na pierwszej karcie półnagi młodzieniec z lirą stoi między drzewami i obserwuje coś poza kadrem, w oddali. Druga przedstawia skupionego wojownika, broniącego się przed skierowanymi w niego ostrymi włóczniami. Karta Maga pokazuje brodatego mędrca, oświetlonego blaskiem lampy. Przed nim leży wielka księga.

W pierwszej i drugiej karcie bez trudu rozpoznałem siebie, z trzeciej patrzyło na mnie starsze odbicie Mistrza. Spojrzałem bezradnie na karty i podniosłem oczy, czekając na pomoc.

– Nie da się ukryć, że karty opowiedziały nam właśnie to spotkanie – powiedział wreszcie, ciągle studiując ilustracje. – Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy zgadnąć, na co gapi się młodzieniec – mrugnął do mnie zawadiacko. – Zakładam, że siódemka kijów opowiada o tym, co czujesz przez ostatnią godzinę, próbując odnaleźć się w dziwacznej sytuacji. Co do Maga, to myślę, że doskonale uchwyciłeś obecną chwilę, choć ponownie dodałeś mi trochę lat – dodał z przekąsem.

– Co dalej? – spytałem.
– Powiedzmy, że była to rozgrzewka. Spróbujmy jednak wyjść poza „tu” i „teraz”. Poszukajmy nowych opowieści, których jeszcze nikt nie opowiedział. Niech ta piękna noc stanie się matką nowych Hamletów, Frankensteinów i Wilków Stepowych. Znajdźmy nowe Domy Usherów, Atlantydy i Hobbitony, niech karty zatańczą na Umrzyka Skrzyni, a Dzieci Kapitana Granta niech walczą na proce z Chłopcami z Placu Broni. Niech Fox Mulder ma romans z Gnijącą Panną Młodą, a później niech wspólnie uciekną do Saragossy, gdzie znajdzie ich szukająca zemsty Scully... – Mistrz przerwał, jakby zdając sobie sprawę, że przesadził. Popatrzył niepewnie.
– W każdym razie, wiesz co mam na myśli?
– Chyba tak.
– No to do dzieła – powiedział i po raz kolejny wyciągnął do mnie tarota.
– Tak jak ostatnio? – spytałem. Potwierdził skinięciem głowy. Znów wyciągnąłem trzy karty.

Opowieść o skradzionej miłości

Zawiał gorący wiatr. Dobiegły mnie dźwięki bębnów i gitary. Trzymając nieodsłonięte jeszcze karty w dłoni zdałem sobie sprawę, że Mistrz jest teraz starym murzynem, z długimi dredami, bez koszulki i w słomkowym kapeluszu. Pociągnął z grubego jak cygaro skręta, po czym podał mi go, wciąż przytrzymując w płucach dym, uśmiechając się równocześnie mięsistymi wargami. Brakowało mu jedynki. Przyjąłem poczęstunek. Słodki dym natychmiast uderzył do głowy. Dźwięki odległej muzyki nabrały głębi. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że świerki zamieniły się w palmy. Zamiast szumieć, zaczęły więc sucho szeleścić, tak jak to zwykle robią palmy. Parsknąłem śmiechem.

– „Tak jak to zwykle robią palmy” – powtórzyłem na głos. Nie mogłem powstrzymać chichotu.
– Good shit man, nie? – spytał rastaman.
– Całkiem niezłe – potwierdziłem z uznaniem.
– Te karty, zdaje się, są moje – wyciągnął rękę. Podałem mu je, ciągle się śmiejąc.
– Jak ci na imię? – spytałem, kiedy badał wyciągnięte karty. Podniósł oczy, których białka były żółtawobrązowe, poorane popękanymi żyłkami, a źrenice wielkie i czarne.
– Imię? Szybki jesteś. Na razie jednak zachowam je dla siebie. Pasuje?
– Czemu nie? – odpowiedziałem i znowu zaciągnąłem się marihuaną. – Jeśli o mnie chodzi, to mogę biegać za Białym Królikiem przez wszystkie strony tej historii.
Przy ostatnim słowie zakrztusiłem się dymem.
– W porządku, droga Alicjo, przejdźmy zatem do opowieści.

Nagle, nie wiem dlaczego, przestało mi być zabawnie. Muzyka bębnów nabrała złowieszczych tonów, kojarząc mi się z orkiestrą ludożerców, a odgłos palmowych liści zabrzmiał jak szelest ślubnej sukni zawieszonej na suchym szkielecie. Krew odpłynęła mi z głowy i poczułem mdłości. Murzyński Mistrz musiał to zauważyć, ponieważ zabrał ciągle żarzącego się skręta.
– Ty już lepiej nie pal. Oddychaj głęboko i spróbuj się zrelaksować – poradził.
Wciągnąłem głęboko powietrze, pachnące teraz oceanem, nie lasem. Poczułem, że powoli wracam do normalności.

Przez chwilę stary rastaman spoglądał na mnie z lekką drwiną.
– Jeśli ci już lepiej, pozwól że wreszcie zacznę.
Rzucił na kamień trzy karty. Kochankowie, Diabeł i Sprawiedliwość, która zrzuca ze skały demona. Bębny zagrały głośniej. W palmowym gaju zaskrzeczał złowrogo jakiś ptak. Przenikliwe oczy starego Rastamana wwierciły się w moją duszę. Kiedy usłyszałem cichy, ochrypły głos, nie wiedziałem, czy wyszedł z jego ust, czy to same karty dostroiły się do moich myśli i przemówiły językiem snów. Po chwili jednak przestałem rozróżniać jakiekolwiek słowa. Sam stałem się opowieścią...

*

Urodziłem się w wiosce Maroonów. Matka wybrała dla mnie imię Kamau. Moi rodzice, dziadkowie i ich dziadkowie byli wolnymi ludźmi, w świecie, gdzie czarny człowiek traktowany był gorzej niż bydło. Naszą wioskę, podobnie jak wiele innych, ukrytych w dżungli społeczności, stworzyli zbiegli niewolnicy, nie będący w stanie znieść bata i zniewolenia. Bakra nienawidził nas z całego serca, bo przypominaliśmy mu, że jesteśmy ludźmi. Dlatego biały człowiek, kiedy tylko mógł, próbował utrudnić życie mojemu ludowi, wysyłając do dżungli ludzi z karabinami oraz truciznami, które na lata zanieczyszczały nasze studnie.

Mimo wszystko moje dzieciństwo było szczęśliwe i jasne. Urodziłem się jako wolny człowiek i moja dusza nie zaznała nawet cienia upokorzenia i złamanej woli. Jako że nasza wioska była ukryta głęboko w dżungli, w dzieciństwie nigdy nie widziałem białego człowieka. Znałem go tylko z opowieści starych kobiet, kiedy próbowały napędzić stracha niegrzecznym chłopcom. Spędzałem dni na bieganiu po dżungli, dzikim śmiechem płosząc zwierzęta albo zbierając leśne owoce, którymi dzieliłem się później z moimi licznymi braćmi i siostrami.

Dziewczyna nazywała się Lateica. Jesteśmy ludźmi natury. Nigdy nie tracimy z oczu nici, która wiąże nas z duszą. Dlatego od początku wiedziałem, że moje serce należy do niej. Choć byłem małym chłopcem i ogień nie wypełnił jeszcze mojego ciała, wiedziałem, że to miłość. Tak samo ona kochała mnie. Spędzaliśmy całe dnie na dzikich gonitwach, czasami zapuszczając się tak daleko od naszej wioski, że nie wracaliśmy przed świtem. Rankiem poznawałem twardą rękę ojca, ale słodycz wspomnień, w których przemierzamy noc w świetle księżyca, nawołując się głosami ptaków i chowając przed złymi duchami, łagodziła silne razy, wymierzane przez ojcowską dłoń. On zresztą też robił to z miłości, jak więc mógłbym mieć za złe?

To, co na początku budziło śmiech i prowokowało żarty dorosłych, zostało wreszcie powszechnie zaakceptowane: Kamau i Lateica nigdy się nie rozstaną. Kiedy dorosną, starsi pobłogosławią ich, jako męża i żonę, a później liczne potomstwo wypełni wioskę nową energią, śmiechem i radością. To były beztroskie dni.

Kiedy osiągnęliśmy wiek, w którym lędźwie palą, jakby pokąsały je czerwone mrówki i niejeden sen przerywa gorąca powódź, rodzice postanowili, że nie wolno nas pozostawiać bez nadzoru. Od tamtego dnia mogliśmy widywać się jedynie w świetle dnia, w środku wioski, gdzie nigdy nie przestawały nas obserwować czujne oczy braci Lateici.



W wieku piętnastu lat była już prawdziwą kobietą, dumną księżniczką, godną córką swojej rasy. Jej wysmukła, kształtna figura wzbudzała podziw. Szerokie biodra odcinały się od smukłej talii, podobnie jak pełne, stojące wysoko piersi. Takie biodra mogły bez trudu dać narodziny dziesiątkom dzieci, a takie piersi mogły je wszystkie wykarmić. Uwielbiałem jej szeroki uśmiech, który odsłaniał białe, równe zęby. Duże, czarne oczy, czarniejsze jeszcze niż jej hebanowa skóra, potrafiły zmienić mnie w potulną owcę. Choć bardzo próbowałem to ukrywać, dobrze o tym wiedziała. Nigdy jednak nie wykorzystywała tego przeciwko mnie. Na cóż byłby jej mężczyzna, który jest jak owca? Lateica potrzebowała kogoś takiego jak ona sama – dumnego, niezależnego i dzikiego. Płonęła we mnie młoda krew i w tamtych dniach wznieciłem niejedną bójkę, żeby, jak kogut, szczycić się przed nią męskością.

Kochałem Lateicę i pożądałem jej coraz bardziej. Nie mogłem czekać dłużej, ale rodzice mówili, że jesteśmy za młodzi na ślub. Ogień w brzuchu palił coraz dotkliwiej. Gorąca nie łagodziły ani kolejne pojedynki, ani godziny samotnego ścigania się z wiatrem. Po tym jak ona patrzyła na mnie, wiedziałem, że czuje to samo.

Wreszcie nadszedł ten dzień. Na chwilę zniknęliśmy z zasięgu szpiegujących oczu i uszu. Powiedziałem jej, co czuję. Błagałem o spotkanie. Niech w nocy ucieknie z domu i niech pobiegnie do dżungli, nad jeziorko, gdzie zwykliśmy się bawić jako dzieci. Będę tam czekał.

Nic nie mówiła. Jej oczy lśniły, jakby odbijał się w nich ogień moich lędźwi. Kiedy skończyłem przedstawiać swój plan, uśmiechnęła się i pierwszy raz w życiu nadstawiła usta do pocałunku. Słyszałem, jak szybko oddycha i jak mocno bije jej serce. Nie zdążyłem przyjąć podarunku. Usłyszeliśmy głosy nawołujących braci. Lateica wyrwała się z moich objęć. Szepnęła: „Dziś w nocy” i uciekła.

Co wy, biali ludzie, wiecie o takiej miłości? Odgrodziliście się od swoich dusz, nawet od swoich ciał, nadaliście wszystkiemu nazwy, które ukradły rzeczom prawdziwe znaczenie. Widziałem waszą miłość, odwiedziłem wasze kraje i czuję tylko litość. Święconą kredą narysowaliście linię: po jednej stronie miłość duszy, po drugiej – pożądanie ciała. W swojej arogancji nie widzicie, że w ten sposób nie możecie teraz odczuwać ani jednego, ani drugiego. Błąkacie się po zimnych pokojach abstrakcyjnych słów, nie będących w stanie ogrzać serc, albo rzucacie się na samicę jak na przedmiot, wylewając z siebie zimne, bezpłodne nasienie. Dziwicie się potem, dlaczego wasze serce staje się coraz bardziej suche.

Tajemnica leży w harmonii ducha i ciała. Ukryta jest w dźwiękach zapomnianych snów, z czasów, kiedy nasza dusza zamieszkiwała ciała zwierząt, i jeszcze wcześniej, kiedy mieszkaliśmy w pałacach bogów. Bo tylko zwierzęta, bogowie i czarni ludzie żyją zgodnie ze swoją naturą.

Wtedy nie myślałem o tym w ten sposób. Byłem pijany pożądaniem. Pobiegłem do lasu, powtarzając sobie jej ostatnie słowa: „Dziś w nocy”. Choć dzień był jeszcze w pełni, zjawiłem się na miejscu schadzki i usiadłem w zaroślach, niedaleko jeziorka.

Nie wiem, jak długo czekałem i nie wiem, kiedy zmorzył mnie sen. Nie był to sen, jakiego doświadczałem co noc, ale raczej ciężka, żelazna zasłona, przez którą nie było w stanie przebić się ani jedno marzenie, ani jedna myśl.

Przebudzenie było jak podniesienie czarnej kurtyny. Otworzyłem oczy. Nad głową, pomiędzy liśćmi zobaczyłem gwiazdy. Czy to już noc? Zerwałem się na nogi i odwróciłem w stronę jeziora.

To, co ujrzałem, zmroziło mi serce. W piasku, na brzegu, wiły się dwa ciała. W świetle księżyca dostrzegłem pot lśniący na skórze. Usłyszałem jęki. Chciałem pobiec na pomoc Lateice, którą, jak się domyśliłem, zaatakował jakiś złoczyńca. Niestety, nie mogłem uczynić najdrobniejszego ruchu. Nie wiem, czy to moja wola została sparaliżowana, czy moje ciało, ale byłem niczym kłoda drewna: martwy i sztywny.

Ach, ile bym dał, żeby moje oczy też były wtedy martwe! Patrząc bezsilnie na walczące postacie, ujrzałem twarz Lateici. Nie była to twarz skręcona bólem i zmaganiem, ale rozkoszą. Nagle zrozumiałem, co oznaczały jęki. Nie były to odgłosy cierpienia, o nie!

Walczyłem z opinającymi ciało niewidzialnymi więzami. Szarpałem się jak zając złapany we wnyki, wyjąc bezgłośnie, nie będąc w stanie zamknąć oczu. Teraz jednak myślę, że nawet gdybym mógł, nie oderwałbym wzroku od tamtej sceny. Lateica wiła się z rozkoszy, drapiąc spocone plecy nieznajomego, pod którego skórą tańczyły stalowe muskuły. Na każdy ruch odpowiadała uległym jękiem i poruszeniem bioder.

Nie wiem, ile to trwało, ale tamtej nocy wiele razy przeszedłem na stronę szaleństwa. Choć jakaś część mnie chciała tam zostać, uciekając w ten sposób przed bólem, to gniew był silniejszy niż tchórzostwo; byłem w końcu prawdziwym dzieckiem mojej ziemi. Zrozumiałem wtedy, że nienawiść potrafi być bardziej paląca niż miłość.

W końcu porzuciłem walkę i z dzikim skupieniem wzbiłem wzrok w kopulującą parę. Chciałem zobaczyć twarz mężczyzny. Chciałem ją zapamiętać, a później zabić tego, kto ją nosił. Nigdy wcześniej nie byłem tak bardzo żądny czyjejś śmierci.

Wreszcie miłosny pojedynek dobiegł końca. Lateica, po godzinach rozkoszy, zapadła w sen. Nieznajomy mężczyzna stanął na nogi. Był wysoki i harmonijnie zbudowany. Ciągle nie widziałem twarzy. „Odwróć się, odwróć się”, powtarzałem w myślach, niby zaklęcie. Wtem, niczym sztukmistrz pokazujący ostatni fragment magicznego triku, złożył ukłon niewidocznej publiczności i popatrzył w moją stronę.

To byłem ja. Mężczyzna, który przywłaszczył sobie moją kobietę, ukradł też mój wygląd. Powoli ruszył w moim kierunku. Kiedy stanął przede mną, przysunął swoją twarz do mojej i zaśmiał się drwiąco.

– Odwaliłem za ciebie najcięższą robotę, Kamau – powiedział. – Mam nadzieję, że jesteś mi wdzięczny.
Patrzyłem mu w oczy. Byłem czystą nienawiścią.
– Jeśli jednak znów kiedyś będziesz chciał sobie uciąć drzemkę, zamiast dogodzić samicy, przywołaj moje imię. Zawsze możesz na mnie liczyć.
Sobowtór skłonił głowę i odszedł. Kiedy zniknął w zaroślach, paraliżujące mnie zaklęcie przestało działać. Upadłem na kolana. Zawyłem. Mój głos zabrzmiał jak skowyt oszalałego z bólu zwierzęcia:
– Jakie jest twoje imię?!! Powiedz mi swoje imię!
Odpowiedział szyderczy śmiech. Po chwili, jakby płynący z innego świata głos dodał:
– Anansi. Nazywają mnie Anansi.

Wiedziałem, że nie uda mi się go doścignąć. Jak mógłbym złapać Anansiego, boga–pająka, mistrza kłamstwa? Zaszlochałem z bezsilności. Podszedłem do śpiącej Lateici. Oddychała równo, a jej śpiącą twarz ozdabiał uśmiech. Ziarnka piasku przykleiły się do spoconej skóry. Na udach dostrzegłem kilka rozmazanych kropel krwi. Dotknąłem jej ramienia. Westchnęła przez sen i położyła swoją dłoń na mojej. Nagle zesztywniała i otworzyła powieki. Wbiła we mnie wzrok, który był lśniący i zimny niczym stalowy nóż. Moje oczy, skierowane na nią, były tak samo zimne i obojętne. Cofnąłem powoli rękę. Zrozumiałem, że tak patrzą na siebie obcy ludzie. Anansi ukradł nie tylko jej ciało; skradł również naszą miłość.

Zostawiłem ją tam, w lesie i zacząłem biec. Nigdy jeszcze tak nie biegłem. Moje płuca, podobnie jak serce, były niczym metalowe maszyny białego człowieka: silne i niezawodne. Moje nogi niosły mnie przez dżunglę, wzgórza i rzeki. Nie myślałem, nie czułem. Mełłem tylko w ustach jedno słowo: Anansi. Wreszcie, zmęczony, zatrzymałem się i położyłem tam, gdzie stałem. Natychmiast zapadłem w sen.

Znalazłem się w wielkim domu. Nigdy wcześniej nie widziałem tak wielkiego budynku. Dopiero później, kiedy poznałem świat i zobaczyłem pałace hinduskich radżów oraz europejskich królów, mogłem powiedzieć, że znalazłem coś, co można było porównać do pałacu z mego snu. Jednakże nigdy nie natknąłem się na nic, co dorównywałoby jego ogromowi i przepychowi. Kopulaste sufity pokoi ginęły wysoko w chmurach. Gigantyczne witraże pokazywały ruchome sceny z legend ludzi i bogów, a przez okna, które były ich pozbawione, widziałem planety i gwiazdy. Pośród nich na pojazdach z kwiatów krążyły piękne anioły i upiorne demony. Słyszałem dźwięki niebiańskiej muzyki, piękniejszej niż wszystko, czego wcześniej doznałem w swoim życiu i piękniejszej niż wszystko, czego doświadczyłem później. Mam nadzieję, że kiedy nadejdzie mój czas i dobry Jah zabierze mnie do Swojego królestwa, będę mógł Go o coś poprosić. Jeśli się zgodzi, poproszę Go o to, żebym jeszcze raz mógł usłyszeć tamtą melodię.

Piękno i niezwykłość tego miejsca nie ugasiły jednak mojej nienawiści. Z nadzieją patrzyłem dookoła. Być może we śnie trafiłem do domu Anansiego?

Nagle kogoś zobaczyłem. W kącie komnaty siedział na drewnianym, nie pasującym do całości, skromnym krześle, mężczyzna. Był czarny jak ja, ale w jakiś sposób wiedziałem, że jest ponad kolorami skóry i tak naprawdę ponad wszystkim, co mogłem sobie wyobrazić. Choć siedział przygarbiony, widziałem, jaki jest wysoki. Ubrany był w czarny płaszcz i proste, czarne spodnie. Kiedy go dostrzegłem, jego głowa była pochylona, nie mogłem więc zobaczyć twarzy, tym bardziej, że czarne, długie włosy tworzyły gęstą zasłonę.

Nie czułem strachu. Przez chwilę myślałem, że to Anansi odpoczywający w zaciszu swojego domu, w krainie bogów. Zacząłem powoli iść w jego stronę, pochylony, wstrzymując oddech, jak zwykłem robić, gdy polowałem z nożem na dziki. Nie miałem żadnej broni. Miałem swoją nienawiść i to mi wystarczyło. Wtem mężczyzna podniósł głowę. Zrozumiałem swoją pomyłkę.

Kiedy wcześniej spojrzałem w oczy Anansiego, widziałem, że nie jest człowiekiem, ale istotą starszą niż nasza wioska. Gdy zobaczyłem oczy tego mężczyzny, poczułem że spadam w otchłań, że pochłaniają mnie eony lat, nieskończoność czasu i przestrzeni. Zobaczyłem w nich gwiazdy. Zrozumiałem, że jest starszy niż niebo, starszy nawet niż bogowie. Może był to jeden z pierwszych synów Jah? Nie wystraszyłem się jednak, o nie. Nigdy nie musiałem chylić przed nikim czoła. Nie wiedziałem, kim jest, ale zdawałem sobie sprawę, że jego moc przewyższa moc Anansiego, oszukańczego boga–pająka.



– Czy możesz mi pomóc? – spytałem.
– A ile jesteś gotowy poświęcić? – odpowiedział cichym głosem.
– Poświęcić? A czy zostało mi jeszcze coś, co mógłbym poświęcić?
Mężczyzna w czerni wstał i było to jakby wstał sam Zmierzch.
– Nie spytasz mnie nawet o imię, śmiertelniku? Czy dobre wychowanie wśród ludzi jest już przeszłością?
Moje serce pozostało mężne.
– Nie znalazłem się tutaj z własnej woli, nie prosiłem o gościnę. Jeśli chcesz powiedzieć, kim jesteś, to twoja sprawa.
– Czyżby? – Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem. Widziałem, że popatrzył na mnie inaczej. Rozpoznał dumną krew.
– Dobrze więc, śmiertelniku – powiedział, nie przestając się uśmiechać. – Powiem ci moje imię. Jestem władcą snów. Kiedyś ludzie w krainie filozofów, mędrców i dobrego wina nazywali mnie Morfeuszem. W górzystej Szkocji surowi Celtowie nazwali mnie Angusem, a na kontynencie twoich przodków wołano mnie imieniem Eyengui. Tak naprawdę mam tyle imion, ile jest planet i krain, które na nich leżą.
– Jakiego imienia sam używasz? – zapytałem.
– Możesz nazywać mnie Sandmanem.
Potrafiłem docenić jego gest. Skłoniłem głowę.
– Mnie nazywają Kamau.- Choć nie było to łatwe, znów spojrzałem mu w oczy. – Pomóż mi znaleźć Anansiego.
– Na cóż śmiertelnik poszukuje boga?
– Nie szukam boga. Szukam złodzieja, którego chcę ukarać.
– Co takiego skradł ci Anansi?
– Miłość, która była moim jedynym skarbem.
– Co zrobisz, kiedy go znajdziesz?
– Zabiję go i odbiorę to, co ukradł.
– Zabijesz boga? – Sandman zaśmiał się drwiąco. – Jak chcesz to zrobić?
– Mój gniew silniejszy jest niż boskie moce. Doznałem niesprawiedliwości i wierzę, że łaska Jah jest ze mną.
Nie opuszczałem wzroku, choć wiedziałem, że jeśli trochę dłużej będę patrzył w dwie studnie jego oczu, mój umysł zagubi się na zawsze pośród bezdroży snów.
– Dobrze więc. Pomogę ci, choć nie przeceniaj moich możliwości. Mogę dać ci jedynie informację. To, co chcesz uczynić, musi być w pełni twoim dziełem.
Czy żebrak może odmówić jałmużny? Skinąłem głową.
– Jedź do Londynu. Tam znajdziesz swojego wroga.
– Londynu? – spytałem zaskoczony. – Dlaczego Anansi miałby mieszkać w krainie białego człowieka? Czy nie jest to nasz bóg, którego moi przodkowie przywieźli z Afryki?
– Świat jest o wiele bardziej złożony, niż ci się wydaje, Kamau – powiedział bóg snów i usłyszałem w jego głosie miękkość. Czy jednak mogłem mu ufać? Choć byłem pełen wątpliwości, nie miałem wyjścia. Musiałem uwierzyć jego słowom. Rozejrzałem się za wyjściem, niecierpliwy, by rozpocząć podróż.
– Widzę, że jesteś kąpany w gorącej wodzie, mój mały Kamau.
– Pokaż mi wyjście z tego miejsca.
– Dobrze więc – powiedział. Upadłem na chłodną posadzkę.
– Pamiętaj to, co teraz powiem, śmiertelniku. Anansi jest również moim wrogiem. Tak jak ty, pragnę jego śmierci. Niestety, on o tym wie i nigdy nie odwiedzi mojej krainy, mnie natomiast prawo zakazuje zabijania w miejscach innych niż moje królestwo. Tylko dlatego zaprosiłem cię tutaj i ofiarowałem pomoc. Od teraz jednak jesteś sam.
Jego głos zaczął rozpływać się w ciemności, w której zatonął również mój umysł. Zdążyłem jeszcze zaśmiać się w duchu. Czy naprawdę znalazłem pomoc? Czy może stałem się właśnie pionkiem w grze bogów?

Kiedy się obudziłem, nie wątpiłem, że moje spotkanie z bogiem snów było prawdziwe. Nie dlatego, że niczym nasze stare kobiety, wierzyłem w każdą zjawę czy sen, ale nie miałem niczego innego, co nadałoby mi kierunek.

Tego dnia rozpocząłem podróż. Ruszyłem do Kingston. Nie była to łatwa droga. Czarny, młody, zdolny do pracy mężczyzna wzbudzał zainteresowanie. Drogi pełne były bezlitosnych łowców zbiegłych niewolników. To wtedy, w drodze do Kingston, zabiłem pierwszego człowieka. Nie białego, ale czarnego brata, który zaprzedał duszę diabłu i chciał zaprowadzić mnie do białego pana. Miotał się niczym ryba, kiedy zaciskałem dłonie na jego szyi. Czułem, jak ucieka z niego życie. Nie miałem litości. Być może Anansi ukradł z mojej duszy coś więcej niż miłość. Może to jednak ja sam, z własnej woli stałem się ślepcem. Ta śmierć była pierwszą z wielu.

Nie będę opisywał całej drogi. Powiem tylko, że była ona długa, pełna przemocy i krwi. Zaciągnąłem się na statek korsarzy. Tylko w ten sposób taki nigger jak ja mógł opuścić Jamajkę. Płynęliśmy od lądu do lądu, mordując, kradnąc i gwałcąc (a w każdej, krzyczącej ze strachem i nienawiścią kobiecie, w którą wchodziłem, widziałem Lateicę). Moja dusza stała się czarna jak morze w środku nocy. Nie dbałem jednak o to. Chciałem jedynie krwi. Chciałem znaleźć Anansiego.



Mijały lata. Nasze statki zawijały do każdego zakątka ziemi, a gdziekolwiek ludzie widzieli nasze żagle, wkrótce rozbrzmiewały krzyki rozpaczy i płacz. Ciągle jednak nie zbliżałem się do angielskiej ziemi, gdzie, jak obiecał mi bóg snów, miałem znaleźć Anansiego. Flota królewska była zbyt silna, żeby móc zbliżyć się do brzegów Anglii. Gdziekolwiek jednak płynęliśmy, moje oczy zawsze skierowane były w jej kierunku.

Pewnego razu przypłynęliśmy w pobliże kraju, o dotarciu do którego marzyłem. Na horyzoncie wypatrzyliśmy bandery angielskiej floty. Mój kapitan popatrzył przez chwilę na las masztów. Wreszcie odwrócił się do nas, nakazując odwrót. Bez wahania wyciągnąłem nóż i wbiłem go głęboko w jego serce. Gorąca krew zalała zaciśniętą na nożu pięść. Skoczyłem za burtę. Jah ocalił mnie od kul współtowarzyszy. Dopłynąłem do angielskiego statku i powiedziałem, co uczyniłem. Skłamałem, że jestem już zmęczony korsarstwem i od teraz chcę służyć królowi Anglii. Słysząc te słowa, biali oficerowie wybuchnęli śmiechem, a prości marynarze zawtórowali im głośno. Zapędzili mnie do ładowni, pełnej czarnych niewolników.

– Chcesz służyć królowi Anglii? – zapytał drwiąco pierwszy oficer statku i wręczył mi bat.
– Niech szczury pilnują szczurów – usłyszałem jeszcze, jak zażartował do marynarzy. Odpowiedzieli wstrętnym rechotem.

Nienawidziłem białego człowieka za to, do czego mnie zmusił, ale jeszcze bardziej nienawidziłem Anansiego. Nie szczędziłem więc bata i wkrótce czarni bracia nienawidzili mnie bardziej niż Anglików, choć wcale nie przerastałem ich w okrucieństwie.

Nasz statek nie zawijał nigdy do brzegów Anglii. Brytyjskie prawo głosiło, że na angielskiej ziemi nie może postać noga zniewolonego człowieka. Kursowaliśmy więc pomiędzy Afryką a Ameryką i Karaibami. Angielski król dostawał swój udział z każdego sprzedanego niewolnika.
Znów minęło kilka lat. Moje serce stało się jeszcze czarniejsze, tak czarne jak pustka nocy, gdy na niebie nie widać gwiazd. Jedna tylko myśl prowadziła mnie wtedy: Anansi. A kiedy chwiała się moja determinacja, przypominałem sobie zimne oczy Lateici i krew na jej spoconych udach. Te myśli dodawały mi sił i rozpalały nienawiść na nowo.

Wreszcie, któregoś lata, nasz statek wezwano do Anglii, by pomóc w nadchodzącej wojnie. Dowódca pozwolił mi zostać w załodze i służyć jako sprzątacz i pomocnik. Kiedy dobiliśmy do Bristolu, pierwszej nocy uciekłem na ląd. Ruszyłem do Londynu.

Droga zajęła wiele dni. Choć podobno stąpałem po ziemi wolnych ludzi, wkrótce zrozumiałem, jakie to oszustwo. Czarny człowiek nigdy nie będzie wolny na ziemi białych gospodarzy.

Nie spotkałem po drodze ani jednej dobrej duszy. Cierpiałem głód i poniżenie. Choć byłem zmęczony zabijaniem, to znów wyciągnąłem nóż i wziąłem sobie pożywienie, trunek i kobiece ciało. Nie potrafiłem jednak ugasić pragnienia serca. Chciałem tylko jednej rzeczy: spotkać Anansiego. Teraz, po latach, znalazłem się wreszcie u celu.

Londyn był ogromy, brudny i zły. Myślę, że był nawet gorszy od statku, na którym spędziłem kilka ostatnich lat. Tam przynajmniej panowały jakieś prawa i biali oficerowie uznali mnie w końcu za członka załogi. W Londynie nie rządziło żadne prawo, oprócz prawa silniejszego i bogatszego. A czarny człowiek był na samym dole drabiny.

Nie martwiło mnie to jednak. Przecież byłem tam, gdzie kiedyś skierował mnie bóg snów, choć nie wiedziałem już teraz, czy nasze spotkanie nie było tylko ulotną wizją cierpiącego umysłu. Czy miałem jednakże jakieś wyjście? Do czego miałbym wracać? Nienawiść była wszystkim, co posiadałem.

Włóczyłem się po ulicach Londynu, żyjąc z tego, co ukradłem, nie zwracając uwagi na przelaną krew i cierpienie, jakie sprawiałem innym. Każdego dnia spędzałem godziny na cuchnących i wilgotnych ulicach miasta, badając twarze przechodniów. Kiedy któryś dostrzegał mój wzrok, szybko odwracał głowę, próbując otrząsnąć się ze strachu, jaki wzbudziły w nim moje zimne oczy.

Nie pamiętam, ile spędziłem tam czasu. Być może kilka miesięcy, być może kilka lat. Londyn wysysał ze mnie życie szybciej niż morze.

Któregoś dnia spełniły się moje marzenia. Spacerując po ulicy, spotkałem Anansiego. Chociaż był teraz biały i choć nigdy nie widziałem go w prawdziwej postaci, rozpoznałem jego spojrzenie: wiekowe i złośliwe. Choć z pewnością zobaczył wlepione w siebie oczy, nie rozpoznał mnie. Miałem już prawie czterdzieści lat. Grzeszne życie korsarza i bandyty odcisnęło swoje piętno, wyglądałem więc na więcej. Jego wzrok spłynął obojętnie po mojej twarzy i Anansi, bóg–pająk, poszedł w swoją stronę. Bez wahania ruszyłem jego śladem. Dopóki szliśmy po dzielnicy biedoty, nie było problemu, ale kiedy zaczęliśmy mijać czyste ulice oraz parki białej i bogatej części Londynu, coraz trudniej było mi ukryć się w tłumie.

Kiedy zobaczyłem, że Anansi podchodzi do drzwi jednego z bogatych domów, zawołałem jego imię.

Odwrócił się lekko zdziwiony i zawrócił, żeby zobaczyć kim jestem. To prawda, wyglądał jak człowiek, ale ja byłem w stanie widzieć to, co ukrywało jego wnętrze. Może dlatego, że moja dusza stała się tak zła jak jego? Kiedy stanął naprzeciwko, zajrzał mi w oczy. Znów, tak jak tamtej nocy, wiele lat temu, poczułem paraliżujące więzy. Macki jego spojrzenia weszły w moją duszę i odczytały wspomnienia. Wreszcie szeroki uśmiech wykrzywił mu usta.

– Kamau? Co za niespodzianka! – zawołał i objął mnie w imitacji serdeczności. Kilku przechodniów popatrzyło na nas podejrzliwie. Dlaczego ten biały gentelman z taką przyjaźnią obejmuje czarnego, obdartego bandulu?
Zbliżył usta do mojego ucha.
– Czyżbyś znów potrzebował pomocy przy rżnięciu tej małej kurwy? Nie potrafiłeś jednak zmieścić się w moich butach? – szepnął.
– Nie jest łatwo mi dorównać, wiem – dodał głośno – ale jestem pewien, że ta mała z pewnością podzieliła się z tobą kilkoma sztuczkami, których ją nauczyłem.
– Walcz ze mną, tchórzu – wykrztusiłem z trudnością, próbując zrzucić magiczne więzy.
Anansi gwizdnął z udawanym podziwem.
– Muszę przyznać, że ten czarnuch to twarda bestia. To lubię.
Nagle poczułem, że znów jestem wolny. Niewiele myśląc, wyciągnąłem ukryty za pasem nóż i wbiłem w pierś Anansiego. Nawet nie drgnął.
– Naprawdę myślałeś, głupcze, że to takie proste? Że znajdziesz mnie i wbijesz w serce nóż, jak jakiemuś pierwszemu lepszemu przechodniowi, któremu kradniesz portfel? – parsknął. Nóż z brzękiem spadł na ulicę.
– Musisz wiedzieć, że boga nigdy nie można zabić w jego przybranej postaci, a tylko głupi bóg przechadza się, tak jak go Bóg stworzył – zachichotał, zadowolony z dowcipu.
Choć plan zawiódł, zobaczyłem jednak, że zmienił się lekko wyraz jego twarzy. Czyżbym dostrzegł odrobinę podziwu? Czy może było to częścią kolejnej, oszukańczej intrygi?
– Czego ty ode mnie oczekujesz, Kamau?
– Zabrałeś mi coś cennego. Chcę to odzyskać.
– Masz na myśli tak zwaną miłość, pomiędzy tobą i tą czarnulą? Jak jej było...
– Lateica.
– A tak, Lateica, pamiętam – westchnął z udawanym rozmarzeniem.
Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu, jakby ważąc jakiś pomysł.
– Co powiesz na układ, Kamau?
– Układ? Dlaczego miałbym ci ufać?
– Choć, jak już pewnie wiesz, nie jestem przykładem uczciwości – mówiąc to mrugnął ironicznie – to nawet bogowie muszą przestrzegać pewnych praw. Jednym z nich jest bezwzględny nakaz dotrzymania słowa danego śmiertelnikowi.
– Co proponujesz?
– Nie tutaj. Już i tak wzbudzamy sensację. Nawet na wolnej ziemi czarnuch nie powinien podchodzić za blisko do domu swojego władcy – zarechotał i wskazał palcem na pobliski Pałac Buckingham.

Była wiosna. Park oczarowywał przechodniów zielenią drzew i krzewów, których urok podkreślały dodatkowo klomby róż. Wiatr przyniósł zapach świeżo skoszonej trawy i dźwięk dziecięcego śmiechu. Spoglądając na plecy idącego przede mną Anansiego, uświadomiłem sobie, że pierwszy raz, odkąd opuściłem wioskę, nie czułem nienawiści. Dlaczego? Czyżbym zrozumiał, że cały ten czas byłem tylko pionkiem, wciągniętym do gry przez wyższe siły? Że moja zemsta nie była wcale moją? A może zdałem sobie sprawę, że nie mogę zabić Anansiego, przez co cała moja wyprawa była pomyłką?

Weszliśmy głębiej w park, który zaczął pustoszeć, choć przecież był to środek słonecznego dnia. Jakaś siła pchała ludzi do wyjścia. Widziałem, jak nie rozumiejąc swojego strachu, rozglądają się w oszołomieniu dookoła. Zamilkł wesoły gwar głosów. Ucichły nawet ptaki. Po chwili byliśmy sami.
Anansi zatrzymał się w, jak mi się wydawało, najciemniejszym zakątku.
– Tutaj powinno być dobrze – powiedział wesoło i usiadł na ławce. Wskazał miejsce obok siebie. – Siadaj, Kamau, przebyłeś długą drogę.
Odmówiłem ruchem ręki.
– Twoja sprawa – prychnął z urazą Anansi. – Przejdźmy więc do naszego układu. Co ty na to?
– Mów.
– „Mów”? Ha, ha, widzę, że nie złamało cię jeszcze życie, choć wiem, że musiałeś sporo ostatnio przejść. A to wszystko z powodu małej, czarnej dziwki. - Przerwał, czekając na reakcję. Nie odpowiedziałem. Rozczarowany, pokręcił głową.
– Dobrze więc, skoro chcesz, przejdźmy od razu do interesów. Mam taki stary zwyczaj, o którym być może słyszałeś. Moja propozycja jest bardzo jasna: zadam ci trzy zagadki. Jeśli odpowiesz, będziesz mógł poprosić, o co zechcesz. Będę zobligowany do spełnienia twojego życzenia i odzyskasz to, czego tak bardzo pragniesz. Jeśli jednak choć jedno z moich pytań pozostawisz bez odpowiedzi, zostaniesz moim niewolnikiem.
Słowo „niewolnik” zabolało jak cięcie nożem. Nigdy nie byłem niewolnikiem, nawet kiedy służyłem w angielskiej flocie, pilnując czarnych braci. Zawahałem się tylko przez sekundę.
– Dobrze więc, pytaj.
Anansi zaśmiał się tryumfalnie.
– Świetnie, lubię ludzi, którzy nie uciekają przed ryzykiem!
– Ty nie ryzykujesz?
– Ja? Jeszcze nigdy nie przegrałem.



Czy się bałem? Nie jestem pewny. Wiedziałem, że Anansi ma coś w zanadrzu. Coś, co nie pozwoli mi zwyciężyć. Dlaczego więc przystałem na jego propozycję? Wtedy myślałem, że pragnę wreszcie zakończyć tę historię, nawet jeśli miałaby ona oznaczać przegraną. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy lat, wierzę, że jakaś część mnie, przeczuwała, że bierze udział w większym planie.

– Gotowy? Tak? Więc zaczynajmy bez zwłoki... Pierwsze pytanie: „Ten, kto to wytwarza, nie potrzebuje tego, ten, kto to kupuje, nie będzie tego używał, ten kto będzie tego używał, nigdy tego nie zobaczy.”
Zdziwiłem się. Czyżby Anansi robił sobie kpiny? W mojej wiosce nawet dzieci znały tę zagadkę.
– Trumna.
– Brawo! – zaklaskał Anansi i ukłonił się w udawanym podziwie. – Wreszcie znalazłem godnego siebie przeciwnika. Gotowy na następne pytanie?
Skinąłem głową.
– Trzymam za ciebie kciuki, Kamau. Tak więc: „Mój ojciec ma studnię na podwórzu, którą może zmącić mały pyłek kurzu”. Co powiesz na to?
Teraz już byłem pewny, że Anansi bawi się ze mną. Ta zagadka również pochodziła z mojej wioski. Poczułem gniew.
– Oko – wyszeptałem.
– Prosimy zawodnika o wyraźne powtórzenie odpowiedzi – zawołał drwiąco.
– Oko – powtórzyłem głośniej.
– Coś niesamowitego. Anansiego ogarniają wątpliwości; czyżby miał go pokonać małowioskowy rogacz? – kpił bóg-pająk, wijąc się ze śmiechu na ławce.
– Zadaj mi ostatnie pytanie – powiedziałem cicho. Chciałem doprowadzić grę do końca.
– Chcesz ostatnie pytanie? – Anansi spoważniał. Wstał z ławki i przysunął swoją twarz do mojej. – Pożrę cię żywcem – syknął. Wiedziałem, że nie mówi tego w przenośni.
– W takim razie niech tak będzie. Może tym razem coś bardziej ambitnego... Słuchaj uważnie, Kamau: „Jest taki kraj, do którego wszyscy ludzie, zwierzęta i bogowie podróżują codziennie, by napić się wody życia, ale Anansi nie ma tam wstępu. Co to za miejsce?”
Jego oczy lśniły chciwością i złem. Widziałem jak szykuje się do skoku. Przez chwile wyglądał jak pająk, który ma właśnie zaatakować schwytaną w pajęczynę muchę. Był tak pewny wygranej, że nie zwrócił uwagi na moją ulgę.
– Ta kraina to Królestwo Snów, którego władcą jest Sandman.
Anansi zadrżał i z sykiem wypuścił powietrze. Przez chwilę panowała cisza. Wreszcie przemówił:
– Widzę, Kamau, że cię nie doceniałem. Zdaje się, że nie jestem jedynym bogiem, jakiego znasz, czyż nie?
Nie czekając na odpowiedź, dodał niechętnie i zimno:
– No cóż, mój chłopcze, udało ci się dokonać tego, czego pragnąłeś. Możesz wreszcie odzyskać miłość swojej kobiety.
– Wcale tego nie pragnę – odpowiedziałem, po czym zażądałem: – Chcę zobaczyć twoją prawdziwą postać.
W ostatniej sekundzie, kiedy Anansi ciągle miał jeszcze ludzką twarz, ujrzałem w niej strach. Po chwili, spod moich stóp próbował uciec tłusty, czarny pająk. Miękki odwłok pękł pod ciosem buta, jak odwłok każdego zwykłego pająka.

Otarłem podeszwę o trawę i usiadłem na ławce. Po chwili usłyszałem pierwsze głosy powracających przechodniów. Znów zaczęły śpiewać ptaki. Jeden ze spacerowiczów usiadł obok.
– Udało ci się, śmiertelniku. Dokonałeś swojej zemsty.
Rozpoznałem ten głos. Obok mnie siedział Sandman, w którego oczach mieszkają gwiazdy.
– Co teraz? – spytałem.
– Skąd mam wiedzieć? Wy, śmiertelnicy, kształtujecie sobie życie własnymi rękami, choć tak często próbujecie zrzucać swoje decyzje i ich skutki na bogów.
Zapadała cisza. Wzrok Sandmana ze smutkiem prześlizgiwał się po ludziach.
– Chciałem cię o coś spytać, Kamau, mogę?
Po raz pierwszy nie usłyszałem w jego głosie władczej nuty.
– Od kiedy to bóg potrzebuje pozwolenia śmiertelnika, żeby mówić?
– Nie mówię teraz jako bóg.
– W takim razie jako kto?
– Po prostu, ja... Dlaczego nie poprosiłeś Anansiego, żeby oddał ci uczucie do Lateici? Czyżby potrzeba zemsty była silniejsza niż miłość?
Zacząłem się śmiać. „Oto wielki Sandman, bóg snów” – zakpiłem w myślach.
– Nie rozumiem – powiedział cicho.
– Nie rozumiesz? Ty? – pokiwałem z niedowierzaniem głową. – Prawdziwej miłości nie można nikomu zabrać.
– Jak w takim razie Anansi...
– Najwidoczniej nie była to prawdziwa miłość.
Znów zamilkliśmy na chwilę.
– Czy teraz ja mogę cię o coś spytać, Sandmanie?
– Pytaj.
– Co Anansi zabrał tobie?
Spojrzał mi w oczy. Przez jedną chwilę nie widziałem boga, ale mężczyznę, jak ja.
– Właśnie uświadomiłeś mi, że nic.
– Aha...
W końcu bóg snów wstał z ociąganiem.
– Pójdę już.
– Idź.
Odszedł kilka kroków i stanął. Wiedziałem, że chce coś powiedzieć, wiedziałem nawet co, ale przemówiłem pierwszy.
– Tamtej nocy, nad jeziorem, kiedy czekałem na Lateicę, to nie Anansi zesłał na mnie sen, tak?
Jego plecy zgarbiły się trochę.
– Użyłeś mnie jako przynęty, żeby załatwić własne porachunki.
Nie odpowiedział.
– Jak na boga, to straszny z ciebie skurwysyn.
Sandman zadrżał i przez jedną, małą chwilę myślałem, że...
– Przepraszam – powiedział cicho i zniknął.

*

Bębny już dawno umilkły. Ucichł nawet wiatr. Otarłem łzę. Stary rastaman odchrząknął flegmę i splunął przez ramię.
– To już koniec? – spytałem.
– A co jeszcze byś chciał, mój chłopcze? To nie są „Piraci z Karaibów”. Przykro mi.
– No ale co stało się później? Co zrobiłeś? Wróciłeś do Lateici?
– Do Lateici? – prychnął. – Spałeś, czy co? Lateica kaput. Nigdy nie było prawdziwej miłości.
– Ale...
– Czy poczujesz się lepiej, jeśli powiem, że wróciłem na Jamajkę, do swojej wioski, gdzie znalazłem dobrą dziewczynę, która dała mi wiele dzieci?
– Czy tak naprawdę było?
– Mogło być... Mogę ci jednak powiedzieć na pewno jedną rzecz.
– Tak?
– Od tamtego dnia każdej nocy mam najpiękniejsze sny na świecie. Staremu draniowi zostało jednak trochę sumienia.
– Masz na myśli Morfeusza?
– No dobra, koniec pytań – uciął i wziąwszy do ręki talię tarota, wyciągnął jedną kartę.
– Ta jest specjalnie dla ciebie, białasku – powiedział teatralnie posępnym głosem i rzucił mi ją na kolana.
Z karty szczerzyła zęby biała czaszka.
– Co to znaczy?! – krzyknąłem, zrywając się na nogi.

*

– Spokojnie, młody człowieku, spokojnie – śmiejąc się, zawołał Mistrz. Po starym rastamanie nie było ani śladu. Zniknęły palmy, a zapach oceanu zamienił się z powrotem w zapach wilgotnego lasu.
– Spokojnie? – pokazałem na kartę. – Kamau powiedział, że ta jest specjalnie dla mnie!
– Hę? Kamau? A któż to taki? Czyżbyś się na chwilę zdrzemnął? No tak, drzemka w krainie snów musi być ekstra mocnym przeżyciem – powiedział, puszczając oko. – Co do karty, nie masz się czym martwić. Karta Śmierci nie oznacza, a przynajmniej nie musi oznaczać zakończenia życia (choć nie rozumiem, co byłoby w tym strasznego. Nie wydaje mi się, żeby śmierć była mniej przyjemna od snu, a nikt przecież nie robi w portki przed każdym pójściem do łóżka). W tarocie Śmierć oznacza jedynie koniec czegoś, koniec cyklu, etapu w życiu... koniec opowieści.
Mistrz zadumał się na chwilę.
– Wiesz, Pankracy, co jest najlepsze w zakończeniach?
Popatrzyłem pytająco.
– Po każdym zakończeniu zawsze przychodzi nowy początek.
Obróciłem w palcach kartę z kościotrupem. Skoro tak, to faktycznie nie ma się czego bać.
– Jesteś gotowy na nową historię? – zapytał Mistrz, pokazując mi ręką, żebym usiadł.
Skinąłem głową. Podał mi talię.
– Może tym razem spróbuj wyciągnąć coś lżejszego...


Sunday, 19 June 2011

Powoli do góry, na dwie nogi...



Powoli do góry, na dwie nogi...
(Kopenhaga)

Uff, to był ciężki miesiąc (a w sumie ciężkie trzy miesiące). Dochodzę do siebie małymi kroczkami, choć w pewnym momencie myślałem, że nie dam rady, że coś się we mnie połamało na dobre. Widać z wiekiem odporność na stres maleje, przynajmniej teraz wiem, że muszę być ostrożniejszy.

W skrócie – wpakowaliśmy się w długi, w mieszkaniu nie mogliśmy mieć zameldowania, nie mogliśmy załatwić papierów, właścicielka mieszkania okazała się osobowością niezbyt przyjemną, każda najdrobniejsza sprawa, próba załatwiania czegoś w urzędach spełzała na niczym, ale to naprawdę każda.

Po trzech miesiącach udało mi się wreszcie znaleźć nowe mieszkanie. Nie wiem, jak to wpłynęło na mnie, ale następnego dnia po znalezieniu nowego miejsca obudziłem się w okropnym stanie – nieopanowany niepokój, obcość, panika. Gdybym mógł to do czegoś porównać, to najbardziej przypominało to zły odlot po trawce, z tym, że zamiast trwać godzinę, czy dwie, trwało to prawie dwa tygodnie. Brrr, jeszcze teraz mam dreszcze i piszę o tym z niechęcią. Gdyby nie wsparcie Tani, to mogłoby być jeszcze gorzej...

W każdym bądź razie teraz jest lepiej. Codziennie ładuję się witaminami, dużo ruchu, unikam jak się da stresujących myśli, poza tym wreszcie udało nam się ruszyć z papierami, już prawie wszystko załatwione, nowe mieszkanie jest miłe, dzielimy je polską parą, z hiszpańską parą, z Włochem i Marokańczykiem, jest wesoło, ludnie, dobrze czasami czuć w domu obecność innych ludzi.

Za dwa tygodnie jedziemy do Polski w Sudety, spotkać się wreszcie ze Swamim, naszym duchowym przewodnikiem, którego do tej pory znamy tylko korespondencyjnie i teraz z niecierpliwością odliczamy dni.

To truizm, ale i tak powiem: życie nie jest łatwe, a czasami jest wręcz nie do zniesienia. Trzeba jednak wierzyć w głębszy sens. Czasami nic innego nie pozostaje, niż wbrew wszystkiemu przeć do przodu, bo przecież do tyłu nie da się iść, choćby się nawet chciało.

Thursday, 16 June 2011

Zły sen



Czarny rasta podał mi skręta. Wziąłem go między kciuk a palec wskazujący i zaciągnąłem się głęboko. Gęsty, wilgotny dym wypełnił mi nie tylko płuca, ale całe ciało, aż do samych stóp. Stałem się balonem nadętym odurzającą mgłą. Poczułem ciepło i wszechogarniającą słabość.

Rasta zaśmiał się ochryple i odwrócił do swoich przyjaciół, mrugając porozumiewawczo.
Siedzieliśmy w ciasnym, mrocznym barze. Drewniane, ciemnobrązowe od dymu i upływu czasu ściany sprawiały, że atmosfera była posępna i groźna. Nie wiedziałem ani gdzie jestem, ani kim są ci ludzie, przyglądający mi się z drwiną. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego siedzę tutaj z nimi, zamiast uciec do jakiegoś bezpiecznego i jasnego miejsca.

Spróbowałem wstać, ale silna ręka mojego towarzysza osadziła mnie na miejscu.
- Gdzie ci się tak śpieszy, man? Posiedź jeszcze z nami. Jest fajnie, nie? - powiedział. W pozornie niewinnych słowach usłyszałem groźbę. Rozejrzałem się dookoła i uświadomiłem sobie, że jestem jedynym białym w lokalu.

Lubię reggae, ale dźwięki sączącej się z głośników muzyki były zbyt agresywne i mroczne, żeby dodać mi otuchy. Po chwili byłem w stanie rozróżnić jej słowa. Mówiły o pustych pokojach, twarzach namalowanych cieniem, głupiej śmierci i gwałcie, długich lekcjach w dawno spalonej szkole, snach o różowych i jaskrawo-żółtych ciastach, upieczonych na czyjąś stypę.

Chciałem znaleźć się na zewnątrz, z daleka od tej chorej, koszmarnej piosenki, sam nie wiem, czy śpiewanej, czy szeptanej, ale z całą pewnością, nie pochodzącej z ust człowieka. Rasta podał mi jointa.
- Twoja kolej - w jego głosie znów zabrzmiała nutka groźby.
- Nie, dzięki stary, już mam dosyć. - Spróbowałem brzmieć jak najbardziej naturalnie i obojętnie, ale z ust wydobył się przerażony skrzek, który zdradził mój strach.
Rasta wcisnął mi skręta pomiędzy palce i znów odwrócił się do przyjaciół.
- Słyszeliście? Ma dosyć – zarechotał, po czym spojrzał mi głęboko w oczy. Miał czarne źrenice i żółte białka. Głośniki zachrypiały o tym, że śmierć pachnie lizolem i gównem, a miłość ma kolor zabrudzonego prześcieradła. Nie mogłem już słuchać tego monotonnego, martwego głosu.
Rasta, ciągle patrząc mi w oczy, wyszeptał:
- Zabajdurzyła cię twarz na suficie, w różowym kremie zgubiłeś siebie...
- Dobre - spróbowałem sztuczki z przytakiwaniem i fałszywym uśmiechem.
- Pamiętasz, jak w snach, próbowałeś wyłączyć telewizor, w którym mieszkał skrzat... - kontynuował.

Pot oblał mi twarz. "Czy drewno, z którego zbudowano ten pub, było kiedykolwiek żywe?" - pomyślałem, przyglądając się czarnym słojom widocznym na meblach i ścianach. Miałem jednak wrażenie, że tu gdzie jestem, nic, nigdy nie miało kontaktu ze słońcem i wiatrem.

- Za starymi magazynami, w kącie leżało dziecko. Wpatrywało się w stronę żywopłotu, gdzie kotłowały się szepty. Pamiętasz strużkę śliny na brodzie, gdy ze strachu zapomniałeś o przełykaniu?

- Dosyć! - Wstałem, wywracając stolik. Brzęk rozbijających się szklanek zabrzmiał głucho, jakby stłumiony grubą ścianą, ale wystarczyło to, żeby mnie otrzeźwić. - Wychodzę – powiedziałem i skierowałem się w stronę odległych drzwi. Wiedziałem, że nie wolno mi biec. Gdy zaczynasz biec, to tak, jakbyś jawnie uderzył kogoś w twarz. Idąc powoli, ciągle mogłem udawać, że wszystko jest w porządku, a wywrócony stolik, to tylko wypadek pijanego barowicza.

Chciałem znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, dziwnych, nieszczerych ludzi i piosenki, dotykającej tych regionów mojej duszy, które musiałem zakopać dawno temu, razem z ofiarami, popełnionych w snach, przypadkowych morderstw.

Wreszcie, gdy stanąłem przed samymi drzwiami i wyciągnąłem rękę w stronę matowej od tłuszczu i brudu klamki, odwróciłem się, żeby po raz ostatni spojrzeć na wnętrze baru. Zobaczyłem tępo wpatrzone we mnie puste krzesła, zakurzone szklanki i starą maszynę grającą, wylewającą z siebie reggae upiorów.

Jednym ruchem otworzyłem drzwi i wypadłem na zewnątrz. Przewróciwszy się o próg, upadłem na twarz. Natychmiast poderwałem się na nogi i dopiero teraz zacząłem biec, płacząc ze strachu i obrzydzenia.

Panowała noc. Biegłem po uliczkach obcego miasta, próbując zorientować się, gdzie jestem, ale nie byłem w stanie rozpoznać żadnego miejsca, żadnej ulicy, czy parku. Biegnąc, oglądałem się za siebie, drżąc przed pościgiem, a jedynym świadkiem mojej ucieczki był głuchy tupot butów (mych własnych).

Modliłem się o światło w jakimś oknie. Niestety miasto było martwe i ciemne. Przez chwilę chciałem schronić się w jednym z budynków. Zatrzymałem się przed drzwiami. Ze środka dobiegł mnie stłumiony dźwięk tej samej piosenki, którą słyszałem w barze.
Wreszcie zabudowania skończyły się, jakby miasto zostało ucięte nożem - stałem na plaży, oświetlonej bladym i mętnym blaskiem księżyca.

Przez chwilę poczułem ulgę. Już zamierzałem położyć się na piasku i wsłuchać w uspakajający szum morza, kiedy zauważyłem w tej scenie coś nienaturalnego.

Podszedłem trochę bliżej do linii wody, wypatrując załamań jej powierzchni, białej piany, czy ziarenek piasku, poruszanych uderzeniami fal. Morze było martwe, niczym ogromny zbiornik czarnego, nieruchomego oleju.

Poczułem zapach zwietrzałego paliwa i zapomnianych, nie lubianych potraw z najwcześniejszego dzieciństwa. Do tej pory wyparte z pamięci, teraz zaatakowały moje nozdrza zepsutym fetorem grysików, zimnej herbaty z mlekiem i żylastego mięsa, którym próbowały uszczęśliwiać mnie ogromne, tłuste, uśmiechnięte ciocie...

Zwymiotowałem na piasek. Co to za miejsce?! Czy można stąd uciec?

Od strony miasta doszedł mnie jakiś hałas. Umęczone serce znów mocniej zabiło. Wbiłem wzrok w ciemność. Wielki, ciemny kształt wynurzył się spomiędzy budynków. Długie macki sięgnęły w moją stronę...

Friday, 3 June 2011

Wynalazek Profesora T.Alenta




Wynalazek Profesora T.Alenta

Przetasowałem talię i wyciągnąłem kartę. Siódemka kijów. Siedmiu zbójów rzuca się na podróżnego.
Głośny huk. Wyrwane z zawiasów drzwi rozbiły lustro na korytarzu. Zamaskowane postacie w mundurach, z pałami, rozświetlone aurą praworządności, wbiegły, krzycząc: „Na ziemię, kurwa, na ziemię!”. Posłusznie położyłem się na dywanie. Nigdy wcześniej nie oglądałem pokoju z tej perspektywy. Przez chwilę poczułem się jak dziecko. Było miło. Później antyterrorysta kopnął mnie w nerki i zarzucił na głowę czarny worek.

* * *

Worek ściągnięto dopiero na miejscu. Stałem przed biurkiem sztywniaka w garniturze, o gładko przylizanych włosach. Przypomniałem sobie Matrixa. Później zobaczyłem obrazek na ścianie. Tarotowy Diabeł. Dopiero wtedy poczułem strach. Na twarzy sztywniaka wykwitł sztywny uśmiech. „Jesteś nam potrzebny, chłopcze” – zasyczał jak żmija. A może tylko mi się wydawało? „Do czego?”. Nie zabrzmiało to ani w połowie tak wyzywająco, jakbym chciał. Coś pomiędzy skomleniem, a kwileniem. Sztywniak pomilczał przez chwilę. W końcu wcisnął wbudowany w blat biurka czerwony guzik. „Obiekt będzie współpracował” – warknął do mikrofonu.

***

Tytus pozwolił wejść tylko mnie. Uzbrojeni antyterroryści musieli zatrzymać się dwadzieścia metrów od wejścia. Posiwiały szympans trzymał kałasznikowa. Owłosioną pierś oplatał labirynt kabli i sześciany ładunków wybuchowych. Kable zwisały również z pilota w dłoni. Nikły za półotwartymi drzwiami, prowadzącymi w głąb budynku. Tytus popatrzył badawczo i twardo. Wreszcie wyraz jego oczu złagodniał. „A jednak to ty. Do końca nie byłem pewny...” – powiedział niezrozumiale. Wyciągnął rękę, coś mi podając. „To od Autora”. Przyjrzałem się karcie. Głupiec. Małpa tańcząca nad przepaścią. Nie zdążyłem spytać o sens. Szympans odwrócił się plecami i ponaglając mnie machnięciem ręki, poszedł do drugiego pokoju. Ruszyłem za nim.


* * *

- Palisz? – popchnął w moim kierunku pudełko z cygarami. – Oryginalne. Kubańskie.
- Rzuciłem.
Nie zareagował. Odpalił zapałkę - moje spojrzenie nerwowo spełzło na ładunki wybuchowe - i z wyraźną rozkoszą zaciągnął się dymem.
- Tam wszystko się zaczęło...
- Tam?
- Kuba.
- Kuba?
Tytus warknął zirytowany, szczerząc kła.
- Piąta Księga? Wannolot? Fidel? Nic ci to nie mówi?
Niby tak. Ale co...
- Po imprezie z okazji wybudowania w Hawanie polskiej fabryki, poprosił mnie o spotkanie sam Castro. Nie zastanawiałem się długo. Zostałem agentem.
Zaśmiał się gorzko. Teraz dopiero zobaczyłem, że drży mu lewa powieka. Z kącika ust ściekała kropla śliny. Rozmawiałem z wrakiem czło...
- Nie spytasz dlaczego? – chyba oczekiwał odpowiedzi.
- Z powodów ideologicznych?
Skrzywił się z niesmakiem.
- Eee tam, ideologicznych... Tam komuna i tu komuna, co za różnica? Banany. Skurwiłem się za banany.
- ?
- Wiesz jak ciężko było o banany w tamtych czasach? Nawet w Warszawie. – Machnął zrezygnowany ręką (łapą?). – Szkoda gadać. Przejdźmy do rzeczy. – Małpie oczy znów rozjaśniła inteligencja i skupienie. Pysk Tytusa zniżył się nad biurkiem. Zaraz usłyszę konspiracyjny szept. Po prostu się to czuło. W międzyczasie zerknąłem na ściany pokoju. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Tarotowa tapeta? Same siódemki mieczy. Cwaniak ucieka z pola bitwy. Chytrze wykrzywia gębę i zwiewa z łupami. Zdrada.

* * *

- Najpierw współpracowałem tylko z Kubą, później oczywiście ze Związkiem Radzieckim. Po kilku latach sytuacja uległa zmianie. Skontaktowali się ze mną Amerykanie, Chińczycy... Irańczycy. Kurwiłem się z każdym.
- Ale co robiłeś? Jakie informacje mogłeś im sprzedawać? – Zaciekawił mnie.
- Jakie? Zapomniałeś, z kim pracowałem? Czyje osiągnięcia mogły zainteresować różne grupy?
- T.Alent – szepnąłem do siebie.
Tytus pokiwał głową. Podniósł z biurka małe zdjęcie w drewnianej ramce. Wyciągnąłem szyję. Znowu Tarot. Mag w białym kitlu i rozwianych, siwych włosach szczerzył sztuczną szczękę.
- We własnej osobie. Profesor T.Alent. Zdziecinniały geniusz. Wieczny harcerz. Niepodejrzewający nawet, że wszystkie jego wynalazki natychmiast trafiały do każdego światowego mocarstwa, które było gotowe zapłacić. Nigdy nie dowiedział się, że to dzięki jego geniuszowi Prasolotowa Flota Indonezji sprasowała na śmierć tysiące Timorczyków, napędzane uranem Wkrętacze Rosjan wwiercały się na tereny sąsiednich krajów, kradnąc niepostrzeżenie bogactwa naturalne, dzieła sztuki oraz kartofle na spirytus, a niewykrywalne przez radary Slajdoloty latały w nocy nad terenami Talibów, wyświetlając na skałach niemieckie i szwedzkie filmy pornograficzne. Na szczęście Tadek... – głos Tytusa zadrżał. Otarł łzę i zmieszany odchrząknął. – Na szczęście Profesor T.Alent zginął, zanim poznał prawdę.
- Profesor nie żyje? – otworzyłem szeroko oczy. To była sensacja. Dlaczego media milczały?

* * *
Wstał i podszedł do okna. Wydawało się, że chce odsłonić firankę. Ręka zawisła w połowie drogi.
- Snajperzy – powiedział, niby do mnie, niby do siebie, po czym wrócił do biurka. – Znalazłem go w tym właśnie pokoju. Leżał przy drzwiach. Myślałem, że to serce. Profesor nie dbał o siebie. Pączki, golonko, piwo... Dopiero, kiedy zobaczyłem krew i dziurę w czole, zrozumiałem, że go dopadli.
- Ale kto? Rosjanie? Amerykanie? Arabscy terroryści? – spytałem z przejęciem.
Tytus wzruszył ramionami.
- Skąd miałem wiedzieć? To mógł być każdy... Wiedziałem jednak, czego szukali.
- Czego?
- Tego – długa, drżąca ręka wskazała w kąt.
Telewizor?
- Telewizor?
Szympans prychnął.
- Temporelizor.

* * *

- Maszyna czasu...
- Zależy, co rozumiesz pod tym pojęciem, chłopcze. Nie – nie można jej użyć do podróży w czasie. Profesor już dawno zrozumiał, że to niemożliwe. Ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby „zerknąć” w przyszłość. W końcu jest ona tylko sumą elementów teraźniejszości...
- Ale ile danych trzeba by wprowadzić, żeby prognozy były dokładne...!
Tytus pokręcił głową.
- Dajmy spokój z technicznymi szczegółami. Ty jesteś humanistą, a ja szympansem. Bardziej pasuje do nas mistyka. Ty z twoim tarotem, ja z czekającym mnie przeznaczeniem...
- Przeznaczeniem?
- Sięgnij do kieszeni.
Wyciągnąłem z dżinsów wymiętą kartę. Śmierć pomachała kosą, szczerząc zęby.

* * *



- Najpierw skontaktowali się starzy „przyjaciele”. Kuba, Rosja, CIA. Nawet ETA. Wyrzuty, groźby, oferty. Wszyscy wiedzieli już o wynalazku i każdy chciał położyć na nim łapy. Znając przyszłość, możesz tak manipulować teraźniejszością, żeby kształtowała twoją własną wersję przyszłości. Doskonała władza nad światem... Później „nasi”. Sprawa trochę przerastała polskie służby, ale jednak rozumieli, jakie możliwości oferował temporelizor...
- Co na to Romek i A’Tomek?
Znów gorzki śmiech. Przerodził się w kaszel. Najpierw normalny, suchy, w końcu wybuchający bulgoczącym, rzężącym koncertem. Otarł pysk grzbietem ręki. Na sierści pozostała czerwona smuga.
- Przepraszam. Wiem, że nie jest to przyjemny widok.
- Wszystko w porządku?
- Teraz to i tak nie ma znaczenia... Rak. Z płuc został mi czarny, przegniły worek. Cygara i papierosy. Nerwy.
- Przykro mi. – Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym powiedzieć.
- Mówię, że to nie ma znaczenia. Nie umrę na raka.
- Aha...
- O tym zaraz... Pytałeś o Romka i A’Tomka.

* * *

- Romek zdemaskował mnie w ’89. Coca-Cola i Pepsi licytowały się o mapy Wysp Nonsensu. To był wielki rynek, wart miliardy dolarów. Przedstawiciele korporacji ustawili spotkanie w Mariocie, na Alejach Jerozolimskich. Wysłali po mnie limuzynę. Wpadłem na Romka przed hotelem. Popatrzył na garnitur, samochód, czarną teczkę pod pachą i nie powiedział ani słowa. Odwrócił się na pięcie i poszedł... Uwierz mi, poczułem się jak ścierwo. Po tylu latach razem... Nie wiedziałem, czy mam jeszcze po co wracać do Instytutu. Romek był inteligentnym gościem. Umiał wiązać fakty. Oglądał przecież wiadomości. Nieraz zastanawiali się z Profesorem i A’Tomkiem, jak to możliwe, że niektóre z państw dokonały odkryć technicznych wykazujących duże podobieństwa do prac naukowca.

Gdy po spotkaniu z koncernami wróciłem do Instytutu, okazało się, że Romek zniknął. Ani A’Tomek, ani Profesor nie mieli pojęcia, gdzie jest (ani, co przyjąłem z wielką ulgą, wydawali się nie wiedzieć nic o moim podwójnym życiu). Najpierw pomyślałem, że służby któregoś z moich „pracodawców” zlikwidowały chłopaka, po tym, jak zdemaskował moją grę. Na szczęście obawy okazały się płonne. Po kilku miesiącach dostałem kartkę pocztową. Z Indii. Najwyższa Kapłanka o ośmiu ramionach i niebieskiej opaleniźnie spoglądała na mnie kosmicznie spokojnym wzrokiem. Z tyłu napisano:

Wszystko jest iluzją. Jesteś małpą czy człowiekiem? Czy jeszcze czymś innym? Nie winię Cię. To my próbowaliśmy Cię uczłowieczyć. Teraz wiem, że to był błąd. Powinniśmy raczej pomóc Ci odkryć, kim naprawdę jesteś (byłeś? – czy jest już za późno?). Zamiast tego, napchaliśmy Ci głowę i serce ludzkimi przypadłościami i ambicjami. Pragnieniem władzy, chciwością, dwulicowością. Czuję się winny i potrzebuję odkupienia. Szukam harmonii i połączenia z Wielkim Duchem. Nie martw się o mnie. Kocham was wszystkich.
Romekananda Swami

PS. Profesor jest w niebezpieczeństwie. Jeszcze masz czas.


* * *

- A jednak się mylił... Nie miałem czasu... A może miałem, tylko go zmarnowałem?
Westchnął. Popatrzył na zapalnik w dłoni, pokręcił ze zrezygnowaniem głową i odłożył go na biurko. Gdybym chciał, mógłbym sięgnąć. Z pewnością byłem szybszy od chorej małpy. Ale nie poznałem jeszcze całej historii.
- Co z A’Tomkiem?
- Skubaniec wiedział.
- O wszystkim?
- Tak, o wszystkim. Teraz wiem, że Romek przed swoim zniknięciem podzielił się z nim swoimi wnioskami. Ale A’Tomek zachował to dla siebie. Czułem, że zaszły jakieś zmiany, że patrzy na mnie inaczej, że przestał być protekcjonalny. Podejrzewałem, że wie, ale pewności nabrałem dopiero tamtego dnia... W noc po zamordowaniu Profesora T.Alenta.

* * *

- A’Tomek zamordował Profesora?!
- Też nie mogłem uwierzyć. Siedzieliśmy w jego mieszkaniu. Butelka wódki, ogórki, muzyka, wspomnienia, żarty... Zwykła stypa. Kiedy myślał, że jestem już całkiem pijany, przyznał się. Nie wiem, czy to planował, czy po prostu tak się spił, że puściły hamulce. Fakt pozostawał faktem – A’Tomek zlikwidował staruszka. Kiedy, sparaliżowany jego wyznaniem, próbowałem wytrzeźwieć, opowiedział mi swoją historię. Kilka lat temu, wkrótce po tym, jak Romek został joginem, A’Tomek związał się z anarchistami. To był jego sposób na odkupienie. Zaczął chodzić na spotkania, wiece, manifestacje. Wcale tego nie ukrywał. Pamiętam, jak czasami zjawiał się u mnie albo w Instytucie, żeby wziąć prysznic, czy też opatrzyć zadrapania i sińce. To było jego życie. Zresztą, kim byłem, żeby prawić mu kazania? Tamtej nocy przyznał, że o mnie wie. Część podejrzewał, resztę układanki dokończył Romek. Nie chciał się jednak mieszać. Wolał pozostawać z boku i żyć w iluzji, że wszystko jest, jak przedtem.
Tytus splunął. Różowa plwocina zlała się z pstrokatym deseniem dywanu.
– Nic nie było jak przedtem. Wszyscy się oszukiwaliśmy. Może oprócz biednego Profesora, który pozostawał dużym dzieckiem... Aż T.Alent odkrył temporelizor i A’Tomek uświadomił sobie, że musi zniszczyć najstraszniejszy wynalazek w dziejach ludzkości. Zrozumiał też wtedy, że akt zniszczenia maszyny nie będzie kompletny bez zniszczenia twórcy...

* * *

Wyraźnie zaczęło się ściemniać. Przygarbiona sylwetka Tytusa w obrotowym fotelu sprawiała przygnębiające wrażenie. Długie ręce wisiały po bokach. Wyglądał jak smutny, włochaty pająk. Wzbudzał litość. W niczym nie przypominał tego radosnego, łotrzykowskiego bohatera, z którym kiedyś przemierzałem szalone krainy.
- Chciał zniszczyć temporelizor, ale po offowaniu Profesora, zabrakło mu jaj i zwiał... Kiedy skończył opowiadać, byłem prawie trzeźwy. Trzeźwy i wściekły. Rzuciłem się na niego i zacisnąłem palce na szyi. Spurpurowiał, później sczerniał… Nie walczył. Poddał się karze. Leżał bez ruchu. Ale nie mogłem tego zrobić. Puściłem go. Z mroczną satysfakcją pomyślałem, że jednak zasrańcy nie uczłowieczyli mnie do końca. A’Tomek padł mi do stóp i płacząc, zaczął przekonywać, że maszyna musi zostać zniszczona, że nie wyobrażam sobie, jakie skutki może przynieść jej użycie, w jakie piekło zamieni się świat. Kopnąłem go w tę szlochającą gębę i wyszedłem w noc.

* * *

- Zginął w dwa dni później. Z kilkoma anarchistami przeprowadzili oblężenie na Instytut. Nie wiedzieli, że agenci paru mocarstw i grup obstawili teren. A’Tomek i pięciu innych zginęli z rąk snajperów, zanim podeszli do drzwi. Widziałem to z okna. Nawet zrobiło mi się smutno. Mały, tłusty zasraniec. Który jednak miał kurewską rację. Za to najbardziej nienawidziłem harcerzyka... Zrozumiałem wtedy, że toczy się wojna. Gdyby byli pewni, że nie zrobię czegoś głupiego (w końcu jestem małpą), już dawno przepuściliby atak. Bali się jednak, że zniszczę temporelizor, zanim położą na nim łapska. Nie mogłem dłużej czekać. – Pokazał na siebie. – Pozbierałem z całego laboratorium wszystko, co mogłem użyć jako materiał wybuchowy, po czym zaminowałem budynek, maszynę i siebie... Co z kartami?
- Co? – spytałem zbity z tropu.
- Tarot. Zacząłeś ten wieczór od kart, później karty pojawiły się kilka razy, a później nic. Koniec.
- Chyba zabrakło mi inwencji.
- Myślę, że mogę ci pomóc – powiedział tajemniczo i sięgnął do szuflady. Wyciągnął w moją stronę talię kart. Zobaczyłem czerwony punkt na owłosionej piersi. Ruchomy punkt. Snajper!

* * *

Nie zdążyłem krzyknąć. Dźwięk rozbitej szyby i jęk Tytusa zlały się w jedno. Karty rozsypały się w powietrzu niczym kabalistyczny deszcz. Zdałem sobie sprawę, że oglądam wszystko w zwolnionym tempie. Kątem oka dostrzegłem wąską szparę pomiędzy zasłonami. Nie zauważyłem jej wcześniej. Ale przecież Tytus musiał ją widzieć. Nie wiedzieć dlaczego, zamiast rzucić się od razu na podłogę, chwyciłem machinalnie jedną z fruwających kart i dopiero wtedy wczołgałem się pod biurko. Nie zdążyłem sprawdzić. Słaby głos wołał moje imię. Podczołgałem się bliżej. Dotknąłem czegoś mokrego. Pod ciałem starego szympansa rosła kałuża krwi. Próbował coś powiedzieć. Nachyliłem głowę.
- Wszystko jest dokładnie tak, jak ma być – wyszeptał. – Ty, ja, snajper, maszyna... wszystko.
- Ale dlaczego ja? – Nie rozumiałem. Tytus uśmiechał się. A potem kaszlnął krwią.
- Widziałem cię.
- Gdzie?
- W temporelizorze. Od pierwszego razu, kiedy zerknąłem w ekran, była tam twoja twarz.
- Moja?
- Nie wiem, dlaczego. Próbowałem zmienić, ale nie dało się... Nie chciałem umierać. Mimo wszystko. Na nic. Czego bym nie zrobił, temporelizor pokazywał to samo: żądam żebyś przyjechał, rozmawiamy, strzał w pierś... - Jego głos szybko cichnął.
- Po co w takim razie mnie ściągnąłeś?
- Musiałem... – znów zakaszlał. – Dla tego, co stanie się teraz... Popatrz na kartę...
Z karty szczerzył zęby Wisielec. Wyglądał jak Budda wiszący za nogę i rozdawał błogosławieństwa. Zwróciłem nic niepojmujący wzrok na Tytusa. Małpa nie żyła.

* * *

„I co teraz?” – pomyślałem. Położyłem się obok niego. Kurde, bohater mojej młodości odszedł na dobre. Wyciągnąłem rękę i pogłaskałem go po siwej głowie. Znów czułem się jak dziecko. Wiedziałem, że zaraz zjawią się antyterroryści. Jak dziś rano. Pełen cykl. Łzy napłynęły mi do oczu. Przypomniałem sobie „Operację Bieszczady”, Rozalię, Asizo... Noż kurwa mać!

* * *

Świetlista postać pojawiła się na środku pokoju. Rudowłosy jogin lewitował metr nad dywanem, w pozycji kwiatu lotosu.
- Romek? – spytałem z niedowierzaniem.
Jogin pokręcił przecząco głową.
- Kiedyś byłem Romkiem. Później byłem Romekanandą Swamim. Teraz jestem Światłem i Ciemnością. Pustką i Pełnią. Jing i Jang. Głupcem i Magiem. Wszystkim i Niczym...
O dżizas.
- Słuchaj. Jestem w środku pewnej... sytuacji – przerwałem mistyczny bełkot. - Tytus właśnie opuścił ten ziemski padół, za chwilę wpadną tutaj uzbrojeni agenci, a tam, w rogu, stoi maszyna, która najprawdopodobniej zamieni świat w piekło. Możesz się streszczać?
Romek uśmiechnął się ze smutkiem. Spokojnie i kojąco. Jak Jezus. Następnie podfrunął do temporelizora i wyciągnął dłoń. Maszyna zamieniła się w złocisty pył. Po sekundzie znikł bez śladu. Dobre i to. Następnie podpłynął do ciała Tytusa. Zatrzymał się przez chwilę. Eter wypełniły ciche mantry. Spoko. Dusza też jest ważna. W końcu Romek (alias Romekananda Swami, Światło i Ciemność, Pustka i Pełnia, Jing i Jang, Głupiec i Mag, Wszystko i Nic) przylewitował nade mnie. Ciągle leżałem obok zwłok.
- I co teraz? – zapytałem z ciekawością.
- Śpij. Po prostu śpij...

* * *

Obudziłem się na ławce. Przez chwilę próbowałem poukładać wspomnienia. Przerwał mi brzęk rozbijanych szyb, krzyki zamaskowanych postaci oraz wycie syren. Tłum gapiów zasłaniał widok, ale nie miałem ochoty wstawać. Przynajmniej, dopóki nie zobaczyłem zgarbionej postaci w długim prochowcu i kapeluszu o szerokim rondzie. Znajoma w jakiś sposób sylwetka, wydawała się wciskać w tłum jak reszta gapiów, próbując wywalczyć najlepszy punkt obserwacyjny.
- Tytus? – powiedziałem z niedowierzaniem i poderwałem się na nogi. Czyjaś ręka przytrzymała mnie na miejscu. Odwróciłem się zaskoczony. Wąsaty, siwy jak gołąb staruszek trzymał mnie za poły swetra.
- Siadaj chłopcze, bo jeszcze jakichś głupot narobisz.
- Co?
Pociągnął mnie z powrotem na ławkę i pochylił się nad notesem. Kreślił coś ołówkiem. Wyciągnąłem szyję. Poznałem.
- Papcio?
Staruszek, nie przerywając rysowania, kiwnął twierdząco głową. Wskazałem na tłum.
- Czy to był...?
Papcio podniósł na mnie wzrok. Dokładnie taki, jak pamiętałem ze zdjęć: pogodny i wesoły.
- A co myślałeś? Że Tytusa można zabić? Idee są nieśmiertelne.
No tak...
- Pokaż te twoje karty, młodzieńcze.
Pamiętałem, że rozsypały się po podłodze. Sięgnąłem do kieszeni. Były. Wyciągnąłem talię.
- Przetasować?
Papcio pokręcił głową.
- Nie trzeba.
Zamknąłem oczy i wybrałem jedną. Spojrzałem.
- I wyśmienicie! – zadeklamował z uciechą staruszek, waląc mnie w plecy.
Koło Fortuny. Nowy cykl. Nowy początek. Nowa przygoda. Nowe życie. Uśmiechnąłem się niepewnie.
- No idź! – popędził mnie Papcio. Wstałem.
- Gdzie?
- A na to musisz już sobie sam odpowiedzieć, chłopcze. – I machnął ręką, po czym wrócił do rysowania. Próbowałem wypatrzyć Tytusa (jeśli to naprawdę był on), ale zniknął, wtopił się w tłum. Rozejrzałem się wokół siebie. Noc zapowiadała się ciepła i jasna. W sam raz na spacer. Po raz ostatni rzuciłem okiem na Instytut, biegające z karabinami postacie i napierający na nie tłum. Odwróciłem się do Papcia, żeby powiedzieć „do widzenia”, ale ławka była pusta. Włożyłem ręce do kieszeni i powolnym krokiem ruszyłem przed siebie, pozwalając wchłonąć się słodkiej nocy.