Dziś smutek. Wystarczyło małe wspomnienie z rana. Jak zaraz na początku całej tej burzy mówiła z przejęciem, że aby uratować nasz związek, musimy się w nim zanurzyć bez hamulców, skoczyć w niego, bez oglądania się przez ramię. A ja bez przekonania kiwałem głową. A maszyny czasu jeszcze kurwa nikt nie wynalazł...
Usiadłem na łóżku, stopy dotknęły lodowatej podłogi, ukryłem twarz w dłoniach i zapłakałem. Tylko kilka łez. Nauczyłem się powstrzymywać ten klimat, zanim nie zamieni się w rzekę. Ale nastrój pozostał. Ubrałem się w byle co i bez entuzjazmu pobłąkałem się po Londynie. Wreszcie wróciłem do domu, przygnieciony poczuciem winy, straty i porzucenia. W żołądku twardy, zaciśnięty węzeł.
Dziś już ze mnie nic nie będzie. Idę po wino.
Też się nauczyłam. Najpierw to oczywiście trochę się przestraszyłam, że teraz to co drugi wieczór spędzę na wyciu, więc pobiegłam po tabletki na uśmiech i przez chwilę nawet je brałam. Ale później doszłam do wniosku, że nie ma miłości bez smutku i bólu, a ponadto składamy się także z wycia i jak mamy ochotę sobie powyć, to proszę bardzo, powyjmy, byle myszy nie wystraszyć no i tak właśnie doszłam powolutku do stanu, o którym piszesz - potrafię tę rzekę utrzymać w ryzach, zanim nie zatopi pięknych okolicznych wiosek :-). Życie jest fajne. Ja swoje lubię. Bardzo. Ze wszystkimi tymi dołkami, z których można tylko pod górkę i tak wciąż od nowa.
ReplyDeleteI tak trzymać, M. (Małgosia?:)
Delete