Tuesday, 3 October 2017

2017 Free Writing 1




















   (...)
   Chcę napisać książkę. Dwie. Chcę skończyć "Najstarszych" i napisać coś o moich podróżach. "Najstarszych" skończę później. Muszę się do nich rozgrzać, to projekt ambitny, ważny i nie do końca jestem pewien jak i co w nim przekazać. To moja dusza.
   Druga książka też jest o mojej duszy, też jest ważna, ale książka o faktach i przygodach jest łatwiejsza niż książka tylko z umysłu. Więc książka o podróżach będzie moją rozgrzewką. Gdzieś zapisałem listę rozdziałów, tak wstępnie, pewnie coś jeszcze dojdzie. Nie jest problemem ilość przygód, tego mi nie brakuje, a to czego braknie, dopełnię fantazją. Brakuje mi myśli przewodniej, lajt motif, coś, co sprawi, że nie będzie to luźny zbiór historii, ale całość, moja wielka podróż przez życie.
   Mam różne pomysły. Na przykład nie robić tego chronologicznie. Czytelnik będzie mógł zajrzeć tu i tam i tu i znowu tam, i chaotyczna układanka pokaże mu szerszy obraz mojej ścieżki. Póki co jestem przywiązany do tej idei.
   Chcę, żeby te historie były opisane głęboko, elokwentnie, filozoficznie, lirycznie, wzruszająco, ale też lekko, humorystycznie, osobiście, ale nie ekshibicjonistycznie. To będzie ciężka praca. Ale kiedy raz uda mi się wejść w klimat, zrozumieć konewncję, to powinno iść już gładko. Ale ta myśl przewodnia… Gdzie ją znaleźć? Może za bardzo się tym martwię? To jest 2017 rok. Nie ma nic złego we fragmentarycznym pisaniu. Pamiętam Opowieć Zimową Paula Austera. To był w pewnym sensie chaos. Ale jednak nie był. Może ten lajt motif wyjdzie sam?
    Teraz piszę pierwszy raz od lat, tak naprawdę, klikając w klawisze jak szalony, free writing, bez zastanawiania się i czuję radość. Jakby żadnej przewry nie było. Wydaje się, że nie będzie tak źle. To tylko kwestia rutyny, powtarzania, odwagi. Odwagi!
    Piję whiskey. Zasmakowałem ostatnio w tym dębowym smaku i gorącej od niej krwi w żyłach. Słucham muzyki od M.. Nagrała mi na pendrivie kilkadziesiąt albumów. Dobrze mi się tego słucha. Nie pławię się w zaśniedziałych playlistach sprzed lat. Tamte lata minęły. Czas na nowe. M., dziwna istota, która czasami mnie zachwyca, a czasami irytuje. Ale nie wiem ciągle ile z tej irytacji rodzi się z tego, że nie jest Tanią, a ile przychodzi od niej. I nie wiem jeszcze ile tego zachwytu pochodzi z namiętności, a ile z serca. Więc nie podejmuję stanowczych, pochopnych kroków i płynę z prądem, czekając, czy przestanie mnie zachwycać, czy wypchnie Tanię z jej piedestału…
   To nie tak. Nie chcę już nikogo na piedestale. Chcę być wolnym sobą, wiedząc, że nie ma ludzi doskonałych, doskonałej miłości. Jest tylko dusza, wyobraźnia, serce, niedoskonałość, przezwyciężanie, odbijanie się od dna i wieczne szukanie szczęscia. Parafrazując hiszpańskiegho anarchistę: szczęście jest jak horyzont. Zmierzasz do niego, ale ono z każdym krokiem oddala się o taką samą odległość. Ale nie o to chodzi, żeby je osiągnąć, ale właśnie o podróż, o dążenie. On mówił o utopii, ale szczęście też tu pasuje.
   Daleko jeszcze do dwóch stron (to moje minimum jeśli chodzi o strumień świadomości)? Jeszcze jeden, albo dwa paragrafy. Chcę poćwiczyć na free writing zanim wezmę się za „książkę właściwą”. 
   O czym jeszcze napisać? Coś z moich ulubionych rejonów? Snów?

   (tutaj sen, który ocenzurowałem)

   O tym był sen. Obudziłem się zły, zmęczony. Przez chwilę patrzyłem tępo w sufit, później spojrzałem na zegarek. Siódma. A właśnie, że nie przeleżę dwóch albo trzech godzin w łóżku, klikając facebooka na komórce. Ubrałem dres, buty do biegania i pobiegłem w mżawce i mgle. Błoto chlapiące spod butów, płuca wypluwające zaschniętą smołę i nikotynę, uszy szczypiące od chłodu.
   Poczułem się dobrze. W domu zrobiłem jeszcze kilka brzuszków. Łokieć tenisisty nie pozwolił mi na nic innego.
   Później medytacja: intonowanie mantr, modlitwa, czytanie Bhagavatam. Pierwszy raz od miesiąca, albo i więcej. Myśl przewijająca się w międzyczasie: niech to nie będzie obowiązek, niech to nie będzie strach, niech to nie będzie ucieczka. Chcę poczuć przestrzeń poza słowami, poza dotykalnym światem. Miłość Absolutu, a nie zaschnięte pozostałości po pełnym poczucia winy katolickim wychowaniu. Trochę się udało. A reszta to nadzieja, że uda się kiedys na dobre.
   Po śniadaniu wziąłem się za noszenie drwa. Poukładałem pod ścianą, przerzucając ciężar na lewą rękę, bo prawa już od trzech miesięcy niesprawna. Stos zawalił się trzy razy, zanim udało mi się tak ułożyć konstrukcję, że ciężar mokrego buka, zamiast ją osłabiać, wzmocnił.
   Później prysznic, wyprawa do sklepu po whiskey, rozpalenie ognia w kominku.
   I już prawie czwarta. Zapada zmrok,  krople deszczu spływają po szybie, Grabaż śpiewa o zimnych dziadach listopadach po deszczowych obiadach. Idealnie pasuje. „A gdy się spełni wróżba…” Oprócz deszczu, szarego nieba i wysokiego, nieśmiałego chwasta udającego desperacko drzewko, widzę  grubo pociętą wierzbę za parapetem, która będzie grzała mnie w zimie. Zapas drewna wzbudza we mnie poczucie bezpieczeństwa.

PS. Kto jeszcze nie ma kompletu moich pocztówek ani albumu z muzyką? :) Piszcie na maila: kalpatarudasa@gmail.com

4 comments:

  1. Marcyś jeśli Twoja książka będzie napisana tak, jak powyższy post, to czekam na nią z niecierpliwością...

    ReplyDelete
  2. Za duzo ekshibicjonizmu emocjonalnego !

    I wstyd, ze swoje picie opisujesz.

    Wez sie Kurma Varaha w garsc.
    Albo i nie bierz, rob co chcesz haha...

    Obys nie skonczyl jako pijaczek literacki.

    Pozdrawiam, Prabhu ;-)

    ReplyDelete
  3. Przedstaw się następnym razem. A to jak skoncze to moja sprawa. Kultury się naucz, gościu.

    ReplyDelete