Thursday, 26 September 2019

Bałkany po raz czwarty - część piąta

Bałkany po raz czwarty - część piąta

Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy
26 sierpień – 13 wrzesień 2019



14. Gdzieś na szczycie góry...

(07.09.2019, rano,  Lovište, Chorwacja)

   Noc była pełna wrażeń. Zaczęło się od tego, że zdecydowaliśmy się spać pod gołym niebem. Pogoda była wymarzona: ciepło, szum fal, cykady, gwiazdy. Rozłożyliśmy karimaty obok samochodu, nakryliśmy się śpiworami i oczekiwaliśmy na sen. Okazało się to jednak niewykonalne. Najpierw w krzakach łaziło jakieś zwierzę. Z pewnością niewielkie, ale jednak jego ciągłe szelesty, trzaski i jakieś dziwne odgłosy nie pozwoliły się zrelaksować. Oprócz tego warczały motorówki, brzęczały samochody i pijacko śpiewała impreza z pobliskiego hotelu. To jednak nie było najgorsze. Przyczepiły się do nas komary, perfekcyjnie wynajdujące każdy skrawek gołego ciała. No nie dało się po prostu. Wróciliśmy do samochodu.
   Ale to nas uratowało. W nocy rozpętała się gwałtowna nawałnica. To była najpotężniejsza burza, jakiejkolwiek doświadczyłem w życiu. Błyskawice i grzmoty wybuchały raz za razem, grube krople deszczu, czy raczej potoki wody uderzały o dach samochodu z hukiem. Zacząłem z niepokojem zastanawiać się, czy nie stoimy za blisko wody i czy nie dotrą do nas fale. To by było smutne. Spróbowałem coś dojrzeć za szybą, ale to było niemożliwe. Otaczała nas ściana wody, ciemności i błyskawic, nie widać było nic. Przyznam się, że choć czułem niepokój, to jednocześnie ogarnęła mnie ekscytacja i radość. Mam tak z burzami. Jest w nich coś, co sprawia, że jest mi dobrze.
   Po pół godzinie, może trochę więcej, burza zelżała i mogliśmy wreszcie zasnąć.
   Po przebudzeniu wskoczyłem popływać do chłodnego morza. Rozkosz. Po kąpieli zmyłem z siebie sól słodką wodą z butelki. Później tradycyjnie kawa i papieros.



   Przed chwilą podjechał do nas miejscowy starszy facet i zaczął nas strofować. „Wiecie, że to prywatny teren? Przyjeżdżacie tutaj, nic nie kupujecie, śpicie za darmo”. Zatkało mnie zupełnie, nie byłem przygotowany z rana na taką agresję. Starszy pan odjechał, patrząc gniewnie, a mi dopiero wtedy przyszły do głowy celne puenty. No cóż...
   Gdyby nie to, że ciągle chce mi się morza, to wróciłbym do Bośni. Mam trochę dość niegościnnych, chciwych Chorwatów... Choć to tak, jakbym oceniał Polaków po góralach z Zakopanego. No dobra, powstrzymuję uogólnienia. Nie zmienia to faktu, że tęsknię za Serbią i Bośnią.

***

   Już wiem, jakie zwierzę niepokoiło nas po nocy. Złapałem go i trzymam w słoiku. Zrobiłem mu dziurki, żeby mogło oddychać, pościeliłem też mięciutko, żeby nie było, że człowiek to świnia.

   Dalmatyński Osesek (łac. Dalmatinus Bebokus) – ssak z rodziny psowatych. Jego naturalny habitat to krzaki przy parkingach. Żywi się jeżowcami, krabami, koszmarami oraz wylizuje puszki po konserwach oraz te plastykowe pokrywki z jogurtu, gdzie zawsze zbiera się warstewka słodyczy. Lubi straszyć zabłąkanych podróżnych. Kiedy się go oswoi, zamienia się w kota. Ale tylko na chwilę.





















***

   Zjemy jeszcze jakieś śniadanko i zabieramy się na kontynent. Mam dość wyspiarzy.

(wieczór, Podstranica, koło Splitu, Chorwacja)

   Zatrzymaliśmy się na kempingu niedaleko Splitu. Plaża najładniejsza ze wszystkich, jakie do tej pory widzieliśmy – przestrzenna, czyta, szeroka, biała. Kemping może być, choć minusem jest to, że tuż obok biegnie główna droga do Splitu, więc hałas mamy nieprzerwany. Ale nie przeszkadza mi. Wczoraj w nocy było gorzej.
   Ugotowałem przepyszne spaggeti. Piję białe chorwackie wino. M. czyta w internecie o okolicach, ona lubi takie ciekawostki. Co jakiś czas dzieli się interesującym faktem. Obok nas rozbija się trójka austriackich motocyklistów. Młode chłopaki. Bardzo podekscytowani. Wyglądają ogromnie sympatycznie.



   

















Lista podsumowująca odcinek między Lovište a tutaj:

   1. Burza w Neum (bośniacki cypelek dotykający morza). Strumienie deszczu spadały po schodach jak najprawdziwszy wodospad. Pioruny waliły gęsto i blisko, gdy tymczasem jacyś szaleńcy kontynuowali pływanie. Przydały się wreszcie parasole. Poczucie swojskości, kiedy choć na chwilę w Bośni mogliśmy poczuć się bardziej bałkańsko: taniej, jakieś rudery w centrum, ludzie bardziej wyluzowani.
   2. Po południu, kiedy chcieliśmy się już zatrzymać, sprawdziliśmy jeden kemping. Był tak brzydki, zdezelowany, klaustrofobiczny i śmierdzący (ok, nie był śmierdzący, przesadziłem dla efektu), że nie mogłem uwierzyć, kto chciałby się tutaj zatrzymać nawet na jedną noc. A jeszcze zaplanować tutaj urlop?
   3. Po przyjeździe, kiedy już uporządkowaliśmy samochód, pływałem w morzu tuż po zachodzie słońca. Fale były wysokie, kołysały mną mocno ale delikatnie. Choć przed wejściem było mi zimno i niepewnie, to nagle poczułem radość i rześkość. Pomarańczowa łuna słońca, które schowało się za horyzont, kontury Splitu, mewy, spokój.
   4. Słuchamy Trójki (jest wi-fi), żeby trochę oderwać się od hałasu ulicy.
   5. Nie wziąłem prysznica po kąpieli w morzu. Jestem cały słony. Ale to w porządku, raczej nikt mnie nie będzie dzisiaj lizał.
   6. Sporo kilometrów dziś zrobiliśmy. Możemy lekko zwolnić. Dopiero sobota. Postanowiliśmy, że pojedziemy do domu przez Słowenię. Bardzo chciałbym pokazać M/ Ljubljanę. To magiczne miasto. Lubię go bardzo.
   7. A na Trójce Grubson, „Na szczycie”. Dobre zakończenie wieczoru.




2 comments:

  1. Przeżyłem podobną burzę dwadzieścia lat temu w Egerze na Węgrzech. Nigdy wcześniej nie widziałem takiej ulewy i tak gęsto i blisko walących piorunów. Drogą płynęły rwące potoki. Trochę się nawet bałem. Mój ówczesny narzeczony za to pozostał niewzruszony.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Cześć Adam. Sorry, że z takim opóźnieniem się odzywam, ale jestem zasypany obowiazkami. Niedługo wrzucę jakiś bieżący wpis, to rozwinę temat. Dziś spróbuję nową część dziennika.
      Uwielbiam burze!:)

      Delete