Friday, 8 October 2010

Grzyby



Grzyby

W niedzielę zjadłem magiczne grzyby. Było to najintensywniejsze i najstraszniejsze doświadczenie mojego życia.

Beskidy, mała, odludna chatka na polanie, tęsknota w sercu, ciekawość. Wiedziałem, że okolica słynie z grzybów, spytałem więc S., czy jeszcze jest sezon. Pokazał na trawę pod samym lasem. Tam zwykle jest tego dużo. Wspólnie z R. poszliśmy na poszukiwania. Po godzinie mieliśmy pełną michę złocistych, malutkich dzwoneczków na cienkich nóżkach.

Nadszedł wieczór, tysiące gwiazd rozsypało się po niebie jak złota mąka. To początek października, chłód był przejmujący, więc siedliśmy dookoła pieca. S. wrzucił grzyby do rondelka, nalał trochę wody, dorzucił kostkę rosołową dla smaku i czekaliśmy zabijając czas grą w kości.

Nie chcę wyjść na amatora narkotycznej zabawy. Nie o to chodziło. Myślę, że miałem nadzieję na doświadczenie harmonii z naturą, z sobą, połączenia z wszechświatem. Ostatnio brakuje mi tego, czuję się odseparowany od wszystkiego, samotny, zdezorientowany. Czytałem o szamanach, grzybach, podróżach duchowych i liczyłem na to, że moja podświadomość znajdzie drogę do uzdrowienia.

Po kilku minutach wywar był gotowy. S. postanowił, że pozostanie trzeźwy, nalał więc mnie i R. po kubku, następnie rozdzielił grzyby, po trzydzieści na osobę.

Drżały mi ręce, kiedy przechylałem kubek. Trochę się bałem, nie wiedziałem, czego oczekiwać, spodziewałem się, że będę musiał zrezygnować z kontroli, a to nie jest łatwe, szczególnie z takim ego, jak moim.

Smakowało jak zwykła zupa grzybowa, same grzyby były jednak twarde i śliskie, pogryzłem je dokładnie, żeby łatwiej strawić. Usiadłem na progu, wpatrując się w gwiazdy, równocześnie pozwalając, żeby piec grzał mi plecy.
- Ile trzeba czekać? – zapytałem.
S. wzruszył ramionami.
- Jakieś pół godziny, może więcej.
Zrelaksowałem się, czekając na podróż. Po jakichś dziesięciu minutach popatrzyłem na swoje dłonie. Wydawały się dziwne – gładkie, lśniące, małe. Popatrzyłem na S. i R.
- Chyba zaczyna działać.
Nie mogli uwierzyć. Tak szybko?



Popatrzyłem na horyzont. Krawędź gór odcinała się od ciemnogranatowego, prawie czarnego nieba. Na horyzoncie pulsowała linia jasnej energii. Nie byłem pewny, czy to wpływ grzybów, czy słońca, które niedawno zaszło i ciągle koloruje niebo. Po chwili energia zaczęła spływać z gór jak gęsta mgła, wlewała się w doliny, płynęła pomiędzy górami i zaczęła zbliżać się do naszej chatki. Zdałem sobie sprawę, że zaczyna się. Równocześnie zrozumiałem, że będzie to coś potężnego, intensywnego, a być może niebezpiecznego.

Wyszedłem na zewnątrz, owinąłem się kocem i starałem się być spokojny i pokorny, chciałem przyjąć wszystko jako lekcję, wzbogacające doświadczenie. Było mi zimno, ale owinąłem się dokładnie, że wystawał tylko nos i oczy.

Patrzyłem w niebo. Zaczęło nabierać coraz większej przestrzenności, pełnej życia, kolorów i ruchu. Piękne i równocześnie wzbudzające obawę. Niebo to coś trwałego, niezmiennego, wiecznego. Trudno utrzymać spokój, kiedy ta wieczna rzecz zmienia się na twoich oczach.

To wtedy zobaczyłem bogów. Ich ciała zrobione były z gwiazd. Wiecie jak czasami rysowane są gwiazdozbiory – gwiazdy łączą linie, tworzące kontury postaci. To wyglądało podobnie, ale bardziej malowniczo, trójwymiarowo. Z coraz większą jasnością widziałem tańczących bogów, ujeżdżających kolosalne, wielkie jak wszechświat zwierzęta, walczących, przechadzających się. Wiedziałem, że są ogromni i potężni, to oni kontrolują cały wszechświat. Dostrzegłem w nich podobieństwo do azteckich rysunków jakie kiedyś widziałem.

Czułem ich potęgę i moc. W tym momencie najchętniej wycofałbym się z tego wszystkiego, żałowałem, że tak lekkomyślnie porzuciłem przytulne schronienie zwykłej rzeczywistości. Wiedziałem jednak, że jest już za późno. Pozostawało mi jedynie znaleźć harmonię z wizją.

Usiadłem po turecku i wznosząc oczy na roztańczone, tęczowe niebo, poprosiłem bogów, żeby prowadzili mnie i obdarzyli naukami. Żeby wskazali mi moją chorobę i sposób jej uleczenia. Otworzyłem przed nimi serce.



Myślę, że gdyby udało mi się utrzymać to nastawienie, mógłbym przeżyć coś pięknego. Patrząc na tamten moment dziś, nie wiem jednak, czy miałem jakikolwiek wybór. Byłem jak pyłek wrzucono w nieskończony kosmos. Uświadomiłem sobie własną znikomość, nieznaczność, słabość. Te istoty były potężne, tak potężne, że niezrozumiałe, poza zasięgiem intelektu. Ich inność i obcość przeraziły mnie. Nie było w nich miłości i współczucia, jedynie potęga i wielkość. A jak można ufać bogom, którzy nie mają miłości?

Próbowałem jeszcze odsunąć tę myśl, ale strach stawał się coraz silniejszy. Bogowie wydawali się to wyczuwać. Ich taniec był coraz dzikszy, niebo zamieniło się w szalone bachanalia, nie mogłem już tego znieść, a równocześnie czułem się przyciągany i wiedziałem, że jeśli oddam się temu, polecę w niebo, to na pewno zagubię się tam na zawsze – ale nie jako jeden z bogów, ale pozbawiony pamięci i rozumu pyłek, przy kopytach ich wierzchowców. Zacząłem krzyczeć i uciekłem do chatki.

Myliłem się, uważając, że tam znajdę spokój. Zniknęło monumentalne przedstawienie. Usiadłem przy piecu. S. i R. nie było, poszli się przejść, pooglądać niebo. Ciągle byłem wstrząśnięty. Rozejrzałem się po pokoju i zdałem sobie sprawę, że dom żyje. Ściany ze świerkowych bali rozmywały się, spod cienkiej warstwy rzeczywistości, która odłupywała się jak stara farba, zaczęły pojawiać się prastare malowidła, azteckie dzieła sztuki. Im bardziej wpatrywałem się w nie, tym bardziej się bałem. Obrazy były ruchome i wiedziałem, że wszystkie są drzwiami do innych światów, innych wymiarów, a każdy z nich jest obcy i nieludzki. Rozpadła się moja romantyczna wizja obcych światów, które mogłyby być rajem i ucieczką. Zrozumiałem, że żyjemy w świecie, który dla nas jest dobry, idealny, normalny, jest stworzony dla ludzi, ale inne światy zamieszkiwane są przez inne istoty, dla których jesteśmy obcy, i które dla nas są obce. Tak, jak nie możemy chodzić po księżycu bez skafandra, tak samo tamte światy mogą nas zmienić, zniszczyć naszą psychikę, która jest takim skafandrem dla duszy.

Każde z tych przejść wzywało mnie, ciągnęło w swoją stronę i musiałem opierać się z całej siły. Wiedziałem, że jeśli ulegnę, mogę już nigdy nie znaleźć drogi do mojego świata, na zawsze utknę w tych obcych warstwach, za ścianą.

Wtedy ze spaceru wrócił S. z R. Zobaczyli w jakim jestem stanie i starali się mnie uspokoić. Nie było szans. Rzeczywistość rozpadała się na coraz mniejsze kawałki, podobnie jak moja osobowość, i nic nie mogło tego powstrzymać. Zdałem sobie sprawę, że przeliczyłem swoje siły, nie jestem żadnym poszukiwaczem przygód, ale zwykłym, wystraszonym królikiem, drżącym w kącie, gdy zbliżają się drapieżnicy.

Poprosiłem S. żeby zagrał coś na piszczałce. Muzyka uspokoiła mnie na chwilę. Pomyślałem, że to wszystko, to sprawdzian dla mnie, czy jestem wojownikiem, prawdziwym mężczyzną. Pomyślałem, że prawdziwy wojownik nie da się pożreć wizjom, ale zamieni je w coś pięknego. Zacząłem tańczyć do rytmu muzyki. Każdemu mojemu ruchowi towarzyszył wybuch złotych i tęczowych iskier, widziałem je, bez względu na to, czy miałem zamknięte, czy otwarte oczy, tworzyłem swoim tańcem rzeczywistość na nowo, szukałem harmonii i przez ten twórczy proces wiedziałem, że mogę uzdrowić siebie. To był piękny moment. Zaczynałem czuć się lepiej. Wizja nie straciła na intensywności, ale ja sam zaczynałem się z nią synchronizować. Byłem coraz potężniejszy i zaczynałem widzieć w środku, w mojej duszy piękno, twórczą iskrę, pełną miłości i mocy.



I chyba to było za dużo, chyba wystraszyłem się tego, jak poważna jest ta wizja, jak ważny jest taniec, jakie potężne siły ścierają się tutaj. To było trochę, jakbym siedział pierwszy raz w samolocie i musiałbym pilotować potężną maszynę.

Udaje mi się to robić, maszyna leci coraz lepiej, gładko, bezpiecznie, ale nagle zdaję sobie sprawę, że przecież nie potrafię pilotować, jestem nikim, a już na pewno nie wyląduję boeingiem, więc ze strachu rzucam stery i chowam się z tyłu samolotu, którym teraz już nikt nie pilotuje.

Tak właśnie zrobiłem i jak można było oczekiwać, samolot rozbił się na pył.

S. przestał grać, ja skulony siedziałem w kącie i szlochałem, R. patrzyła na mnie przestraszona. Podniosłem się i popatrzyłem dookoła. Nie było już nic pięknego, ani na zewnątrz, ani we mnie. Każdy kąt chatki wypełniony był stworami, małymi potworami, twarzami, które znałem z dzieciństwa, a może jeszcze wcześniej. Do tej pory zakopane w podświadomości, teraz rozbiegły się po pokoju i patrzyły na mnie – niektóre z drwiną, niektóre ze strachem, skrzaty, trolle, twarze z opakowań na kakao, potwory w kształcie genitaliów, niektóre z moją twarzą. To było potworne. Wpadłem do bajora własnej podświadomości, zobaczyłem rzeczy, o których zapomniałem, a które były znajome, aż do zrzygania jak starzy towarzysze, z którymi spędziłem dziesiątki godzin i dni.



S. i R. próbowali mnie cały czas uspokoić.
- Jak długo to już trwa? Ile jeszcze? – pytałem przez łzy. R. (na którą grzyby w ogóle nie zadziałały) popatrzyła na zegarek i zerknęła z obawą na S.
- Już dwie godziny.
To już dwie godziny tego szaleństwa? Kiedy to się skończy?!

Usiadłem przy stole, starając się nie widzieć otaczających mnie koszmarów. Nie pomagało jednak nie patrzeć. To nie było tylko wizualne. Znałem ich imiona, na usta same wypływały mi dziwne, ohydne słowa, których nie ma w słowniku, a które oznaczają okropne, brzydkie rzeczy, każde z tych słów jest znajome, miałem nadzieję, gdzieś głęboko, w podświadomości, że zapomniałem ich na zawsze, ale okazuje się, że one są, towarzyszą mi.

Próbuję o tym opowiedzieć S. i R., ale ciężko mi się wysłowić. Udaje mi się tylko powtarzać, że moja osobowość się rozpadła na kawałki i boję się, że już nigdy nie będę cały. Pocieszają mnie, w tym momencie jeszcze ich trochę rozumiem, ale sens umyka mi coraz bardziej.

I nagle następuje moment, że jestem znów kompletnie trzeźwy, mam jasny umysł, wszystko znów ma sens. Płaczę z ulgą.
- Znów jestem cały. Jezu, znów jestem normalny.
S. i R. oddychaja z ulgą.
- Widzisz? Mówiłem ci, że to się zaraz skończy. Dwie godziny, to normalka.

Śmieję się, próbuję zażartować, ale coś się zmienia, mój żart jest jakiś dziwny, sam go nie rozumiem, co miałem na myśli? Skupiam się i nagle wiem, że to wcale nie koniec. Wir szaleństwa wciąga mnie z powrotem. Próbuję to zatrzymać, ale nie mam szans.

Tym razem odjazd jest jeszcze gorszy. Moja świadomość staje się coraz węższa, uproszczona, podstawowa. Wiem tylko, że istnieję, ale nie znam swojego imienia. Wiem tylko, że zrobiłem coś głupiego, a może to coś samo mi się przytrafiło i teraz nie ma już powrotu do normalnej rzeczywistości.

- Jest coś takiego, jak Bóg, czy sobie to wymyśliłem? – pytam błagalnie S.
Chodzi o to, że nie wiem, co jest obiektywną prawdą, a co powstało w moim umyśle. Patrzę za okno i widzę ciemność. Myślę, że teraz jest noc, a rano, kiedy się obudzę, wszystko będzie normalne (choć za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, co to jest normalność). Nagle jednak dopada mnie straszliwa myśl.

- Jest coś takiego jak dzień i noc? – pytam z nadzieją. – A w nocy się śpi, nie? A jak się śpi, to rano już się jest normalnym? Czy też wymyśliłem to sobie? Nie chodzimy spać, nie ma dnia, nocy, zawsze jest tak samo?
Nie rozumiem, co odpowiada. Jego słowa tracą sens tuż po wejściu do moich uszu.
Żołądek. Tak! Jest coś takiego jak żołądek i tam wkłada się różne rzeczy.
- Jest żołądek? – pytam. S. przytakuje. – To zwymiotuję! – wołam olśniony. Skoro to coś jest w żołądku, mogę to zwymiotować!
S. próbuje mi wyjaśnić, że na to za późno.
Po sekundzie znów zapominam wszystko. Krew. Mam żołądek i mam krew. Krew można przetoczyć.
- Zabierzcie mnie na pogotowie – żądam.
- Zaraz ci przejdzie – uspakaja mnie S.
- Musicie mnie zabrać, oni może mnie uratują. Uratują mój umysł – naciskam.
- Nikt nie uratuje twojego umysłu. Zdarza się. Po prostu wytrąciłeś się z rzeczywistości, czasami ludzie tak robią i teraz już się nie da wrócić – odpowiada S. (w rzeczywistości nigdy tego nie powiedział).
- Zawsze taki już będę? – pytam. – A co z… - zastanawiam się. Jest coś ważnego, o co muszę spytać. – Tania! Co z Tanią? – Z trudem przeciskam się pomiędzy zastygłymi myślami. Znów strach. Pytam:
- Tania istnieje? Nie wymyśliłem jej sobie?! Czy wymyśliłem?
- Istnieje, istnieje.
- Jak ona mi to wybaczy? Wszystko było dobrze, byłem mądry, a teraz jestem głupi. Co będzie?
- Nic nie będzie.
- Nie martwisz się tym w ogóle? Zgubiłem swój umysł, nie jestem już cały, a wy się nie martwicie? Przecież zginąłem, nie ma mnie.

Próbuję myśleć, posklejać świat z niewielu kawałków, jakie mi zostały. Moje ciało, ja – jestem prostą maszyną. Mam żołądek, głowę, krew, jestem krótkim istnieniem w kontinuum czasu. Ponad mną jest Bóg, czarna plama, w czarnym kosmosie, który stworzył mnie dla zabawy. Moje istnienie nie ma znaczenia. Ludzie żyją w tym krótkim kontinuum i są w stanie przejść go bez cierpienia, ponieważ są zestrojeni i nie rozumieją swojej sytuacji. Czasami można się jednak odstroić, tak jak przytrafiło się mi, i wtedy wszystko rozumiemy, naszą znikomość i bezsensowność, trywialność. Życie jest wtedy nieznośne, ale równie nieznośna jest myśl o czarnej pustce śmierci. A najgorsza jest świadomość, że nie istnieje miłość, boskie uczucie do swojego stworzenia, wszystko jest tylko głupim żartem nieludzkiego Boga.

Trwało to pięć godzin. Pięć godzin piekła, po którym wreszcie stopniowo wróciłem do rzeczywistości.

Nie chcę nikogo odstraszać od doświadczenia z grzybami. Wiem, że to może być piękne, wzbogacające doświadczenie, nie uważam tego za niebezpieczny narkotyk. Niektórym być może nawet przydałoby się takie wyrwanie z rzeczywistości i zobaczenie świata z innej strony. Znam osoby, które doświadczyły cudownej jedności z wszechświatem i Bogiem, ich dusza oczyściła się z wielu warstw, czytałem o ludziach, którzy zmienili swoje życie, pod wpływem grzybów.

Niestety moje doświadczenie było inne i zastanawiam się na ile ja sam zawiniłem, że wylądowałem w tym solipsystycznym koszmarze. Może jestem za dużym tchórzem? Za bardzo chcę kontrolować, a takie doświadczenie wymaga pokory i uległości? Nie mam pojęcia. Obiecałem sobie jednak, że już nigdy tego nie zrobię. To było zbyt potworne. Na początku planowałem nawet, że nigdy o tym nie napiszę, że chcę zapomnieć na zawsze, ale po kilku dniach emocje opadły, opuścił mnie strach i zacząłem dostrzegać pozytywne strony tego wszystkiego. Na przykład? Chcę się bardziej przyłożyć do poszukiwania Absolutu. To życie jest zbyt krótkie, żeby je zmarnować.

Te rzeczy, które widziałem, szczególnie pod koniec – nie wierzę w nie. Nie wierzę, że nie ma miłości, a Bóg jest bezosobową, pozbawioną uczuć istotą, przyglądającą się zimno naszym bzdurnym, bezsensownym wysiłkom. Myślę, że to tylko mój najgłębszy strach przybrał dotykalną, pojmowalną formę.

Uważam, że w rzeczywistości jest całkiem na odwrót.



15 comments:

  1. hm.

    ,,wielki odlot pod inne niebo bez gwiazd". nie wiem jak to jest w rzeczywistości.

    pozdrawiam, Marcinsenie :-)

    ReplyDelete
  2. Dzięki za pozdrowienia. Jak jest w rzeczywistości? Każdy ma swoje niebo i piekło.

    ReplyDelete
  3. cieńka warstwa rzeczywistości..
    bardzo cieńka

    pamiętam fragmenty swoich "snów" w szpitalu pod narkozą, te w których wiedziałam jedynie że istnieję i próby mozolnego składania w całość własnej osobowości

    brr

    odważny z Ciebie człowiek :)

    ReplyDelete
  4. rozumiem twoje doświadczenie. cieszę się również, że nie starasz się zanegować i odrzucić tego co się wydarzyło. właśnie tu pojawia się twoja odwaga, nie tam gdzie byłeś (lub - patrząc z "tej", i tylko twojej, perspektywy - gdzie wydawało się, że byłeś).

    kiedyś, ktoś powiedział:
    "możesz wierzyć, że w tej chwili jest noc, ale twoja wiara nie wywoła nocy." te słowa świadczą tylko o tym, że wiara nie "objawi" prawdy.
    prawdę można poznać tylko jej dociekając, a już na pewno nie wierząc w nią!

    zdaję sobie, że nie chcesz ponownie doświadczyć tej erupcji wolnej myśli, czerpiącej energię z - posłużę się tutaj twoją nazwą - Absolutu, ale cieszę się zarazem, że miałeś okazję go doświadczyć [jak sam zauważyłeś - udało się to tylko Tobie] i w pewnym sensie zrozumieć.

    jest w tym pewna magia, jednak na ile jest w nas pokory, żeby potrafić się z nią zaprzyjaźnić?
    dla mnie było to równie niebanalne przeżycie...

    pozdrawiam

    ReplyDelete
  5. Ja to już dziękuję. I bez tego mam swoje własne jazdy na jawie !!!

    ReplyDelete
  6. Przekroczyłeś granicę, wszedłeś przez otwarte drzwi... Ja to mogę mieć i bez grzybków, ale nawet nie próbuję. Kiedyś raz sprawdzałem i mam dosyć :)

    ReplyDelete
  7. ufff, straszni Ci Twoi bogowie jak planety gnostyków. Dobrze, że wróciłeś do domu.
    To pierwszy Twój post, jaki przeczytałam. Wydał mi się niezwykle interesujący, gdyż mi także oddzielenie od Absolutu szczególnie doskwiera ostatnimi czasy. No, i kocham Beskid, choć mieszkam daleko, bo w Poznaniu.
    Pozdrawiam

    ReplyDelete
  8. Dzięki ludzie za podzielenie się. Ulgę człowiek czuje, komunikując się z innymi myślącymi istotami. Red noir, zapraszam częściej:)
    Kopacz i Latarnik - z chęcią posłuchałbym o waszych jazdach na jawie i o twoich prawadon nie na jawie;)
    Zeruya - jak się okazało, nie taki odważny.

    ReplyDelete
  9. Przyjelam kiedys mala dawke sproszkowanych grzybow. Moze za duzo przyjales naraz. Podejrzewam, ze wrazliwi ludzie musza dozowac takie przyjemnosci. Nie wierze w rzeczywistosc poza nami, wszystko jest caloscia, nie wierze w drzwi za ktorymi nie ma powrotu. Nawet gdyby nie, co mamy do stracenia - trzeba sie pozbyc strachu przed smiercia - moze to jest glowny cel. Narkotyk to dla mnie zawsze sprawa ze strachem. Strach i jego przezwyciezanie. Boze ale to dlugi temat.
    Ja po tych grzybach mialam troche wizji na temat wszechswiata w kierunku " Stworzenie jest kosmicznym dowcipem" taka zabawa...i tak nalezy to traktowac. Sama odczulam wizualnie zmiany proporcji- siedzac na toalecie wydawalo mi sie, ze lazienka jest ogromna hala a ja mala myszka. To bylo zabawne. Ale tez troche sie balam, to normalne.

    Mimo to nie jestem typem probujacym, nie pije nawet. Zmiany swiadomosci staram sie osiagnac medytacyjnie, pod wplywem inspiracji itp. roznie. Bez chemii.

    Dobrze to opisales, mozna bylo pojechac z Toba...respekt - jestes odwazny nawet jesli uwazasz inaczej.

    AsHa.

    poogladaj na you tube "Bleep", jest z napisami polskimi tez. Dobry film dokumentalny na temat zmiany punktu widzenie na nasza rzeczywistosc. Polecam

    ReplyDelete
  10. Asha - napisałaś: "Nawet gdyby nie, co mamy do stracenia - trzeba sie pozbyc strachu przed smiercia - moze to jest glowny cel"
    Zupełnie się z tym zgadzam - największy strach to porzucenie naszego "ja", a w takiej sytuacji jak z tymi grzybami, nie ma innego wyjścia.

    ReplyDelete
  11. Tak, i do tego myslalam ostatnio o tym Twoim calym prezyciu na grzybach. WEdlug mnie jest tak, ze duzo sie dokonuje w tych stanach. I jesli juz doszlo do tego, ze zrobiles cos takiego trzeba to wszystko widziec niesamowicie pozytywnie. Tylko tak. Wszystkie strachy byly uzasadnione a reszta godna przezycia. Szczegolnie zrobila na mnie wrazenie scena, kiedy widziales te swoje szczatki z dziecinstwa i inne...to bylo jak proces zespalania sie, wzmozona swiadomosc. Moze juz po wszytkim uda Cie sie to zobaczyc inaczej, glebiej, nie tak emocjonalnie, bez strachu. Koniecznie bym polecala, bo to robienie krokow do zespalania swojej osobowosci. To, co C.G.Jung okresla indywidualizacja.

    pozdrawiam!

    ReplyDelete
  12. Patrzenie na to z dystansu nalezy tez do tego calego procesu. To tak, jak uzupelnienie wizji.

    ReplyDelete
  13. Narkotyczne wizje, jak je nazywasz - solipsystyczne - są jak najbardziej prawdziwe, tak samo jak rzeczywistość ;) Ja to widzę tak, że są różne spektra "świadomości" i tym samym człowiek odbiera świat na różnych "poziomach". Chemia potrafi wytrącić nasz mózg ze ścisłych torów myślenia jak homo sapiens, przez co stajemy się na jakiś innym zwierzęciem. Czytam o tych Twoich grzybkach i czytam i nie mogę opędzić się od wrażenia, że doznałeś podobnej dysocjacji, jaką ma się po DXM. Przy większych dawkach można faktycznie stracić kontakt z "ludzką rzeczywistością" i stać się beholderem - jednym, wielkim, obiektywnym obserwatorem. Ciekawe są starcia z samym sobą w takich chwilach, łapanie własnego "ja" i usilne próby zatrzymania znikania świadomości. I jest dokładnie tak jak mówisz: wie się, że się jest. Nic więcej, bo reszta nie istnieje. A wnioski dotyczące własnego (w takim momencie cudzego!) życia są często przerażające (choć jednocześnie nieemocjonalne, bo w takim stanie brak emocji).
    Pozdrawiam!

    ReplyDelete
  14. Dzięki niekoder za komentarz, ma to sens co piszesz, dużo o tym myślałem i doszedłem do podobnych wniosków. Takie pozbycie się obecnej tożsamości jest jak śmierć i dlatego tak przeraża. I chyba jestem gotowy do kolejnej próby:)

    ReplyDelete
  15. Powinienes sprobowac i zobaczyc to z pozytywnej strony, ehhhh...
    Boska muzyczna energia przeplywajaca przez twoje serce i wszystko w okolo.
    Wszystko jest jasne i pozytywne, pelne zrozumienia.

    Ja miale kilka takich nieprzyjemnych lotow, ale bylem uparty i co mialem zobaczyc i poczuc sie spelnilo, rozdzial skonczony dawno temu.
    Te wlasnie doswiadczenia otworzyly mi swiadomosc w jakims tam procencie.

    Ciesze sie ze to zrobilem, i wiem ze teraz jestem innym czlowiekiem...

    ReplyDelete