Saturday, 30 May 2009

Bristolski tren



Bristolski tren

Choć tytuł poważny, to ten tekst jest zwykłym żartem, choć jak można zobaczyć, z pewnością zabarwionym lekką dozą goryczy. Dostało się dziś Anglikom ode mnie:). Generalnie jednak mój pesymizm nie jest aż tak kliniczny jak wynikałoby z tego tekstu. Ot czasami trzeba sobie ponarzekać:). Choć tyle z mojego dzisiejszego wypadu do parku.

Słońce pokolorowało Bristol na złoto-zielono. Westbury Park, choć pełen Anglików, nabrał letniego uroku. Turkusowe niebo przecinane było od czasu do czasu przez jaskrawo-kolorowe latawce, do których przyczepieni byli ludzie, ślizgający się na napędzanych wiatrem deskorolkach.

Widać też było smużki dymu z jednorazowych grillów. Poczerniałe, nad ranem zostaną pozbierane przez śmieciarzy.

Ostatni dzień weekendu zwykle jest dla mnie bezowocnym sprintem, kiedy próbuję złapać i choć przez chwilę utrzymać w dłoni umykające momenty. Trzymam je delikatnie w rękach, jakby to były motyle, czując delikatne trzepotanie sekund. Kiedy jednak otwieram klatkę z dłoni, okazuje się, że w środku jest całkiem pusto. Kolejna chwila uciekła. To ciekawe, jak bardzo różnią się od siebie momenty z weekendu od tych z pracy. Kiedy mam dwunastogodzinną zmianę, kawałki czasu obłażą mnie beznamiętnie, jak oślizgłe ślimaki i męczą monotonnym śluzotokiem. Nie ma co ukrywać – nigdy nie polubię idei sprzedawania swojego bezcennego czasu za pieniądze.

Na początku, kiedy znalazłem się w Bristolu, łaziłem do parku, mając nadzieję, że znajdę choć kilka dusz, jak ja szukających kosmicznego kontaktu. (Mówiąc „kosmicznego” mam na myśli zwykłe, czterowymiarowe spotkanie wędrujących po wszechświecie dusz, które utknęły na tej zapomnianej przez Boga planecie.)

Z czasem zdałem sobie sprawę, że w tym kraju nie wylądowało zbyt wielu rozbitków i większość żyznej, angielskiej ziemi zajmują zadowoleni tubylcy. Uprzejmych, zdystansowanych tuziemców nie interesują dziwaczni kosmici, o barbarzyńskich akcentach. Rzadko który spyta z jakiej jesteś planety. „Łatwiej ci się tu żyje?”, „U was pijecie wódkę, aren’t you?”, A! Byłem w Krakowie!”. Możecie być pewni, że zwykle nie interesują ich odpowiedzi. Anglicy już tak mają.

Wrócę lepiej do natury. Siedziałem w kaczeńcach. Kiedy byłem mały, mama zawsze ostrzegała mnie, żebym nie dotykał kaczeńców, bo jeśli to zrobię, a później przez przypadek dotknę oczu, mogę stracić wzrok. To zabawne, ale nawet teraz, w wieku trzydziestu trzech lat, nikt nie przekonałby mnie, żebym chociaż zbliżył twarz do kwiatu kaczeńca. Nawet nie dotknę drania i choć to łagodny kwiatek, to dla mnie już zawsze będzie miał w sobie coś złowieszczego.

To nie jedyny kwiat, jaki spieprzyła mi mama. Boję się również tulipanów. Kiedy miałem z cztery, albo pięć lat, sąsiadka poprosiła ją, żeby namalowała jej na ścianie ogród pełen tulipanów. W góralskiej wiosce, w latach osiemdziesiątych, malowanie na ścianach motywów kwietnych było bardzo popularnym sposobem ozdabiania domów.

Tak więc mama dostała zamówienie na namalowanie tulipanów. Kiedy sąsiadka od nas wyszła, powiedziała do ojca: „Leszek, ja się boję tych tulipanów.” Nie domyślała się, że sięgający jej do kolan brzdąc, słysząc te słowa, przeraził się aż do szpiku kości. Wyobraził sobie krwiste, tłuste tulipany, które czają się na drewnianych ścianach starych domów, gotowe, żeby na ciebie wyskoczyć i przerazić na śmierć.
No i tak mu już zostało: kaczeńce wypalają oczy, a krwiożercze tulipany to kosmiczne rosiczki, które wzbudzają strach nawet w jednym z dwóch najważniejszych w twoim czteroletnim życiu bogów (tzn. w mamie – czasami nie jestem pewny, czy moje metafory są zrozumiałe.)



Okej, powracając do dnia dzisiejszego: wziąłem ze sobą dwie butelki cydru (o wiele bardziej podoba mi się to słowo od popularnego wśród Polaków na Wyspach spolszczenia „sajder”. W sumie nie wiem, czy oprócz mnie ktoś jeszcze mówi „cydr”) i trochę tytoniu.

Najpierw usiadłem pod miłymi krzakami, w których cieniu mogłem się schować, ale wkrótce dosiadła się przeraźliwie głośna rodzinka. Nawet nie próbowałem się zaaklimatyzować. Zrezygnowany poszedłem poszukać nowego, niezaludnionego krzaka. Nie było łatwo, zważywszy na tłumy ludzi, nie będących w stanie zdecydować, czy chcą się opalać, czy chłodzić w cieniu.

Wreszcie jednak udało się. Usiadłem pod niedużym jesionem, ulepiłem koślawego skręta (wiatr zwiał mi połowę jego zawartości) i włączyłem „Psią Krew”. Góralskie rytmy, podrasowane dobrym basem, podgrzały mi krew. Chciało mi się wyć na myśl, że parę tysięcy kilometrów stąd, ciągle stoją, nie zwracające uwagi na moją nieobecność, góry, wioski i schroniska, o tej porze roku pewnie już pełne leśnych włóczęgów.

Wypaliłem skręta, napiłem się cydru, trochę pożonglowałem, poczytałem książkę, ale nie udało mi się uciec przed nostalgią.

Zrozumiałem, że muszę uruchomić wibrujący bodhisattvą nadajnik. Strzyknąłem więc odstającym uchem, dostroiłem się do pielgrzymich częstotliwości i wystukałem pustą butelką o rower: „Dziewczyny i chłopaki, dziewczyny i chłopaki, przydałoby się pogadać. Over.”
Poplątały się nagle latawce, gałęzie jesiona zostały przygniecione prawie do samej ziemi podmuchem nieoczekiwanego wiatru, a dwóm, tłustym Angielkom zwiało z obfitych piersi staniki.
- Cześć Marcinsen.
Przede mną stał chudy, długowłosy chłopak. Dopiero kiedy odwrócił się do mnie profilem, zobaczyłem, że włosy wyrastały mu tylko z jednej połowy głowy; druga była ogolona na łyso. Widać było, że jest trochę speszony swoją ekstrawaganckością. Stał lekko przygarbiony, nie wyciągając rąk z kieszeni. Zobaczyłem, że na grzbiecie ma skórzaną papę (jak kiedyś mówiło się na punkowe, czarne, łuszczące się kurtki).
- Cześć koleżko – odpowiedziałem, po czym tknięty przeczuciem, dodałem – Odwróciłbyś się na chwilę?
Tak jak myślałem, na plecach napisane było białym sprayem: „Sid OK.”
- Skąd masz tę kurtkę? – spytałem lekko zaniepokojony.
Chudzielec odgarnął sobie z twarzy wyraźnie tłuste włosy.
- Marcinsen, nie rób sobie jaj. Przecież ja to ty. Nie mów, że wszystko zapomniałeś?
Przyjrzałem się mu uważniej. Rzadki wąsik, wątła klatka piersiowa, zamiast glanów przerobione opinacze, które choć jakbym się nie starał, nigdy nie miały przypominać martensów.
- Punio?



- No jasne – powiedział i usiadł obok mnie, ocierając z czoła pot.
- Nie za gorąco na taką kurtkę? – spytałem wskazując na grubą, sztywną skórę.
- Marcinsen, wiesz, że mnie niepokoisz?
- Co?
- Przecież powinieneś pamiętać. Punio nigdy nie ściąga papy ani glanów. Nawet w środku lata, kiedy większość ludzi siedzi nad rzeką w samych majtkach.
Z tym nie mogłem się kłócić. Punio nie ściąga papy. Kropka.
Mój gość popatrzył łakomie na dwie, tłuste dziewczyny, które wcale nie przejęły się brakiem staników.
- Jak się tu bawisz? – spytał.
Rozejrzałem się dookoła.
- Niezbyt.
- No co ty? Wygląda, że to całkiem miłe miejsce. Słońce, zieleń, to – wskazał głową na Angielki.– Przyroda, relaks, oprócz tego masz pracę, dziewczynę. Wydaje się, że dobrze się urządziłeś.
Skrzywiłem się.
- Co ty, Punio. To wszystko iluzja. Tak naprawdę równie dobrze mógłbym siedzieć na pustyni. Nie wiem co stało się tym ludziom, ale już dałem sobie spokój z próbowaniem nawiązania kontaktu. Jakieś kalectwo emocjonalne.
- Poważnie? – zapytał z powątpiewaniem. Popatrzyłem na niego poirytowany. Jednak drażnił mnie tak samo jak kiedyś.
- Nie wierzysz? W porządku. Widzisz tamtą grupkę? Tam po lewej, obok tego drzewa z czerwonymi kwiatami? - pokazałem palcem.
- Masz na myśli głóg?
- Punio, nie popisuj się. Przecież ja to ty, jak sam mądrze zauważyłeś. Nie masz więc przed kim brylować.
Zaśmiał się lekko zmieszany.
- No dobra, widzę ich całkiem wyraźnie. Wydają się sympatyczni. I co?
- Idź do nich. Przywitaj się, zagadaj.

Moje przeszłe "ja" zmierzyło taksującym wzrokiem kilku opalonych młodzieniaszków, każdy w przeciwsłonecznych okularach i towarzyszące im dziewczyny, wciśnięte, w ciasne, białe szorty. Dziewczyny, jak mogłem zrozumieć z dobiegających nas pojedynczych słów, rozmawiały o tym, który z bohaterów „Lost” jest przystojniejszy.
- Co to jest „Lost”? – zapytał zaciekawiony Punio.
- To jest to, co zastąpi dobre seriale w dwudziestym pierwszym wieku. No ale masz jeszcze trochę czasu, została ci jeszcze większość lat dziewięćdziesiątych i możesz cieszyć się do woli „Archiwum X”.
Długowłosy „ja”, zdecydowanie nabrał powietrza w płuca.
- W takim razie... - Powietrze uszło z niego ze świstem - Ale po co mam do nich iść? - zreflektował się.
- Po prostu przywitaj się, zagadaj, wymień grzeczności, cokolwiek chcesz.
- Przecież nie mówię po angielsku – spróbował się wykręcić.
- Punio, nie pieprz. Jesteś tylko w mojej wyobraźni. Właśnie sobie wyobraziłem, że znasz angielski, chiński i marsjański. Nie masz więc żadnego ekskjuzu.
- Faktycznie! Zrozumiałem co to znaczy „ekskjuz”! – zawołał podekscytowany. Następnie wstał, otrzepał papę z kaczeńców, uważając, żeby śmiertelnie toksyczny, żółty pyłek nie wleciał mu do oczu i z ociąganiem poszedł przywitać się z sąsiadami.

Wszystkie rozmowy ucichły.
- How can I help you? – spytał chłodno przystojny blondyn, odsuwając na czoło markowe okulary.
- Cześć chłopaki i dziewczyny – powiedział zmieszany, ale zdeterminowany, żeby spróbować Punio. – Czy nie spotkaliśmy się czasem na podniebnych szlakach? Pamiętam astralne imprezy i jestem prawie pewny, że widziałem tam wasze twarze...
Odpowiedziała mu niechętna cisza. Nie dał za wygraną. Wyciągnął z kieszeni papy do połowy wypitą butelkę Karo. „Ciekawe, czy jeszcze produkują to wino?” – pomyślałem. Spróbował podać napój dziewczynie siedzącej najbliżej.
- Napijesz się?
Nie wyciągnęła ręki. Nie zrażony kontynuował.
- Za dwa złote ...
- Funty! – podpowiedziałem mu z oddali.
- Za dwa funty – poprawił się – nauczę was ujeżdżać promienie gwiazd. Zobaczycie dalekie krainy, gdzie drzewa rodzą fortepiany, na których grają kosmiczne wiewiórki, a najpiękniejsze dziewczyny... i mężczyźni – dodał szybko, uśmiechając się przepraszająco do chłodno spoglądających Angielek– tańczą fokstrota, do wtóru orkiestry, uratowanej z Titanica, przez kosmitę – melomana...

Cisza stawała się coraz bardziej wroga. Jedna z dziewczyn, ta najbardziej wymalowana dotknęła ramienia swojego towarzysza i zaczęła mu coś szeptać na ucho.
Punio odchrząknął.
- A co z podróżami w czasie, koledzy? – miało to zabrzmieć mocno, ale przeważyła wrodzona wstydliwość i brak charyzmy. – Nie chcielibyście spotkać starożytnych bogów i pić z nimi złociste wino w zbudowanych z białego marmuru świątynkach? A co powiecie na skoczne festyny, w dniach pomiędzy wielkimi wojnami, kiedy ludzie myśleli, że najgorsze mają za sobą i teraz ludzkość będzie się miała już tylko lepiej? Wtedy ludzie wiedzieli jak się bawić... – Zabrakło mu słów i rzucił mi przez ramię bezradne, wołające o pomoc spojrzenie. Wskazał na mnie palcem.
- Sam właśnie przewędrowałem piętnaście lat, żeby spotkać samego siebie i pocieszyć go w potrzebie.
Zawstydzony pokiwałem im niepewnie.
Dziewczyna przestała wreszcie szeptać. Jej chłopak wstał i podszedł do Punia.
- Fuck off – powiedział.

Punio wrócił i usiadł obok mnie.
- Faktycznie ciężko, Marcinsen. Niewesoło.
- Sam teraz widzisz.
- Co ty tu w ogóle robisz? – spytał.
- W parku, czy w ogóle?
- W parku to widzę. Oglądasz dziewczyny w topless i pijesz piwo.
- Cydra.
- Niech będzie cydra. Pytam co robisz tutaj, w Bristolu? Zapewniam cię (i kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć), że jest wiele o niebo ciekawszych i przyjemniejszych miejsc. Przyznam ci się, że wcale nie uśmiecha mi się tu skończyć.
- Wcale nie skończyłem.
- Na pewno? – powiedział sceptycznie.
- Wiesz co? – nie wytrzymałem. – Szukałem kogoś, z kim mógłbym pogadać, a nie chodzącego wyrzutu sumienia.
Anglicy pakowali swoje burgery, komórki, dymiące grille i paletki do badmintona. Rzucali nam przy tym potępiające spojrzenia.
Punio popatrzył na mnie przepraszająco.
- Sorry Marcinsen. Nie mam wyczucia.
Zrobiło się cicho.
- To ja będę już spadał – powiedział, wyciągając do mnie rękę. – Jutro mam klasówkę z polaka.
Uścisnąłem sobie dłoń. Mile zaskoczył mnie mój mocny uścisk.
- To trzymaj się Punio. Uważaj na siebie.
- Dzięki.
- I jeszcze pamiętaj, że w 1995... – Nie dokończyłem.
Punio uśmiechnął się ze zrozumieniem.
- Przecież dobrze wiesz, że aż nie mogę się doczekać, żeby popełnić te wszystkie pomyłki, które na mnie czekają – powiedział, szczerząc do mnie zęby.
Wiedziałem. Dlatego nie miało sensu próbować coś zmienić. Pokiwał mi ostatni raz i rozpłynął się w powietrzu.

Słońce pożarło mój kawałek cienia. Dwie tłuste Angielki znów miały na sobie staniki. Niebo jeszcze bardziej zagęściło się od latawców. „Naprawdę chce ci się to ciągnąć?” – pomyślałem i schowałem notatnik do torby.

Jeśli nie podnosiłbym wzroku za wysoko, to ten kawałek łąki, obok kół roweru, mógłby nawet ujść za Polskę.

30.05.2009, Bristol

Rodzina




W poszukiwaniu skrawków duszy cz.4

Czasami przychodziła do nas Ania, moja mała siostra, nastoletnia intelektualistka, która dodawała nam otuchy swoim bezkrytycznym uwielbieniem naszych osób i dla której w zupełności wystarczyło, że mogła posiedzieć z nami w ciszy, wyczuwając atmosferę azylu, jaką tam sobie stworzyliśmy i słuchając naszych opowieści o egzotycznych miejscach, jak Madryt, Paryż albo Warszawa.

Od czasu do czasu zachodziła też poskarżyć się na życie, albo pijaństwo ojca mama i czasami milkła przyglądając nam się z troską, nie rozumiejąc naszych ścieżek, które ani trochę nie pasowały do obrazu tego, jak według niej powinno wyglądać życie młodego małżeństwa. Z reguły nic na ten temat jednak nie mówiła, wiedząc, że nie posiada niczego, co mogłaby nam zaoferować; jej ciepły i bezpieczny świat komunizmu odszedł w przeszłość i nie miała pojęcia jakie wybory były właściwe teraz. Nie mogła tylko odżałować, że rzuciłem studia i zrezygnowałem tym samym ze spokojnej pracy wiejskiego nauczyciela, którym pewnie mógłbym zostać i przynajmniej raz dziennie nie omieszkała mi tego przypomnieć.

Ojciec raczej nie odwiedzał nas w naszym pokoju, chyba że potrzebował czegoś ze swojej szafki na dokumenty. Myślę, że nie chciał zakłócać nam prywatności, a czasami po ostrym piciu po prostu się nas wstydził. To raczej ja co jakiś czas wynurzałem się z naszego przytulnego gniazda, szedłem do kuchni, siadałem na ławce, obok jego łóżka i wspólnie oglądaliśmy stare westerny z Johnem Waynem i Clintem Eastwoodem. To były momenty, w których byliśmy sobie najbliżsi.




Oprócz rodziców i Ani mieszkał z nami jeszcze Łukasz, mój najmłodszy brat, który kiedyś większość czasu spędzał poza domem, surfując po falach młodzieńczych i butnych przygód, pełnych piersiastych dziewczyn, międzywioskowych wojen i honorowych pojedynków, zbyt zajęty pociąganiem z butelki młodości, żeby tracić czas na cztery, nudne ściany i nas, ale teraz wreszcie osiadł na miejscu z Moniką, dziewczyną, którą porwał z domu dziecka. W zamian zdążyła już dać mu małego chłopca.

Szymon, samotnik, urażone, środkowe dziecko wyprowadził się kilka lat wcześniej; włożywszy na siebie białą koszulę, kierpce i góralski kapelusz, zamieszkał w górach, rozdając jedzenie i ludowe nuty. Na kilka lat znalazł swoje schronienie w górskim schronisku, gdzie chciwy pochwał i przyjaźni zbudował sobie swoje własne, kruche jak się później okazało, królestwo.

No i byliśmy też my; cygańska, zdezorientowana para. Tanię złowiłem (a może ona mnie?) pięć lat wcześniej w Krakowie, w hinduskim aśramie, kiedy jej brązowe, śmiejące się oczy i twarz dziecka wyrwały mnie z abstrakcyjnych myśli o Absolucie i sprowadziły z powrotem na ziemię. To przez nią zamieniłem szafranowe szaty i ogoloną głowę, na sztruksy i brodę, ale wcale nie żałowałem. Choć trochę tęskniłem za mantrami o świcie i rozmowami ze starymi mnichami, którzy widzieli rzeczy, o których ja tylko mogłem śnić, to jednak nie zamieniłbym na nic naszych długich spacerów po uliczkach obcych miast, gdzie mieliśmy tylko siebie.

Lubiłem porównywać się do narratora z „Greka Zorby”, greckiego intelektualisty, który zafascynowany Buddą i jego naukami, poznaje Alexa Zorbę i pod wpływem jego zwierzęcej prawie miłości do życia, wybiera doświadczenie zamiast kontemplacji. W końcu to było tym, co desperacko próbowałem w sobie znaleźć; miłość do świata i ludzi, doświadczenie jedności i zrozumienie co naprawdę oznacza ta afirmacja życia, o której mówi tylu pisarzy. Tania nie była Grekiem Zorbą, ale z pewnością go we mnie obudziła.


c.d.n.

Friday, 29 May 2009

Koniec zimy



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.3

Zima dłużyła mi się tego roku nieziemsko. Śnieg zaczął topnieć już w styczniu, ale szaro-białawe brudne placki nie chciały zniknąć, choć był to już koniec marca. Nagie gałęzie drzew układały się w sieci żył na sinym niebie, a spoglądając przez okno, miałem wrażenie, że mogłem prawie dotknąć zabłoconych melancholią wzgórz, ochlapanych płachtami brudnego śniegu. Niechlujnie rozrzucone traktory szpeciły i tak szpetne wilgotne podwórka, pilnowane przez postrzępione, obojętne kundle. Czułem się tak, jak kiedyś, kiedy nie byłem tutaj tylko gościem, ale kudłatym nastolatkiem, uwięzionym w zapomnianej przez Boga górskiej wiosce, który nie licząc na ratunek, zamknął się w czterech ścianach swoich młodzieńczych, eskapistycznych fantazji, taniego wina i (o zgrozo) okazyjnego woreczka z klejem, dopóki odważne, nieprzemyślane i lekkomyślne decyzje nie rzuciły go poza granice znanego mu świata.

Tak wyglądało to kilkanaście lat wcześniej. Tym razem ta mała wioska i stary, pohabsburski dom stały się zimowym schronieniem dla mnie i mojej małżonki, gdy zawinęliśmy tam po kilkumiesięcznej włóczędze po Europie. Zjawiliśmy się bez pieniędzy i bez pomysłów na przyszłość, skuliliśmy się przy złocistym kominku i zawinąwszy się w grube koce, patrzeliśmy w pląsające płomienie, zabijając czas lekkimi rozmowami z bliskimi i czytaniem starych książek, którymi mój ojciec i w sumie przez kilka lat również ja, zapchaliśmy każdy wolny kąt. Tania zaczytywała się opowieściami o rzymskich cesarzach, z książek Krawczuka i Roberta Gravesa, ja natomiast zakopałem się w stosach pożółkłych numerów Fantastyki i w książkach Bradburego, Strugackich i Bułyczowa, które znałem tak dobrze, że najprawdopodobniej mógłbym sam napisać je od nowa.

c.d.n.

Thursday, 28 May 2009

Noc w namiocie



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.2

Wiatr nie przestawał wyć ani na chwilę i miałem wrażenie, że to jakiś olbrzym śmieje się ze mnie, spoglądając z góry na mój mały, potargany śnieżną wichurą namiot. Oczywiście to było głupie; przecież nikt nie byłby w stanie zobaczyć niczego w środku tej ciemnej, chłostanej deszczem i śniegiem nocy.

Lodowaty i mokry całun namiotu, pod ciężarem śniegu opadł w końcu na moje policzki i zanurzony w mokrych zwojach śpiwora, który zamiast grzać, wysysał ze mnie resztki ciepła, powoli zaczynałem panikować. Nieraz czytałem o podróżnikach, którzy spotkali swój koniec gdzieś daleko, na lodowych pustkowiach Arktyki, albo ośnieżonych szczytach Himalajów, ale przecież to był już koniec marca, na łące pod Gorzowem Wielkopolskim, a nie środek podbiegunowej zimy. Mimo to zaczynałem się trochę bać. Po raz kolejny sięgnąłem po małą latarkę, ukrytą pod zwiniętym swetrem, który służył mi za poduszkę (również przesiąknięty już wodą) i zerknąłem na zegarek. 2:45. Naprawdę minęło tylko pięć minut?!

Zgasiłem latarkę i bez nadziei na sen, podciągnąłem kolana pod brodę, próbując choć trochę się ogrzać. Chciało mi się płakać i miałem za złe temu komuś, kto co i rusz wymierzał mi policzek mokrym, targanym podmuchami wiatru brezentem namiotu. Choć zdawałem sobie sprawę, że nie ma tam na zewnątrz nikogo – jedynie parę drzew, niezbyt odległa szosa i cholerna, niespodziewana ulewo-śnieżyca, to jednak jakaś atawistyczna, pierwotna cząstka mojej świadomości, której istnienia do tej pory nawet nie podejrzewałem, wyobrażała sobie, stojącą za tym wszystkim, potężną istotę, która cieszyła się, że jakiś osioł postanowił porzucić przytulne objęcia cywilizacji i z beztroską tarotowego Głupca, oddał się w ofierze złośliwym bóstwom lasu.

Zmęczony zimnem, strachem i samotnością stałem się przesądnym neandertalczykiem, outsiderem, który szukając chwały i wolności, porzucił swoje plemię, ale którego odwaga stopniała w zetknięciu z bogami natury; okrutną Panią Śniegu, szalonym Markizem Deszczem i nieobliczalnym Baronem Wyjącym Wiatrem i teraz kulił się on w płytkiej jamie, niczym głupi, wystraszony zając.

Tamtej nocy, zostałem obdarty z romantyzmu, arogancji, nonszalancji oraz zadufania i stałem się nagim, płaczącym dzieckiem natury, przerażonym zbyt bliską obecnością swojej matki. To nie było miłe doświadczenie, ale z całą pewnością każda minuta spędzona wtedy w moim nadtopionym, miniaturowym, klaustrofobicznym namiociku była warta więcej niż rok na niejednym uniwersytecie. A przecież był to dopiero początek atrakcji, które miały mnie spotkać w czasie tej podróży.

c.d.n.

Wednesday, 27 May 2009

Pożegnanie z Miastem Jastrzębi



Pożegnanie z Miastem Jastrzębi, a później plaża i wyjaśnienie filozofii urlopu.
(fragment z "Byli też ciemnoocy")


Żegnając się z moim hotelikiem w Granadzie, pożegnałem się też z urlopowym paleniem fajek. Wrzuciłem do śmieci pozostały tytoń, bibułki, oraz filtry i powiedziałem do siebie trzy razy: „Nie jestem palaczem”, żeby w ten sposób utożsamić się z moim niepalącym „ja”. Mogłem podziwiać Hiszpanów za ich beztroskę w podejściu do palenia, która odzwierciedlała całokształt ich podejścia do życia, mogłem im nawet tego zazdrościć, ale miałem za dużo zdrowego rozsądku, żeby oddać się tej zdradliwej kochance, której tak bezgranicznie ufają Hiszpanie.

Następnie zarzuciłem na plecy mój bagaż, postawiłem na stoliku pożegnalny list i poszedłem w stronę dworca autobusowego, przyglądając się z żalem parkom, piekarniom, Marokańczykom, pięknym, smagłym dziewczynom, skuterom i po raz ostatni wciągając głęboko w płuca pachnące kwiatami i porannymi spalinami granadyjskie powietrze.

* * * * * * * * *

Wysiadłem z autobusu w Maladze, z dotkliwym uczuciem głodu. Rozpocząłem więc bezowocny tur po biurach informacji turystycznej, gdzie zwykle w odpowiedzi na pytanie o restaurację wegetariańską, dostawałem zmieszane, puste spojrzenia i próby skierowania mnie do zwykłej restauracji, gdzie „na pewno mają dania dla wegetarian”. W końcu poszedłem do kafejki internetowej i wkrótce znalazłem kilka miejsc, gdzie mógłbym zjeść dosyć tanio.

Zdecydowałem się na tajski bufet, na C/Peregrinos. Jedzenie było ok., choć nie jestem fanem dalekowschodniej kuchni, która jest dla mnie trochę mdła. Za to obsługa zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Starszy pan, właściciel restauracji zajął się mną, jakbym odwiedził go w jego własnym domu i łamanym hiszpańskim zaczął opowiadać mi o chwałach wegetarianizmu i o tym, że świat potrzebuje zmiany.

Po zaspokojeniu pierwszego głodu poprosiłem o deser. Gospodarz zdziwił się, że zjadłem tak niedużo (a zjadłem normalny, porządny obiad) i próbował namówić mnie na (gratisowe) dokładki. W końcu dał za wygraną i przyniósł mi deser, plus herbatę na koszt domu.

Kiedy powiedziałem mu, że jedzenie było przepyszne, bardzo się ucieszył i z dumą zaczął wołać coś do swoich pracowników.

To było na prawdę miłe doświadczenie szczerej gościnności i uprzejmości, tak różne od chłodnego profesjonalizmu z północy Europy, gdzie w jakimś chorym zaprzeczeniu domowości i swojskości, najważniejszy jest przyklejony uśmiech, oficjalność i dystans pomiędzy gośćmi, a „gospodarzami”.

Syty i zadowolony, chciałem odwdzięczyć się za przemiłą obsługę napiwkiem. Skośnooki gospodarz jednak zdecydowanie odmówił, a kiedy dowiedział się, że szukam taniego hotelu, zostawił swoim podwładnym jakieś wskazówki i wyszedł ze mną, żeby zaprowadzić mnie do najtańszego hotelu, który znajdował się kilka ulic dalej, po czym życząc mi szczęścia, wrócił do swojej pustej, niedocenionej restauracji.



Ostatecznie nie zatrzymałem się w tamtym hotelu. Pokój był ciasny, ciemny i obleśny. Hospitalero, mówiący z rosyjskim akcentem, smażył w swoim pokoju, na kuchence gazowej jajka sadzone na boczku, a na stole stała butelka wódki. Pół godziny później zawinąłem do Pension Costa Rica, gdzie za dwadzieścia euro miałem spędzić moją ostatnią noc w Hiszpanii.

* * * * * * * * *

Nie byłem w nastroju do zwiedzania, zostawiłem więc miasto za sobą i rozłożyłem się na plaży, żeby posłuchać szumu fal i odpocząć od wrażeń. Choć było słonecznie, to jednak ciągle był to marzec i poza kilkoma śmiałkami, większość ludzi trzymała się z daleka od wody (która jak przypuszczałem miała temperaturę Bałtyku w sezonie letnim).

Był to ostatni dzień mojej wycieczki. Czułem się zmęczony i po kilku dniach włóczenia się po ulicach, poznawania nowych ludzi, miejsc, czyli tego wszystkiego, za czym tęskniłem przez ostatnie kilka miesięcy, teraz marzyłem jedynie o swojskim, znajomym domu, z czekającą tam Tulasi.

Zawsze tak jest. Zmęczony codzienną rutyną, pracą, każdego dnia tymi samymi twarzami, człowiek zaczyna marzyć o oderwaniu się od tego wszystkiego i o przygodzie.
Zostawić za sobą znajomy świat i zanurzyć się w ulicach, rozbrzmiewających obcymi dźwiękami, gdzie nie dostrzegają nas twarze, inne niż te, które nie dostrzegają nas w mieście rodzinnym.

Czasami marzy nam się, żeby z podnieceniem i otwartością dziecka, obudzić się pewnego dnia w obcym mieście. Chciwy jego darów i świadomy swojego uprzywilejowanego statusu gościa, człowiek najpierw poddaje się odurzeniu. Wszystko jest inne; ulice pachną inaczej, kawa smakuje inaczej, ludzie reagują inaczej, dziewczyny są piękne w inny sposób.

Dumny, że dzielisz język (a przynajmniej próbujesz) z tubylcami, dźwięcznie i głośno naśladujesz, albo nawet tworzysz fantazyjny akcent i używasz soczystych zwrotów, których kiedyś nauczyłeś się z nadzieją, że pewnego dnia będziesz mógł się nimi popisać.

Pijesz poranną kawę z mlekiem, w małej kafejce, czytając miejscową gazetę i wyobrażając sobie, że jesteś mieszkańcem tego obcego, tajemniczego miasta, a wieczorem zawierasz znajomości z przypadkowymi ludźmi (zawsze kierując się instynktem).

Później pijecie wino, rozmawiając o swoim życiu, jakbyście znali się od lat. Czujesz się wolny i szczególnie na początku, te kilka dni wakacji wydaje ci się wiecznością. Takie zauroczenie może przetrwać kilka dni, tygodni, raczej rzadko kilka miesięcy, choć wszystko zależy od osoby; jej entuzjazmu, fantazji i wytrzymałości.

Ja jestem krótkodystansowcem i kiedy nie dzielę swojej podróży z Tulasi, to już po kilku dniach, zasypany wrażeniami, atrakcjami i innością zaczynam czuć przesyt i niepokój.

Próbuję z tym walczyć i mimo utraty entuzjazmu, ciągle staram się czerpać ile się tylko da z tego czasu, który mi został, ale dość szybko zdaję sobie sprawę, że to już. Podano mi wspaniały posiłek, na który rzuciłem się jak głodomór, ale dość szybko się najadłem i choć było przepyszne, to więcej już nie zmieszczę.

Myślę, że ma to swoje plusy. Po pierwsze wiedziałem, że to, czego udało mi się doświadczyć, wzbogaciło mnie; urodziłem kilka dobrych myśli, dowiedziałem się nowych rzeczy, usłyszałem parę dobrych historii, spotkałem kilka ciekawych osób, tak więc nie byłem rozczarowany. Po drugie nie czułem już tego zmęczenia Bristolem, pracą i codziennością. Wręcz przeciwnie – swojska, ciepła codzienność nabrała znowu blasku i cieszyłem się, że od jutra znowu będę w domu i być może w niedzielę pójdziemy puszczać latawiec.

Natomiast ten urlop w Granadzie poleży chwilę na szafce, pomiędzy starymi dziennikami, tam dojrzeje, nabierze blasku szlachetności, który przychodzi z czasem, a za parę miesięcy, czy lat będę mógł przeżyć ten tydzień jeszcze raz, w swoim pokoju, ze znajomą muzyką z głośników i z bliską osobą obok mnie, jak przystało na prawdziwego domatora.

Lista wieczorna:

1. Nie lubię Malagi. Już kiedy byłem tu ostatnio, nie przypadła mi do gustu. Głośna i arogancka.

2. Choć lubię szelest fal i widok morza, to lubię to tylko przez chwilę. Po pewnym czasie, jako prawdziwy góral, zaczynam jednak czuć się na plaży nieswojo.

3. Poprosiłem hospitalero o czystą pościel i się obraził.

4. Cieszę się, że kiedy jutro wrócę do domu, będę miał jeszcze całą sobotę wolną.

5. Zastanawiałem się, czy zostać na noc w Maladze, czy też pojechać do świątyni Kryszny w pobliskiej Churrianie.

6. Pościel naprawdę była brudna, w przeciwnym wypadku nie sprawiałbym dziadkowi przykrości.

7. Karczochów mam dość przynajmniej na rok.

8. Za oknem kołysankę śpiewają mi samochody, autobusy, skutery, głośne dzieciaki, klaksony, muzyka z baru, ale jednak nie męczy mnie to tak bardzo, jak się obawiałem. Kiedyś w Warszawie mieszkaliśmy w mieszkaniu, którego okna wychodziły na ulicę. Z czasem, ciężko było już zasnąć bez jej melodii.

Friday, 22 May 2009

Ulica szarlatanów - K. I. Gałczyński

Dziś jeden z przyjaciół przesłał mi trochę zdjęć, z pikniku, który odbył się kilka lat temu. To był dzień, kiedy widzieliśmy się ostatni raz, przed jego podróżą dookoła świata, która ciągle jeszcze trwa. Lubię łączyć zdjęcia z tekstem i szperając w twórczości Gałczyńskiego, natrafiłem na ten wiersz. W sumie to nie ma on nic wspólnego z nastrojem tamtego dnia, ale z drugiej strony... czasami też jestem szarlatanem i otaczają mnie szarlatani ;).

Ulica szarlatanów


K. I. Gałczyński

Szarlatanów nikt nie kocha.
Zawsze sami.
Dla nich gwiazdy świecą w górze
i na dole.
W tajnych szynkach piją dziwne
alkohole.
I wieczory przerażają
bluźnierstwami.

Wymyślili swe tablice
szmaragdowe.
Krwią dziewicy wypisali
charaktery.
Strachy w liczbach: 18,
3 i 4.
Przeklinamy Jezu-Chrysta
i Jehowę.

Szarlatani piszą księgi
o papieżach.
Zawsze w nocy mówią źle o
Watykanie.
Zawsze w nocy słychać szklane,
szklane łkanie:
płaczą gwiazdy zaplątane
w szkła na wieżach.

Kiedy miesiąc umęczony
wschodzi na nów,
alkohole z przerażenia
drżą słodyczą.
Nie pomogą alkohole:
W nocy krzyczą
łzy fałszywe szmaragdowych
szarlatanów.

Bardzo cicho i boleśnie
jest nad ranem.
Dzwonią dzwony, świt pochyla
się w pokorze.
Odpuść grzechy szarlatanom,
Panie Boże,
wszak Ty jesteś takim samym
szarlatanem.
























zdjęcia autorstwa Marka Townera

Piaskiem malowane.

Wonderful World.

Znów trochę wizualnej poezji:

Thursday, 21 May 2009

Zorba odźwiernym.



Ale Zorba ani drgnął, stał nieruchomo i patrzył na mnie:

— Posłuchaj, co ci powiem, szefie. Przejrzałem twoje zamiary. Teraz, gdy mówiłeś, miałem, jak to nazywają, objawienie i zrozumiałem!

— Więc jakie mam zamiary, Zorbo? — spytałem zaintrygowany.

— Chcesz wybudować klasztor, w którym zamiast mnichów umieścisz kilku podobnych do siebie gryzipiórków, żeby pisali dniem i nocą swoje bazgroły. A potem, jak się to widzi na niektórych świętych obrazach, z ust waszych wyjdą drukowane wstęgi. No co, odgadłem?

Zasmucony spuściłem głowę. Oto moje dawne, młodzieńcze, wspaniałe sny — jak skrzydła oskubane z piór... Naiwne, szlachetne, wzniosłe marzenia: zorganizować intelektualną wspólnotę, zamknąć się wraz z dziesiątką przyjaciół — muzykami, malarzami, poetami — pracować cały dzień i spotykać się tylko wieczorem, aby razem zjeść posiłek, śpiewać, czytać wspólnie i razem omawiać ważne problemy ludzkości, burząc tradycyjne poglądy. Sporządziłem nawet regulamin takiej wspólnoty, znalazłem także pomieszczenie w górach Hymetu u świętego Jana...

— A jednak zgadłem! — rzekł Zorba zadowolony, że milczę.
— Zgadłeś, Zorbo — odparłem z ukrytym wzruszeniem.
— Mam tedy do ciebie tylko jedną prośbę, świątobliwy przeorze: Uczyń mnie w tym klasztorze odźwiernym, abym mógł od czasu do czasu przeszmuglować do świętego miejsca coś z zewnątrz — kobiety, mandoliny, butelki z wódką, pieczone prosięta... Wszystko po to, byś nie zmarnował całego życia na głupstwa!

Tak, byłem w Sacromonte...



Tak, byłem w Sacromonte i piłem wino w Mirador de San Nicolas, spoglądając na złotą Alhambrę.

(fragment z "Byli też ciemnoocy...")

Po kilku dniach w Granadzie, poczułem się już trochę zmęczony miastem i ludźmi. Wypiwszy poranną kawę w kawiarence na Plaza Nueva, zaopatrzyłem się w chleb, owczy ser, sok pomarańczowy oraz butelkę Riojy i postanowiłem wspiąć się na Sacramonte, tyle tylko, że tym razem nie od strony Albayzin.

Szedłem tak jak pierwszego dnia, w stronę Abadin de Granada, ale zamiast iść prosto, drogą, która zaprowadziłaby mnie do zrujnowanego klasztoru, za radą spotkanego chłopaka z psem, skręciłem w lewo, w czarną metalową bramę. Już po chwili znalazłem się w sieci ścieżek, wijących się pomiędzy zamieszkałymi jaskiniami, gdzie w miniaturowych ogródkach wygrzewali się w porannym słońcu obdarci (a może to tylko moja wyobraźnia zasugerowała się barwnymi opisami Waltera Starkie z „Don Gypsy”) tubylcy.

Jaskinie z tej strony Sacromonte okazały się o wiele lepiej utrzymane i zadbane niż te od strony Albayzin. Tam są to raczej dziury w ziemi, otoczone złomem i gruzem, tutaj natomiast dobudowane ganeczki, drzwi i kable z elektrycznością, świadczyły o dobrej infrastrukturze i teraz mogłem zrozumieć, jak Vinia mogła zameldować się w jaskini.

Po kilku minutach zostawiłem osiedle za sobą i krętymi ścieżkami, które zaprowadziły mnie najpierw do rzadkiego lasu, dotarłem wreszcie na szczyt.



Atillo i Mateo obozowali w krzakach na samym szczycie i kiedy wyczołgali się z potarganego, krzywo rozbitego namiotu, od razu przyszli się przywitać i przy okazji spytać, czy mam coś do palenia. Poczęstowałem ich tabaką (choć nie o to dokładnie im chodziło) i spędziliśmy z godzinę na rozmowie. Pochodzili z Włoch, z Rzymu i planowali spędzić rok, podróżując po Hiszpanii i sprzedając artesanias podczas festiwali, w różnych miastach całego kraju. Poczęstowali mnie jabłkiem i powiedzieli, że jeśli chcę, mogę iść z nimi, a oni pokażą mi dzielnicę cygańską (która okazała się być górną częścią Albayzin).

Choć było jeszcze wcześnie, na ulicy już można było spotkać Cyganów, oferujących tanią trawę i haszysz. Atillo i Mateo zaopatrzyli się obficie, po czym rozstaliśmy się; oni poszli wziąć prysznic w domu jakichś przyjaciół, a ja zszedłem w dół, aż trafiłem do Mirador de San Nicolas.

Nazwałbym to miejsce Montmartre Granady. Jest to brukowany placyk otoczony murkiem, z widokiem na Alhambrę i Sierra Nevada, pełen młodych malarzy, oferujących swoje usługi siedzącym na murku turystom oraz handlujących koralikami i szkicami Alhambry włóczęgów i hipisów.

Kilka metrów po mojej prawej stronie cygański gitarzysta śpiewał pieśni flamenco, spłukując każdą łykiem wina i pociągnięciem haszyszowego skręta. Zdawało mi się, że rozpoznałem w nim Cygana, który grał w barze, do którego pierwszej nocy naszej znajomości zaprowadził mnie Eduardo, ale nie byłem tego pewny.

Słońce przyjemnie przypiekało mi plecy i pomyślałem, że chyba zostanę tu do wieczora. Nie miałem ochoty wracać do miasta. Wolałem spędzić mój ostatni dzień w Granadzie tutaj, czytając Lauriego Lee, pisząc w dzienniku i słuchając muzyki.

Jedyne miejsce z niezajętym cieniem (lub raczej z jego odrobiną) znajdowało się pod murkiem, gdzie wyłożyłem się w pozycji horyzontalnej i oddałem lekturze „I Can’t Stay long”.
Z neutralnego szumu rozmów wybił się nagle głośny szloch.
- Carmen! Carmen! Quiero solo ayudarte! (Chcę ci tylko pomóc!) – jasnowłosy dandys krzyczał przez łzy do telefonu.
- Nie rozłączaj się! Proszę! – wołał łkając, obojętny na otaczających go ludzi, przemierzając równocześnie plac szybkimi, długimi krokami, w najróżniejszych, przypadkowych kierunkach. Angielscy i niemieccy turyści przyglądali mu się z zaciekawieniem i przestrachem, ale miejscowi starsi panowie, oparci o laski, zaczęli się tylko śmiać oraz rzucać głośne komentarze, dotyczące cierpień miłości, okrucieństwa kobiet i płomieni pierwszego zauroczenia. Robili to jednak bez z złośliwości, ale raczej z sympatią i nostalgią.
W końcu dziewczyna musiał się rozłączyć, bo szloch chłopaka przeszedł w głośny jęk.
- Nie! Nie! – zawołał, po czym obojętny na resztę świata pobiegł uliczką gdzieś w dół, najprawdopodobniej pod okno tajemniczej i niedostępnej Carmen.