Sunday, 26 November 2017
Dikanda - Love
Niedawno byłem na koncercie i odkryłem Dikandę na nowo. Kawałek "Miłość" jest z najnowszej płyty, zachęcam.
Thursday, 23 November 2017
Panna M. (rozprawka zakochanego głupca)
Myślałem, że to już się nie zdarzy, ale Wszechświat mnie zaskoczył. Spotkałem dziewczynę i oszalałem na jej punkcie… Myślę, co o tym napisać, ale wszystko brzmi trywialnie. Może to dlatego, że o miłości napisano już wszystko. I jak uniknąć patetyczności?:)
Jest inna niż wszystkie dziewczyny, z którymi miałem do czynienia. Z jednej strony bardzo konserwatywna, zasadnicza, poważna, pełna zasad dotyczących damsko-męskich stosunków, zasad wywodzących się z dawnych wieków. Z drugiej strony jest lekka, dziewczęca, kokietująco-uwodzicielska.
Czasami budzę się przed nią i przez godzinę, albo i więcej po prostu patrzę, jak śpi, wsłuchuję się w jej oddech, staram się nie poruszyć, żeby nie wyrwać jej ze snu.
Kiedy opowiada swoje historyjki, mam takie chwile, że zupełnie się zapominam, czasami nawet gubię wątek i słucham jej głosu jak muzyki.
Lubię też patrzeć, kiedy z powagą i skupieniem stoi przed lustrem i traktuje swoją twarz tajemniczymi specyfikami, pudrami, kremami, pędzelkami, które magicznie sprawiają, że jest jeszcze piękniejsza.
Czasami na ulicy wskakuje na mnie, obejmuje mocno nogami i rękoma, i śmieje się głośno, nie zważając na przechodniów rzucających nam zaciekawione spojrzenia, a ja trzymam ją mocno, uważając, żeby się nie zachwiać, żeby pokazać, że jestem jej silnym mężczyzną, dla którego jej ciężar jest niezauważalny.
Kiedy jest rozgniewana, nie krzyczy, nie używa brzydkich słów, ale staje się lodowata niczym królowa śniegu i używa wyrażeń typu „nie życzę sobie” i wtedy boję się i robię wszystko, żeby znów była szczęśliwa.
Kiedy jesteśmy razem w większej grupie ludzi, nie wstydzi się okazywać mi uczuć. Widząc zazdrosne spojrzenia mężczyzn, czuję dumę i wydaje mi się, że mógłbym dokonać wielkich rzeczy.
Czasami stwierdza, że mój dom to nora i postanawia dokonać na nim rytualnego sprzątania. Kiedy chcę pomóc, uśmiecha się z politowaniem i radzi mi, żeby usiadł gdzieś z boku (co z radością robię). Później, kiedy zagląda ze szmatką w najmniejszy kącik, wodzę za nią wzrokiem, a kiedy przechodzi obok, zaczepiam ją na różne sposoby, budząc w niej chichoty i żartobliwe oburzenie.
Kiedy wiozę ją samochodem, ona często dotyka mojego ramienia, jakby od niechcenia, patrzy zrelaksowana na drogę albo na mnie, a ja czuję, że zupełnie na mnie polega i wydaje mi się wtedy, że nie prowadzę Audi 90, ale jestem Pirxem pilotującym statek kosmiczny.
Dużo pali. Choć czasami nie mam ochoty, to palę z nią, żeby dzielić ten samobójczy rytuał. Kiedy palę z nią papierosa za papierosem, czuję się jednak bezpieczny. Uważam, że rak płuc i choroby serca będą trzymać się od nas z daleka. W końcu ona jest córką Króla Słońca i Królowej Księżyca, chroni ją żelazny glejt bogów, a przez to i mnie.
To tylko próbka, mógłbym tak pisać godzinami, ale komu się chce czytać zakochanych głupców?
Wednesday, 4 October 2017
2017 Free Writing 2
Początek. Od tego pierwszego słowa spróbuję wystartować. Poczatek nowego życia, początek wieczoru, początek znajomości z Kosheen, jeszcze nie wiem, czy ją lubię, ale mam ochotę na damski wokal i trochę elektroniki.
Ciepło. Wziąłem długą kąpiel z książką. M. Scott Peck „The Road Less Travelled and Beyond”. Ma już sześćdziesiąt lat. Kiedy ją pisze, mija dwadzieścia od jego pierwszej książki. Ciekaw jestem, gdzie poprowadziła go jego droga. Dla mnie ta podróż to kwestia kilku tygodni (The Road Less Travelled i Further Along the Road Less Travelled przeczytane we wrześniu). Lubię go. Pisze o tym, że życie nie jest łatwe, że nie ma prostych odpowiedzi. W tym szukam otuchy: że mój życiowy chaos to nie tylko błądzenie, ale właśnie okazja do postępu, zgłębienia życia, odkrycia siebie. Czasami jest to wszystko bolesne, ale skoro nie ma prostych odpowiedzi, to chyba dobrze, że boli. To znaczy, że nie może się ustać życiowa zupa, nie robi się na niej niesmaczny korzuch, zawsze pozostaje świeża. Tak w końcu zawsze chciałem, choć kiedyś, te dwadzieścia lat temu nie wiedziałem do końca, co to oznacza. W swojej niewinności oczekiwałem łagodnego, radosnego postępu, w bezpiecznym otoczeniu, podążając po prostu za tym ciepłym, harmonijnym kącikiem w sercu. Okazało się, ze harmonia rodzi się z chaosu, niepowodzeń, wewnętrznych zmagań.
To tak w ramach filozoficznego wstępu.
Dziś rano znów biegałem. Wczorajsze zakwasy sprawiały przyjemny w sumie ból. Biegłem wzdłuż rzeki, wsłuchując się w swój oddech i szum wody. Powietrze pachnie już jesiennie. Niedługo zacznie pachnieć zimowo i to najbardziej lubię. Śnieg skrzypiący pod butami, rozgwieżdżone mroźne niebo i świadomość, że bez kalesonów, grubych skarpet, czapki, rękawiczek i kurtki, umarłbym w kilkanaście minut. Po powrocie próbowałem medytować na mojej mantrze, a później spędziłem kilka godzin na pracy przy domu. Układałem drewno pod ścianą, część wrzuciłem do drewutni, przygotowałem też miejsce na czereśnię. Biedaczka została skazana na ścięcie, bo przestała dawać owoce, a do tego niszczy dach i blokuje rynnę. Będzie z niej drewna na parę miesięcy zimy. Jestem jej wdzięczny i też zawstydzony, że dla mojej wygody straci życie. Ale tak to wygląda. Przestałem jeść mięso, żeby nie ranić zwierząt, ale nie mogę rozciągać ahimsy w nieskończoność. Ze względów praktycznych, z lenistwa, z nieczułości.
Bieganie i ciężka praca sprawiły mi dużą satysfakcję. To działa. Ostatnie kilka miesięcy wegetowałem pomiędzy imprezowaniem w schronisku, a wegetacją domową przy serialach, telewizji i marudzeniu. Niedawno postanowiłem zmusić się do pewnej rutyny, żeby wyrwać się z marazmu właśnie przez zmuszanie się do wykonywania pewnych rzeczy, narzucenie sobie dyscypliny. Zrobiłem nawet listę do odfajkowywania:
Plan dnia
1. Medytacja (mantrowanie, Bhagavatam, modlitwa)
2. Bieganie (albo inny sport, w zależności od pogody)
3. Praca wokół domu (drewno, piece, etc.)
4. Śniadanie
5. Pisanie
6. Rysowanie
7. Nauka gry na instrumencie
8. Reszta (filmy, relaks, więcej twórczości, nauki, spotkania, posiłki, etc.)
Nie do końca daję radę ze wszystkim, na przykład nie udało mi się wczoraj uczyć instrumentu, ale dopiero się rozkręcam. Zresztą, kiedy już ogarnę drewno na zimę, to tych obowiązków domowych będzie mniej, więc czas też się znajdzie. Cieszę się na spędzenie jesieni i zimy w ten sposób. Chciałbym, żeby to był czas na otrząśnięcie się z chaosu i zmęczenia, i stworzenie sobie fundamentów.
Myślę, że w poszukiwaniu doskonałej wolności zabrnąłem za daleko, na niezbadane rubieże, gdzie trochę się zgubiłem. Nie byłem jeszcze dość silny, moja magiczna różdżka nie miała w sobie dość magicznej mocy, a towarzysze podróży odpadli gdzieś po drodze. W końcu przyszedł czas, żeby wycofać się na znajome ziemie, wylizać rany i nabrać siły przed kolejną ekspedycją.
Jak nazywał się ten arystokrata z W 80 dni dookoła świata? William Fogg? Jakoś tak. Uwielbiałem tę książkę jako dzieciak. Podróż z bohaterami była jasna, klarowna, bez tajemnic, bez błądzenia, bez rozpaczy, bez smoków, trolli i wiedźm. Świat w tej książce wydawał się bezpiecznym miejscem, nawet jeśli czasami chaotycznym, to moralne zasady i spryt Williama Fogga rozwiewały ciemniejsze chmury.
„Kiedyś, gdy czytałem Verne’a, byłem marynarzem”, śpiewałem, w którejś z moich piosenek.
Nie pamiętam snów z ostatniej nocy, co jest dla mnie czymś wyjątkowym. Zwykle pamiętam prawie całą fabułę. Choć pamiętam, że obudziłem się w nocy i powtórzyłem sobie jakieś ważne rzeczy ze snu, żeby utkwiły w głowie. No ale nie udało się.
Dziś nie wspomagam się żadnym trunkiem. Nie mam ochoty. Podoba mi się być tak zupełnie trzeźwym, widzieć wszystko takie, jakim jest. Zresztą gdy unikam alkoholu, to moje emocje są bardziej zbalansowane, łagodne, nie miotają mną od ekstazy do depresji. Mam dość takich huśtawek. Lubię czuć się spokojnym, przytomnym, wyważonym.
dzień później:
Leje od rana. Gorąca, gorzka herbata przyjemnie rozgrzewa żołądek, stopy grzeją się od termofora, a plecy wystawione do kominka. Jestem zabezpieczony ze wszystkich stron. A serce? Serce ciągle zimne, ale być może muzyka rozgrzeje. A może nawet herbacie się uda, w końcu żołądek blisko serca (ha ha ha, zaśmiał się hrabia po francusku).
To już czwarty dzień pisania. Postaram się tego trzymać. Jest dopiero za dwadzieścia dziesiąta rano. Biegałem, mantrowałem, naniosłem drwa do kominka, zawiozłem Monikę (szwagierkę) na zakupy do miasteczka. I na tym chyba koniec obowiązków na dzisiaj. Mieliśmy z Łukaszem ciąć czereśnię, ale deszcz pokrzyżował plany.
Wczoraj udało mi się powstrzymać i nie wysłałem pannie M. smsa ani nie zadzwoniłem, choć czułem silne parcie (zerwała ze mną przedwczoraj). Dziś jest już chyba łatwiej. Myślę, że parę dni jeszcze się pomęczę i zacznie być lżej. Chyba że ona się odezwie i będzie chciała spotkać. Nie mam tyle siły, żeby powiedzieć nie, choć wiem, że ten związek nie jest dla mnie. Myśl o bliskości, seksie, rozmowie z nią jest zbyt kusząca.
To znowu ta trywialność. Z braku prawdziwej miłości, czystej, wykutej w kuźni razem z gwiazdami, jestem w stanie zadowolić się zwykłą, ziemską. Antynikotynowa łatka na samotność – to wszystko, czym to jest. Antidotum być może jest przyjęcie schronienia w marzeniach. Uwierzenie, że jest gdzieś ta dziewczyna, która jest tylko dla mnie, która czeka na mnie, tak samo desperacko jak ja na nią. Dziewczyna, która lubi Starszych Panów, zaczytywała się w dzieciństwie książkami o Tomku Szklarskim i czasami ucieka w długi serial o szalonym kosmicie albo rodzinnym zakładzie pogrzebowym. Dziewczyna, która ufa, jest spokojna, często smutna, kocha zwierzęta tak bardzo, że nie włożyłaby żadnego do ust, wierzy w Boga, ale nie lubi religii, która chciałaby, żebym był jej całym światem i która gotowa jest stać się całym światem dla mnie. Która nie martwi się biedą, wiedząc że Wszechświat zawsze się jakoś zaopiekuje i która wierzy w anioła stróża. Może ma ciemne włosy z grzywką i brązowe lub ciemnozielone oczy, ale niekoniecznie. Może jest blondynką z kręconymi włosami i oczach o kolorze lipcowego nieba. Tak też może być.
Ostatnio znów zacząłem palić papierosy. Niezbyt dużo, ale jednak. Nie mam ochoty przestać i wrócić do elektronicznego (choć elektronicznego też ćmię w przerwach między fajkami). Palenie, choć w tle grozi rakiem, to daje mi pewien rodzaj ukojenia, komfortu psychicznego.
Moja książka ma być o podróżach. Trochę boję się zanurzenia we wspomnieniach. Większość z podróży, które chcę spisać, wydarzyły się jeszcze przed Końcem Epoki. Do tej pory unikałem spoglądania na tamtą stronę czasu, ale być może jestem już gotowy rozliczyć się z przeszłością i mogę myśleć i wspominać tamte lata z czułością, nie z rozczarowaniem i poczuciem winy. Minęły cztery lata. Czas już ruszyć do przodu.
Podróże.
Pomorze Zachodnie. Szliśmy kiedyś drogą z pewnej wioski do miasteczka. To była wczesna jesień. Wielkie kasztanowce i dęby, jak poczciwe dinozaury, stały na poboczu szosy, osłaniając nas od gorącego, wrześniowego słońca. Okoliczne wzgórza zieleniły się lasem, a w ogródkach działkowych krzątali się miejscowi. Szliśmy karmiąc oczy tym wszystkim i powiedziałem jej wtedy, że chciałbym całe życie tak iść razem, przed siebie. Mijając wsie, miasta, państwa, góry, jeziora, lasy, nigdy się nie zatrzymywać. Później spełniliśmy do pewnego stopnia to marzenie, kiedy wyruszyliśmy na Camino de Santiago. Ta wyprawa sprawiła, że jeszcze bardziej zapragnąłem iść z nią na zawsze. Ale nie udało się. Trywialność dnia codziennego dopadła nas i sponiewierała. Brak pieniędzy, praca, emigracja, stres, długi, nerwica, mój romans, rozwód. Przestaliśmy iść wspólnie tamtą jesienną szosą pod kasztanowcami i dębami. Ona poszła w swoją stronę, wyszła za mąż, uczy się życia z kimś innym, opiekuje się jego córką z poprzedniego małżeństwa, poznaje nowy język. Ja zgubiłem się trochę. W kilku kolejnych kobietach szukałem czegoś, co nie mogły mi dać. Przede wszystkim doskonałego zrozumienia. Po dniach lub tygodniach zachłyśnięcia się nową osobą, jej ciałem, ciepłem, głosem, zaczynałem czuć rozczarowanie, a zamiast wolności dopadało mnie uczucie utknięcia.
Kolejny wpis prawie w całości poświęcony kwestii miłości damsko-męskiej. Widocznie jest to dla mnie temat ważny, muszę tutaj coś wypracować, choć jeszcze nie wiem co. Żeby, jak porządny dorosły człowiek, porzucić marzenie o ideale i znaleźć szczęście w zwykłym, codziennym związku, w jakich żyje większość? A może na odwrót? Trzymać się tego i wierzyć, że Wszechświat wystawia mnie na próbę, a kiedy ją przejdę, czeka mnie nagroda? Czasami skłaniam się ku pierwszej opcji, czasami ku drugiej.
Nie chodzi tutaj jednak o znalezienie ideału. Nie ma ludzi doskonałych, zresztą mój „ideał” nie jest ideałem. Jest osobą niedoskonałą w taki sposób, że jej niedoskonałości dopełniają się z moimi.
To tyle na dzisiaj. Wczorajszego wpisu nie wrzuciłem na Garść drobnych, dzisiejszego jeszcze nie jestem pewien. Przeczytam go i zdecyduję.
Teraz zabiorę się za nowy obrazek.
Tuesday, 3 October 2017
2017 Free Writing 1
(...)
Chcę napisać książkę. Dwie. Chcę
skończyć "Najstarszych" i napisać coś o moich podróżach. "Najstarszych" skończę
później. Muszę się do nich rozgrzać, to projekt ambitny, ważny i nie do końca
jestem pewien jak i co w nim przekazać. To moja dusza.
Druga książka też jest o mojej
duszy, też jest ważna, ale książka o faktach i przygodach jest łatwiejsza niż
książka tylko z umysłu. Więc książka o podróżach będzie moją rozgrzewką. Gdzieś
zapisałem listę rozdziałów, tak wstępnie, pewnie coś jeszcze dojdzie. Nie jest
problemem ilość przygód, tego mi nie brakuje, a to czego braknie, dopełnię
fantazją. Brakuje mi myśli przewodniej, lajt motif, coś, co sprawi, że nie
będzie to luźny zbiór historii, ale całość, moja wielka podróż przez życie.
Mam różne pomysły. Na przykład nie
robić tego chronologicznie. Czytelnik będzie mógł zajrzeć tu i tam i tu i znowu
tam, i chaotyczna układanka pokaże mu szerszy obraz mojej ścieżki. Póki co
jestem przywiązany do tej idei.
Chcę, żeby te historie były
opisane głęboko, elokwentnie, filozoficznie, lirycznie, wzruszająco, ale też
lekko, humorystycznie, osobiście, ale nie ekshibicjonistycznie. To będzie ciężka
praca. Ale kiedy raz uda mi się wejść w klimat, zrozumieć konewncję, to powinno
iść już gładko. Ale ta myśl przewodnia… Gdzie ją znaleźć? Może za bardzo się
tym martwię? To jest 2017 rok. Nie ma nic złego we fragmentarycznym pisaniu.
Pamiętam Opowieć Zimową Paula Austera. To był w pewnym sensie chaos. Ale jednak
nie był. Może ten lajt motif wyjdzie sam?
Teraz piszę pierwszy raz od lat,
tak naprawdę, klikając w klawisze jak szalony, free writing, bez zastanawiania
się i czuję radość. Jakby żadnej przewry nie było. Wydaje się, że nie będzie
tak źle. To tylko kwestia rutyny, powtarzania, odwagi. Odwagi!
Piję whiskey. Zasmakowałem
ostatnio w tym dębowym smaku i gorącej od niej krwi w żyłach. Słucham muzyki od
M.. Nagrała mi na pendrivie kilkadziesiąt albumów. Dobrze mi się tego
słucha. Nie pławię się w zaśniedziałych playlistach sprzed lat. Tamte lata
minęły. Czas na nowe. M., dziwna istota, która czasami mnie zachwyca, a
czasami irytuje. Ale nie wiem ciągle ile z tej irytacji rodzi się z tego, że
nie jest Tanią, a ile przychodzi od niej. I nie wiem jeszcze ile tego zachwytu pochodzi z namiętności, a ile z serca. Więc nie podejmuję stanowczych,
pochopnych kroków i płynę z prądem, czekając, czy przestanie mnie zachwycać,
czy wypchnie Tanię z jej piedestału…
To nie tak. Nie chcę już nikogo na
piedestale. Chcę być wolnym sobą, wiedząc, że nie ma ludzi doskonałych,
doskonałej miłości. Jest tylko dusza, wyobraźnia, serce, niedoskonałość,
przezwyciężanie, odbijanie się od dna i wieczne szukanie szczęscia.
Parafrazując hiszpańskiegho anarchistę: szczęście jest jak horyzont. Zmierzasz
do niego, ale ono z każdym krokiem oddala się o taką samą odległość. Ale nie o
to chodzi, żeby je osiągnąć, ale właśnie o podróż, o dążenie. On mówił o utopii,
ale szczęście też tu pasuje.
Daleko jeszcze do dwóch stron (to
moje minimum jeśli chodzi o strumień świadomości)? Jeszcze jeden, albo dwa
paragrafy. Chcę poćwiczyć na free writing zanim wezmę się za „książkę
właściwą”.
O czym jeszcze napisać? Coś z
moich ulubionych rejonów? Snów?
(tutaj sen, który ocenzurowałem)
O tym był sen. Obudziłem się zły, zmęczony. Przez chwilę patrzyłem
tępo w sufit, później spojrzałem na zegarek. Siódma. A właśnie, że nie przeleżę
dwóch albo trzech godzin w łóżku, klikając facebooka na komórce. Ubrałem dres,
buty do biegania i pobiegłem w mżawce i mgle. Błoto chlapiące spod butów, płuca
wypluwające zaschniętą smołę i nikotynę, uszy szczypiące od chłodu.
Poczułem się dobrze. W domu zrobiłem
jeszcze kilka brzuszków. Łokieć tenisisty nie pozwolił mi na nic innego.
Później medytacja: intonowanie
mantr, modlitwa, czytanie Bhagavatam. Pierwszy raz od miesiąca, albo i więcej.
Myśl przewijająca się w międzyczasie: niech to nie będzie obowiązek, niech to
nie będzie strach, niech to nie będzie ucieczka. Chcę poczuć przestrzeń poza
słowami, poza dotykalnym światem. Miłość Absolutu, a nie zaschnięte
pozostałości po pełnym poczucia winy katolickim wychowaniu. Trochę się udało. A
reszta to nadzieja, że uda się kiedys na dobre.
Po śniadaniu wziąłem się za
noszenie drwa. Poukładałem pod ścianą, przerzucając ciężar na lewą rękę, bo
prawa już od trzech miesięcy niesprawna. Stos zawalił się trzy razy, zanim
udało mi się tak ułożyć konstrukcję, że ciężar mokrego buka, zamiast ją
osłabiać, wzmocnił.
Później prysznic, wyprawa do
sklepu po whiskey, rozpalenie ognia w kominku.
I już prawie czwarta. Zapada
zmrok, krople deszczu spływają po
szybie, Grabaż śpiewa o zimnych dziadach listopadach po deszczowych obiadach.
Idealnie pasuje. „A gdy się spełni wróżba…” Oprócz deszczu, szarego nieba i wysokiego,
nieśmiałego chwasta udającego desperacko drzewko, widzę grubo pociętą wierzbę za parapetem, która
będzie grzała mnie w zimie. Zapas drewna wzbudza we mnie poczucie
bezpieczeństwa.
PS. Kto jeszcze nie ma kompletu moich pocztówek ani albumu z muzyką? :) Piszcie na maila: kalpatarudasa@gmail.com
PS. Kto jeszcze nie ma kompletu moich pocztówek ani albumu z muzyką? :) Piszcie na maila: kalpatarudasa@gmail.com
Wednesday, 20 September 2017
Pozdro
Pozdrowienia z Podziemnego Świata
Nie było mnie prawie pięć miesięcy. Ciężko byłoby streścić wszystko. Polska, góry, praca w schronisku, lekkie rozpicie się, granie koncertów, krótkotrwałe wakacyjne związki, zostawiające w sercu trochę smutku, trochę pustki i trochę radości. Kupiłem samochód (ledwie zipiący eksponat muzealny), nabawiłem sie zapalenia stawu łokciowego, męczy od prawie trzech miesięcy, przeczytałem kilka książek ("Struktura Wszechświata" - dowiedziałem się, co to fizyka kwantowa, "Opowieść zimowa" Paula Austera, między innymi), obejrzałem drugi raz "Doctor Who", przygotowuję już drewno na zimę.
Znajomy zaproponował mi niewielkie stypendium, żebym mógł poświęcić się tej jesieni i zimy pisaniu. Mam dwa projekty, które chcę zrobić, muszę tylko strząsnąć apatię.
Na razie to tyle.
Tuesday, 25 April 2017
Pocztówki, pocztówki!:)
Hej
Zjechałem już do Polski. W ramach kupowania chleba i dodatków do tegoż, typu ser i musztarda, wpadłem na pomysł wydrukowania pocztówek z kilkoma ilustracjami, tak że zapraszam na email po szczegóły: kalpatarudasa@gmail.com.
Trzymajcie się.
Zjechałem już do Polski. W ramach kupowania chleba i dodatków do tegoż, typu ser i musztarda, wpadłem na pomysł wydrukowania pocztówek z kilkoma ilustracjami, tak że zapraszam na email po szczegóły: kalpatarudasa@gmail.com.
Trzymajcie się.
Sunday, 26 March 2017
Tożsamość
Leniwa niedziela w łóżku. Obejrzałem „Ocho Apellidos Vascos”. Lekka romantyczna komedia pomyłek. Andaluzyjczyk zakochuje się w Baskijce i wynikają z tego zabawne perypetie.
Poczułem silnie, jak brakuje mi tożsamości. Narodowej, lokalnej, kulturowej, społecznej, emocjonalnej. Tożsamość polska z jakiegoś powodu mnie brzydzi. Większość czasu wstydzę się Polski, jak pijanego, chamskiego stryjka-prostaka. Lokalnie też nie czuję się góralem. Miałem kiedyś tożsamość, która dawała mi sens przynależności. To była tożsamość „Marcin, mąż Tatiany”. Dawała mi do jakiegoś stopnia spełnienie i pozwalała nie cierpieć zbyt bardzo z powodu braku tych innych. Teraz, kiedy tego zabrakło, zupełnie nie wiem, kim jestem. Teoretyczne przyjęcie duchowego, teologicznego paradygmatu: „jestem transcendentalną duszą”, choć wydaje się obejmować w sobie wszystkie podzbiory, to jest na tym etapie konstrukcją czysto intelektualną. Nie jest w stanie zharmonizować wewnętrznych konfliktów i spełnić potrzeb ojczyzny, miłości, sensu i przynależności. Jest to stan niewygodny, ciasny, drażniący. Ciężko mi zrozumieć, jak moje pragnienie wolności, którym zawsze się kierowałem, przełamywanie schematów, rozpychanie się w przymałej rzeczywistości dla rozszerzenia jej granic, głód wiedzy i zrozumienia „innego”, znajdującego się poza ramami mojego świata, mogło połamać mi skrzydła. Oznacza to albo, że jestem w okresie przejściowym, po którym poznam radości większej wolności (nagrody poszukiwacza), albo moje założenia były błędne i mój głód wyzwolenia prowadzi mnie (jeśli już nie doprowadził) do katastrofy.Inna możliwość jest taka, że to nie głód wolności i wiedzy mną kierował, ale jakieś nieuświadomione uwarunkowania, żądze, chaotyczny, bezsensowny zbiór przypadków i neurotycznych impulsów.
Jedno jest pewne: nie mogę "wymyślić" drogi wyjścia z tego galimatiasu. To nie intelekt, ale jedynie zaspokojenie potrzeb serca może stworzyć mnie na nowo: całego i spełnionego.
Poczułem silnie, jak brakuje mi tożsamości. Narodowej, lokalnej, kulturowej, społecznej, emocjonalnej. Tożsamość polska z jakiegoś powodu mnie brzydzi. Większość czasu wstydzę się Polski, jak pijanego, chamskiego stryjka-prostaka. Lokalnie też nie czuję się góralem. Miałem kiedyś tożsamość, która dawała mi sens przynależności. To była tożsamość „Marcin, mąż Tatiany”. Dawała mi do jakiegoś stopnia spełnienie i pozwalała nie cierpieć zbyt bardzo z powodu braku tych innych. Teraz, kiedy tego zabrakło, zupełnie nie wiem, kim jestem. Teoretyczne przyjęcie duchowego, teologicznego paradygmatu: „jestem transcendentalną duszą”, choć wydaje się obejmować w sobie wszystkie podzbiory, to jest na tym etapie konstrukcją czysto intelektualną. Nie jest w stanie zharmonizować wewnętrznych konfliktów i spełnić potrzeb ojczyzny, miłości, sensu i przynależności. Jest to stan niewygodny, ciasny, drażniący. Ciężko mi zrozumieć, jak moje pragnienie wolności, którym zawsze się kierowałem, przełamywanie schematów, rozpychanie się w przymałej rzeczywistości dla rozszerzenia jej granic, głód wiedzy i zrozumienia „innego”, znajdującego się poza ramami mojego świata, mogło połamać mi skrzydła. Oznacza to albo, że jestem w okresie przejściowym, po którym poznam radości większej wolności (nagrody poszukiwacza), albo moje założenia były błędne i mój głód wyzwolenia prowadzi mnie (jeśli już nie doprowadził) do katastrofy.Inna możliwość jest taka, że to nie głód wolności i wiedzy mną kierował, ale jakieś nieuświadomione uwarunkowania, żądze, chaotyczny, bezsensowny zbiór przypadków i neurotycznych impulsów.
Jedno jest pewne: nie mogę "wymyślić" drogi wyjścia z tego galimatiasu. To nie intelekt, ale jedynie zaspokojenie potrzeb serca może stworzyć mnie na nowo: całego i spełnionego.
Friday, 17 March 2017
Wyjazd
Zwijam się do kraju w kwietniu. Kolano daje w kość, nie będę w stanie związać się na dłuższą metę ze szkołą, gdzie teraz pracuję. A bez pracy czynsz się sam nie zapłaci. Znajomy zaproponował mi dorywcze zajęcie w schronisku górskim niedaleko domu, więc jakiś dopływ gotówki będzie.
Ogólnie się cieszę. Po dłuższym czasie w jednej pracy czuję się jak w więzieniu. Taki nagły wyjazd to dla mnie radość. Oczywiście stres jest: transport rzeczy, bilety, etc, ale nic, czego nie robiłbym wcześniej.
Cygańska klątwa nie popuszcza:)
Ogólnie się cieszę. Po dłuższym czasie w jednej pracy czuję się jak w więzieniu. Taki nagły wyjazd to dla mnie radość. Oczywiście stres jest: transport rzeczy, bilety, etc, ale nic, czego nie robiłbym wcześniej.
Cygańska klątwa nie popuszcza:)
Monday, 13 March 2017
Ove
Nie martwię się rachunkami,
tak naprawdę nie boli mnie,
naprawdę nie boli mnie nic.
Nie boję się aniołów
ani diabłów śmierci.
Tęsknię za Tobą, Księżniczko.
Jak pokazywałaś mi taniec ręki na tle gwiazd,
jak siedzieliśmy na brudnych dworcach,
zapatrzeni albo zagadani na zawsze,
w drodze tam albo z powrotem.
Tęsknię za bursztynową krówką z Sukiennic,
czereśniami na plantach,
rozmowach o Tołstoju i Bogu.
Tęsknię za spacerami krótkimi do sklepu
i długimi do grobu apostoła.
Teraz już cię nie ma,
więc nie potrzebuję nóg.
Cytat z filmu o Ove:
"Przed nią ani po niej nie było ani nie ma już nic".
Saturday, 11 March 2017
46788 3900 22
Hej
Weekend, odpoczynek, rysowanie. Nowy dom miły, przytulny, ale jak zwykle nie dane mi jest pocieszenie się spokojem: kolano kompletnie zajechane, wczoraj nie byłem w stanie pójść do pracy. Boli już od ponad miesiąca. Liczyłem na poprawę, a zamiast tego jest pogorszenie. Lekarz przepisał mi ibuprofen. Jeśli sytuacja się nie polepszy, nie będę mógł pracować, nie będę miał na czynsz, a to oznacza powrót do Polski bez grosza.
Mimo tego nie stresuję się, sam nie wiem dlaczego. Pozwalam wszystkiemu płynąć. I tak nie mam kontroli nad niczym (haha, co za fatalistyczne podejście;), więc po co się spinać. Wszystko ułoży się po swojemu, zawsze tak było. Czy nie szkoda? Jasne, że tak. Miałem swoich planów na życie mnóstwo, wszystkie poszły się jebać, i teraz nie potrafię znaleźć w sobie inspiracji i smaku do tworzenia nowych.
Jeśli kolano zupełnie się spieprzy, zaszyję się w chatce w górach. No i może wymyślę jakiś zarobek na podstawowe potrzeby, z moich rysunków. Nie mam pojęcia co, nie mam żyłki do interesów, jestem niepraktyczny, ale jakoś, gdzieś, cos się wyklaruje.
I tyle.
Poniżej dwie ostatnie ilustracje z serii "z ramką".
Weekend, odpoczynek, rysowanie. Nowy dom miły, przytulny, ale jak zwykle nie dane mi jest pocieszenie się spokojem: kolano kompletnie zajechane, wczoraj nie byłem w stanie pójść do pracy. Boli już od ponad miesiąca. Liczyłem na poprawę, a zamiast tego jest pogorszenie. Lekarz przepisał mi ibuprofen. Jeśli sytuacja się nie polepszy, nie będę mógł pracować, nie będę miał na czynsz, a to oznacza powrót do Polski bez grosza.
Mimo tego nie stresuję się, sam nie wiem dlaczego. Pozwalam wszystkiemu płynąć. I tak nie mam kontroli nad niczym (haha, co za fatalistyczne podejście;), więc po co się spinać. Wszystko ułoży się po swojemu, zawsze tak było. Czy nie szkoda? Jasne, że tak. Miałem swoich planów na życie mnóstwo, wszystkie poszły się jebać, i teraz nie potrafię znaleźć w sobie inspiracji i smaku do tworzenia nowych.
Jeśli kolano zupełnie się spieprzy, zaszyję się w chatce w górach. No i może wymyślę jakiś zarobek na podstawowe potrzeby, z moich rysunków. Nie mam pojęcia co, nie mam żyłki do interesów, jestem niepraktyczny, ale jakoś, gdzieś, cos się wyklaruje.
I tyle.
Poniżej dwie ostatnie ilustracje z serii "z ramką".
Subscribe to:
Posts (Atom)








