Thursday, 30 January 2020

Strzyga, Mateuszek and freedom

























Lubię takie wieczory, jak dziś. Z głośników leci bałkańska muzyka ze współczesnym dotykiem (Olaf Hund). Malowałem cały wieczór. Ze "Strzygi" jestem bardzo zadowolony, ale długo się nie pocieszyłem obrazem na ścianie, bo koleżance bardzo się spodobał na fanpagu, więc wysyłam jej w prezencie. Nie umiem się przełamać, żeby brać pieniądze od przyjaciół. Ale chyba to dobrze. Wczorajszy obraz też już spakowany. Namalowałem go dla Mateusza na urodziny. Wyszedł na nim, jak mały dzieciaczek. Ale Mati trochę taki jest:) W pozytywnym znaczeniu. Dobry, niewinny chłopak.
Co jeszcze? W pracy zdobyłem duże zlecenie, największe, jak do tej pory. 2880 złotych, z czego mam fajną prowizję. Oprócz kasy, to portal fajnie się rozwija, jestem dumny z jego rozkręcenia. Dziś zrobiłem wywiad z Pablopavo na temat jego nowej płyty. Fajny gostek. Kroją się też ciekawe plany z serią festiwali jazzowych, mam nadzieję, że się to rozkręci, chciałbym wyrwać się zza biurka i podziałać w terenie.
Co ze związkami? W końcu to leitmotif mojego życia:) Nic. Cieszę się wolnością, przestrzenią i spokojem. Nie szukam, ani, szczerze mówiąc nie chcę nowej relacji. Tym razem zostawię to swojemu torowi. Bo kiedy się szuka na siłę, to mogą wyniknąć z tego problemy. Ten czas poświęcam sobie: swoim pasjom, przemyśleniom, swobodnemu przepływowi energii.
To tyle. Poniżej Mateuszkowy prezent, a powyżej "Strzyga". Dobrej nocy.





Wednesday, 22 January 2020

Taniec
























Dzień Dziadka































Dziś Dzień Dziadka. Miałem szczęście poznać obydwu. Na dwóch pierwszych zdjęciach jest dziadek Józek (od strony taty). Mieszkał w Baranowiczach na terenie dzisiejszej Białorusi. Kiedy miał 17 lat, zmobilizowano go do Armii Ludowej. Doszedł do Berlina, a kiedy wracał, poznał moją babcię i został u nas w Beskidach. Ciężko było go namówić na opowieści o wojnie. Tylko raz mi się udało. Któregoś dnia został wyznaczony na dowódcę małego oddziału zwiadowczego. Jego oddział zabłądził i w końcu natknął się na swoją jednostkę. Tyle tylko, że myślał, że to Niemcy. Wywiązała się mała strzelanina. Doraźny sąd wojskowy skazał go na rozstrzelanie (a może tylko oficer chciał go postraszyć:). Kiedy stał już przed plutonem egzekucyjnym, odwołano rozkaz i dostał jakąś inną karę. Na pierwszym zdjęciu są cztery pokolenia. Od prawej: pradziadek, dziadek, tata i to małe to ja:) Dziadek Józek był surowy, ale miał dobre poczucie humoru i bardzo go lubiłem.

Na kolejnych dwóch zdjęciach jest dziadek Tomek od strony mamy. Kiedy zaczęła się wojna, z łapanki trafił do obozu pracy koło Brzeszcz. Przesiedział tam ponad rok. Pracował przy koniach. Któregoś dnia zakopał się w końskim nawozie, który miał być wywieziony. Zostawił sobie tylko mały otwór do oddychania. Niemcy wbijali bagnet w stos gnoju, ale nie trafili na niego. Udało się mu uciec, a później kilka lat babcia musiała go ukrywać. Dziadek Tomek był najspokojniejszym i najsłodszym człowiekiem na świecie:)

Takie mieli historie ci dziadkowie. Szacun.



Tuesday, 21 January 2020

Lista miłosenna

























1. Wróciłem do domu (nie było mnie od piątku) i cieszę się ze spokoju, mojego kąta, kominka, pędzli i desek.
2. Namalowałem obraz, próbując nowej techniki. Bardzo jestem zadowolony i na pewno będę próbował więcej w tym stylu. (Nie wiem, jak nazywa się ta metoda. Stosował ją Paul Klee. Nałożyłem na kawałek folii cienką warstwę białej farby, a następnie docisnąłem ją do gotowego obrazu, tworząc smugi i rysy.)
3. Weekend w Zakopanem. Tłumy ludzi, ale nie przeszkadzało mi. Poczułem się trochę jak w Londynie, kiedy musiałem przepychać się wśród ludzi. Wjazd kolejką na Gubałówkę. Z powrotem musieliśmy zejść, bo kolejka na kolejkę powrotną ("kolejka na kolejkę"...) była kosmiczna. Zamiast zejścia było zjeżdżanie na dupie. Stok oblodzony.
4. Zawiozłem dziś na Żar Monikę z dzieciakami i Alexem. Łukasz sprawił im kilka dni na nartach. Bardzo się cieszyli. Kiedy zostawiłem ich na Żarze i poszedłem do samochodu, to mały Borysek podbiegł do mnie i dał mi wielkiego przytulaka. Ładuję sobie nim baterie:)

Thursday, 9 January 2020

Bóg O Tysiącu Imion (Ślub)

























Nie wierzę, że ten dzień tak szybko przeleciał. Patrzę na zegar, a tutaj już prawie dziesiąta. Nie spałem dziś w nocy. Męczyła mnie bezsenność i czarne myśli. O pierwszej w nocy dałem sobie spokój z próbowaniem i zacząłem oglądać "Messiaha" na Netflixie. Do 8 rano miałem już obejrzane większość. Dobry początek, ale później zaczął się ciągnąć.
Praca jakoś szła, choć po nieprzespanej nocy miałem głowę pełną waty. Na szczęście dziś pracowałem z domu, nie musiałem jechać do biura. Po południu zrobiłem telefoniczny wywiad z Michałem Wiśniewskim. Akurat jechał na koncert do Wrocławia, więc w drodze miał trochę czasu. Poczułem do niego dużą sympatię. Wprawdzie rozmowa nam się nie kleiła, ale jest w nim coś takiego smutnego, zagubionego, co mnie ujęło.
Po pracy wziąłem się za malowanie. Włączyłem The Knife, a później Royksopp i Pretty Lights. Pasował mi dziś ich klimat. Byłem smutny cały dzień, więc skandynawska elektronika wchodziła jak marzenie:)
Nie mogę się otrząsnąć z uczucia, że zawiodłem w osobistym życiu. Rozwód, a później dwa nieudane związki, z których każdy zostawił mnie trochę mniejszego. Jakby zgubił w nich kawałek siebie. Szczególnie ten ostatni.
Kiedy jest mi tak źle, to zatapiam się w twórczości. Albo piszę, albo nagrywam, albo maluję. Ostatnio szczególnie to ostatnie. Tworzę sobie wtedy wymarzony świat, bez dysonansów, niezrozumienia, konfliktu i chowam się "do budki". Tak jak w dzieciństwie. Wchodziłem do poszwy z pierzyną, jak do kokonu i czekałem, aż wszyscy o mnie zapomną. Dziś narysowałem Ślub. Na gałęzi drzewa w środku rozgwieżdżonej nocy stoją dwa krasnale. Jeden to ja, a drugi to ona, tylko że normalna, bez tych wszystkich rzeczy, które nas dzielą. Szykujemy się do skoku - to będzie nasz miesiąc miodowy. Nie spadniemy, tylko polecimy wśród gwiazd do innych lasów, złowimy happy endy i spotkamy mądrego Pana Sowę, Małego Księcia i Boga O Tysiącu Imion.

Monday, 6 January 2020

Lista styczniowa





















Kiedy nie mam siły, to robię listy:)
Więc zapraszam na Listę Styczniową:

1. Święta ogołociły mnie z oszczędności, więc postanowiłem pomóc chłopakom w Bacówce i zarobić parę groszy. Spodziewałem się spokojnych zimowych dni, a zamiast tego był ruch turystyczny większy niż w wakacje. Zapieprz był ogromny. Sobota, niedziela i poniedziałek. Słaniając się na nogach, zszedłem dziś z gór i spędziłem około pół godziny na odkopywaniu samochody z zaspy. Po przyjściu do domu pierwsza rzecz: napaliłem w piecach, żeby nagrzać dom i wodę. W międzyczasie oglądałem The Office.

2. Zadzwonił do mnie brat. Powiedział, że zamówił pizzę wege i jakieś gruzińskie potrawy, a oprócz tego otworzył nalewkę z kwiatów czarnego bzu, żebyśmy uczcili Trzech Króli. Nie miałem nastroju towarzyskiego, smutek po rozstaniu z M. trzyma mocno, ale zebrałem się w sobie i poszedłem w odwiedziny. Było bardzo miło. Mama, bracia, szwagierka, dzieci. Pizza dotarła po 2 godzinach, ale w międzyczasie raczyliśmy się domowymi trunkami i rozmawiali o życiu, wymieniali anegdotami. O przemycie papierosów, problemach w związkach, dzieciaki opowiadały, ile zarobiły kolędując, Alex opowiadał, jak złamał rękę przedwczoraj... Najpierw zmuszałem się, żeby być obecnym, ale później coś się przełamało i śmiałem się szczerze.

3. W sobotę w Bacówce zapaliłem wieczorem zielonego. Kiedy wszyscy wyszli z kuchni (z moją niewielką zachętą, bo chciałem już być sam:), położyłem się w śpiworze i puściłem sobie Draculę z tego roku (BBC). Fuck. Nie wiem, czy to zioło, czy mój ogólny nastrój, ale horror był mocny, mroczny, gotycki i properly creepy. Obejrzałem pierwszą część i całą noc miałem koszmary o wampirach.

4. Jestem już w łóżku. Kominek nagrzewa grube mury, które od kilku dni nie czuły ognia. Lekko szumi mi w głowie, ale nie jestem pijany. Z głośników leci Above & Beyond (trance). Piszę sam nie wiem dla kogo... Chyba najbardziej dla siebie, żeby znaleźć sens w samotności i poczuciu zabłądzenia. Zresztą przeczyta mnie tylko Adam i M. sprawdzająca, czy za nią tęsknię i czy kogoś już znalazłem. Więc moim głównym czytelnikiem jestem ja sam. Kiedy zapisuję te myśli i małe sprawy, to jest mi lepiej. Staję się częścią opowieści i zapominam, że jestem tylko pyłkiem niesionym przez bezosobowy, mroźny wiatr kosmosu.


Friday, 3 January 2020

2020 - Początki

























Już nowy rok. Za oknem lekki mrozik, ale kominek miło grzeje. Napaliłem też w kuchni, żeby zagrzać wodę w bojlerze, wziąłem gorącą kąpiel, nalałem sobie kruskovaca z Bośni (diabelnie słodki) i postanowiłem napisać kilka słów. 
Skończył mi się właśnie świąteczny urlop. Z rozleniwieniem i lekką niechęcią siadłem przy komputerze i wziąłem się do pracy. Szybko strząsnąłem z siebie apatię i poszło fajnie. Udało mi się załatwić wywiad z Marylą Rodowicz i Bednarkiem. Wpadłem na kilka pomysłów, jak rozkręcić stronę (dla przypomnienia: od lata pracuję jako redaktor portalu internetowego), no i nadrobiłem świąteczne zaległości w redakcyjnych sprawach. 
Później malowałem. Wczoraj i dziś. Akryle stały się moim głównym hobby na ten moment. Mam cały rytuał. Wygładzam deskę papierem ściernym, maluję podkładem (mam podkład biały, czarny i przezroczysty, ale głównie używam białego), kiedy wyschnie, to jeszcze raz lekko przecieram drobnym papierem ściernym, a później bawię się kolorami, teksturami, pomysłami. Czasami wyjdzie mi coś wyjątkowo brzydkiego, a czasami podoba mi się to, co napaćkam. Kupiłem też zawieszki, więc po wyschnięciu mogę od razu powiesić na ścianie. Część rozdałem na prezenty świąteczne, część zaoferowałem na aukcję w szkole w mojej wsi, gdzie na coś zbierają (nie pamiętam na co:).
Choć główna rzecz to malowanie, to wraca do mnie pomysł z napisaniem książki z moich podróży. Najpierw trochę mnie przytłaczał, ale w końcu doszedłem do wniosku, że nie muszę napisać jakiejś epopei, ale po prostu niewielką, lekką książkę z kilkoma przygodami i przemyśleniami. Teraz tylko trzeba zacząć. Ale myślę, że już niedługo. Ten rok zacząłem jako singiel, sprawy z M. pozamykane, więc ogromna część stresów życiowych została zakończona. Mogę teraz skupić się na sobie i swoich sprawach, zamiast rozkminiać emocjonalne dylematy. 
Fajnie mi z tym. Tak, brakuje mi bliskiej duszy, ale po zawirowaniach ostatnich dwóch lat czuję, że potrzebuję odpoczynku. 

A w międzyczasie:

1. Maraton The Office. Kiedyś to byli Friendsi, teraz łagodzę egzystencjalne zajawki Jimem, Dwaightem, Pamelą, Michaelem i resztą.
2. Mało czytam! Zrobiłem w święta przemeblowanie i główna część biblioteczki wylądowała przed moim nosem. Zerkam na książki, których jeszcze nie czytałem, albo które chciałbym przeczytać jeszcze raz i gryzę się tym, że nie potrafię znaleźć czasu. Dużo pracuję, oglądam, maluję, zawsze w biegu, nie umiem się zatrzymać i po prostu zagłębić w lekturze. 
3. Chce mi się jakiejś mini podróży. Nawet takiej na kilka godzin samochodem. W ten weekend pracuję w bacówce, ale może w przyszły się wybiorę. 

Sunday, 8 December 2019

To był potwornie długi dzień. W sumie weekend. Tydzień:) Ale dziś było wyjątkowo ciężko. Tak sobie mówię, ze to koniec roku, akumulują się wszystkie zaległe rzeczy i musi teraz się zakotłować, żeby nowy rok mógł się zacząć czysto, na świeżo. Wiem, piszę enigmatycznie, ale nie chcę wchodzić w szczegóły. Trochę się wstydzę, że tkwię utknięty w czymś, co wiem, że nie jest dla mnie dobre, mam tysiąc powodów, żeby nie tkwić, ale z jakiegoś dziwnego, niezrozumiałego mi powodu, nie umiem po prostu się wyrwać i zacząć nowy rozdział.

Friday, 8 November 2019

Radziecka kosmonautka

Kosmonautka, akryle na drewnie





















Miły dzionek. Miałem pójść dziś do pracy w bacówce, ale okazało się, że chłopaki nikogo dziś nie potrzebują. A zresztą miałem lekkiego kaca po wczorajszej imprezie integracyjnej z biura, więc wyszło na dobre. Cały dzień malowałem. Bałem się, że szybko mi przejdzie inspiracja i okaże się, że wyrzuciłem w błoto kupę kasy, ale wiem już, że akryle zostają. Po prostu lubię.

Jakoś rzeczy wyglądają dziś jasno. Uśmiecham się w środku, bo czuję, że otwierają się dookoła nowe drzwi. A to fajna sprawa: nie wiedzieć, w jaką stronę pójdą rzeczy, równocześnie czując, że pójdą dobrze. I to w sumie wszystko, co chciałem napisać.

Namalowałem dzisiaj radziecką kosmonautkę.


Wednesday, 6 November 2019

Matka Boska Pijaków i Bombadillo

Droga Pani Anno

Nie chcąc zatrzymać naszej ożywionej na nowo korespondencji, pozwolę sobie znów na napisanie kilku słów. Proszę jednak nie czuć się zobowiązaną: niech Pani odpisuje tylko, kiedy będzie Pani czuła taką potrzebę.

Dzisiejszy dzień nie był ani zły ani dobry. Ot, taki zwykły. W nowym biurze mam okno z widokiem na góry. Świeciło jesiennie słońce. Rano przez parking przekicał zajączek. W biurowcu znajduje się bufet w starym komunistycznym stylu, ale z jedzenia wege mają tylko krokiety z kapustą i grzybami oraz sałatki. Barszcz niestety na kościach. Tuż obok bufetu jest palarnia, ale śmierdzi w niej tak okrutnie, że wolę już cierpieć zimno i deszcz na zewnątrz.
W drodze powrotnej było już prawie zupełnie ciemno. Lubię tak jeździć. Jest ciepło, cicho gra muzyka, czasami Nohavica, a czasami jakiś spokojny elektroniczny ambient. Czerwone i złote światła samochodów wyglądają prawie że świątecznie. W nocy jeżdżę bardzo ostrożnie i spokojnie. Droga do domu trwa godzinę. Cieszy mnie ta godzina relaksu.

Po powrocie zaniosłem dzieciakom czekoladę studencką, a później, już u siebie, napaliłem w kominku. Już taki czas roku, że robię to codziennie. Zanim jeszcze rozpakuję się po podróży i przebiorę, rozpalam w piecu, żeby jak najszybciej wygnać z domu ziąb.

Lubię mój domek, ale smutno mi tu często samemu. Włączam telewizor, żeby cicho sobie brzęczał w kącie, robię sobie herbatę (też uwielbiam Earl Grey!), oglądam odcinek jakiegoś serialu, czasami czytam książkę. Jest to miłe, ale brakuje mi bliskich rozmów, czyjegoś krzątania się... Jestem pewny, że mnie Pani rozumie.

Tak więc wygląda mój przeciętny dzień. Pewnie zanudziłem Panią na śmierć:)

Co do Pani ostatniego listu... Tak, u mnie było bardzo podobnie. Pani słowa (szczególnie te o współczuciu) pomogły mi spojrzeć na to wszystko inaczej. Bardzo dziękuję.

Pani oddany przyjaciel
i dłużnik

Marcelino Bombadillo

***

Szanowny Panie Redaktorze
Opis Pana zwykłego dnia wcale nie wydał mi się nudny. Przez chwilę czułam się jak pasażer w Pana samochodzie. Słyszałam piosenkę Jarosława ("Kometę":), widziałam choinkowe światełka aut i drzemałam sobie, czerpiąc radość z poczucia bezpieczeństwa, jakie budził we mnie Pana styl prowadzenia (zakładając, że Pan mówił prawdę o tym, jak spokojnie Pan prowadzi, ale zakładam, że tak:). Opis biura też mi się spodobał, a że z okna widzi Pan prawdziwe zajączki i góry, to ma Pan naprawdę wielkie szczęście!

To może ja też się podzielę swoim dniem?

Dziś może nie był taki zupełnie typowy, ale i tak opowiem.

1. Obudziłam się o piątej rano i nie potrafiłam już zasnąć. Zapaliłam małą lampkę przy łóżku i wystawiając tylko nos, bo zimno (też grzeję piecem, więc nad ranem zwykle już wygaszone), czytałam sobie przez dwie godziny książki. Najpierw "Trumf Pana Kleksa" (proszę się nie śmiać, uwielbiam!), a później "Opowiadania Bizarne" pani Olgi.

2. Po porannej toalecie - bardzo prostej: umycie zębów i spryskanie twarzy zimną wodą - zrobiłam sobie kawę zalewajkę z mlekiem i posiedziałam chwilę na parapecie, patrząc z góry na budzące się powoli miasto. To taki mój codzienny rytuał. Lubię moją miniaturową garsonierkę na poddaszu.

3. Na śniadanie odgrzałam sobie wczorajszy ryż, do którego dodałam kilka plasterków jabłka, rodzynki i szczyptę cynamonu. Aha, i jeszcze łyżeczkę miodu.

4. No i teraz, jak przystało na dorosłą kobietą, którą podobno jestem, też zabrałam się za pracę. Moje miejsce pracy znajduje się bardzo blisko, dojazd do niego z pewnością nie zajmuje godziny. A tak dokładnie zajmuje około 2 sekund: jak się Pan domyślił, pracuję z domu. Biurko pełne jest arkuszy papieru, kredek, cienkopisów, linijek, ekierek, gumek, strugaczek... Jestem ilustratorką-freelancerką (hmm, nie lubię tego angielskiego słowa, ale nie wiem, jaki jest polski odpowiednik. Może sobie jakiś wymyślę? Ilustratorka-Wolnarączka. Ot co.)

5. Miałam rysować do 16, mam trochę zaległości, ale o 14 zmierziło mnie to siedzenie. Poza tym Ambroży (pamięta Pan mojego kundelka? Wspominałam kiedyś) wyjątkowo uporczywie upominał się o spacer. Ubrałam więc moje ulubione zielone palto, beret, kalosze i poszliśmy na przechadzkę. Byłam już trochę głodna, więc najpierw zjadłam dużą porcję pierogów ze szpinakiem i fetą u pani Basi na Rynku. Ambroży wyżebrał ode mnie jednego. Tak posilona zdecydowałam się na spacer nad rzeką. Dawno już tam nie byłam. Chciałam sprawdzić, co u moich znajomych kaczek: pani Fiony, jej męża Kwakwaka i ich maleństw, którym imion jeszcze nie wymyśliłam, czekam aż podrosną choć trochę. Nazywam je po prostu Maleństwa. Po drodze spotkałam pana Franka Żulańczyka. Ukłonił się grzecznie, uśmiechnął nieśmiało i spytał o pięć złotych, bo zbiera na wino. Poratowałam pana Franka, żeby jakoś rozgrzał się w ten chłodny listopadowy dzień. A co do kaczuszek, to nie znalazłam. Najpierw się zmartwiłam, że coś je zeżarło, ale potem sobie przypomniałam, że przecież dzikie kaczki lecą na zimę do ciepłych krajów! Gapa ze mnie.

6. Po powrocie do domu napaliłam porządnie w piecu. No tak, zapomniałam dodać, że całe rano siedziałam w trzech swetrach, rajtuzach, spodniach i grubych skarpetach oraz z termoforem na kolanach. Po prostu oszczędzam drewno (jak na razie moje rysunki nie starczą na całodobowe palenie) i obiecałam sobie, że nie będę rozpalała przed godziną szesnastą. Panie Redaktorze, proszę przypadkiem się nie litować, ani nie patrzeć ze zgrozą: naprawdę wszystko u mnie w porządku, nie przymieram głodem, to po prostu niewielka niedogodność, która zresztą ma swój urok. Kiedy tak siedzę na starym poddaszu i z rękawiczkami bez palców rysuję jakieś dziwy, to czuję się jak bohaterka z Victora Hugo, albo innego Dickensa. Bardzo mi to schlebia:)

7. Nie chciało mi się już rysować. Z brzuchem ciągle napełnionym pierogami pani Basi i z ciepłem emanującym od piecyka, nalałam sobie wstydliwie lampkę swojskiego wina porzeczkowego (prezent od pani Tereski, mojej sąsiadki, która próbuje o mnie dbać jak o córkę, co czasami jest kłopotliwe, ale nie chcę jej sprawiać przykrości) i wróciłam do przerwanej rano lektury Tokarczuk. Niestety trochę mnie znudziło, więc odłożyłam książkę, włączyłam jakąś audycję w radiu i trochę się zdrzemnęłam. Myślę, że to ciepło i wino, a pewnie też to, że tak wcześnie się obudziłam dziś rano.

8. Z drzemki wyrwało mnie pukanie do drzwi. Kiedy zobaczyłam listonosza, to baaardzo się ucieszyłam i po miłej lekturze Pana listu bez zwłoki odpisuję.

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Pana tymi głupotkami:)

Odpisuję zawsze z przyjemnością i zawsze czekam na Pana listy. Sprawiają mi wielką radość i dzięki nim czuję się kimś ważnym. Bo skoro potrafi Pan siąść, zapisać swoje myśli na papierze, pójść na pocztę, zakleić kopertę, zaadresować, polizać znaczek (wiem, że teraz już się nie liże, bo są naklejki!:), to znaczy, że jestem dla Pana ważna. A to niezmiernie miłe uczucie.

Na dzisiaj już kończę.

Pozdrawiam Pana serdecznie i ściskam koleżeńsko
Pana Przyjaciółka i Matka Boska Miejscowych Pijaków

Anna Słota