Wednesday, 6 November 2019

Matka Boska Pijaków i Bombadillo

Droga Pani Anno

Nie chcąc zatrzymać naszej ożywionej na nowo korespondencji, pozwolę sobie znów na napisanie kilku słów. Proszę jednak nie czuć się zobowiązaną: niech Pani odpisuje tylko, kiedy będzie Pani czuła taką potrzebę.

Dzisiejszy dzień nie był ani zły ani dobry. Ot, taki zwykły. W nowym biurze mam okno z widokiem na góry. Świeciło jesiennie słońce. Rano przez parking przekicał zajączek. W biurowcu znajduje się bufet w starym komunistycznym stylu, ale z jedzenia wege mają tylko krokiety z kapustą i grzybami oraz sałatki. Barszcz niestety na kościach. Tuż obok bufetu jest palarnia, ale śmierdzi w niej tak okrutnie, że wolę już cierpieć zimno i deszcz na zewnątrz.
W drodze powrotnej było już prawie zupełnie ciemno. Lubię tak jeździć. Jest ciepło, cicho gra muzyka, czasami Nohavica, a czasami jakiś spokojny elektroniczny ambient. Czerwone i złote światła samochodów wyglądają prawie że świątecznie. W nocy jeżdżę bardzo ostrożnie i spokojnie. Droga do domu trwa godzinę. Cieszy mnie ta godzina relaksu.

Po powrocie zaniosłem dzieciakom czekoladę studencką, a później, już u siebie, napaliłem w kominku. Już taki czas roku, że robię to codziennie. Zanim jeszcze rozpakuję się po podróży i przebiorę, rozpalam w piecu, żeby jak najszybciej wygnać z domu ziąb.

Lubię mój domek, ale smutno mi tu często samemu. Włączam telewizor, żeby cicho sobie brzęczał w kącie, robię sobie herbatę (też uwielbiam Earl Grey!), oglądam odcinek jakiegoś serialu, czasami czytam książkę. Jest to miłe, ale brakuje mi bliskich rozmów, czyjegoś krzątania się... Jestem pewny, że mnie Pani rozumie.

Tak więc wygląda mój przeciętny dzień. Pewnie zanudziłem Panią na śmierć:)

Co do Pani ostatniego listu... Tak, u mnie było bardzo podobnie. Pani słowa (szczególnie te o współczuciu) pomogły mi spojrzeć na to wszystko inaczej. Bardzo dziękuję.

Pani oddany przyjaciel
i dłużnik

Marcelino Bombadillo

***

Szanowny Panie Redaktorze
Opis Pana zwykłego dnia wcale nie wydał mi się nudny. Przez chwilę czułam się jak pasażer w Pana samochodzie. Słyszałam piosenkę Jarosława ("Kometę":), widziałam choinkowe światełka aut i drzemałam sobie, czerpiąc radość z poczucia bezpieczeństwa, jakie budził we mnie Pana styl prowadzenia (zakładając, że Pan mówił prawdę o tym, jak spokojnie Pan prowadzi, ale zakładam, że tak:). Opis biura też mi się spodobał, a że z okna widzi Pan prawdziwe zajączki i góry, to ma Pan naprawdę wielkie szczęście!

To może ja też się podzielę swoim dniem?

Dziś może nie był taki zupełnie typowy, ale i tak opowiem.

1. Obudziłam się o piątej rano i nie potrafiłam już zasnąć. Zapaliłam małą lampkę przy łóżku i wystawiając tylko nos, bo zimno (też grzeję piecem, więc nad ranem zwykle już wygaszone), czytałam sobie przez dwie godziny książki. Najpierw "Trumf Pana Kleksa" (proszę się nie śmiać, uwielbiam!), a później "Opowiadania Bizarne" pani Olgi.

2. Po porannej toalecie - bardzo prostej: umycie zębów i spryskanie twarzy zimną wodą - zrobiłam sobie kawę zalewajkę z mlekiem i posiedziałam chwilę na parapecie, patrząc z góry na budzące się powoli miasto. To taki mój codzienny rytuał. Lubię moją miniaturową garsonierkę na poddaszu.

3. Na śniadanie odgrzałam sobie wczorajszy ryż, do którego dodałam kilka plasterków jabłka, rodzynki i szczyptę cynamonu. Aha, i jeszcze łyżeczkę miodu.

4. No i teraz, jak przystało na dorosłą kobietą, którą podobno jestem, też zabrałam się za pracę. Moje miejsce pracy znajduje się bardzo blisko, dojazd do niego z pewnością nie zajmuje godziny. A tak dokładnie zajmuje około 2 sekund: jak się Pan domyślił, pracuję z domu. Biurko pełne jest arkuszy papieru, kredek, cienkopisów, linijek, ekierek, gumek, strugaczek... Jestem ilustratorką-freelancerką (hmm, nie lubię tego angielskiego słowa, ale nie wiem, jaki jest polski odpowiednik. Może sobie jakiś wymyślę? Ilustratorka-Wolnarączka. Ot co.)

5. Miałam rysować do 16, mam trochę zaległości, ale o 14 zmierziło mnie to siedzenie. Poza tym Ambroży (pamięta Pan mojego kundelka? Wspominałam kiedyś) wyjątkowo uporczywie upominał się o spacer. Ubrałam więc moje ulubione zielone palto, beret, kalosze i poszliśmy na przechadzkę. Byłam już trochę głodna, więc najpierw zjadłam dużą porcję pierogów ze szpinakiem i fetą u pani Basi na Rynku. Ambroży wyżebrał ode mnie jednego. Tak posilona zdecydowałam się na spacer nad rzeką. Dawno już tam nie byłam. Chciałam sprawdzić, co u moich znajomych kaczek: pani Fiony, jej męża Kwakwaka i ich maleństw, którym imion jeszcze nie wymyśliłam, czekam aż podrosną choć trochę. Nazywam je po prostu Maleństwa. Po drodze spotkałam pana Franka Żulańczyka. Ukłonił się grzecznie, uśmiechnął nieśmiało i spytał o pięć złotych, bo zbiera na wino. Poratowałam pana Franka, żeby jakoś rozgrzał się w ten chłodny listopadowy dzień. A co do kaczuszek, to nie znalazłam. Najpierw się zmartwiłam, że coś je zeżarło, ale potem sobie przypomniałam, że przecież dzikie kaczki lecą na zimę do ciepłych krajów! Gapa ze mnie.

6. Po powrocie do domu napaliłam porządnie w piecu. No tak, zapomniałam dodać, że całe rano siedziałam w trzech swetrach, rajtuzach, spodniach i grubych skarpetach oraz z termoforem na kolanach. Po prostu oszczędzam drewno (jak na razie moje rysunki nie starczą na całodobowe palenie) i obiecałam sobie, że nie będę rozpalała przed godziną szesnastą. Panie Redaktorze, proszę przypadkiem się nie litować, ani nie patrzeć ze zgrozą: naprawdę wszystko u mnie w porządku, nie przymieram głodem, to po prostu niewielka niedogodność, która zresztą ma swój urok. Kiedy tak siedzę na starym poddaszu i z rękawiczkami bez palców rysuję jakieś dziwy, to czuję się jak bohaterka z Victora Hugo, albo innego Dickensa. Bardzo mi to schlebia:)

7. Nie chciało mi się już rysować. Z brzuchem ciągle napełnionym pierogami pani Basi i z ciepłem emanującym od piecyka, nalałam sobie wstydliwie lampkę swojskiego wina porzeczkowego (prezent od pani Tereski, mojej sąsiadki, która próbuje o mnie dbać jak o córkę, co czasami jest kłopotliwe, ale nie chcę jej sprawiać przykrości) i wróciłam do przerwanej rano lektury Tokarczuk. Niestety trochę mnie znudziło, więc odłożyłam książkę, włączyłam jakąś audycję w radiu i trochę się zdrzemnęłam. Myślę, że to ciepło i wino, a pewnie też to, że tak wcześnie się obudziłam dziś rano.

8. Z drzemki wyrwało mnie pukanie do drzwi. Kiedy zobaczyłam listonosza, to baaardzo się ucieszyłam i po miłej lekturze Pana listu bez zwłoki odpisuję.

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Pana tymi głupotkami:)

Odpisuję zawsze z przyjemnością i zawsze czekam na Pana listy. Sprawiają mi wielką radość i dzięki nim czuję się kimś ważnym. Bo skoro potrafi Pan siąść, zapisać swoje myśli na papierze, pójść na pocztę, zakleić kopertę, zaadresować, polizać znaczek (wiem, że teraz już się nie liże, bo są naklejki!:), to znaczy, że jestem dla Pana ważna. A to niezmiernie miłe uczucie.

Na dzisiaj już kończę.

Pozdrawiam Pana serdecznie i ściskam koleżeńsko
Pana Przyjaciółka i Matka Boska Miejscowych Pijaków

Anna Słota



No comments:

Post a Comment