Saturday, 13 February 2010

I świeży druk pachnie, i pożółkłe strony...




I świeży druk pachnie, i pożółkłe strony...

Drugi dzień urlopu. A może już trzeci? Sobota. Czyli drugi. Tanię znowu ścięło choróbsko. To drugi raz w tym roku, i chyba szósty w ostatnich sześciu miesiącach. Nie wiem, może to stres, może tęsknota za domem, może grzyb w łazience. Poczytałem jej trochę. „Triumf Pana Kleksa”, ale nie za długo, bo rozbolało mnie gardło. Tylko do wizyty Alojzego Bąbla przebranego za listonosza. W końcu chyba zasnęła. „Pana Kleksa” zamówiłem ostatnio z Polski, w nostalgicznym ataku tęsknoty za utraconym rajem. Spróbuję poczytać do poduszki, choć nie wiem, jak umysł przyzwyczajony do wielopoziomowej i zaangażowanej lektury będzie reagował na książkę dla dzieci.

Poszperałem trochę w sieci za ebookami. Nie, żeby czytać, skąd – nienawidzę czytać z ekranu. Po prostu, żeby zerknąć, może przypomnieć sobie jakąś książkę, która kiedyś mnie ruszyła. Ani się obejrzałem, jak wsiąkłem po uszy. Znajome tytuły i autorzy obudzili wspomnienia. „Dzieci kapitana Granta”, „Trzej muszkieterowie”, Artur Conan Doyle, Edgar Alan Poe, „Cieplarnia” Aldissa, „Kroniki marsjańskie”, „Dzień Tryfidów”. Wszystkie książki, które podsuwał mi ojciec odkąd tylko zacząłem czytać.



U nas domu książka to była świętość, tak samo jak chleb. Pamiętam, jako berbeć, kiedy upuściłem kawałek chleba, albo książkę, musiałem pokornie ucałować, nie było zmiłuj się. Mieszkaliśmy w malutkiej osadzie górskiej, może dziesięć chat, jeden telewizor, do wioski ze sklepem jakaś godzina drogi. Książka to był towar deficytowy. Tak samo zresztą jak czasami chleb. Tata zaszczepiał nam miłość do literatury od samego początku. Pamiętam, jak przychodził z pracy lekko (w sumie częściej „mocno”, ale leśnicy tak już mają) wstawiony i przy wtórze utyskiwań mamy, recytował z pamięci wiersze Mickiewicza. Jego ulubiony był „Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana”. Widzę to, jak dziś – zataczający się, pogrążony w roli, podnosi wyimaginowany nóż i wbija go w wyimaginowanego „pana”, gdy tymczasem mama stoi z założonymi rękami i kiwa z politowaniem głową. Uwielbiałem to. Straszne historie wierszem, pomieszane z zapachem wódki. Jak z książki.



Za biblioteczkę służył „ostatni pokój” i tata nie lubił, żebyśmy się tam szwendali – mówię o czasach, kiedy miałem nie więcej niż cztery, pięć lat. Myślę, że bał się, że coś zniszczymy, nie uszanujemy literatury. Nawet by mi to przez myśl nie przeszło. Wchodziłem do tamtego pokoju, jak do kościoła, z otwartymi ustami przyglądając się niebosiężnym półkom (teraz pewnie byłyby gdzieś tak do wysokości szyi), na których stały tajemnicze księgi, pełne jeszcze niedostępnych opowieści – niektóre z wesołymi, pociągającymi okładkami, inne niepokojące, mroczne, pełne niewytłumaczalnego, choć bardzo realnego zagrożenia.

Szczególnie jeden z tomów serii Szczęśliwa Siódemka – „Duchy, zjawy, upiory” budził we mnie grozę. Do tej krwistoczerwonej, przerażającej książki, z której uśmiechała się trupia czaszka, podchodziło się jak do prawdziwego potwora – powoli, na drżących nogach, spoglądając przez ramię, czy droga ucieczki do „środkowego pokoju”, z którego był już tylko krok do swojskiej kuchni, stoi otworem. Podchodziłem na dwa kroki, wyciągałem dłoń, wysuwałem kawałek książki, tylko tyle, żeby zobaczyć kawałek okładki i w długą! Fascynacja trwała przez lata i w końcu przeczytałem ją chyba w drugiej klasie podstawówki. Tak zapoczątkowałem okres dziecięcej paranoi i życia w ciągłym strachu. Do dziesiątego roku życia miałem już przeczytanego po kilka razy całego Poe’go, Opowieści Niesamowite z prozy rosyjskiej, Opowieści Niesamowite francuskie (jasnoniebieska okładka i gdzieś w środku obraz najstraszniejszego diabła, jakiego w życiu widziałem, brrr), „O duchach – opowieści prawdziwe”... Uwielbiałem to, choć spać musiałem przy zapalonym świetle i do dziś pamiętam najgorsze w życiu koszmary z tamtego okresu. Albo przychodząc ze szkoły do pustego domu, wczołgiwałem się pod koc, gdzie drżąc ze strachu, potrafiłem przeczekać kilka godzin do powrotu jakiegoś domownika. Czego nie robi z człowieka miłość do literatury.



Moje zainteresowania nie ograniczały się do literatury grozy. Chwała Bogu, bo kto wie, czy wyrósłbym na w miarę normalnego gościa, za jakiego się uważam. W tym samym czasie (mówię o okresie pomiędzy dziewiątym, a piętnastym rokiem życia), jak pewnie wszyscy w moim wieku, zakochałem się w Tomku na różnych tropach, krainach, i wojennych ścieżkach. Oczywiście „Pan Samochodzik”. Co jeszcze... Juliusz Verne – wszystko, co wpadło w ręce, z czego „W 80 dni dookoła świata” przeczytałem chyba dziesięć razy, podobnie jak „Dzieci kapitana Granta”. „Trzej Muszkieterowie”! To też było ekstatyczne doświadczenie, powtarzane raz za razem. Ojciec któregoś dnia powiedział z tajemniczą miną, że istnieją dalsze części tego arcydzieła. Przez lata szukałem tych mitycznych ksiąg, wątpiąc w ich istnienie, aż w końcu znalazłem w jakimś antykwariacie, choć było już za późno, żebym czerpał z nich tyle radości, ile czerpałbym wtedy, gdy zaczynałem mój związek z Dumasem.

Jeszcze... O! „Nędznicy”. Na tę książkę namawiał mnie zarówno ojciec, jak i mama, ale odstraszała mnie objętość, jak i poważny język. Kiedy w końcu się skusiłem, wpadłem na cały tydzień, zaniedbując jedzenie i sen. To chyba wtedy zaczął się mój romans z klasyką (E. A. Poe nie zaliczałem oczywiście do klasyki. Poe był po prostu cool). Dickens z „Oliwerem Twistem” i „Opowieścią wigilijną” porwał moje serce. To chyba gdzieś w tamtym momencie zaczął się budzić we mnie mały anarchista. Później Sienkiewicz. Do dziś słowo „trylogia” ma dla mnie tylko jedno znaczenie. Frodo z kolegami nie był w stanie odbić miana „trylogia” od Kmicica, Skrzetuskiego, czy Małego Rycerza. Za późno się pojawił.



Przyszedł czas na moją największą miłość, której pozostawałem wierny przez lata. Fantastyka. Był to też konik mojego staruszka, więc nie miałem wyjścia, jak dać się zarazić. Nie pamiętam, co było najpierw. Podobnie jak z innymi książkami dla dorosłych, zacząłem przed dziesiątym rokiem życia. Lubię myśleć, że moja pierwsza książka to były „Kroniki marsjańskie” Bradburego i że to dzieło ukształtowało mnie na resztę życia, ale to tylko wyobraźnia. Przypominam sobie jednak, że podobnie jak „Duchy, zjawy, upiory”, okładka „Kronik marsjańskich” towarzyszyła mi od najmłodszych lat, jeszcze zanim nauczyłem się czytać. Na czarnym tle, pomiędzy czterema, bursztynowymi planetami widać czarną czaszkę. Nie bałem się. Byłem zafascynowany. No i jak się później okazało, miałem rację - jest to jedna z najpiękniejszych książek, na jaką miałem okazję trafić.

No więc fantastyka. Nie pamiętam początku, ale nie zapomnę największych przygód. „Cieplarnia” Aldissa, wow. Świat na drzewie, młodzi chłopcy walczący o przeżycie i jeden z pierwszych, nigdy nie zapomnianych kontaktów z seksem w literaturze. Jeden z chłopców zostaje ostatnim samcem w plemieniu i na nim spoczywa zadanie "rozpładzania" ludzkości. Skubany.
„Bajki robotów” z ilustracjami Mroza, grube tomisko, z pożółkłymi kartkami, też chyba przeczytane ze sto razy. „Opowieści o pilocie Pirxie” – raz za razem. Do dziś „Test pilota Pirxa” podtrzymuje mnie na duchu, kiedy patrzę na moje niepoukładane życie. Trochę później Zajdel – „Limes Inferior”, „Paradyzja”, „Cała prawda o planecie Xsi” – anarchista w środku budził się coraz bardziej. Konrad Fijałkowski – kto go jeszcze pamięta? Tak samo Andrzej Trepka, Czesław Chruszczewski, Bohdan Petecki, Jacek Sawaszkiewicz, Jerzy Żuławski – tymi ludźmi się żyło.



Mówię o drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Nie było łatwo o książki, a jak już mówiłem, niemożliwością było zdobycie ich, mieszkając na wsi. Mam taką historię – i czerwienie się, gdy o niej opowiadam. Raz wybrałem się na wyprawę do wioski kilkanaście kilometrów od mojej, żeby zobaczyć, co mają w bibliotece. Serce stanęło mi na widok upragnionych, acz niedostępnych autorów. Robert Silverberg, Aldiss, Clark, „K jak Kosmos” Bradburego. Pani bibliotekarka wyszła na kawę. W hipnotycznym transie zgarnąłem do torby całą prawie półkę książek i uciekłem. Później paląc się z poczucia winy, ale równocześnie pogrążony w słodkim, bibliofilskim odurzeniu , rozłożyłem łupy na podłodze w pokoju i długo wpatrywałem się w okładki, wąchałem stronice, przeglądałem spisy treści... Jezu - mam nadzieję, że takie rzeczy też się przedawniają i że nie czeka mnie wizyta z prokuratury.



Następnym razem mi się nie poszczęściło. Spróbowałem szczęścia w antykwariacie, w mieście wojewódzkim. Miałem piętnaście, może szesnaście lat. Przez pół godziny przymierzałem się do porwania brakującego mi tomu trylogii księżycowej Żuławskiego. Wreszcie schowałem książkę pod sweter i ruszyłem do wyjścia.
- Co tam masz? – spytała pani antykwariuszka. Jej głos ociekał jadem. Zimny pot wyszedł mi na twarz. Czułem się jak w sennym koszmarze. Powoli wyciągnąłem książkę zza paska i położywszy ją na ladzie skierowałem się do drzwi. Nie zdążyłem. Jedna ze sprzedawczyń złapała mnie za ubranie, druga wykręciła rękę, a trzecia zawołała policjanta. Skończyło się na zatrzymaniu legitymacji szkolnej i wysłaniu jej do ogólniaka. Na szczęście miałem wtyki, w osobie profesora, który opiekował się kółkiem teatralnym, więc legitymacja niezauważalnie do mnie wróciła. To była ostatnia książka, jaką ukradłem. Choć ojciec zawsze powtarzał, że kradzież książki to nie jest nic złego – książki należą do wszystkich, to jednak wspomnienie bycia przyłapanym było zbyt traumatyczne, żebym mógł kontynuować mój niecny proceder.

Trochę zboczyłem z tematu i nie mam przygotowanego, żadnego płynnego zakończenia.
A może nie trzeba? Może w tej książce ktoś wyrwał ostatnią stronę?



9 comments:

  1. Mnie też chyba chwyta jakiś wirus. Też drugi raz w tym roku. Jakieś złe gwiazdy nad nami wiszą ostatnio, czy co? :-P
    Come on, Panie Boże, może jakąś przerwę?

    ReplyDelete
  2. Cholera, kiedyś to robili okładki!

    ReplyDelete
  3. FAJNE LEKTURY:) a okładki? Tak, prawda - piękne dzieła!

    ReplyDelete
  4. Biostyminę na czczo dla wszystkich przez dwa tygodnie :)

    koniecznie!

    Niektóre książki ze zdjęć mam do dzisiaj... mój tato czytał mi namiętnie książki Lema, bardzo mile wspominam ten czas...

    Zdrówka!

    ReplyDelete
  5. Dzięki Margo za radę. Spróbowałbym tej biostyminy, ale chyba nie mają w Anglii, albo inaczej się nazywa.

    ReplyDelete
  6. uwielbiam jak mi ktoś czyta! byłabym skłonna się rozchorować tylko po to.
    tfu! na psa urok! żebym nie wykrakała.

    ReplyDelete
  7. Ja mam ciut za złe swoim staruszkom, że nie pędzili mnie do czytania, wręcz przeciwnie, bo głównie czytałam. Trochę mi to z wiekiem przeszło i teraz piekielnie żałuję. Zdrowiej.

    ReplyDelete
  8. barwne podsumowanie, u mnie tez sie zdarzyła kradzież, tyle ze pedzelka na lekcjach kolka plastycz. bo nigdzie takich cienkich z wiewiorczego wlosa nie sprzedawali, nekalo mnie sumienie i jako jedynastolatka marsz do konfesjonału ... odnosnie pytania udalo sie zaprojektowac dwie okladki do ksiazki, ale w nieduzych nakladach. Z ilustracjami do bajek nie mialam propozycji, a moze wynika z tego ze za malo dzialam w tym kierunku ...:)

    ReplyDelete
  9. Pewnie jest odpowiedni, bo to jedna z najlepszych szczepionek odpornościowych :) podawana doustnie :)

    ReplyDelete