Monday, 22 February 2010

To nie był nawet człowiek



Jak to już mam w zwyczaju, wrzucam fragment opowiadania, nad którym teraz pracuję. Chyba robi mi się z tego jakiś przesąd.
Postanowiłem sięgnąć do korzeni i umiejscowić akcję w moich stronach, czyli w Beskidzie Żywieckim. A bohater to w pewnym sensie ja - myślę, że szukam przymierza z sobą sprzed wielu lat. Poróżniliśmy się pewnego dnia i chyba już czas wyciągnąć do siebie prawice. Dlatego próbuję pisać tę opowieść z miłością;). Jeśli nic się nie zmieni, będzie to początek cyklu. Zobaczymy.

To nie był nawet człowiek
(fragment opowiadania)

Kiedy ostatnia łopata ziemi wylądowała na grobie, świt zdążył zafarbować czerń nieba na ciemny granat. Pot spływał mi po plecach zimnym strumieniem. Ciężko dysząc obiecałem sobie, że rzucę palenie jeszcze dziś. Po skończonej harówce padłem na trawę i zapaliłem papierosa. Mokre nogawki nieprzyjemnie kleiły się do łydek, ale nie miałem siły, żeby coś z tym zrobić. Chciałem spać i zapomnieć.

Julek usiadł obok i wytarłszy czoło rękawem popatrzył na mnie. Choć było jeszcze za ciemno na odczytywanie emocji z twarzy, wyczułem emanację współczucia.
- Jak się trzymasz? – zapytał.
- Może być – mruknąłem.
- Przepraszam. Myślałem, że mamy trochę więcej czasu z tym kołkiem,
Przymknąłem oczy. To był błąd. Pod powiekami znów rozegrała się scena sprzed kilkudziesięciu minut.

Retrospekcja:

Wracamy z kołkiem, którego, jak mówi mój nowy przyjaciel, nie mamy czasu naostrzyć. Sygnalizuje, żebym zabrał kamień z nad rzeki. Podnoszę jeden, płaski, okrągły, ciężki. Potykam się i pomimo prób utrzymania równowagi, wpadam po pas do wody.
- Szybciej. Nie mamy czasu – mówi mój towarzysz. Siarczyście klnąc, gramolę się na brzeg. Po chwili idziemy, prawie biegniemy. Widać już ciemniejsze wzniesienie. To nazrywane łopiany okrywają ciało. Julek oddycha z ulgą.
- Zdążyliśmy.

Odrzucamy liście. Przez chwilę mam nadzieję, że nie będzie pod nimi nic. Niestety, trup leży, złośliwie czekając na nasz powrót. Julek przykłada tępy, niczym sztyl od łopaty kołek do mostka. Kiwnięciem głowy wskazuje na kamień. Podnoszę ciężar do góry. Waham się. Przecież to zwykły nieboszczyk. Dałem się nabrać na bajki o wampirach. Nie wezmę w tym udziału. Wystarczy. Już mam powiedzieć to na głos, kiedy wampir wyrywa kołek z ręki Juliusza i ciska go w krzaki. Potwór siada mechanicznie, patrzy na nas, następnie jak sprężyna rzuca się całym ciałem przed siebie.

Jestem sparaliżowany. Kamień wypada mi z rąk. Na szczęścia Julek nie traci razonu. Biegnie w krzaki, w kilka sekund znajduje kołek i woła:
- Kamień! Weź kamień! – po czym rusza w ślady wampira. Jego słowa działają jak wiadro zimnej wody. Chwytam zgubę i biegnę za nimi, na ślepo, w ciemność. Są. Dwa miotające się kształty. Julek trzyma za nogi wyrywającego się mężczyznę. Po krótkiej szarpaninie siada na niego. Przykłada kołek do piersi.
- Wal!
Opuszczam kamień. Za słabo. Gdyby ten cholerny badyl był ostrzejszy... Cios za ciosem. Z każdym uderzeniem drewno wchodzi zaledwie o kilka milimetrów, nie więcej. Wampir miota się i krzyczy. Jezu, co za upiorny skrzek. Okoliczne psy ujadają coraz głośniej. Mam wrażenie, że słyszy nas cała wioska. Wreszcie jednym z ciosów wbijam kołek porządnie, na wylot. Przelatuje mi przez głowę myśl, że musiałem przebić kość, dlatego weszło tak łatwo. Ciało wiotczeje. Gdzieś w oddali, w lesie rozbrzmiewa nieludzki, wściekły wrzask. Przypominam sobie, że było ich dwóch. Wrzask ginie, urwany. Czuję, że ręce i twarz pokrywa lepka krew.

koniec retrospekcji

- Już nigdy nie zjem śliwek z tego drzewa – powiedziałem markotnie, spoglądając na ciężkie od owoców gałęzie.
- Mówiłem, żeby pochować go w lesie.
- Jak wiesz, w lesie czeka jego przyjaciel. Na dziś wystarczy mi nowych znajomości.
Grób wykopaliśmy w ogrodzie za domem. Ziemia wyścielona była śliwkami. Po skończonej robocie zamaskowaliśmy rozkopany grunt owocami. Nie został ślad.
Popatrzyłem do góry. Ciemność. Pewnie chmury ciągle tam były, ale na wschodzie przebijało już czyste niebo. Czekał nas słoneczny dzień. Pociągnąłem nosem. Zapach mokrej ziemi, śliwek i krwi był intensywny i oszałamiający. Powoli dochodziłem do siebie. Spróbowałem poukładać poszatkowany na kawałki świat. To nie był nawet człowiek... Widać powiedziałem to na głos, bo Julek powtórzył za mną:
- To nie był nawet człowiek – wyczułem gorycz. Raczej nie było to jego pierwsze spotkanie z wampirzymi agentami CIA. Nie miałem siły spytać. Jutro. Jutro wszystkiego się dowiem.
- Czeka nas długi, ciężki dzień. Skorzystaj z ostatnich godzin odpoczynku – powiedział.
- A ty? - Nie mogłem zaprosić go do domu. Jak wytłumaczyłbym obecność takiego dziwaka o trzeciej nad ranem? Zresztą według wiedzy rodziców, w tej chwili smacznie spałem we własnym łóżku.
- Co radzisz?
Podrapałem się po głowie. Mam!
- Co powiesz na strych, nad szopą? Jest tam trochę siana, a nawet koc.

Wstaliśmy. Pokazałem Julkowi szopę, a sam, najciszej jak mogłem wdrapałem się z powrotem przez okno. Wyłączyłem telewizor, wziąłem prysznic i w niecałą minutę spałem. Odszedłem do krainy snów tak łagodnie i nieodwołalnie, jakbym nigdy nie spotkał dziewiętnastowiecznego pisarza, z którym zabiłem wampira, podsłuchującego historię o Majowym Uśmiechu oraz trzech, bardzo niesympatycznych braciach. We śnie byłem Foxem Mulderem i próbowałem odnaleźć Scully, która odeszła z przystojnym agentem ubezpieczeniowym. Zapłakany i bezradny usiadłem na leśnej polanie. Z nieba zaczęły spadać złociste, lśniące jaja. Spadały aż do samego rana.



1 comment:

  1. Marcinsen...ciarki mi przelciały po plecach... ten kołek...!!!
    :-O

    ReplyDelete