Kiepsko u mnie z odwagą. Ostatnio bardziej to widać, przy niedawnych wydarzeniach, depresji, zmaganiu się z lękami. Ale wcześniej też. To, co urodzonym wagabundom, wolnym duchom przychodzi łatwo – zmienianie miejsc, wyzwania, podróże, ryzyko, u mnie było świadomym wysiłkiem. Jakaś część mnie tęskniła za wolnością, odwagą, wyzwaniami, nieznanym, marzyła o spaniu pod gwiazdami w obcym kraju, graniu na ulicy, zaprzyjaźnianiu się z szemranymi dziećmi ulicy. Ale druga część trzęsła portkami. Zwykle nie dopuszczałem jej do głosu, ale w różnych kryzysach mogłem słyszeć: „a nie mówiłem?”. Na przykład wtedy, w Barcelonie, gdy gang marokańskich dzieciaków pobił mnie w nocy na plaży i zabrał całą kasę. Leżąc na rozgrzanym piasku, czując smak krwi z rozbitej wargi i dotyk zimnego ostrza na gardle, myślałem, że to może być koniec i w tamtej chwili uznałem, że wszystkie moje decyzje były głupie (skoro skończyłem tak idiotycznie). Po prostu głupi, skopany dzieciak na obcej ziemi. Albo wtedy, gdy spałem głodny i brudny w opuszczonych ruinach pod Murcją, w błocie, w deszczu, psy rozpaczliwie wyły, duchy szemrały mi koszmary do ucha, a ja wiedziałem, że czeka mnie jeszcze dwa tysiące kilometrów drogi do czystej pościeli, prysznica i ciepłego posiłku, jeśli w ogóle nadejdzie ten pieprzony ranek. Też wcale się nie cieszyłem. Albo w Kopenhadze, gdy nawtykałem szefowi i straciłem miłą, spokojną, dobrze płatną pracę o świetnych godzinach, żeby zaraz później wylądować w Dublinie, w piekielnej restauracji Krwawej Mary, gdzie przez kilka miesięcy byłem białym niewolnikiem wrednej czarownicy, która jednym słowem potrafiła doprowadzić dorosłych facetów do płaczu (widziałem to na własne oczy).
W tych chwilach moje tchórzliwe alter ego bezczelnie kwestionowało mój styl życia. „Niedojrzały”, „głupi”, „nieodpowiedzialny”, „eskapista” – słyszałem za uszami. - „Patrz, do czego doprowadzają twoje decyzje”. Czasami ciężko było nie uwierzyć. Kiedy kilka lat temu straciłem na kilka nieskończenie długich godzin zmysły po eksperymencie z magicznymi grzybami, nie miałem wątpliwości, że jestem największym idiotą, który poszedł o jeden krok za daleko.
A jednak… Szperałem dziś po starych wpisach na blogu, czytałem fragmenty dzienników sprzed dekady i czułem ogromną satysfakcję. Niczego nie zrobiłbym inaczej. Może dałbym sobie spokój z grzybami, ale to jedyna rzecz, z której bym się wycofał, za dużo mnie to kosztowało. Co z resztą? Co by ze mną było, gdybym od początku słuchał mojego wystraszonego „ja”? Gdybym nie zebrał się na odwagę, nie rzucił wszystkiego, żeby zostać mnichem? Gdybym nie posłuchał cygańskiego wezwania i nigdy nie ruszył z akordeonem na ulice Europy? Jakoś smutnie by to wyglądało. Pewnie nie słuchałbym wtedy Manu Chao (który przejmująco śpiewa mi właśnie w słuchawkach o „infinita tristeza”), nie wiedziałbym jak zrobić halavę, nie przemierzyłbym Camino, nie zagrał na akordeonie Yanna Tiersena u stóp wieży Eiffla, nie poznał Tani, nie nauczył się hiszpańskiego, nie spróbował chocolate con churros, nie przeczytał Bhagavad-gity…
Jestem wdzięczny – zarówno mojemu głębszemu „ja”, które mnie prowadzi i którego zawsze nasłuchuję, jak i Wielkiemu Duchowi, który z góry śledzi moje kroki i nie pozwala mi upaść za daleko.
Trochę zabrzmiało to jak rozliczenie. A przecież to jeszcze nie koniec przygód. Keep ‘em comming, Friend, keep ’em comming…

Mógłbyś zatem zagrać w drugiej części "Niczego nie żałuję" ;p
ReplyDeletePowodzenia w dalszych przygodach :)
P.S. :) nie ma za co dziękować jeśli chodzi o muzykę! Polecam się na przyszłość :)
Ale wszystkie te przygody, doświadczenia dodały Ci zapewne hartu ducha. Nawet jeżeli nie zdawałeś sobie z tego sprawy. Teraz jesteś zaprawiony w boju do dalszych wyzwań!!!
ReplyDeleteBył taki monet, że myślałem już, że mnie złamało na pół i nie podniosę się, ale widać człowiek to elastyczna bestia;) Wracam już do normy i zaczynam być gotowy na nowe przygody:)
ReplyDelete